> Łukasz Jabłoński: Geniusz zniszczony przez komunizm

Łukasz Jabłoński: Geniusz zniszczony przez komunizm

Dla wielu lata 90. to okres odwilży po smutnej peerelowskiej rzeczywistości, a także otwarcie na resztę świata, a tym samym nowe technologie, dotychczas tak odległe Polakom. To właśnie w tych latach technologia komputerowa stawała się ogólnodostępna, a polski rynek ugiął się pod naporem produktów z różnych stron świata. W ciągu tej jednej dekady polski rynek przyjął kilka generacji konsol jednocześnie, a Polacy nadrabiali wszelkie nowinki techniczne. Zaczęły powstawać kilkuosobowe grupki zapaleńców, którzy byli prawdziwymi pionierami w dziedzinie rozrywki komputerowej. W 1992 Adrian Chmielarz i Grzegorz Miechowski założyli Metropolis Software, które zasłynęło z kultowych gier takich jak „Teenagent” czy „Gorky 17”, a kilka lat później zaczęły powstawać czasopisma komputerowe, z których kilka istnieje do dziś.

Jak wyglądałaby Polska bez tych kilkudziesięciu lat komunistycznego zacofania? Jestem absolutnie pewny i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, że byłoby lepiej. Nie jestem w stanie stwierdzić czy bylibyśmy potęgą gospodarczą na miarę Stanów Zjednoczonych czy Niemiec, ale na pewno nie zostalibyśmy daleko w tyle, a słowo Polska oznaczałoby coś więcej niż kolejny postkomunistyczny kraj.

Dla wielu z nas termin „postkomunistyczna Polska” jest sporym nadużyciem, jednakże nie jest on określeniem zupełnie wyssanym z palca. I nie chodzi tu o układy, które chronią komunistycznych dygnitarzy, a o naszą mentalność kształtowaną przez antyludzki system. Przez pół wieku komunizm spotęgował najgorsze cechy w naszym narodzie, które dominują u nas po dziś dzień. Nie o tym jednak ten artykuł.

Polski komputer lepszy od amerykańskiego?

Brzmi to absurdalnie i wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak tak było – i to w okresie reżimu komunistycznego. Jacek Karpiński – inżynier elektronik i informatyk, a w czasie wojny żołnierz Szarych Szeregów w Batalionie Zośka, w latach 1970 – 73 zaprojektował pierwszy w kraju minikomputer, który był ewenementem na skalę światową i charakteryzował się lepszymi parametrami niż te produkcji amerykańskiej. Zacznijmy jednak od początku.

Jacek Karpiński urodził się 9 kwietnia 1927 w Turynie. Był synem Adama Karpińskiego, konstruktora lotniczego i himalaisty oraz Wandy Czarnockiej-Karpińskiej, lekarki i alpinistki.  Podczas wojny brał udział w działaniach Szarych szeregów w Batalionie Zośka i był w tym samym plutonie co Krzysztof Kamil Baczyński.

Do Szarych Szeregów wstąpił dzięki sfałszowaniu daty urodzenia. Czternastoletni Karpiński początkowo zajmował się tzw. małym sabotażem – malowaniem symboli Polski Walczącej na murach czy wybijaniem szyb w niemieckich sklepach. Mimo zaangażowania w konspirację przyszły wynalazca znajdował czas na poszerzanie swej wiedzy.

„Podczas okupacji zajmowałem się przede wszystkim wojskiem. Byłem zapisany do szkoły mechanicznej, ogrodniczej. Wtedy tylko takie działały. Ale nauka to była żadna. Sam więc uczyłem się w domu matematyki, fizyki, chemii, literatury i angielskiego” – podkreślał Karpiński

Jego wszechstronność i ponadprzeciętne talenty zostały niebawem docenione, a młody Karpiński został instruktorem akcji dywersyjnych. Coraz częściej brał udział w akcjach bojowych, a także uczestniczył w rozpoznaniu terenu przed zamachem na „kata Warszawy” – Franza Kutscherę.

Niebawem miało wybuchnąć Powstanie Warszawskie, w którym wziął udział również i Jacek Karpiński. Niestety, już podczas drugiego dnia postrzał w kręgosłup skutecznie wyłączył go z dalszych walk o stolicę. Do tego czasu zdążył trzykrotnie zdobyć Krzyż Walecznych przyznawany, „za czyn męstwa i odwagi wykazanej w boju”.

Komunistyczna rzeczywistość dawała się we znaki Karpińskiemu. Co prawda w 1951 roku udało mu się obronić dyplom na Politechnice Warszawskiej, w latach 1951 – 54 pracował jako starszy konstruktor w ZWUE T-12 (Warel) na Żeraniu w Warszawie, a w 1955 roku Jacek Karpiński zdobył pracę w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN (gdzie był adiunktem), jednakże doznawał on nieustannych represji ze względu na swą powstańczą przeszłość.

Pierwsze konstrukcje

Dość pokaźną liczbę wynalazków Karpińskiego otwiera nadajnik NPK-2 o mocy dwóch kilowatów, który skonstruował jeszcze jako konstruktor w zakładach wytwórczych sprzętu elektronicznego Warel w Warszawie. Brał również udział w konstruowaniu maszyn USG, jednak okazało się, że powołaniem geniusza są maszyny liczące.

To właśnie w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki w 1957 skonstruował swój pierwszy poważny projekt, którym była lampowa maszyna AAH, która na podstawie analizy harmonicznych Fouriera prognozowała pogodę.

Zaledwie dwa lata później dzięki wybitnemu umysłowi Karpińskiego powstał pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań różniczkowych AKAT-1, którego obudowę zaprojektowano na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Wydawałoby się, że dzięki Karpińskiemu Polska stanie się kolejnym mocarstwem technologicznym. W 1960 został on jednym z laureatów ogólnoświatowego konkursu młodych talentów techniki UNESCO. W nagrodę nasz wynalazca wyjechał do USA, gdzie studiował m.in. na Harvardzie i w Massachusetts Institute of Technology. Amerykanie byli wręcz zachwyceni jego wynalazkami, a on sam skomentował to po latach tak:

„Przyjmowano mnie jak króla. Byłem tym zresztą bardzo onieśmielony. Miałem zaledwie trzydzieści kilka lat. Po studiach poprosiłem o możliwość odwiedzenia całej długiej listy firm i uczelni. UNESCO zgodziło się. W Caltechu witał mnie rektor ze wszystkimi dziekanami, w Dallas – burmistrz miasta. I wszyscy chcieli, żebym dla nich pracował, począwszy od IBM, a skończywszy na uniwersytecie w Berkeley. W San Francisco proponowano mi nawet stworzenie własnego instytutu”.

Patriotyzm nie popłaca

Na pewno nie w kraju ogarniętym przez komunizm. Pomimo świetlanej przyszłości w USA, gdzie mógłby dalej rozwijać swoje umiejętności, Karpiński zdecydował się na powrót do kraju.

„Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą. A technologia zostanie. Poza tym uważałem, że to nie byłoby w porządku – wyjechać na delegację i zostać. Spotkałem Polaków, którzy tak postąpili, i nie sądziłem, żeby to było uczciwe. Wiedziałem, że w PRL będę żył w niewoli, ale wierzyłem też, że normy moralne obowiązują niezależnie od sytuacji. I jeszcze jedno: nie mogłem zostawić mojej mamy” – powiedział w jednym z wywiadów.”

Bez względu na wszystkie „niedogodności” Karpiński po powrocie do kraju skupił się na dalszej pracy. W Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN stworzył perceptron.

Wynalazek ten był drugim świecie (pierwszy perceptron został skonstruowany przez Franka Rosenblatta w 1958 roku). Była to maszyna działająca w oparciu o sieć neuronową. Percepton został wyposażony w kamerę i był w stanie analizować widziany przez nią obraz, rozpoznając obiekty i ucząc się rozpoznawania nieznanych kształtów. Tak, to działo się w latach 60. komunistycznej Polski. Wbrew wielu głosom perceptron nie był zalążkiem sztucznej inteligencji , a sam autor wynalazku stwierdził:

Perceptron nie miał jakiegoś konkretnego zastosowania. To była raczej sztuka dla sztuki, zabawa.

Ta „zabawa” oraz zainteresowanie, które wywołał perceptron na całym świecie przysporzyły Karpińskiemu wielu wrogów.  Konstruktor pod wpływem szykan ze strony swojego przełożonego w 1965 roku przeniósł się z PAN do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

Tańszy i lepszy

Talent Karpińskiego dostrzegł profesor Jerzy Pniewski, kierownik Katedry Fizyki Cząstek Elementarnych. Instytut, współpracujący z CERN-em, borykał się wówczas z poważnym problemem. CERN dostarczał duże ilości danych, jednak polscy naukowcy nie mieli możliwości ich przetworzenia.

Konieczny był skaner, analizujący dostarczane przez CERN zdjęcia oraz urządzenie, zdolne do obróbki uzyskanych w ten sposób danych. KAR-65, który Karpiński skonstruował na zlecenie profesora Pniewskiego okazał się strzałem w dziesiątkę, choć sam twórca powiedział kiedyś, że nowatorskie rozwiązania wynikały po prostu z tego, że nie wiedział jak się buduje ówczesne komputery. Jacek Karpiński podkreślał, że Odry były wówczas trzydziestokrotnie droższe:

„KAR-65 kosztował 6 milionów złotych, a każda Odra – 200 milionów! Poza tym to była maszyna skonstruowana na całkiem innych zasadach niż wszystkie, które wtedy budowano. Zrobiłem maszynę ze zmiennym przecinkiem, asynchroniczną, bez zegara, sterowaną za pomocą pięciu układów automatów skończonych. To była kompletna nowość! Nikt tak wtedy nie robił.”

Niestety prototyp „nie przyjął się” i stosowano droższe „Odry”. Jedyny egzemplarz KAR-65 działał w instytucie przez 20 lat. Teraz można podziwiać go w warszawskim Muzeum Nauki i Techniki.

Na celowniku władzy

W latach 1970-1973 zaprojektował pierwszy w kraju minikomputer – K-202. Wstępne zainteresowanie projektem wyraziło m.in. wojsko, ale opinia, wydana przez Zjednoczenie Przemysłu Automatyki i Aparatury Pomiarowej „Mera” była dla K-202 niezbyt przychylna. A co miał do powiedzenia o tej opinii wynalazca komputera? Oddajmy mu głos:

Na początku próbowałem zainteresować wojsko. Miałem znajomego pułkownika. Projekt bardzo mu się spodobał. Tylko kto to ma wyprodukować? Poszedłem do Zjednoczenia MERA i trafiłem tam na dyrektora Jerzego Huka. Huk uznał projekt za interesujący i powołał do jego oceny komisję pod kierownictwem Mareczka Greniewskiego – syna profesora Henryka Greniewskiego. Ojciec udawał cybernetyka, a syn – eksperta od elektroniki. Po paru tygodniach komisja stwierdziła, że projekt nie nadaje się do realizacji, bo technologii, jaką proponuję, nie ma i być nie może. Jakby mogła być, Amerykanie na pewno by już ją wykorzystywali. Jednym słowem: MERA mojej maszyny produkować nie chce”.

Mimo przeszkód udało się w końcu zorganizować produkcję K-202. Co ciekawe, choć wszystkie prace miały być wykonywane w Polsce, pieniądze na realizację projektu wyłożyły brytyjskie firmy Data-Loop i MB Metals, które namawiały Karpińskiego do emigracji, jednak on sam uważał, że tak zaawansowane komputery powinny być produkowane w Polsce, a firmy w końcu zgodziły się na takie rozwiązanie.

Prototyp komputera powstał w 1971 roku. Maszyna mogła wykonać milion operacji zmiennoprzecinkowych na sekundę. Ponadto zastosowano w niej nowatorskie rozwiązanie powiększania pamięci poprzez adresowanie stronicowe, a K-202 mógł obsłużyć aż do 8 megabajtów pamięci.

W 1971 roku komputer K-202 został wystawiony na Targach Poznańskich. Do inżyniera Karpińskiego podszedł z gratulacjami wtedy sam Edward Gierek. Nikt wtedy nie przypuszczał, że projekt nowoczesnego komputera zostanie unicestwiony.

Wynalazki Karpińskiego przyczyniły się do jego upadku. Komunistyczny reżim nie wybaczał. Wynalazca stał się solą w oku dla systemu. Jego komputery były tańsze i szybsze od ówcześnie istniejących amerykańskich, a co gorsza radzieckich. A na to nie można było pozwolić. Sprzęt Karpińskiego był za dobry — lepszy od systemu RIAD (Jednolity System Elektronicznych Maszyn Cyfrowych), który miał być symbolem naukowej i gospodarczej współpracy ówczesnych państw komunistycznych.

Polityczne intrygi, popierane przez ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza, doprowadziły do odsunięcia Jacka Karpińskiego od zarządzania produkcją K-202. Choć na linii montażowej znajdowała się wówczas partia komputerów licząca 200 sztuk, wstrzymano prace.  Co by było, gdyby nagle okazało się, że wytwór umysłu jednego Polaka jest lepszy od całej komunistycznej myśli technicznej.

Jacek Karpiński został niebawem zwolniony. Oto jego relacja co do dalszych losów projektu K-202:

Jak mnie wylali, na linii produkcyjnej było następnych 200 jednostek moich maszyn. Zniszczyli je. Potem MERA przez pięć lat pracowała nad kopią K-202. W końcu ją zrobili – dwa razy wolniejszą, zawodną i niebotycznie droższą od K-202. Zresztą próbowano kopiować K-202 i w Moskwie, ale z tego w ogóle nic nie wyszło”.

Tak kończy geniusz w Polsce

Szykanowany przez władze konstruktor nie mógł znaleźć zatrudnienia zgodnego z kwalifikacjami, a zarazem był uwięziony w kraju — odmówiono mu wydania paszportu. Zdesperowany wynalazca w 1978 roku przeniósł się na Mazury, gdzie przez kilka lat zajmował się hodowlą świń i drobiu. Jak stwierdził wówczas w jednym z wywiadów, wolał mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.

W 1981 władze nie zgodziły się na objęcie przez niego stanowiska dyrektora ani przedsiębiorstwa MERA, ani Instytutu Maszyn Matematycznych.

Ostatecznie Karpiński wyemigrował do Szwajcarii, gdzie zaczął pracować dla Kudelskiego, znanego producenta profesjonalnych magnetofonów Nagra. W późniejszym okresie stworzył m.in. robota sterowanego głosem oraz Pen-Readera (skaner wraz z oprogramowaniem do wczytywania i czytania tekstu po jednej linijce – przyp. Ł. J.).

Po upadku komunizmu Jacek Karpiński wrócił do Polski. Był doradcą do spraw informatyzacji Leszka Balcerowicza i Andrzeja Olechowskiego oraz postanowił rozpocząć produkcję Pen-Readerów. Ministerstwo Przemysłu miało pomóc Panu Jackowi – otrzymał on kredyt z, wtedy państwowego, BRE Banku na 860 tys. dolarów, a zabezpieczeniem tego kredytu miał być dom inż. Karpińskiego w Aninie, wyceniany na 350 tys. USD. Kredyt miał zostać wypłacony w trzech transzach, jednak już przy drugiej transzy kredytu okazało się, że dom miał być zabezpieczeniem tylko dla wypłaty pierwszej części pieniędzy. Pan Jacek utrzymuje, że bank wcześniej nie poinformował go o tym. A to nie koniec historii:

„Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie – wszystko zniknęło. Po prostu rozkradli mi zakład. A miałem przecież ochronę! Podpisałem umowę na produkcję tych kas z Libellą. Zorganizowałem im zakład produkcyjny od zera. Przysłali mi na dyrektora jednego z członków rady nadzorczej. I zaraz się okazało, że nie mam wstępu do zakładów. Makabra! Zakłady były Libelli, ale projekty moje. Podpisałem umowę na produkcję z Apatorem. Zrobili prototypy, a ponieważ wszystko działało jak należy, zapadła decyzja o produkcji. I wtedy postanowili produkować płyty główne w Warszawie i zamówili od razu 3 tysiące. – Panowie – mówię. – Tak się nie robi. Niech najpierw przygotują próbną partię, zobaczymy, do czego to się w ogóle nadaje. Przecież trzeba sprawdzić kooperanta. Nie posłuchali. A w Warszawie spieprzyli wszystkie płyty, co do jednej. Okazało się, że ten sam zakład pracuje dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż”.

Firma Karpińskiego przestała istnieć, a wskutek jego błędnych decyzji on sam został bez dachu nad głową. Skończyło się to kolejną emigracją. Ostatnim projektem Jacka Karpińskiego był skaner ksiąg rachunkowych.  Po pewnym czasie wrócił do Polski, gdzie przez lata żył w zapomnieniu, pracując nad kolejną wersją skanera. Do 800-złotowej emerytury dorabiał, projektując strony internetowe.

Jacek Karpiński zmarł 21 lutego 2010 roku w wieku 83 lat. Pośmiertnie został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Komentarze