Jan Mosdorf: Czy jesteśmy demokratami? | Narodowcy.net

Jan Mosdorf: Czy jesteśmy demokratami?

W chwili bieżącej, gdy zagadnienia parlamentarne wybiły się na plan pierwszy, gdy kwestia przebudowy ustroju państwa powraca ciągle na szpalty pism wszelkich odcieni, jest rzeczą pożyteczną zanalizować zagadnienie demokracji i demokratyzmu, by zdać sobie sprawę, jak mamy się do nich ustosunkować.

Młodzież Wszechpolska nawiązuje do tradycji ruchu wszechpolskiego, który w latach 1890— 1919 nosił jako organizacja nazwę Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego. Czy my, spadkobiercy jego idei przyznamy się dziś do tej nazwy, czy też ją odrzucimy, a jeśli odrzucimy, to jak będziemy oceniali ten termin, którego z dziejów ruchu wykreślić nie można.

Aby na te pytania odpowiedzieć, trzeba przede wszystkim zbadać, co znaczy słowo „demokratyczny”? Czy oznacza on rzeczy dawno ustalone o jasnym znaczeniu, czy też może, jak wiele terminów okaże się wieloznaczny.

Pozornie sprawa wydaje się jasna, „demokratyczny” zdaje się być pojęciem jednoznacznym. A jednak, gdy sięgniemy głębiej, okaże się, że jest wprost przeciwnie i że, co więcej, ogromna ilość całkowicie fałszywych a utrzymujących się w społeczeństwie poglądów ma swe źródło w tym, że pojęciem „demokratyczny” oznaczamy dwie różne rzeczy.

Co innego bowiem znaczy ten termin w zagadnieniach społecznych, co innego zaś w ustrojowych.

W dziedzinie zagadnień społecznych prąd demokratyczny wysunął dwie tezy:

  1. wszyscy obywatele są równi wobec prawa;
  2. wszystkie warstwy społeczeństwa są powołane do pracy dla dobra narodu.

Demokratyzm zaś w dziedzinie ustroju państwa mówi:

  1. władza państwowa musi pochodzić i być zależna od ogółu obywateli;
  2. Każdy obywatel ma jednakowe prawo zabierania głosu w sprawach wyborczych.

Oczywiście demokratyzm ustrojowy rozwinął się z demokratyzmu społecznego, ale nie jest jego koniecznym i jedynym rezultatem.

Jakie stanowisko wobec tych dwóch pojęć zajął ruch wszechpolski i jakie zajmiemy my, jego następcy?

Od razu należy zaznaczyć, że Demokracja Narodowa mogła w braku własnego państwa zajmować stanowisko prawie wyłącznie wobec demokratyzmu społecznego. I tu wypowiadała się wyraźnie, zgodnie ze swoją nazwą za demokratyzmem. Biorąc za punkt wyjścia zachodzący w XIX wieku procesy likwidacji resztki ustroju, rzuciła hasło, że Naród Polski; to nie tylko warstwa szlachecka, — jedyna wraz z nielicznym mieszczaństwem reprezentantka świadomości polskiej aż po rok 63,—ale i uwłaszczony w czasie powstania styczniowego i szybko się uwijający lud wiejski. W lud ten wierzyła Demokracja Narodowa, w nim szukała otuchy w najgorszych czasach Aleksandra III, w nim widziała odrodzenie sił żywotnych narodu, którego klasy przodujące, zdziesiątkowane powstaniem, zubożone uwłaszczeniem poddanych, poddawały się skrajnemu pesymizmowi i zwątpieniu, w ugodzie szukając ocalenia kraju przed ostateczną — zdawało się — zagładą.

Ruch wszechpolski rzucał hasła, krzepiące dusze wskazywał na nietknięty dotychczas rezerwuar sił narodowych. W myśl tych haseł pisał młody podówczas poeta, a gorący wszechpolak, Jan Kasprowicz:

A więc też w górę serca, w górę!
Czas się wydobyć z trosk koryta;
Jest w ludzie siła niepożyta,
Zbawienie leży pod siermięgą,
Niby w popiele skra ukryta,
A więc ostatnią płuc potęgą.
Dmijmy w tę iskrę Bożą, aż łun
spłonie wstęgą!

Za tym wezwaniem szły rzesze wszechpolaków, osiadając na prowincji kształcąc lud, przemycając z Galicji „Polaka”, zakładając tajne szkółki oświaty polskiej… Ich dziełem były nieco później wystąpienia chłopów o język polski w gminie, co w swoim arcydziele uwiecznił inny Wszechpolak, Reymont.

Jest to działalność par excellence demokratyczna, wypełniająca tezę demokratyzmu społecznego, że wszystkie warstwy społeczeństwa są powołane do pracy dla dobra narodu. Jak natomiast ruch wszechpolski odnosił się do pierwszej, klasycznej tezy tego demokratyzmu, że wszyscy obywatele są równi wobec prawa?

Częściowo sprawa była z góry przesądzona. Od połowy XIX wieku nikt hasłu temu przeciwstawiać się nie mógł i nie miał zamiaru: mniej zaś jeszcze od innych obóz wszechpolski, który tak wielką rolę wyznaczał niższym warstwom społeczeństwa. Jednakże zgodnie ze swą nazwą demokracji narodowej, wprowadzał korektywę, dając równość wobec prawa wszystkim członkom narodu, nie we wszystkich zaś punktach dając tę równość obcoplemieńcom. I tak: nie przeczył każdemu równego prawa w obliczu sądu (zasada uznania i dzisiaj wszędzie z wyjątkiem Rosji Sowieckiej), natomiast odmawiał obcoplemieńcom prawa, jeśli nie ustawowego, to w każdym razie faktycznego do zajmowania stanowisk państwowych.

Natomiast w obrębie narodu dawała doktryna narodowej demokracji każdemu bez względu na pochodzenie społeczne możność wybijania się wysoko, nawet na czoło państwa, zależnie jedynie od wartości umysłu i charakteru.

Zadajmy sobie teraz pytanie, czy my, spadkobiercy Narodowej Demokracji przyznajemy się do jej nazwy, czy przejmiemy na własny rachunek demokratyzm w wyżej przytoczonym ujęciu.

Sądzę, że bez żadnego wahania damy na to pytanie odpowiedź twierdzącą.

Jesteśmy demokratami społecznymi. Jesteśmy nimi jeszcze z jednego powodu: oto nie uważamy narodu polskiego za naród idiotów, ani nawet obecnego pokolenia za głupie i nikczemne. Wierzymy, jak i nasi poprzednicy, że ze społeczeństwa można wydobyć wielkie wartości i niepożyte siły moralne, jeżeli zamiast systematycznego demoralizowania będzie się prowadziło uczciwą akcję wychowawczą. Nie wierzymy w dyktatorów — cudotwórców i nie uznajemy potrzeby bata na społeczeństwo, najwyżej na tych, którzy je pragną ogłupić lub sterroryzować.

Uważamy, przeciwnie, że teorie światłego absolutyzmu dały już w XVIII wieku dowód, że oprócz pewnych stron dobrych (uleczenia społeczeństw z ducha anarchizmu), miały wiele, może nawet więcej, stron ciemnych i szkodliwych (zabijanie inicjatywy społecznej, mechanizowanie społeczeństwa, uczenie go obojętności na sprawy narodowe). Dziś zaś bardziej jeszcze, niż w XVIII wieku absolutyzm, nawet najświatlejszy, odbije się szkodliwie na losie narodu.

Zdefiniowaliśmy nasze stanowisko wobec demokratyzmu społecznego. Jakże się teraz ustosunkujemy do demokratyzmu ustrojowego?

Demokracja Narodowa, jakeśmy już wspomnieli, niewiele miała pola do wypowiadania się w tej sprawie, ponieważ nie istniało państwo polskie. Tam jednak, gdzie, jak w Galicji, istniał pewien zawiązek życia parlamentarnego i gdzie zagadnienia ustrojowe zajmowały umysły z racji reformy prawa wyborczego, obóz wszechpolski daleki był od skrajności demokratycznych. W roku 1903 pisał np. Roman Dmowski w „Słowie Polskim”:

A powszechne prawo wyborcze, za którym agitację usiłują dziś zorganizować, czyż nie jest ilustracją niezgodnego z wymaganiami naszego życia politycznego liberalizmu? Kogo ma uszczęśliwić? …Okłamują społeczeństwo, że prawo bezpośredniego, powszechnego głosowania przyniesie krajowi uczciwe, demokratyczne rządy. Nieprawda, demokratyczne rządy wcale nie polegają na tym, żeby tłum wyborców, nieświadomych potrzeb publicznych, zarzucał czapkami ludzi myślących i rozumiejących sprawy.

Tak było w 1903 r. W piętnaście lat później, gdy wśród trzasku walących się tronów trzech mocarstw rozbiorowych powstawało państwo polskie, prąd radykalny tak silnie wpływał na stosunki nasze, że uległo mu częściowo i Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, pozbawione zresztą najtęższych głów swoich, które kierowały podówczas Komitetem Narodowym w Paryżu. Występować przeciwko demokratyzmowi ustrojowemu w kraju, zagrożonym z trzech stron rewolucją, wydawało się rzeczą niewskazaną, a zresztą wręcz niemożliwą. W dodatku wierzono silnie w dojrzałość polityczną społeczeństwa, nie tylko warstw oświeconych, lecz i chłopskich. To też ordynacja wyborcza do sejmu konstytucyjnego, opracowana przez gabinet Świerzyńskiego, mogła była być przyjęta bez zmiany przez czerwony rząd Moraczewskiego. Toczona przez trzy lata następne walka z samowładnymi zakusami ówczesnego Naczelnika Państwa, jeszcze bardziej popychała obóz narodowy w kierunku demokratyzmu ustrojowego, aczkolwiek nie brakło już wówczas głosów, wypowiadających się zgoła w innym duchu. W miarę uwidoczniania się wad konstytucji 17 marca, niemocy sejmu, niemogącego wyłonić stałej większości, oczywistej głupoty bezkrytycznych mas wyborczych, oraz powodzenia haseł demagogicznych, rozpoczęła się w obozie narodowym coraz ostrzejsza krytyka naszego ustroju, wreszcie wypadki majowe wykazały ostateczne bankructwo demokratycznego regime’u.

Dziś Stronnictwo Narodowe dalekie jest od stanowiska z roku 1919, aczkolwiek poglądy na tę sprawę nie są skrystalizowane ostatecznie, a wśród polityków narodowych, stojących dalej od jądra organizacji spotykają się (Bolesław Koskowski) zdecydowani obrońcy demokratyzmu ustrojowego. My, młodzi mamy w tej sprawie stanowisko zupełnie określone: jesteśmy zdecydowanymi przeciwnikami demokratyzmu w zakresie ustrojowym. Uważamy, że władza państwowa nie może być zależna od ogółu obywateli, ani nawet od niego nie pochodzi, gdyż tego ogółu nie utożsamiamy z narodem.

Naród jest w naszym rozumieniu (zgodnie z tym, czego nas uczy Popławski, Balicki i Dmowski) zespołem pokoleń, zarówno zmarłych, które tworzyły naszą historię od 966 roku, jak przyszłych, które ją tworzyć będą, a między tymi dwoma szeregami pokoleń i tego również, które dziś właśnie żyje. Całe to pokolenie może błądzić, tak jak błądziło pokolenie epoki saskiej, kiedy naród i jego dobro były reprezentowane jedynie przez jednostki. Zresztą ogółu obywateli nie możemy identyfikować nawet z jednym pokoleniem narodu, gdyż wśród obywateli państwa są również żywioły obce, często nawet wrogie, które nie powinny mieć nic do powiedzenia w sprawach rządzenia państwem.

Władza, powtarzamy, pochodzi od narodu jako całości, a nie od zbiorowiska ludzi, złączonych jedynie świstkiem papieru z fotografią i cierpliwym orłem polskim na pieczęci. Władza nie pochodzi od ogółu obywateli, a tym samem nie może być od nich zależna. Mylną jest również formuła, że władza pochodzi od narodu. Władza od narodu nie pochodzi, ona do niego należy. Odróżnienie to nie może mieć znaczenia pod względem formalnym, gdyż naród jako historyczny związek pokoleń jest istnością duchową, a nie fizyczną i ster rządów musi wykonywać przez konkretne jednostki, ale to odróżnienie posiada ogromną doniosłość jeśli chodzi o psychikę rządzących, którzy nie mają prawa przeciwstawiać się narodowi, stawiać ponad nim i nim gardzić. Rządzący winni być „sługami sług” wobec narodu, wczuwać się w jego psychikę, odnajdywać drogę do jego duszy. Jeżeli ją znają, wówczas (ale tylko wówczas) mają prawo przeciwstawiać się pokoleniu, wśród którego żyją, a opierać się na mniejszości, pracując jednocześnie usilnie nad tym, aby całe współczesne społeczeństwo drogą pracy wychowawczej dostroić do rytmu narodowej jaźni.

Powyżej przytoczone poglądy możemy sformułować jako program rządów elity.

Nasuwa się tu zagadnienie kapitalnej wagi, jaką drogą i w jaki sposób ma się dobierać elita.

Zagadnienia tego rozwiązywać na tym miejscu nie będziemy i nieprędko to będziemy w ogóle mogli uczynić. Jest to punkt centralny zagadnień ustrojowych, pewnego rodzaju kamień filozoficzny, którego wynalezienie nie udało się ani światłemu absolutyzmowi, ani prądom demokratyczno–liberalnym. Może jeszcze feudalizm średniowieczny najbliżej dotarł do tej zagadki rządzenia, ale zdobycze jego posiadają dla dzisiejszej epoki, tak różnej pod względem gospodarczym, a zwłaszcza umysłowym wartość raczej estetyczną.

Dopiero długoletni i wszechstronny wysiłek myślowy, głębokie studia nad historią poprzednich epok i prądów filozoficznych, zwłaszcza liberalizmu, spod którego czaru wyrwać się musimy, zdoła nas przybliżyć do rozwiązania zagadnienia elity. Tymczasem w życiu praktycznym, które niewątpliwie wyprzedzi teorię, musimy posługiwać się środkami przejściowymi, z których, jak się zdaje względnie najlepsze rezultaty daje dyktatura partii narodowej, jak to ma miejsce we Włoszech.

Po tym, co powiedziałem jest rzeczą jasną, że druga teza demokratyzmu ustrojowego: „każdy obywatel ma jednakowe prawo zabierania głosu w sprawach wyborczych” będzie przez nas jak najbardziej stanowczo odrzucona.

Ponieważ w państwie praworządnym, nawet przy dyktaturze partii, musi istnieć kontrola rządów (zwłaszcza w dziedzinie finansowej) w postaci niezawisłego przedstawicielstwa narodowego, przeto troską naszą będzie obmyślenie takiego prawa wyborczego, aby pewne elementy pozbawić w ogóle wpływu na ten odcinek życia publicznego, inne w tym wpływie ograniczyć, wreszcie tym, którzy przedstawiają większą wartość, dać prawa do tej wartości proporcjonalne. Program nasz w tej dziedzinie nie jest ustalony, zarysowują się już jednak pewne jego linie. Przede wszystkim odmawiamy czynnego i biernego prawa żydom, którzy zresztą w naszym przekonaniu powinni, jako stojący poza narodem obcy i szkodliwy element, być pozbawieni obywatelstwa i traktowani jako obcokrajowcy, przebywający na ziemiach polskich czasowo i pod określonymi, ujętymi w ścisłe przepisy, warunkami.

Poza częścią, dotyczącą żydów program nasz domaga się jeszcze opracowania. Może ma rację pogląd przyznający prawo wyborcze tylko ludziom, umiejącym czytać i pisać po polsku, może znajdzie wdzięczne zastosowanie pluralizm, zależący od stopnia wykształcenia, może będzie należało nadać szczególne prawa ojcom rodzin (wliczając do ich szeregu i kobiety, stojące na czele rodzin np. wdowy) — wszystkie te jednak pomysły nie wyszły poza luźne rozmowy i nieobowiązujące rozważania. Do jednolitego programu jeszcze nam na tym polu daleko. Należy oczywiście bacznie śledzić eksperymenty dokonywane przez faszyzm, komunizm, rządy Primo de Rivery, pomysły ustrojowe „Action Francaise” i tym podobne, aby z nich wyciągać zarówno pozytywne jak i negatywne wnioski, nie zapominając atoli nigdy, że dla Polski programy z dziedzin ustrojowych (jak zresztą i wszystkich innych) musimy wypracować sami.

Przebiegłem w ogromnym skrócie ogromne obszary zagadnień, o które potrąca pytanie: czy jesteśmy demokratami. Poglądów tu wyrażonych nie podaję jako obowiązujące kanony, a tylko jako materiał do myślenia. Sądzę jednak, że utrafiłem w sedno nastrojów, panujących w naszym obozie, a tylko nie zawsze dokładnie formułowanych. Reasumując, wyrażam raz jeszcze pogląd: jesteśmy demokratami społecznymi a antydemokratami ustrojowymi, innymi słowy, ujmując rzecz popularniej, hołdujemy szczerze demokratyzmowi, natomiast w koncepcjach ustrojowych jesteśmy przeciwnikami demokracji.

Komentarze