Jarosław Tomasiewicz: Monarchomachowie – boży wojownicy | Narodowcy.net

Jarosław Tomasiewicz: Monarchomachowie – boży wojownicy

Artykuł ukazał się w XV numerze kwartalnika ,,Polityka Narodowa” (Wiosna, 2016)

W dobie współczesnej, gdy Europa drży przed terroryzmem islamistów a chrześcijaństwo przybrało jednoznacznie pacyfistyczne (by nie rzec – kwietystyczne) oblicze, zapomniane zostały tradycje Kościoła wojującego. O ile w zbiorowej pamięci przetrwały krucjaty i zakony rycerskie, to nikt nie pamięta już o monarchomachach, będących mieczem Kościoła w okresie reformacji…

W średniowieczu niepodzielnie panowała teoria suwerenności Boga: to Bóg miał być źródłem wszelkiej władzy. Wbrew pozorom nie oznaczała ona jednak bezwarunkowego podporządkowania woli władcy. Skoro Bóg jest sprawiedliwością, to Jego namiestnikiem na ziemi może być tylko władca sprawiedliwy. Izydor z Sewilli (560–636) wywodził za św. Augustynem z Hippony słowo „rex” z „recte regendo”: król jest sprawiedliwy, a kto nie jest sprawiedliwy – nie jest królem. Jan z Salisbury (1115–1180) szedł jeszcze dalej: skoro król obrazem Boga, to tyran jest obrazem szatana, gdyż pierwszy rządzi sprawiedliwie, a drugi depcze prawa. Wreszcie problem autorytatywnie rozstrzygnął św. Tomasz z Akwinu (1225–1274), który uzasadnił prawo poddanych do oporu. Jego zdaniem, jeśli dochodzi do „szalonego przerostu” tyranii, bo władca postępuje nie wedle prawa, ale „według rozpustnej woli swojej duszy”, wówczas dozwolony jest opór czynny (powstanie, złożenie z tronu, tyranobójstwo nawet). Akwinata zastrzegał jednak, że bunt nie może być wzniecany na podstawie „prywatnego mniemania nielicznych”, a jedynie za zgodą „publicznego autorytetu”, najlepiej duchowego (przede wszystkim papieża).

Sprawy skomplikowały się, gdy reformacja rozdarła korpus wspólnoty chrześcijańskiej (respublica Christianorum), a Stolica Piotrowa przestała być niepodważalnym autorytetem. Było to dramatyczne wyzwanie dla ówczesnej Europy, opierającej swój ład na formule potrójnej jedności: jedna wiara, jedno prawo, jeden król. Rodząca się wielowyznaniowość i wielokulturowość nie tylko rozrywały więzi społeczne, ale też uderzały w same podwaliny porządku społecznego, opierającego się na religijnym autorytecie władzy. Tak fundamentalną sprzeczność rozstrzygnąć mogła jedynie wojna – niejako totalny „sąd Boży” (XVI wiek nie znał jeszcze przypisywanego Wolterowi powiedzenia, że „Bóg jest po stronie silniejszych batalionów”).

A wojna toczyła się nie tylko na polach bitew.

Skrytobójstwa były chlebem powszednim w średniowieczu, jednak teraz zaczęły zyskiwać religijno-ideologiczne uzasadnienie. To pozostający w opozycji protestanci (we Francji zwani hugenotami) jako pierwsi sięgnęli po sztylety. Nie kierowali ich jednak, o dziwo, przeciw panującym. Wprawdzie król Francji Henryk II zginął w 1559 r. podczas turnieju z rąk swego protestanckiego gwardzisty, śmierć ta jednak była przypadkowa. W następnym roku hugenota Jean de Barr, pan de La Renaudie, zawiązuje sprzysiężenie planując porwanie młodego króla Franciszka II i zgładzenie jego doradców Gwizjuszy (de Guise), zarazem przywódców partii katolickiej; atak na zamek Amboise kończy się jednak klęską. Franciszek Gwizjusz ginie mimo to 24 lutego 1563 r., zabity skrytobójczo przez protestanta Jeana Poltrot de Méré podczas oblężenia Orleanu.

W 1567 r. przywódca hugenotów François d’Andelot de Coligny przygotowywał porwanie czternastoletniego króla Karola IX. Z kolei w Szkocji spiskowcy w 1566 r. zgładzili Davida Rizzio (Riccio) – sekretarza (i prawdopodobnie kochanka) królowej Marii Stuart; choć spisek zorganizował zdradzany mąż Henry Darnley, zabójstwo miało również wymiar religijno-polityczny, gdyż Rizzio był orędownikiem kontrreformacji i łącznikiem Marii z Rzymem.

W 1582 r. szkoccy protestanci uprowadzili króla Jakuba VI, wymuszając na nim ustępstwa polityczne. W XVII-wiecznej Anglii parlament skazał na śmierć króla Karola I Stuarta (1649), jednak nie zakończyło to konwulsji wojny domowej. Zbrojne przewroty przygotowywali zarówno republikańscy lewellerzy Edwarda Sexby’ego (wiosną 1655 r.) jak tzw. kwintomonarchianie, czyli zwolennicy teokratycznej „Piątej Monarchii” (w kwietniu 1657 r.); ich usiłowania wiązały się z próbami zgładzenia lorda protektora Olivera Cromwella.

Pomijając jednak późniejszy przypadek angielski, protestanci wzdragają się przed zamachami na koronowane głowy. Sytuację zmieniają tragiczne wydarzenia z sierpnia 1572 r. Francuski dwór królewski, lawirujący między partią katolicką (tworzone od 1565 r. przez biskupów prowincjonalne ligi) a obozem hugenockim, usiłował doprowadzić do pojednania poprzez ślub księżniczki Małgorzaty z wodzem protestantów Henrykiem z Nawarry. Kanclerz L’Hopital wołał podczas zebrania Stanów Generalnych (feudalnego parlamentu francuskiego): „Odrzućmy te nazwy diabelskie, nazwy partii, fakcji, buntów, jak luteranie, hugonoci, papiści; nie zmieniajmy nazwy chrześcijan”. Gdy jednak tłumy hugenotów przybyły do Paryża, król Karol IX, przestraszony protestanckimi wpływami, zdecydował się zgładzić ich przywódców.
22 sierpnia człowiek Gwizjuszy Mauvert strzelał do admirała Coligny’ego, lecz jedynie zranił go w ramię. W nocy z 23 na 24 sierpnia oddział Gwizjuszy zaatakował dom rannego admirała i zamordował go, co stało się sygnałem do rzezi protestantów w całym Paryżu. Wydarzenia wyrwały się spod kontroli. Warto zwrócić tu uwagę, że choć protestantyzm znajdował zwolenników we wszystkich warstwach społecznych, to jednak jego trzon stanowiła – oprócz niektórych rodów magnackich i ich szlacheckiej klienteli – zamożna burżuazja. Natomiast miejska biedota, zwłaszcza w Paryżu, przywiązana była do tradycyjnego katolicyzmu z jego bogatą obrzędowością. W rezultacie pogrom protestantów ujawnił zarazem antagonizm społeczny, a nawet prywatne porachunki (przy okazji obrabowano szereg domów katolickich patrycjuszy). Ofiarą masakry padło 3000 ludzi.

„Noc świętego Bartłomieja” doprowadziła do radykalizacji nastrojów wśród hugenotów. Pojawiła się grupa protestanckich intelektualistów, nazwanych później monarchomachami. Ich zdaniem władza opierała się na umowie króla z ludem, co stwarzało (w przypadku złamania umowy) możliwość detronizacji przez parlament, a nawet zgładzenia tyrana. François Hotman w 1574 r. opublikował we Francji dzieło pt. „Franco-Gallia”, które rozwijało teorię prawomocnego buntu przeciw tyranowi. W tym samym roku ukazał się pamflet „Reveille-matin des Français et de leurs voisins” (Budzik dla Francuzów i ich sąsiadów), którego ukrywający się pod pseudonimem autor oznajmiał, że złego władcę moż­na zabić. Równocześnie poeta hugenocki Guillaume de Salluste w poemacie „Judyta” (nawiązującym do biblijnej zabójczyni asyryjskiego wodza) wołał: „Kto zwalcza prawa boskie, nie Boga posłańcem!”. Te same tezy głoszą też Phillippe Duplessis-Mornay w „Vindiciae contra tyrannos” (Prawa przeciwko tyranom, 1579) i następca Kalwina Teodor Beza w „Du droit des magistrats sur leurs subjets” (O prawie władz wobec swych poddanych). Najdobitniej zaś wyraził ideologię monarchomachów Edwar­d Sexby w traktacie pod charakterystycznym tytułem „Killing No Murder” – „Zabójstwo (tyrana) nie jest morder­stwem” (1657). A jednak za słowami nie poszły czyny. Protestanci stworzyli teorię uzasadniającą zabójstwo tyrana, ale jej nie wykorzystali. Przyczyna była prozaiczna: usuwanie monarchów prowadzących politykę umiarkowaną (jak Henryk III) czy zgoła będących hugenotami (jak Henryk IV) nie leżało w interesie hugenotów. Po koronacji Henryka IV protestanccy monarchomachowie złagodzili swe stanowisko, usuwając najbardziej kontrowersyjne tezy z nowych wydań swych książek.

Paradoksalnie idee monarchomachów odbiły się za to echem wśród radykalnych katolików. W obozie katolickim doszło do rozłamu na bezkompromisową frakcję „dewotów”, której przewodzili Gwizjusze, i umiarkowaną frakcję „polityków”, stawiających rację stanu ponad sprawami wiary (ród Montmorencych, François ks. D’Alençon). Gdy król Henryk III pod wpływem „polityków” zawarł w 1576 r. pokój z hugenotami gwarantując im autonomię, powstaje – najpierw w Peronne, potem w Paryżu i innych miastach – tzw. Święta Liga. Ta nieprzejednana opozycja katolicka przejmuje niektóre tezy monarchomachów: choć deklaruje wierność tronowi, zastrzega, że władca musi być katolikiem. Henryk III był w tych kręgach znienawidzony nie tylko ze względu na ustępliwość wobec protestantów. Zarzucano mu sybarytyzm i zniewieściałość, a także rozmaite przywary moralne z sodomią na czele. Henryk otaczał się gronem faworytów zwanych „mignons” (pieszczochy), do których odnosił się z czułością i kokieterią; czasem przebierał się w stroje kobiece. Kazimierz Piwarski tak go opisuje: „Zdolny do okrucieństwa, a zarazem tchórzliwy […] dziwnie mieszał Henryk III dewocję z rozpustą”. Henryk Gwizjusz nie ukrywał, że pragnie zastąpić go na tronie, jego zwolennicy głosili, że ród Gwizjuszy wywodzi się wprost od Karola Wielkiego.

Inspiracje katolickich monarchomachów płyną z zewnątrz. Po krwawym stłumieniu przez angielską królową Elżbietę „papistowskiej” rebelii w Northumbrii papież Pius V w 1570 r. ekskomunikował monarchinię, co oznaczało zwolnienie poddanych z obowiązku posłuszeństwa. Przedostający się potajemnie na wyspę jezuici (np. Edmund Campion i Robert Parsons) budują konspiracyjną siatkę, z którą walczyły tajne służby królewskie kierowane przez Francisa Walsinghama. Na jego usługach był prowokator William Parry, który dotarł do Rzymu proponując zabójstwo Elżbiety; aprobujący ten projekt list kardynała Galliego został wykorzystany propagandowo przez dwór angielski.

Już w listopadzie 1571 r. odkryto spisek włoskiego bankiera Roberto Ridolfiego i Thomasa Howarda ks. Norfolk, zamierzających zabić królową. W 1583 r. spiski knują John Somerville i Francis Throckmorton. Rok później prowokator Parry okazał się podwójnym agentem i wraz Thomasem Morganem i Edmundem Nevillem zaczął przygotowywać zamach na królową (ostrzelanie królewskiej karocy w parku), który nie doszedł do skutku tylko z powodu zdrady Neville’a.

W 1586 r. młody szlachcic Anthony Babington i duchowny John Ballard planują obalenie Elżbiety i zastąpienie jej na tronie Anglii Marią Stuart, od lat przez Elżbietę więzioną. Gdy spisek ten został rozbity przez królewskiego agenta Gilberta Gifforda, Elżbieta zyskuje pretekst do pozbycia się rywalki. Skazana na śmierć Maria pisze do Elżbiety: „Błagam Waszą Wysokość, by moja kaźń nie odbyła się w ukryciu, lecz na oczach mi bliskich lub innych osób, które będą mogły dać świadectwo mojej wiary i mojego posłuszeństwa prawdziwemu Kościołowi”. A w jej liście do Gwizjusza czytamy: „Dziękuję Bogu za wszystko, a wam niech da Pan łaskę wytrwania w służbie Kościoła do kresu życia, oby honor ten nigdy nie opuścił naszego gatunku, by tak mężczyźni, jak i kobiety byli zawsze gotowi przelać krew, by wytrwać w walce o wiarę”. Zamachy trwają nadal. W 1593 r. pewien jezuita planuje wrzucenie „machiny piekielnej” pod karocę królowej. W 1594 r. odkryto próbę otrucia Elżbiety przez nawróconego na katolicyzm żydowskiego lekarza Rodrigo Lopeza. W 1602 r. trzej jezuici (m.in. o. Carew) przedostali się łodzią rybacką z Niderlandów, by zdetonować ładunek w pałacu, jednak zostali ujęci na skutek zdrady…

O ile zamachy katolickich monarchomachów w Anglii nie powiodły się, to w Niderlandach zostały uwieńczone sukcesem. W 1580 r. król Hiszpanii Filip II wydał edykt proskrypcyjny skazujący na banicję Wilhelma Orańskiego, stadhoudera (namiestnika) zbuntowanych prowincji. Nie tylko wyjmował przywódcę rebeliantów spod prawa, ale też obiecywał nagrodę wysokości 25 tysięcy écu dla jego zabójcy. Zabójcy kierowali się jednak nie chciwością, lecz przesłankami ideowymi.

18 marca 1582 r. na Wilhelma zaczaił się Bask Jean Jauréguy. Pobożny katolik zachętę do czynu znalazł w słowach dominikanina o. Antoine Timmermana, przed zamachem wyspowiadał się i przystąpił do komunii. Udało mu się tylko ranić namiestnika, a chwilę potem popełnił samobójstwo. Później w otoczenie Wilhelma Orańskiego przeniknął Burgundczyk Balthasar Gérard, który przedstawiał się jako uciekający przed prześladowaniami kalwinista z Franche-Comté. 10 lipca 1584 r. zbliżył się do stadhoudera uzbrojony w dwa pistolety – tym razem zamach okazał się udany. Gérard nie okazał żadnej skruchy, wręcz chlubił się swym czynem. Skazano go na straszną śmierć: najpierw przypalano żelazem „świętokradczą” dłoń, potem resztę kończyn i miękkie części ciała, wreszcie wyrwano wnętrzności i serce, w końcu ciało poćwiartowano. „A gdy go poddawano torturom, powtarzał, że tak musi być, że musi znieść te męczarnie za grzechy, które wcześniej popełnił, lecz popełnione zabójstwo nie było zbrodnią, gdyż dzięki niemu zasłuży na niebo, do którego wejdzie, by się za nas modlić” – odnotował świadek. Gérard zastosował taktykę „samotnego wilka”, jednak zdaniem niektórych autorów był tylko elementem szerszego spisku zorganizowanego przez o. Crichtona – równolegle z Burgundczykiem na Wilhelma zasadzić miał się niejaki Gaspar de Albrech.

Tymczasem we Francji krzepnie Liga Katolicka, przekształcając się w prawdziwe „państwo w państwie”. W 1585 r. w Paryżu zawiązuje się Komitet Szesnastu, złożony z reprezentantów wszystkich dzielnic stolicy. Rady Ligi tworzone są w miastach prowincjonalnych. Na czele całej struktury stanęła w 1589 r. Rada Generalna (Rada Czterdziestu), uważająca się za namiastkę Stanów Generalnych. Zarówno egzekucja Marii Stuart jak zamach na Wilhelma Orańskiego zradykalizowały poglądy katolików. Wyrażał je Jean Boucher: doktor teologii, w 1580 r. rektor Sorbony, współzałożyciel Ligi i członek Rady Czterdziestu. W swym dziele „De iusta Henricii tertii abdicatione e Francorum regno” stwierdzał, że suwerenność (potestas ac maiestas) należy do ludu, który może złożyć z tronu władcę za zgodą (czy może raczej za radą) Kościoła np. w przypadku herezji. Jego zdaniem Henryk III pogwałcił religię zawierając kompromis z heretykami, złupił skarbiec publiczny, poniewierał Stany Generalne – nie był więc prawowitym monarchą.

Do przesilenia doszło w 1588 r. 12 maja Henryk III wysłał gwardię szwajcarską przeciw tłumom paryżan witających entuzjastycznie Gwizjusza. W odpowiedzi na ulicach Paryża stanęły, bodaj po raz pierwszy, barykady. Przerażony oporem król uciekł ze stolicy, poszedł na ustępstwa wobec Ligi. Jesienią zwołał Stany Generalne, domagając się pieniędzy (zgoda na nowe podatki należała do przedstawicielstwa stanów). Stany nie tylko odmówiły mu wsparcia, ale dodatkowo wystąpiły z bezprecedensową inicjatywą prawodawczą – zażądały zmiany prawa sukcesyjnego wykluczającej heretyka od dziedziczenia tronu. Według Ligi zgodna uchwała trzech stanów (duchownego, rycerskiego i plebejskiego) miała mieć moc prawną nawet bez zgody monarchy! Król postanowił kontratakować. 23 grudnia jego ludzie skrytobójczo zabijają księcia Henryka Gwizjusza, następnego dnia ginie jego brat kardynał Ludwik; ciała zamordowanych zostały rozczłonkowane i polane wapnem palonym, żeby nie stały się dla katolików relikwiami. Oburzony Paryż wypowiada posłuszeństwo władcy, uchwała wydziału teologicznego Sorbony zwalnia lud z wierności wobec króla. W mroźnym styczniu 1589 r. ulicami stolicy przeciągają pokutne procesje bosych, odzianych w same koszule dzieci. Los zbuntowanego miasta wydaje się jednak przesądzony w obliczu oblężenia przez połączone siły królewskie i protestanckie.

Sytuację odmienił niespodziewanie Jacques Clement, „młodzieniec o umyśle prostym, a ciele wątłym”. Syn wieśniaków z Szampanii, urodzony ok. 1566 r., został dominikaninem w klasztorze przy ulicy Świętego Jakuba. Z racji swej mikrej postury i skłonności do psot nie był traktowany poważnie przez otoczenie, co skłaniało współczesnych do uznawania go jedynie za narzędzie szerszego sprzysiężenia. Na jego czele stać mieli siostra Gwizjuszów księżna de Montpensier i przeor dominikanów Edme Bourgoinga. To jednak tylko przypuszczenia. Fakty są takie, że Clement kupił nóż za dwa sous i sześć denarów, po czym wydostał się z Paryża docierając do posterunków oblężniczych. Listem od uwięzionego w Paryżu rojalisty przekonał żołnierzy, że wiezie ważne wiadomości dla króla. Dziwnym trafem dominikanin nie został zrewidowany i gdy Henryk III przyjął go 1 sierpnia 1589 r., zamachowiec wbił nóż w królewskie podbrzusze rozpruwając wnętrzności, po czym zginął zakłuty przez strażników. Trup Clementa został rozczłonkowany i spalony, a jego prochy wrzucono do Sekwany. Represje spadłyna domniemanych spiskowców: przeor Bourgoing, choć nie przyznał się do współudziału i nie ujawnił wspólników, został poćwiartowany, dominikanin Michel Mergey był włóczony na kracie ze sznurem na szyi i płonącą pochodnią w ręce, potem powieszony.

Zabójstwo przyniosło wszakże skutek. Choć nowym królem został (zgodnie z tradycyjnymi zasadami dziedziczenia) przywódca hugenotów Henryk z Nawarry jako Henryk IV, to większość katolików opuściła jego obóz i oblężenie zostało zakończone. Trwa nadal błędne koło spisków i represji. W 1590 r. powieszono franciszkanina Jousse z Tours za zdanie „cios zadany królowi był pięknym ciosem i ten, kto go zadał, był świętym człowiekiem”, rok później za lżenie monarchy stracono Jeana Coudraya; za to samo przewinienie skazany na śmierć został proboszcz Pierre de Nanchise, który wprawdzie zbiegł, ale chłostą ukarano jego służącą. Biskup Claude de Sainctes zmarł w więzieniu. W listopadzie 1593 r. powieszono w Saint-Germain ośmiu podejrzanych, którzy w czasie pobytu króla zadawali zbyt wiele pytań. W 1593 r. do zamachu przygotowywał się Pierre Barriére – przewoźnik rzeczny, potem żołnierz, którego proboszcz Aubri zapewnił, że zabójstwo tyrana otwiera bramy raju; 27 sierpnia został jednak wykryty, aresztowany, a potem skazany na śmierć przez łamanie kołem. 27 grudnia 1594 r. próbę tyranobójstwa podjął dwudziestoletni student Jean Chastel: gdy król udawał się pieszo do swej kochanki, Chastel usiłował pchnąć go sztyletem w szyję, ale tylko ranił usta. Niedoszły zamachowiec zmarł w męczarniach, które, jak wyznał, wymarzył sobie, bo miały być odpłatą za grzechy i ratunkiem przed ogniem piekielnym. Ponieważ Chastel był wychowankiem jezuitów, jego opiekun o. Jean Guignard został powieszony, a zakon został wygnany z królestwa. Kilka prób zamachów podejmował dominikanin Charles Ridicauwe, zanim został stracony przez łamanie kołem w 1599 r. W latach 1593–1594 dokonano łącznie pięciu zamachów na króla, w 1595 r. czterech, w 1596 dwóch, w 1598 jednego, w 1599 dwóch, w 1600 i 1601 po jednym…

Sytuacja w kraju stopniowo jednak się stabilizowała. Nowe oblężenie Paryża w 1590 r., w czasie którego z głodu zmarło 13 tysięcy ludzi (jedna czwarta populacji!), doprowadziło do rozłamu w Lidze na skrzydło radykalne (Szesnastu) i umiarkowane; w czasie drugiego „dnia barykad” (15 listopada 1591 r.) Karol Gwizjusz ks. Mayenne musiał pacyfikować najbardziej ekstremistyczne elementy własnego stronnictwa. 25 lipca 1593 r. Henryk IV dokonał abjuracji, czyli zmiany wyznania na katolickie (słynne są jego słowa: „Paryż wart jest mszy”). W marcu 1594 r. skapitulował Paryż, nieprzejednany Komitet Szesnastu został rozwiązany. We wrześniu 1595 r. papież Klemens VIII uznał nawrócenie Henryka i udzielił królowi absolucji. Nowy władca był przeciwieństwem swojego chwiejnego i słabowitego poprzednika. Ujmował swe otoczenie humorem, prostotą obejścia, odwagą, tężyzną fizyczną; imponowała nawet jego jurna zmysłowość. Prowadził politykę pragmatyczną: znane jest jego zdanie, że chce, by każdy Francuz miał co niedziela kurę w garnku. Pokonanych przeciwników traktował łagodnie. Na spowiednika przyjął jezuitę.

Wrzenie utrzymywało się natomiast w Anglii. Gdy po bezpotomnej śmierci Elżbiety jej następca, syn Marii Stuart Jakub I nie złagodził antykatolickiej polityki, partia katolicka zintensyfikowała swe działania. W 1603 r. niejaki Watson zamierzał porwać króla, co jednak nie doszło do skutku. 30 października 1605 r. lojalny wobec króla katolik lord Monteagle otrzymał anonimowy list odradzający mu uczestnictwo w obradach parlamentu 5 listopada. Doniósł o nim władzom, które zarządziły przeszukanie budynku, niczego wszakże nie znajdując. Gdy o sprawie powiadomiono króla, ten przypomniał sobie śmierć swego ojca Darnleya, którego dom wysadzono w powietrze w nocy 9/10 lutego 1567 r. (był to bodaj pierwszy przypadek zamachu bombowego, zdaniem niektórych odwet katolików za śmierć Ricciego). Powtórne przeszukanie objęło też piwnice, w których znaleziono 36 beczek prochu, stertę chrustu i weterana armii hiszpańskiej Guya Fawkesa, który czekał, by zdetonować ładunek i wysadzić króla wraz z parlamentem. Schwytany, podczas przesłuchania Tajnej Rady zachowywał się prowokacyjnie – przyznał, że planował wysadzić w powietrze Izbę Lordów i wyraził głęboki żal, że mu się to nie udało. Mówił, że „modlił się każdego dnia do Boga, by mógł wykonać ten czyn, który byłby krokiem naprzód dla wiary katolickiej, a także zbawieniem jego duszy”. Dopiero po długich torturach wydał wspólników. Organizatorami tego Spisku Prochowego byli Thomas Percy, Robert Catesby i Francis Tresham, wiedzieli jednak o nim jezuici: prowincjał Henry Garnet, Jean Gerard i Edward Oldcorn. W styczniu 1606 r. spiskowcy zostali zgładzeni w wymyślny sposób: rozciągani przez konie, pozbawieni genitaliów, wnętrzności i serc, wreszcie ścięci i poćwiartowani. Data wykrycia spisku od tej pory święcona jest przez protestantów jako Guy Fawkes Day, natomiast postać niedoszłego zamachowca zrobiła zaskakującą karierę w pop-kulturze. Katolicki terrorysta Fawkes stał się wzorem anarchisty V w komiksie (1982–1985), a potem filmie (2006) „V jak Vendetta”, zaś wykreowana w tymże maska V stała się znakiem rozpoznawczym hacktywistycznej sieci Anonymous.

We Francji po kilkunastu latach rządów Henryka IV sytuacja znowu się zaostrzyła. Rygorystyczna polityka fiskalna i ograniczanie praw samorządów budziły niezadowolenie. Do zaognienia konfliktu przyczyniła się lubieżność monarchy. Dobiegający sześćdziesiątki władca zapragnął piętnastoletniej Charlotte de Montmorency, którą wyswatał jednemu z Kondeuszy, ten jednak nie chciał dzielić się żoną z Henrykiem i uciekł z nią do habsburskich Niderlandów. Rozwścieczony król postanowił poprzeć protestantów przeciw Habsburgom w wojnie o sukcesję kliwijską. Wywołało to gniew środowisk katolickich, które nigdy nie pogodziły się z edyktem nantejskim (1598) gwarantującym równouprawnienie hugenotom. Ich mieczem stał się François Ravaillac. Urodzony w 1578 r., był rosłym mężczyzną, wyróżniał się rudą brodą. Pochodził z bardzo biednej rodziny, którą porzucił ojciec, sam więc utrzymywał matkę. Pracował jako służący, czasem jako prywatny nauczyciel opłacany częściej posiłkiem niż pieniędzmi. Próbował wstąpić do zakonu jezuitów, jednak nie został przyjęty. Głęboko religijny, obok swego nazwiska podpisywał się: „niech w moim sercu Jezus zawsze będzie zwycięzcą”. Od 1609 r. miał wizje nakazujące mu zabić króla. Zdecydował, że nie przyjmie komunii póki nie zgładzi tyrana, a wtedy „Bóg łaskawy i miłosierny wybaczy mu i zmyje jego grzechy”.

14 maja 1610 r. Henryk IV jechał przez Paryż w powozie, w otoczeniu straży. W pewnym momencie ulicę de la Ferronnerie zablokował wóz z baryłkami wina: karoca się zatrzymała, eskorta w ciasnocie odstąpiła. Ravaillac wykorzystał tę chwilę – wskoczył na powóz i zadał królowi trzy śmiertelne ciosy. Precyzja zamachu prowokowała do przypuszczeń, że zabójstwo było efektem dobrze zorganizowanego spisku. Eric Frattini, autor spiskowej książki „Święte Przymierze. Tajny wywiad Kościoła katolickiego” twierdzi, że Ravaillac był członkiem elitarnej grupy katolickich skrytobójców o nazwie Circolo Octagonus, nie ma jednak żadnych źródeł, które by to potwierdzały. Tak jak jego poprzednicy Ravaillac umiera w straszliwych męczarniach. Na początek miażdżono mu stopy w „hiszpańskich butach”. Potem przez godzinę czy dwie rozpalonymi obcęgami szarpano jego ciało, a otwarte rany polewano wrzącym olejem. Wreszcie rozrywano czterema końmi, co trwało kolejne półtorej godziny. Zamachowiec do końca zachował przytomność umysłu, chciał, by spowiednik recytował w czasie kaźni „Salve Regina”. Śledztwo nie natrafiło na żaden trop spisku. Aresztowano jedynie prewota (starostę) Pithiviers – choć niczego mu nie udowodniono, został uduszony w celi.

O ile dwadzieścia lat wcześniej Clement stał się bohaterem ówczesnego pokolenia katolików, to teraz czyn Ravaillaca nie przydał mu popularności. Społeczeństwo francuskie obawiało się nawrotu wojen religijnych, większość katolików przyjęła stanowisko gallikańskie, przedkładając lojalność wobec tronu nad wierność doktrynie. W rezultacie Ravaillac okazał się ostatnim z czynnych monarchomachów. Nadal rozwijali oni jednak swą ideologię. Jeszcze w 1599 r. hiszpański jezuita Juan de Mariana opublikował „De rege et regis”, w której wykładał, że władza „republiki” (społeczeństwa zorganizowanego w państwo) stoi ponad władzą „księcia” (tj. głowy państwa), a kontrolę nad poczynaniami władców sprawuje Kościół. Wydane w 1613 r. „Defensio fidei” autorstwa Francisco Suareza (też członka Towarzystwa Jezusowego) zawierało jeszcze bardziej radykalne tezy: w naturze nie ma poddaństwa, dlatego monarchia wynika z umowy społecznej, nie z prawa naturalnego. Bóg przyznał każdemu w prawie naturalnym możliwość obrony siebie, swoich bliskich i swojego kraju, łamiącego prawo władcę można więc zdetronizować. „Vox populi vox Dei”, chciałoby się rzec, gdyby nie działające tu sprzężenie zwrotne: pierwotne prawo ludu zostało przeniesione na Kościół, który swym autorytetem legitymizuje detronizację tyrana. Jest to więc raczej specyficzne połączenie zasad demokratycznych i teokratycznych. Teodemokracja?

Monarchomachowie nie byli ostatnim ogniwem w łańcuchu Militiae Christi. Po nich nadeszli brytyjscy jakobici, francuscy szuanie, włoscy sanfedyści, hiszpańscy karliści. Ale to już inna historia.

Komentarze