Karol Kaźmierczak: Najgorszy wróg Europy | Narodowcy.net

Karol Kaźmierczak: Najgorszy wróg Europy

Poniższy tekst, znajdujący się w kanonie lektur Młodzieży Wszechpolskiej, napisany został w 2008 roku. Mimo upływu ponad 10 lat nie stracił na aktualności i uderza trafnością spostrzeżeń. Słabość Zachodu jest dziś widoczna bardziej jak nigdy przedtem. Autor ten kryzys dostrzegł i zdiagnozował zanim stał się on tematem z pierwszych stron gazet. Zapraszamy do lektury!

Terroryści, parkingowi złodzieje lub żyjący z „socjalu” wiecznie bezrobotni imigranci to kwestie wtórne, wynikające z głównego problemu, jaki Europejczycy mają sami ze sobą. Oblicze najgorszego wroga Europy nie skrywa się pod turbanem. Przeciętny Europejczyk ujrzy je w lustrze.

Zżymanie się na Obcego to popularna czynność wśród europejskich tradycjonalistów, konserwatystów, nacjonalistów, czy w ogóle wszystkich mocno identyfikujących się z historyczną tożsamością naszego kontynentu. Dotyczy to zarówno ugrupowań radykalnych i marginalnych, ale także, choć oczywiście w innej formie, tych, które zdołały uchwycić jakieś przyczółki w głównym nurcie życia politycznego swoich krajów. Jest to czynność wśród nich tak popularna, że można odnieść wrażenie, iż ma funkcję terapeutyczną.

Snucie różnego rodzaju planów i scenariuszy asymilacyjno-represyjno-deportacyjnych tym więcej miejsca zajmuje w programie politycznym, im mniejszy jest wpływ danej organizacji na życie polityczne, nie wspominając o możliwościach tego typu radykalnych działań. Uskarżanie się na Obcego i układanie planów „zemsty ludu” jest jednak tak częste przede wszystkim dlatego, iż w obliczu głębokiego kryzysu wskazuje prostą jego przyczynę i równie prosty sposób jego przezwyciężenia, oszczędzając jakiejkolwiek głębszej refleksji i dając jasną, „pokrzepiającą serca”, nadzieję. Słusznie skupiamy uwagę na statystykach migracyjnych, przestępczości, zamachach, meczetach, imamach; jeśli jednak skoncentrujemy się wyłącznie na symptomach, nie możemy marzyć o zaradzeniu przyczynom.

Jest jeszcze jeden, jeszcze bardziej negatywny skutek tego sposobu myślenia. Nagle część środowisk odwołujących się do naszej tożsamości – przy czym dotyczy to raczej tych, które zajęły jakąś, marginalną wprawdzie, ale jednak, pozycję w politycznym mainstreamie – jako sojuszników zaczyna postrzegać tych, których jeszcze niedawno słusznie uważano za wewnętrznego wroga. Ściąga pod sztandary, na których wielkimi literami wypisano „wojnę z terroryzmem”, „walkę z islamofaszymem”, obronę „our way of life”. W czasach „zderzenia cywilizacji”, jak sądzą, nie ma miejsca na niuanse, trzeba walczyć z Obcym już na jego terenie – najlepszą obroną jest atak i nie ma znaczenia, kto w danej chwili stoi na czele tego ataku. A więc to, co określali jeszcze niedawno, czy nawet wciąż określają z mieszaniną obawy i pogardy jako „Nowy Porządek Światowy”, może wypełnić pozytywną rolę?

Wielki Brat zza oceanu nie jest już taki zły, Starszy Brat chyba też nie, w końcu są na pierwszej linii walki z islamskim zagrożeniem. Nie ma co narzekać na towarzystwo, nawet w krucjatach nie brali udziału sami święci, a przecież dziś to niemal nowa krucjata… wróg ten sam… Reminiscencje krucjat kołaczą się dziś po głowach wielu konserwatystów. Tylko, że ta analogia nie jest trafiona, a więc nie daje nam prawidłowej odpowiedzi na pytanie o istotę problemu. Powinniśmy raczej spoglądać na obecny stan rzeczy przez pryzmat innej epoki…

Tajemnica kryzysu

Julius Evola wnikliwe opisał kryzys cywilizacji zachodu, szukając jego najgłębszych przyczyn, wygłosił opinię, którą warto przytoczyć: „hierarchia ulega degeneracji, a jej obalenie staje się możliwe w jednym tylko wypadku: wówczas, gdy degeneruje się jednostka, która zaczyna używać swej przyrodzonej wolności, aby uwolnić od wszelkich wyższych punktów odniesienia. Wtedy to zerwane zostają wszelkie więzy, znika napięcie metafizyczne, któremu tradycyjny organizm zawdzięcza swoją jedność, wyodrębniają się sprzeczne siły, które podążają różnymi ścieżkami […]. Europejczyk unicestwił najpierw hierarchię w samym sobie, likwidując własny potencjał; dopiero wtedy zniszczył odpowiadający mu porządek zewnętrzny […]. To decyzja o znaczeniu metafizycznym […]. Decyzja ta posiada największe znaczenie w odpowiedzi na pytanie o źródła degeneracji i destrukcji tradycji” („Tajemnica degeneracji”, 1938).

Tymi słowy baron Evola wpisuje się w tradycyjne europejskie pojęcia metafizyczne. Zgodnie ze starożytną rzymską definicją vivere militare est (życie jest walką), w wymiarze metafizycznym ujmuje pojawiające się także w chrześcijaństwie pojęcie Świętej Wojny. Rozróżnia ono Wielką Świętą Wojnę i Małą. Wojną Wielką jest wewnętrzna walka człowieka o dochowanie wierności hierarchii zasad i wartości, które wyznaje. Mniej lub bardziej dosłowna walka z materialnym wrogiem zaprzeczającym tej hierarchii jest wojną Małą, wtórną. Dziś większość rdzennych mieszkańców Europy, szczególnie jej zachodniej części, jest w stanie permanentnej klęski w tej najważniejszej, Wielkiej Wojnie. Jak więc można myśleć o zwycięstwie w wojnie małej?

Współcześni Europejczycy nie mierzą się z uniwersalnym kalifatem, wbrew propagandzie pewnych poza- i całkiem nieeuropejskich ośrodków politycznych straszącej wszechświatową, równie potężną, co eteryczną, islamską „Bazą” (nazwa jakby żywcem wyjęta z filmów z Jamesem Bondem w roli głównej). Nie mierzą się z ogromnymi armiami, inaczej niż kiedyś, zdecydowanie dystansują świat islamu pod względem materialnym, technologicznym. Europejczycy mierzą się dziś z problemem, który sami tworzą i którego nie chcą chcieć rozwiązać. Te kilkuprocentowe mniejszości muzułmańskie to nie klasa panująca, efekt zbrojnego najazdu.

To efekt degeneracji gospodarzy Europy, ich materializmu – gnuśności mas, które stwierdziły, iż pewna praca jest poniżej ich godności, także pazerności kapitalistów, którym potrzebna była tania siła robocza, a przecież ich jedynym kryterium jest opłacalność produkcji. Tak wszystko się zaczynało, gdy w latach sześćdziesiątych zaczynał się masowy napływ gastarbeiterów. Od tego czasu Europejczycy zdążyli sobie stworzyć ideologię legitymizującą obecny stan rzeczy, choć oczywiście nie należy w triumfie postmodernistycznych idei „Nowej Lewicy” szukać prostego odzwierciedlenia przemian ekonomicznej „bazy”, jak chcieliby marksiści. Były one raczej zwieńczeniem tendencji kulturowych mających znacznie starszą genezę. Ostatecznie absolutna dominacja w pojęciach ludzkich imperatywu ekonomicznego jest zjawiskiem zachodzącym w świecie ideowej „nadbudowy”, wbrew temu, co twierdzą różnej maści marksiści, zjawiskiem bynajmniej nie odwiecznym.

Powrót do przyszłości

Jeśli mielibyśmy szukać dla czasów dzisiejszych historycznych analogii, odnajdziemy je nie w średniowiecznym „zderzeniu cywilizacji”, a raczej w procesie rozkładu cywilizacji antycznej. Wiele i szczegółowo się już na ten temat od czasów Edwarda Gibbona rozpisywano, a jednak wszystko to pozostaje dla współczesnych martwą literą.

Jedną z najlepszych kinowych scen batalistycznych jest scena otwierająca „Gladiatora” Ridleya Scotta. Nie chodzi tu jedynie o jej widowiskowość z jednej, czy też zachowanie wierności w odtworzeniu detalów z drugiej strony. Scena ta doskonale ukazuje cywilizacyjny wymiar starcia Rzymian z Germanami. Z gęstego lasu, z mroku, gdzie kryją się barbarzyńcy dochodzą trudne do opisania okrzyki, wręcz dzikie wycie. W tym właśnie kierunku ze stoickim spokojem suną kolejne kolumny legionistów. Dzięki żelaznej dyscyplinie, z jakimś bezosobowym, pozbawionym afektu fatalizmem łamią opór barbarzyńców, górujących nad nimi siłą fizyczną, szaleńczo odważnych, zmotywowanych dodatkowo świadomością, że bronią swoich domostw i nie mają się już dokąd wycofać.

W jednej scenie dostajemy odpowiedź na pytanie o istotę triumfu rzymskiej cywilizacji i dlaczego to właśnie Roma odcisnęła tak silne piętno na obliczu Europy. Lecz w takim momencie jeszcze bardziej nurtującym staje się pytanie jak to możliwe, że barbarzyńcy w końcu zwyciężyli, że przerastający ich pod każdym względem materialnie i intelektualnie mieszkańcy imperium któregoś dnia stali się poddanymi germańskich wodzów. Jak to się stało, że nieliczne hordy wyszły zwycięsko ze starcia z tak doskonałą machiną administracyjną i wojskową, że podobnych doczeka się Europa dopiero w XIX wieku. Legiony nie wzięły się znikąd. Wielkość rzymskiej republiki, która ufundowała późniejsze imperium cezarów polegała na tym, iż każdy jej obywatel był takim właśnie potencjalnym legionistą. Legion jako wspólnota stanowił naturalną kontynuację wspólnoty obywatelskiej i jak najbardziej logiczne dopełnienie życia każdego Rzymianina i jego pojęcia egzystencji. Nie do końca uzmysławiał to sobie genialny wódz Hannibal ze zdumieniem stwierdzający jak w miejsce kolejnych, wysłanych przez niego do Hadesu armii, wyrastają nowe, złożone z coraz to młodszych wojowników.

To nie barbarzyńcy pokonali Rzymian – za czasów swej świetności radzili sobie oni z gorszymi wrogami. Rzymianie pokonali samych siebie. Oczywiście stało się to stopniowo, był to proces rozłożony w czasie, ale w gruncie rzeczy nie chodzi w nim o nic innego jak właśnie o wspomniane przez Evolę „istnienie tylko dla siebie”. Plebs nie chciał już dłużej walczyć za coś więcej niż tylko pieniądze, a możni służyć potędze Republiki wyobrażającej obiektywny Ład, a nie swojej własnej. Zresztą wkrótce nikomu nie chciało się już walczyć o cokolwiek – tak naprawdę jedni i drudzy przyjęli z ulgą władzę cezarów i ich pretorian, którzy, choć despotyczni, to jednak dawali każdemu indyferentnemu politycznie „chleba i igrzysk” wedle jego stanu. Cezarowie zaś zamienili swoje państwo w kosmopolityczny tygiel, po prostu sprzedając prawa obywatelskie tym, którzy mogli za nie zapłacić, czy w końcu przyznając je wszystkim wolnym mieszkańcom imperium, by zwiększyć liczbę podatników.

Była w tym głębsza logika, skoro pogrążeni w dekadencji „Rzymianie” dawno zatracili cechy, które uczyniły ich panami świata i zamieszkujących go ludzi. Na nic zdało się bogactwo, organizacja wojskowa i cywilna, skoro nie było Rzymian do ich efektywnego obsadzenia i w końcu imperium przed barbarzyńcami musieli bronić barbarzyńscy najemnicy. Ostatecznie wielu obywateli dochodziło do wniosku, że państwo za wiele ich kosztuje i sami otwierali bramy swoich miast przed barbarzyńskimi wodzami, obiecującymi obniżkę podatków. W tym kontekście przestaje zdumiewać to, jak nieliczne plemiona opanowywały tereny, na których liczba zdolnych do noszenia broni mężczyzn przewyższała ich wielokrotnie. Znamienny przykład Civitas Aureliani – współczesnego Orleanu – jego mieszkańcy przyparci w 451 r. do muru przez samego Attylę, o którym wiadomo było, iż nie pozostawi nikogo przy życiu, podjęli walkę i odparli Hunów. Pozostali jednak odosobnionym przypadkiem.

Jak zaawansowany był rozkład, świadczy fakt, że podbijające równocześnie imperium chrześcijaństwo, nie uratowało imperium. Bowiem, jak słusznie zauważał Dmowski („Podstawy polityki polskiej”, 1905), w sensie swych cech kulturowych „nauka chrześcijańska powstała i kształtowała się w środowisku, które nie było narodem […] gdy budowa państwa rozsypywała się w gruzy, a z nią rozkładały się ostatecznie wszelkie tradycyjne, obywatelskie cnoty Rzymianina i samo pojęcie ojczyzny. W tych warunkach chrystianizm pierwotny miał do czynienia z jednostką, która po zerwaniu wszelkich nici, czuła się osamotnioną, błędną, pozbawioną wszelkiego steru w życiu. Tę jednostkę ratował, dał jej podstawy moralności jednostkowej, indywidualnej, moralności w stosunku do Boga, do bliźnich (jako takich samych jednostek) i do siebie samego”. Jednak „religia jednostki” uratowała niektóre jednostki, ale nie cywilizację i konstytuujący ją etos wspólnotowy. Warto o tym pamiętać.

Opisana historyczna analogia jest uderzająca. Czyż współczesny człowiek zachodu też nie oczekuje jedynie chleba i igrzysk? Czyż jego naczelną zasadą nie pozostaje „realizacja siebie” – sprowadzająca się do hedonizmu, mniej lub bardziej wyrafinowanego zaspokajania subiektywnych potrzeb czysto emocjonalnych, zmysłowych? Trzeba przy tym jednak pamiętać o wszystkich różnicach dzielących cywilizację antyczną od nowożytnej. Wydaje się, iż nader trafnie uchwycił tę różnicę Oswald Spengler, określając starożytną jako apollińską, natomiast nowożytną jako faustyczną. Człowiek antyczny, nawet w czasach największego nasilenia procesów rozkładu, zachowywał przekonanie o jakiejś wyższej, obiektywnej zasadzie, hierarchii i harmonii danego mu świata.

Widać je w matematyce antycznych Greków, u których ma ona funkcję sakralną, widać je w postreligijnym stoicyzmie, świecącym triumfy wśród nielicznych, ciągle zachowujących jakieś metafizyczne napięcie indywidualności schyłku antyku. Nawet najbardziej radykalni sofiści i sceptycy, twierdzący, iż niemożliwością jest poznanie Prawdy, nie negowali totalnie samego jej istnienia. Człowiek nowożytny, na podobieństwo doktora Fausta, również poszukiwał tej zasady, ale w nadziei, że będzie mógł ją zmienić, ulepszyć. Przekraczał kolejne granice, łamał kolejne tabu, w końcu, w obliczu zjawisk, które wyzwoliła jego suchy racjonalizm, a które okazały się ów racjonalizm przerastać, zwątpił w jakiekolwiek obiektywne zasady. Dlatego też obecny stan cywilizacji zachodu, a szczególnie jej historycznego centrum – Europy zachodniej, jest stanem bezprecedensowym w dziejach. Jeszcze nigdy człowiek zachodu nie musiał się mierzyć z takim chaosem aksjologicznym, nigdy nie był dalej nie tyle od odpowiedzi, co wręcz od samego pytania o obiektywną zasadę Bytu.

Ludy białej flagi

Cała historia jest więc analogiczna o tyle, że współcześni „barbarzyńcy” także są silni słabością społeczności, wśród których chcą budować swoje życie. Sytuacja jest jeszcze bardziej paradoksalna, bo jak już zauważyłem, inaczej niż półtora tysiąca lat temu nie mamy do czynienia ze zbrojnym najazdem, lecz zwykłą migracją. Trudno przecież za siłę zbrojną uznać wyrostków imających się kijów i kamieni, od wielu lat panujących na przedmieściach francuskich metropolii. Na dobrą sprawę do spacyfikowania sytuacji wystarczyłaby wola władz i społeczeństwa do podjęcia zdecydowanych, adekwatnych do zaistniałego stanu rzeczy, działań. Jak charakterystyczne było jednak zachowanie francuskich służb porządkowych w czasie zamieszek jesienią 2005 roku, które wobec watah co noc niszczących przedmieścia, ograniczały się zasadniczo do spisywania zatrzymanych, w większości nie nadając potem biegu proceduralnego.

Zresztą dla mediów czarnym bohaterem stali się nie uczestnicy rozruchów, lecz ówczesny minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy, który śmiał powiedzieć na ich temat parę dosadnych słów. Znamienne jest również zachowanie samych Francuzów: agresja młodych imigrantów nie spotkała się z żadną reakcją miejscowej ludności, w którą bezpośrednio uderzała działalność band, a która pozostała całkowicie zastraszona i bierna. Jeszcze bardziej szokujące jest zachowanie Francuzów niecały rok później, gdy latem 2006 roku Sarkozy postanowił przeprowadzić deportację pewnej, niezbyt dużej liczby nielegalnych imigrantów. Pora nie była przypadkowa – wakacje umożliwiały przeprowadzenie całej operacji, gdyż we Francji obowiązuje prawo, wedle którego nielegalni imigranci mogą legalnie (!) posyłać swoje dzieci do państwowych szkół, a wówczas cała rodzina jest nietykalna.

Wakacje są, rzecz jasna, okresem, kiedy dzieci nauki nie pobierają i te lukę postanowił wykorzystać przyszły prezydent Francji. Jednak gdy tylko rok szkolny się zakończył, na ulice wyległy setki Francuzów, media, intelektualiści, a duża część polityków rozpoczęła kampanię na rzecz pokrzyżowania planów Sarkozego. Biskupi w wielu diecezjach nawoływali do ukrywania imigranckich dzieci, zaś merowie niektórych miast wzywali obywateli francuskich do ich adopcji, oferując szybkie załatwienie sprawy. Akcja Sarkozy’ego upadła, zanim jeszcze się zaczęła. Podkreślmy jeszcze raz, iż miała ona dotyczyć jedynie osób łamiących francuskie prawo!

Oczywiście przytoczony powyżej przykład Francji, pod względem procesów rozkładu wyprzedzającej inne kraje, może wydać się niereprezentatywny. Casus Hiszpanii pokazuje jednak, jak łatwo stereotypy przesłaniają nam głębokie kulturowe procesy. Rząd Zapatero przoduje dziś w dziele kulturowej dekonstrukcji i cieszy się w swych działaniach, jak na razie, poparciem większości Hiszpanów. Wszystko to w kraju „konserwatywnym, tradycyjnie katolickim”. Zresztą, jak wiele mówią nam okoliczności dojścia do władzy obecnego hiszpańskiego premiera. Silna, zdrowa, funkcjonalna wspólnota w sytuacji ataku, i to ataku w samo swoje centrum, swoje wnętrze (nie tylko w sensie geograficznym), w kobiety i dzieci, jakim był zamach w madryckim metrze w 2004 r., zwiera szeregi, szuka odwetu, dostaje dodatkową motywację do kontynuacji walki, czy wręcz jej zaostrzenia. Zwycięstwo Zapatero, deklarującego spełnienie postulatów agresora, było wywieszeniem białej flagi, zatrważającym dowodem stanu morale Hiszpanów.

Materializm, hedonistyczny indywidualizm, czy może raczej egoizm współczesnych Europejczyków, mają i ten zasadniczy efekt w postaci tragicznych tendencji demograficznych. Przyrost naturalny imigrantów z Azji czy Afryki jest o wiele wyższy od dzietności rdzennych mieszkańców Europy, którzy przecież znajdują się w o wiele lepszej sytuacji materialnej.

Problemem jest nie tylko świadomość establishmentu, beneficjentów systemu, oderwanej od życia kasty, która zresztą produkuje też jego ideologiczną legitymację, ale także świadomość szerokich mas, na własnej skórze odczuwających przecież negatywne konsekwencje obecnego stanu rzeczy. Sytuacja pod tym względem jest o tyle niepowtarzalna, że współcześni Europejczycy hołdują całościowej ideologii, osadzonej mocno w sferze przedpolitycznej, która w teorii całkowicie kosmopolityczna, w praktyce często sprowadza się do szczególnego uwzględnienia, wywyższenia tego, co obce, tego, co Roger Scruton trafnie określił jako ojkofobię połączoną z ksenofilią.

Obecne europejskie elity nie przyjmują więc obecnej sytuacji z fatalistycznym przekonaniem, iż „tak już musi być”, one w dużej części gorąco wierzą (i poprzez różne mechanizmy władzy kulturowej, a nawet politycznej, są gotowe wiarę tę narzucać europejskim masom), że „tak być powinno”. Metapolityczna konstytucja Unii Europejskiej sformułowana została przez koryfeuszy neomarksistowskiej i postmodernistycznej „Nowej Lewicy”, którzy wytyczyli jej drogę przez przezwyciężenie wszelkich „ekskluzywnych tożsamości” w kierunku całkowicie „kosmopolitycznej demokracji praw człowieka”, gdzie zgodnie ze słowami Adama Wielomskiego „to co relatywne stało się absolutne; to co absolutne stało się relatywne”.

Jak zauważa wybitny filozof Eric Vogelin „prawo do niewiedzy o realności prawdy stało się powszechne. W dwudziestym wieku jest najbardziej znaczącą i charakterystyczną instytucją zachodnich społeczeństw. Instytucja ta jest mocno zakorzeniona, weszła do powszechnej świadomości i została podniesiona do rangi zasady ładu społecznego poprzez samointerpretację zachodnich społeczeństw jako społeczeństw pluralistycznych”. Będące dla Arnolda Toynbee ostatnim stadium, starością i zmierzchem cywilizacji, kosmopolityczne „państwo uniwersalne”, jest stawiane jako ideał. Ideałem jest, ewokowana przez Petera Sloterdijka, wegetacja człowieka w spokoju, zdrowiu i zaspokojeniu zmysłowym, w cieplarnianym „kryształowym pałacu”, „nawrócona na postheroiczny styl kulturowy”. Ów „mieszkaniec kryształowego pałacu” to nikt inny jak pogardzany przez Nietzschego „ostatni człowiek”. Sam „kryształowy pałac” nieodparcie przywodzi na myśl dom spokojnej starości.

Nowi barbarzyńcy

Mówiąc o imigrantach jako zagrożeniu, najczęściej ma się na myśli tych wywodzących się z szeroko rozumianego świata islamu. Próbując szukać historycznych analogii, znów musimy zwrócić uwagę na istotną różnicę, jaka dzieli nas od rozpadającego się świata antycznego i to różnicę, która stawia nas w gorszej sytuacji. Murszejącą rzymską cywilizację zburzyły bezlitośnie przede wszystkim ludy germańskie. To one, wraz z tymi, którym zapośredniczyły jej dziedzictwo stworzyły to, co zwiemy dziś „Zachodem”. Powstał on jako twórcza synteza pojęć rzymskich i własnych pojęć ludów barbarzyńskich, uwypuklająca z biegiem czasu ich dodatnie cechy. Przed półtora tysiącem lat mieliśmy do czynienia z surowymi pod względem kulturowym barbarzyńcami, przynależącymi, co najważniejsze, do tej samej indoeuropejskiej rodziny. Jak by nie patrzeć, sami Rzymianie, czy Grecy wywodzili się od plemion, niewiele się od owych barbarzyńców różniących.

Budowali więc swoje cywilizacje na wspólnych kulturowych archetypach. Dzisiejsi Europejczycy oddają pola „barbarzyńcom” zakorzenionym w być może prymitywnej, lecz wykrystalizowanej, całkowicie odmiennej kulturze. Wykrystalizowanej, nota bene, także w ogniu walk z naszym kręgiem cywilizacyjnym. Trudno więc myśleć o jakiejkolwiek twórczej syntezie. Nie lekceważmy natomiast atrakcyjności tej kultury i samego islamu będącego jej kręgosłupem. Już w tej chwili we Francji mamy do czynienia z dość licznym zjawiskiem prozelityzmu Francuzów, zresztą mahometanie tworzą tam już największą grupę religijną, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę praktykujących.

W Niemczech rodowitych mieszkańców tego kraju wyznających islam jest już od 15 do 40 tys. Tylko w zeszłym roku decyzję o konwersji podjęło 5 tys. Niemców. Jednostki o ustroju duchowym buntującym się przeciw panującemu relatywizmowi, szukające „mocnych wartości”, wyraźnego kodu moralnego, znajdują w islamie najgłośniejszą odpowiedź. A islam przy całym swoim uniwersalizmie, jest jednak mocno zakorzeniony w określonej kulturze (arabski jako „święty język”), którą narzuca, poprzez dążenie do maksymalnego rozciągnięcia bezpośredniej sfery oddziaływania religii. Feliks Koneczny słusznie uznał cywilizację arabską za półsakralną. W islamie nie ma mowy o żadnym mutlikulturalizmie, któremu hołdowało chrześcijaństwo u samego swojego zarania, w czasach rozkładu antyku (czym na swój sposób fascynują się neomarksiści pokroju Badiou) i któremu, niestety, w coraz większym stopniu hołduje dziś.

Dobrowolne przechodzenie na islam w Europie dziś już jest zauważalne i nie dotyczy tylko tych zagubionych, wyalienowanych frustratów, jak ci dwaj Niemcy aresztowani we wrześniu zeszłego roku pod zarzutem przygotowywania zamachów terrorystycznych, lecz i wybitnych postaci. Dość wspomnieć, iż prekursor tradycjonalizmu integralnego Rene Guenon przeszedł swego czasu na islam i udał się do Egiptu, gdzie „żył jak Arab między Arabami”.

Zresztą można zapytać w tym kontekście, kto dziś zasługuje na określenie „barbarzyńca”? W popularnej wśród zachodnioeuropejskich intelektualistów książce, będącym manifestem neomarksizmu „Imperium” Michaela Hardta i Antonio Negriego, autorzy kreślą wizję ostatecznego „wyzwolenia” homo sapiens, do którego prowadzi według nich „walka przeciw niewoli należenia do jakiegoś narodu, do jakiejś tożsamości, do jakiegoś ludu, a więc ucieczka od suwerenności [przyrodzonej wspólnoty – K. K.] i ograniczeń jakie ta nakłada na podmiotowość [jednostki – K. K.]”.

Marząc o jednym, globalnym, wyzwolonym ludzie – „rzeszy ludzkiej” drogę doń widzą właśnie w „nomadyzmie”, „nowym barbarzyńcy”. Oczywiście nie chodzi tu wyłącznie o dosłowny sens „nomadyzmu” – choć narzekając na imigrantów, zapominamy, że wbrew oficjalnemu afirmowaniu regionalizmu, współczesny Europejczyk (nie wspominając o mieszkańcach USA) jest całkowicie wyprany z wszelkiej lokalności, jest nomadą, podróżującym po całym kraju, czy kontynencie, by zaspokoić swoje materialne potrzeby. Ów „nomadyzm” to także przekraczanie kolejnych kulturowych i etycznych granic, „barier” w drodze do „samorealizacji”. Czy wykorzenieni „ludzie zachodu” mają prawo patrzyć z wyższością na ludzi Koranu?

Nie ta wojna

W warunkach obecnego kryzysu, pewna część Europejczyków spogląda chętnie za Atlantyk. Niektórych z nich urzekła retoryka „obrony Zachodu” i rzekoma „konserwatywna rewolucja”, jaka miała się tam dokonać. Są tacy, którzy wychodzą z założenia, iż wróg naszego wroga jest naszym autentycznym przyjacielem. Podnoszą przy tym fakt, że w przeciwieństwie do państw Europy, rząd amerykański aktywnie zwalcza zagrożenie islamskie, w sposób zdecydowany i twardy, wymierzając bezpardonowe ciosy w samo jego centrum, zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak. Myślenie takie jest jednak także spowodowane koncentrowaniem się na pobieżnym oglądzie sytuacji tu i teraz, na wizjach serwowanych nam przez globalną infosferę w zawrotnym tempie zmieniających się obrazów.

Nadzieja, że amerykańska wojna z terroryzmem ma jakiekolwiek większe znaczenie dla kondycji narodów Europy, dowodzi absolutnego niezrozumienia istoty zagrożenia, z jakim musimy się zmagać. Nie istnieje nic takiego jak „świat islamu” sensu stricto geostrategicznym, bo przecież na tej płaszczyźnie rozgrywa się walka prezydenta Busha. Nie ma panarabskiego kalifatu, złowrogiego imperium podobnego do tego z „Gwiezdnych Wojen”, nie ma również wszechświatowego spisku z jakąś centralną Bazą (Al-Kaidą) Zła na czele. Wśród muzułmańskich państw i wewnątrz nich mamy konflikty polityczne, konflikty etniczne (Arabowie – Persowie, Turcy – Kurdowie) czy w końcu religijne (sunnici z szyitami – z wielkim zaangażowaniem wyrzynają się dziś w Iraku).

Obalenie Saddama Husajna, ewentualne obalenie Mahmuda Ahmadineżada, nie ma większego znaczenia dla Europy. Toczący ją cywilizacyjny kryzys wykorzystują zwykli migranci a nie działający z rozkazu, wedle misternego planu, podkomendni jakiegoś polityczno-militarnego dowództwa. Oczywiście istnieje problem terroryzmu, jednak należy dostrzegać jego właściwy wymiar. Mamy do czynienia z pewnymi zakonspirowanymi grupami, dwie z nich okazały się zdolne do przeprowadzenia na starym kontynencie dwóch dużych zamachów: w Madrycie w 2004 roku i w Londynie rok później, w których łącznie zginęły 244 osoby. Jednak były one całkowicie samodzielnymi grupami, nie zaś elementem jakiejś większej, scentralizowanej i hierarchicznej struktury.

Nie wykonywały żadnych rozkazów Osamy ibn Ladena. Zarówno te grupy, jak i znacznie większa liczba tych, których plany udaremniono, to lokalne, nieliczne ugrupowania, dla których ibn Laden i Al-Kaida są jedynie swego rodzaju mitem założycielskim, źródłem inspiracji i przykładu, czasem źródłem środków finansowych. Zresztą w tym kontekście podkreślić należy, iż to właśnie propaganda amerykańskich mediów, odciskająca, co zrozumiałe, piętno na całej infosferze, pomaga Osamie bin Ladenowi w wypełnianiu tej roli. Z pewnością nieprzypadkowo. Rekruci, plan i organizacja ataków to dzieło miejscowych ugrupowań składających się z mieszkańców, czy obywateli danego kraju. Nie są oni ramieniem żadnego mózgu z Bliskiego Wschodu.

Raczej szczególnie dotkliwym efektem ubocznym istnienia masowych skupisk imigrantów, bez których zjawisko islamistycznego terroryzmu w Europie by nie zaistniało. Zresztą pojedyncze akty przemocy niewielkich, radykalnych i sfrustrowanych grup są obecne w historii od zawsze i byłoby iluzją sądzić, że zdołamy je kiedykolwiek całkowicie wyeliminować. To, iż dziś pojedynczy akt terroru ze strony tego rodzaju grupy może pociągnąć znacznie więcej ofiar, wiąże się – w głównej mierze – z postępem techniki i jej powszechnym wykorzystaniu. Z drugiej strony, praktyka ostatnich dwóch lat, kiedy to udaremniono kilka spisków, podobnych do tych odpowiedzialnych za zamachy w Madrycie i Londynie, udowadnia, że wystarczy zdecydowana polityka policyjna, związana głównie ze stosownymi zmianami w prawodawstwie i procedurach dotyczących bezpieczeństwa publicznego, by znacząco zredukować niebezpieczeństwo aktów terroru na dużą skalę.

Jeszcze silniej o duchowym źródle kłopotów Europy świadczy fakt, iż coraz częściej wśród islamistów-terrorystów spotykamy rdzennych Europejczyków. W październiku tego roku niemiecka policja zatrzymała trzech muzułmanów w Sauerlandzie szykujących bomby w celu zaatakowania pobliskiej bazy wojsk amerykańskich w Rammstein. Dwóch z nich było rodowitymi Niemcami (a co najmniej Europejczykami, biorąc pod uwagę, iż jeden z nich nazywał się Fritz Gelowicz). Znany jest przypadek Niemca Stevena Smyreka, którego aresztowała w Tel Awiw-Jafie izraelska policja jako… bojownika Hezbollahu. Po skazaniu Smyrek wybrał na miejsce odbywania kary Izrael, a nie więzienie niemieckie, by pozostać wśród towarzyszy broni. Wiosną 2006 roku zatrzymano Niemkę, która już wylatywała do Pakistanu, by dołączyć do męczenników dżihadu. Również w niemieckim areszcie przebywa przesiedleniec z Gliwic, Christian Ganczarski, powiązany z zamachem na wyspie Dżerba z 11 kwietnia 2002 r. – jego wykonawca dzwonił do niego dwie godziny przed atakiem, by uzyskać błogosławieństwo.

Imperium mundi

Jednak naiwna fascynacja Stanami Zjednoczonymi, wyraźnie dostrzegalna w krajach Europy Środkowowschodniej, fascynacja „ostatnim chrześcijańskim mocarstwem”, jak określają je niektórzy podający się za konserwatystów, przekracza czysto polityczną płaszczyznę. Fakt, iż amerykański prezydent często powołuje się na Pana Boga, znacznie większy odsetek Amerykanów, niż Europejczyków uczęszcza do swoich świątyń, nie ma rozbudowanego systemu świadczeń socjalnych, a amerykański rząd ciągle jest zdolny do zbrojnego forsowania swoich interesów, dla niektórych jest powodem dla widzenia w Stanach Zjednoczonych swoistej oazy, Atlantydy, gdzie tradycyjne wartości ciągle jakoś bronią się przed ogólnym rozkładem.

Zadziwiającym jest, jak konstatacja zupełnie naskórkowych zjawisk i zewnętrznych form, przesłania wielu zasadniczą prawdę. Jeśli dostrzegamy dziś źródła rozkładu naszej cywilizacji w totalnym panowaniu radykalnego egalitaryzmu i relatywizmu, wraz ze wszystkimi jego konsekwencjami, m.in. totalnym zekonomizowaniem polityki i życia społecznego, to przecież ich źródłem i „misjonarzem” na gruncie europejskim jest właśnie Ameryka. Po dwóch wojnach światowych, w których zginęli najlepsi synowie Starego Kontynentu, Europa Zachodnia stała się de facto kolonią USA nie tylko w sensie militarno-politycznym. Nawet jeśli dziś procesy rozkładu są bardzie zaawansowane, a walka ze wszystkim, co chce im przeciwdziałać, jest bardziej nasilona właśnie w zachodniej Europie, to cała ideologia, która dostarczyła paliwa dla nich, zrodziła się za Atlantykiem. Najbardziej radykalne koncepcje europejskiej lewicy mają swoje źródła w amerykańskiej mitologii politycznej.

Sam Jürgen Habermas przyznaje, że to Amerykanie stworzyli podwaliny pod postnarodową „nową Europę”, nowe Niemcy, dzięki nim zanikły już: „realnopolityczny cynizm twardych facetów, krytyka kultury uskuteczniana przez konserwatywnych pięknoduchów, antropologiczny pesymizm”, jak pisał na łamach „Frankfurter Allgemaine Zeitung” 24 stycznia 2003 r. Rząd Stanów Zjednoczonych prowadzi swoje interwencje pod demoliberalnymi sztandarami i w tych ideach szuka legitymacji dla swoich działań. To w Ameryce znajduje się siedziba Spenglerowskiego „cezara kapitału”, będącego w równym stopniu konstruktorem i beneficjantem globalnego systemu.

Tam usadowieni są najważniejsi z nich: władcy infosfery (w USA wytwarzane jest 80% słów, dźwięków i obrazów, które krążą po całym świecie, tam wytwarza się 3/4 programów telewizyjnych), cybersfery (tam lokują się czołowi producenci software, w Marina del Rey w Kalifornii ma swoją siedzibę Internet Corporation of Assigned Names and Numbers (ICANN), która koordynuje system internetowych „Root Servers”, w większości mieszczących się na terytorium USA). Tam w końcu lokują się główne zakłady produkcji globalnej kultury, popkultury, kształtujące oblicze milionów „ludzi zachodu”.

Stanów Zjednoczonych nie można dziś traktować w kategoriach państwa narodowego, w ogóle trudno je traktować w kategorii klasycznie rozumianego państwa, formy powstałej po rozkładzie średniowiecznych uniwersalizmów i zdefiniowanej w traktacie westfalskim. USA są dzisiaj główną bazą globalnej elity, „metropolitalną prowincją powstającego Imperium Mundi”, jak określił je Tomasz Gabiś w swoim eseju poświęconym globalizacji, imperium skutecznie przejmującego suwerenność wszelkich terytorialnych władztw.

Elita ta ciągle, co prawda, opiera się w pewnej części na ideologicznej legitymacji określonej przez konstytucję USA i w związku z tym musi inwestować setki milionów dolarów w aranżowanie plebiscytów poparcia i mobilizować obywateli USA do brania w nich udziału, w gruncie rzeczy jest to jednak fasada. Elity systemu globalnego, w dużej mierze pokrywające się z elitami amerykańskimi, działają przede wszystkim w interesie tego systemu, nie zaś tylko terytorialnie określonej wspólnoty obywateli amerykańskich. Logika Nowego Porządku Światowego uderza również, choć może mniej otwarcie i dotkliwie, w naród amerykański w jego historycznej formie – wspólnotę dość eklektyczną, a jednak mocno (przynajmniej niegdyś) zaszczepioną na anglosaskim i protestanckim korzeniu.

Od lat wskazują na to paleokonserwatyści uznający, iż polityka globalnego zaangażowania stała się samonapędzającą machiną działającą w oderwaniu od realnych interesów narodowych, wolny handel zrujnował amerykański przemysł, eksportując miejsca pracy na Daleki Wschód, a wielkie korporacje czuwają, by rząd nie ważył się realnie odciąć dopływu taniej siły roboczej w postaci latynoskich imigrantów (których za poważne zagrożenie dla kondycji narodu amerykańskiego uznał w swej książce „Kim jesteśmy?” Samuel Huntington). A jednak establishment potrafił doprowadzić do trwałej marginalizacji nacjonalistycznej prawicy, która teraz może co najwyżej produkować się publicystycznie na łamach „The American Conservative” lub „The Chronicles”; „ludzie czynu” mogą zaś bawić się w żołnierzy w szeregach niegroźnych, bo całkowicie zinfiltrowanych, antyfederalnych „milicji”.

Samo określenie „paleokonserwatyści” wskazuje możliwości ich oddziaływania na dzisiejszą rzeczywistość polityczną swojego kraju. Miarą potęgi systemu jest miara mistyfikacji skutkującej tym, że niemały sektor amerykańskiego społeczeństwa nastrojony właśnie nacjonalistycznie, czy wręcz izolacjonistycznie, oddaje władzę w ręce ludzi prowadzących politykę jaskrawie zaprzeczającą ich poglądom i odczuciom. Symbolem tego może być era rządów Busha, w której głosy owych pogardzanych „rednecków” otworzyły możliwości działania większe, niż kiedykolwiek wcześniej przed radykalnymi zwolennikami „wielkiego skoku” w stronę imperium mundi, czyli neokonserwatystami.

Ameryka jest więc zarówno źródłem idei, które przyczyniły się do erozji kultury Europy (co nie znaczy oczywiście, iż sami Europejczycy nie przyczynili się do niej), jak i zapleczem, biegunem namacalnej siły (o bezprecedensowej potędze), która wtłacza ją w polityczną formułę będącą przypieczętowaniem erozji jej podmiotowości i tożsamości. Upatrywanie za Oceanem „ostatniej nadziei białych”, to szczególnie groźna schizofrenia, a może po prostu połknięcie haczyka mniej lub bardziej wyrafinowanej propagandy „wspólnoty euroatlantyckiej” i „obrony Zachodu”.

Wróg w lustrze

Szukanie wroga w Teheranie, Bagdadzie, Strefie Gazy, czy Stambule to działanie dość jałowe. Terroryści, parkingowi złodzieje, lub żyjący z „socjalu” wiecznie bezrobotni imigranci to kwestie wtórne, wynikające z głównego problemu, jaki Europejczycy mają sami ze sobą. Bowiem wszystkie te przytoczone postaci zagościły w naszych krajach na własne życzenie jej rdzennych mieszkańców.

Oblicze najgorszego wroga Europy nie skrywa się pod turbanem. Przeciętny Europejczyk ujrzy je w lustrze.

Usłyszy go w wyrzekaniach na „zacofanych Arabusów”, którym jednak nie ma się do przeciwstawienia nic poza „możliwością pieprzenia się, z kim mi się podoba” – tak jeden z głównych przejawów wyższości „cywilizacji zachodu” zdefiniowała zmarła niedawno Oriana Falacci, przez wielu stawiana na postument „obrońcy Europy”. Wielu z tych, którzy mienią się „obrońcami Zachodu”, chodzi nie o obronę tradycyjnej kultury europejskiej, lecz właśnie o walkę z jakąkolwiek tradycyjną tożsamością, a przygnębiający paradoks polega na tym, iż w zachodniej części naszego kontynentu najbardziej zakorzenieni kulturowo pozostają właśnie imigranci. Jeśli Europejczycy chcą obronić Europę, decydującą walką, jest ta, która toczy się w ich sercach i umysłach.

Cały czas piszę o Europie, jednak musimy mieć świadomość, iż stary świat przedziela cywilizacyjne pęknięcie. Nie jest to pęknięcie między protestantami i katolikami, katolikami i prawosławnymi, czy tym podobne. Narody na zachód od Łaby pogrążone w dekadencji, cywilizacyjnie przejrzałe przypominają emerytów pragnących już tylko w spokoju konsumować owoce swojego niegdysiejszego pełnego wigoru życia. Narody Europy Środkowej i Wschodniej później włączyły się w główny cywilizacyjny nurt, które później i w mniejszym stopniu doświadczały jego największych osiągnięć, które jednak od chwili swoich narodzin posiadły doświadczenie niemal nieobecne na Zachodzie, doświadczenie Przedmurza, zderzenia cywilizacji – ostatnim z tych dotkliwych zderzeń było niemal półwieczne panowanie komunizmu. Dziś ta młodsza cywilizacyjnie Europa może być, pytanie jak długo, Europą prawdziwą. Pamiętajmy jednak, aby sens miało krzyczenie „Europa dla Europejczyków”, najpierw Europejczycy muszą mieć cokolwiek wartościowego do zaoferowania Europie.

Karol Kaźmierczak

Artykuł ukazał się w kwartalniku Mysl.pl, nr 9, wiosna 2008

Komentarze