LGBT i kapitalizm | Narodowcy.net

LGBT i kapitalizm

Ostatnie dni obfitowały w wydarzenia, które rozjuszyły polską prawicę – najpierw IKEA zwolniła swojego pracownika za cytowanie Pisma Świętego, następnie w poznańskiej kawiarni drag queen Lola czytał dzieciom bajkę o Adasiu, któremu wyrosły skrzydła. Wcześniej w Stanach Zjednoczonych wybuchła poważna afera dotycząca cenzurowania konserwatywnych treści przez Google.

Można powiedzieć, że hasło LGBT działa na narodowców, jak czerwona płachta na byka. I nie ma co się dziwić – w końcu postulaty „tęczowych” uderzają w podstawowy kanon wartości każdego, kto choćby sympatyzuje z kulturowym katolicyzmem. Z drugiej strony internetowe wzburzenie nie przekłada się na fizyczny sprzeciw – blokady marszów równości, których uczestnicy zaczynają paradować już na prowincji, nie cieszą się wielkim zainteresowaniem mieszczan i są raczej mało żywotne. Jest oczywiście kilka chlubnych wyjątków – jednym z nich jest Lublin. Choć zachowania protestujących mogą razić estetyczne uczucia co poniektórych to faktem jest, że wskutek „głośnej” blokady niektórzy prezydenci postanowili o niewydaniu zgody na organizację marszu równości. Ich decyzje zostały uchylone przez sądy, ale istotne jest to, że gwałtowne protesty w innych miastach mogą dać wiele do myślenia lokalnym włodarzom.

Nie o tym jednak jest ten tekst. Ciekawsze są bowiem reakcje polskiej prawicy, a mówiąc ściślej – argumentacja wysuwana przeciwko tęczowemu światopoglądowi. Najogólniej rzecz biorąc sprowadza się ona do dwóch kwestii: związków pedofilii z homoseksualizmem oraz obrony „naszych dzieci”, co sprowadza się przede wszystkim do możliwości decydowania przez rodziców o wychowaniu własnych pociech.

Bardzo prężnie działający w tej materii Instytut Ordo Iuris przygotował nawet specjalne „Rodzicielskie oświadczenie wychowawcze”. Po podpisaniu takiego dokumentu i wręczeniu go dyrekcji placówki edukacyjnej, rodzice mogą spać spokojnie – dziecko nie będzie mogło być posłane na zajęcia takie jak głośny „Tęczowy piątek”. Na pewno jest to bardzo cenny i przydatny instrument dla świadomych rodziców. Pedagodzy często są otwarci na różne dziwne inicjatywy, które nie zawsze muszą być związane z jakąś ideologią. Niemniej jednak pojawia się pytanie, czy jest to wyczerpująca droga? Innymi słowy, czy uzasadnienie naszych racji musi zawsze sprowadzać się do tego, że rodzice wiedzą lepiej? A co jeśli jednak nie wiedzą?

„Nie chciałem tutaj przychodzić, ale mama mnie zmusiła” – powiedziało jedno z dzieci, które uczestniczyło w czytaniu bajki przez drag queen Lola. Wydarzenie zostało zorganizowane w prywatnej kawiarni „Pora Dnia” w Poznaniu przez stowarzyszenie Stonewall, odpowiedzialne za koordynację homoaktywizmu w Polsce. Według relacji Głosu Wielkopolskiego dzieci z zainteresowaniem słuchały czytanki i nie przestraszyły się pomalowanego faceta w sukience, który z wyglądu przypominał Jokera z serii Batmana. Podkreślmy: rodzice z własnej woli wysłali swoje dzieci na pogadankę o „tolerancji i różnorodności” – bo rzecz jasna do tego to spotkanie się sprowadziło, a nie do niewinnej bajki o Adasiu, któremu wyrosły skrzydła.

Nawet jeśli przyjmiemy, że rodzina jako komórka społeczna ze swej natury jest raczej konserwatywna, to nie możemy założyć, że nie będzie otwierać się na postulaty „kochających inaczej”. Co jeśli okaże się, że w przeciągu najbliższych lat w Polsce zacznie się pojawiać coraz więcej szkół, w których rady rodzicielskie nie tyle co przyzwolą, ale będą wręcz inicjować spotkania z homoaktywistami różnej proweniencji? Rodzina wcale nie musi być ostoją tradycyjnych wartości – biologiczna reprodukcja nie jest wyłączną domeną konserwatystów. Na marginesie warto wspomnieć, że choć środowiska LGBT podważają tradycyjny model rodziny i z tego względu należy im się bezwzględna i jednoznaczna krytyka, to legalizacja związków tej samej płci nie ma zbyt wiele wspólnego z trwałością rodzin – według danych GUS w Polsce rozpada się co trzecie małżeństwo, a w tej niechlubnej statystyce przewodzą miasta.

Zazwyczaj argument „chrońmy rodziny” wiąże się z niechęcią do państwa lub szerzej – instytucji publicznych opanowanych przez siły postępu. W skrajnym przypadku narzucanie czegokolwiek przez państwo jest nazywane jakąś formą „socjalizmu” tudzież realizacją „marksizmu kulturowego”. Wykorzystywanie władzy publicznej w celu ingerowania w życie jednostki lub rodziny jest na prawicy traktowane jako coś nieporządnego, nawet jeśli ów cel wydaje się być słuszny. Tymczasem w kontekście galopujących zmian obyczajowych może okazać się, że w przyszłości działanie państwa będzie niezbędne – dotyczy to przede wszystkim sfery edukacji publicznej, w której rodzice odgrywają coraz większą, często negatywną rolę. Możemy powiedzieć nawet nieco szerzej – w przyszłości państwo narodowe będzie jedyną instytucją zdolną przeciwstawić się zliberalizowanej kulturze, której motorem jest hedonistyczny kapitalizm, a jedynym prawem hasło „róbta co chceta”.

Próbkę tego, jak wygląda zblatowanie sił tęczowego postępu i kapitalizmu, mogliśmy obserwować na tegorocznej Paradzie Równości w Warszawie. Patronat nad wydarzeniem objęły znane wielkie marki – ich rzecznicy jednogłośnie podkreślali, że tęczowa filozofia jest wpisana w system wartości ich firm. Niezależnie od tego, czy jest tak w rzeczywistości, czy chodzi po prostu o pozyskanie nowej grupy klientów, to faktem jest, że globalne korporacje są pasem transmisyjnym liberalnego światopoglądu. Gorzej jeśli są nim nie tylko w przenośni, a faktycznie sprawują monopolistyczną kontrolę nad przesyłaniem danych i wymianą informacji. Tak jest w przypadku Google.

Za sprawą ujawnionych przez Project Veritas materiałów okazało się, że amerykański gigant wykorzystując swoją pozycję rynkową, chce rugować z Internetu treści konserwatywne i chrześcijańskie oraz wpływać na wybory prezydenckie w USA. Na ujawnionych nagraniach Jen Gennai, odpowiedzialna w Google za dział zajmujący się implementacją sztucznej inteligencji, bez ogródek snuje wizje o programowaniu ludzi w duchu znanej nam śpiewki o „różnorodności i dyskryminacji” (O szczegółach sprawy mówił na kanale Mediów Narodowych Ziemowit Przebitkowski). Sytuacja ta dostarcza silnych dowodów na to, że właściciele wielkich korporacji nie traktują tych sloganów czysto biznesowo – oni po prostu afirmują liberalno-tęczowy system wartości. Okazuje się, że kapitał ma nie tylko narodowość, ale także światopogląd, który stoi w rażącej sprzeczności z szeroko rozumianymi wartościami tradycyjnymi.

W tym momencie powinno nastąpić ostateczne bankructwo idei konserwatywno-liberalnej – tak bardzo rozpowszechnionej wśród młodej polskiej prawicy. Zgodnie z nią państwo powinno ograniczyć swoją aktywność do minimum, pozostawiając całkowicie wolną rękę podmiotom gospodarczym. Wolna konkurencja spowoduje, że na rynku nigdy nie powstaną monopole, a konsumenci będą mieli swobodny wybór towarów i usług. Tak brzmią podstawowe dogmaty koliberałów.

Tylko jeśli dzisiaj jakiś koliberał napisze na Facebooku, co naprawdę sądzi o ruchu LGBT, będzie musiał odpocząć od tej platformy na miesiąc lub założyć drugie konto. A jeśli nawet będzie chciał rzeczowo i kulturalnie wyjaśnić swoje stanowisko w nagraniu, które umieści na Youtube, to jego zasięgi zostaną automatycznie ograniczone przez inteligentny algorytm, zaś odbiorcom filmu w „poleconych” wyświetlą się filmy dotyczące tematyki LGBT, opowiedziane w „słuszny” sposób. Oczywiście będzie mógł założyć własną firmę świadczącą podobne usługi co Facebook czy Youtube i próbować z nimi konkurować. Zwłaszcza, że na tym rynku nie istnieją praktycznie żadne bariery wejścia w postaci państwowych regulacji czy ograniczeń geograficznych – wystarczy mieć pomysł i już! W końcu Janusz Korwin-Mikke wielokrotnie powtarzał, że w prawdziwym kapitalizmie (bo teraz „panuje socjalizm”) najpierw zaczyna się od obwoźnego handlu parówkami, aby w końcu pod swoje przedsiębiorstwo przyjechać czerwonym Ferrari.

Jednak należy przyznać, że coś w tym kierunku zmienia się na lepsze – partia Wolność udostępniła na swoim profilu grafikę krytykującą zwolnienie przez Ikeę pracownika, który na wewnętrznym forum firmy zacytował fragmenty Pisma Świętego o homoseksualistach. „Każdy obywatel musi mieć zapewnioną wolność słowa, poglądów i sumienia”. Cóż, z dotychczasowej wolnościowej retoryki środowiska korwinistycznego wynikało zupełnie co innego – kodeks pracy powinien zostać zlikwidowany, zaś państwu nic do stosunków panujących między firmą a jej pracownikami. Co za różnica, czy zwalnia się kogoś za poglądy, czy za cokolwiek innego – tak chce właściciel, causa finita.

Pozostaje mieć nadzieję, że polska prawica w końcu zrozumie, że na wolnym rynku mogą powstawać monopole, i że wówczas państwo powinno interweniować. Najbardziej znanym przykładem w historii jest podział Standard Oil w 1911 r. Problem polega na tym, że branża informatyczna różni się od branży petrochemicznej – Facebooka czy Google nie da się po prostu podzielić na podmioty, które będą ze sobą konkurować.

Niemniej jednak pytanie nie powinno zaczynać się od „czy”, ale od „jak”. Jak państwo narodowe może bronić suwerenności cybernetycznej swoich obywateli? Jak państwo narodowe może powstrzymywać „edukacyjne” zapędy wielkich korporacji? Choć najprawdopodobniej najwięcej będzie zależeć od największego zachodniego gracza, czyli Stanów Zjednoczonych, to kapitulacja mniejszych państw, takich jak Polska, będzie oznaczać de facto wyrzeczenie się własnej podmiotowości na rzecz prywatnych molochów. A te, jak widzimy w świetle przytoczonych faktów, mają odpowiednią motywację i potężne zasoby, aby z mózgów Polaków zrobić tęczową sieczkę.

WN

Komentarze