> Łukasz Jabłoński: Czarny Bond, czyli kilka słów o politycznej poprawności

Łukasz Jabłoński: Czarny Bond, czyli kilka słów o politycznej poprawności

Nie od dziś ludzie tworzący filmy (i nie tylko) mają bardzo poważny problem z poprawnością polityczną, która zdaje się coraz agresywniej wpływać na ich twórczość. Zjawisko to z biegiem lat wzrasta i zatacza coraz szersze kręgi. O ile w starych filmach w najgorszym razie mogliśmy ujrzeć czarnoskórą postać wstawioną, ot tak, żeby sobie gdzieś tam była, to dziś możemy natknąć się na jeszcze bardziej szkodliwe praktyki.

W myśl dzisiejszej polityki poprawności nakazuje się twórcom nie tylko dodawać, ale i dostosowywać oryginalnie występujące pierwowzory postaci pod dzisiejsze trendy. Najczęściej zabieg ten jest sprowadzony do minimum – zmienić kolor białego bohatera na czarny. To jedno zdanie w zasadzie wystarczy, aby opisać trendy panujące w dzisiejszej kinematografii. Powiedzmy sobie szczerze – producenci współczesnych filmów nie silą się na zbytnią oryginalność i masowo przerabiają białe postacie na czarne (niestety nie działa to na odwrót).

Dyżurny murzyn

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze George Lucas rozmyślał nad swoimi pierwszymi Gwiezdnymi Wojnami, a w kinach królowały takie kultowe produkcje jak „Ojciec Chrzestny”, „Brudny Harry” czy „Lot nad kukułczym gniazdem”, dało się słyszeć pierwsze głosy politycznej poprawności. Nie było to zjawisko na miarę współczesnych czasów, jednakże z roku na rok stawało się coraz wyraźniejsze, głośno komunikując, że potrzebni są czarnoskórzy bohaterowie.

Z czasem urosło w siłę do tego stopnia, iż sami producenci zaczęli drżeć na samą myśl bycia posądzonym o rasizm. W obsadach filmów zaroiło się od czarnych aktorów-statystów, często niemających znaczenia dla fabuły. Takie praktyki były bardzo powszechne i stosowano je do czasu, gdy ktoś w końcu nie wpadł na pomysł kreowania bohaterów czarnoskórych. I to był całkiem rozsądny pomysł. Wydawałoby się, że instytucja „dyżurnego murzyna” odejdzie w zapomnienie.

Koniec końców, w latach 80. i 90. powstawało mnóstwo filmów z pierwszo i drugoplanowymi czarnoskórymi postaciami, które zdarza się nam oglądać do dziś („Gliniarz z Bevery Hills”, „Pulp Fiction” czy chociażby „Gwiezdne Wojny”).

Filmy te zostały bardzo ciepło przyjęte przez fanów, a tacy aktorzy jak Eddie Murphy czy Samuel L. Jackson do dziś są wszystkim dobrze znani. Nie ma się co dziwić. W końcu grali oni w filmach, w których bohaterowie byli wyraziści i bardzo dobrze rozpisani. A co najważniejsze – nie mieli białych pierwowzorów.

Nowa era politycznej poprawności

Skłamałbym, gdybym jednoznacznie stwierdził, że instytucja „dyżurnego murzyna” skończyła się wraz z pomysłem na kreację nowych bohaterów filmowych. Czarnoskórzy bohaterowie wepchnięci na siłę dalej gościli na ekranie, jednakże ten proceder nie był już tak odczuwalny (a może zdążyliśmy się przyzwyczaić?). Zaczął się XXI wiek i wkroczyliśmy w czasy postępu. Technika filmowa pędziła z zawrotną prędkością, a filmy stawały się coraz lepsze pod względem wizualnym (co nie zawsze szło w parze z fabułą). Nie oznacza to jednak, że XXI wiek zaczął być festiwalem kiczu i tandety, o nie! Pierwsza dekada okazała się być czasem absolutnie fenomenalnych produkcji takich jak „Piękny umysł”, trylogia „Władcy Pierścieni”, „Gran Torino” i wielu, wielu innych. Kino nie zwalniało i tuż obok kiepskich produkcji pojawiały się te, które na stałe zapiszą się w historii kinematografii. Jednak po pewnym czasie tuż obok bardzo dobrych produkcji wyrósł nowy, niezbyt chlubny trend, który stosuje się w bardzo wielu produkcjach filmowych.

Przerabianie oryginalnych bohaterów czas zacząć

Widać współczesne kino zatęskniło za instytucją „dyżurnego murzyna”, gdyż jeszcze bardziej rozbudowało jego charakter. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że producenci wzięli się za oryginalne postacie (oczywiście, że białe) i w ich role zaczęli wcielać się czarni aktorzy. Czymś zupełnie niezrozumiałym dla mnie jest zmiana koloru skóry tylko dlatego, że tak się komuś podoba. Ktoś wyobraża sobie Idrisa Elbę w roli Bonda? Bo ja nie.

Proceder z taką podmianą ma się dziś całkiem dobrze. Szczególnie widać to w filmach o superbohaterach, jednakże nie są to jedyne filmy, które są przerabianie wedle uznania. Co roku dostajemy filmy według nowej sprawdzonej formuły: weź białego bohatera, każ zagrać to czarnoskóremu aktorowi i ewentualnie dodaj orientacje homoseksualną (żeby lobbyści LGBT nie krzyczeli o homofobii). Tak to mniej więcej działa. Jestem tylko ciekaw co mają do powiedzenia ci, którzy wcześniej narzekali na wciskanie zupełnie niepotrzebnych czarnych postaci.

Ludzie, którzy polubili książkowe czy komiksowe pierwowzory dostają przeróbki z którymi nieczęsto się identyfikują. Niejednokrotnie wiąże się to z ich przeciwem. Dobrym przykładem jest słynna już sprzeczka pomiędzy Joanne Rowling a fanami Harry’ego Pottera. Autorka cyklu powieści o słynnym czarodzieju znana jest już ze swoich liberalnych wypowiedzi. Po wystawieniu sztuki, w której jedna z bohaterek zmieniła nagle kolor skóry, posypały się gromy ze strony wielbicieli serii. Autorka nie bacząc na fanów odpisała im:

Doświadczając wpływu mediów społecznościowych wiem, że idioci zawsze będą idiotami. Nic na to nie poradzimy. Taki jest świat. A Noma ( czarnoskóra aktorka grająca Hermionę w sztuce teatralnej – przyp. Ł.J.) została wybrana, bo była najlepsza – powiedziała w ostatnim wywiadzie. Nic dodać, nic ująć?

Później pojawił się kolejny jej wpis:

Brązowe oczy, kręcone włosy i bystrość umysłu. O białej skórze nie było mowy. Rowling kocha czarną Hermionę.

Nie od dziś wiadomo, że fani książek znają ich zawartość lepiej niż sami ich autorzy. Nie inaczej było w tym przypadku. Jeden z fanów wskazał fragment w którym autorka określiła kolor twarzy bohaterki. I nie był to kolor czarny, a biały. Autorka przegrała z kretesem.

Widz przyjmie wszystko

Ewolucja (a raczej degeneracja) oryginalnych postaci postępuje zbyt szybko, aby zwykli ludzie mogli to dostrzec. Myślę, że zwykli widzowie nie zwrócą na to uwagi. No bo w końcu kto się przejmuje kolejną czarnoskórą postacią w filmie? Komu niby przeszkadza, że w książce było inaczej, a w filmie będzie inaczej? Niech fani narzekają. Film i tak zarobi swoje, a przecież poprawność polityczna musi zostać zachowana.

 

Komentarze