> Łukasz Jabłoński: „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” [RECENZJA]

Łukasz Jabłoński: „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” [RECENZJA]

Sierpień jest miesiącem ubogim w ciekawe premiery filmowe. Na prawdziwy wysyp tytułów musimy więc czekać do jesieni. Problem w tym, że w tym roku czekanie bezlitośnie przerywają nam dwie produkcje o 303 dywizjonie, na które przecież trzeba iść.

Na „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” wybrałem się trochę pod przymusem, a trochę z ciekawości. Jeżeli chodzi o polskie filmy, od dawna stosuję podział na trzy grupy: na produkcje dosyć dobre, takie, które można obejrzeć dla „beki” i te, które nie powinny nigdy powstać. Zazwyczaj idąc na jakiś film czytam recenzje i kalkuluję, czy warto. Nie lubię chodzić do kina na filmy, w trakcie których wyjdę w połowie albo będę przysypiał z powodu nudnawej fabuły. „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” był pierwszym filmem od lat, na który poszedłem pod wpływem chwili, nie zastanawiając się zbytnio nad tym czy będzie dobry czy zły.

Najlepsi lotnicy na świecie

Polacy dywizjonu 303 (i nie tylko!), byli niewątpliwie najlepszymi lotnikami, jakich mogli wystawić alianci. Postacie Jana Zumbacha, Witolda Urbanowicza czy Josefa Františka niewątpliwie przemawiają do społecznej świadomości. Postacie naszych lotników obrosły legendą, a legenda zasługuje na najlepszą obsadę aktorską. Czy polscy aktorzy wcielający się w lotników dali radę? I tak, i nie.

Najlepiej wypadła trójka aktorów – Piotr Witkowski (jako Rudolf Knage), Maciej Cymorek (Josef František) oraz StefenMennekes (Hermann von Oste). Gra tej trójki wypadła naprawdę na światowym poziomie. Nie zdradzając zbytnio fabuły mogę powiedzieć, że duet Piotr Witkowski i StefenMennekes w układzie „dobry i zły Niemiec” wypadł całkiem przyzwoicie. Herman von Oste jako ten szlachetny staje w opozycji do przesiąkniętego ideologią hitlerowską Rudolfa Knage. Obaj walczą po tej samej stronie, jednak Hermann von Oste ma poważne zastrzeżenia co do działań kolegi z wojska. Niemcy pojawiają się również w krótkich przerywnikach osadzonych jeszcze przed rozpoczęciem II wojny światowej. To dzięki tym przerywnikom możemy dowiedzieć się, jak wiele ich dzieli.

Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie postać Josefa Františka, a raczej aktora, który się w niego wcielił. Jestem pełen podziwu dla Macieja Cymorka, który wręcz idealnie pokazał skrajny indywidualizm tego polsko-czeskiego lotnika. Postać wykreowana przez Cymorka była wręcz niedostępna, pojawiała się gdzieś na uboczu i doskonale dopełniała ekipę polskich lotników.

Wyszczególniłem tylko trzech aktorów, ale na uwagę zasługuje również Andrew Woodall, który, moim zdaniem,zagrał rolę swojego życia. Aktor znany z epizodycznych ról („Hrabia Monte Christo”,„Han Solo. Gwiezdne Wojny – historie”) miał szansę rozwinąć skrzydła i pokazać swój talent. Grana przez niego postać odzwierciedla nieczystą politykę rządu brytyjskiego wobec polskich lotników. Na początku nieufność i wrogość, potem chęć propagandowego wykorzystania sukcesów Polaków.  No właśnie… A co z resztą obsady?

Jeden za wszystkich wszyscy za jednego

Nie ma co ukrywać, że bohaterowie grani przez Piotra Adamczyka, Macieja Zakościelnego, Carę Theobold oraz Antoniego Królikowskiego wypadły nieco gorzej. Najlepiej z tej trójki wypadł Piotr Adamczyk, któremu zdecydowanie odpowiadają bardziej poważne, można powiedzieć „pomnikowe” role. W filmie wcielił się w postać dowódcy dywizjonu Witolda Urbanowicza. Urbanowicz w wykonaniu Adamczyka jest niezwykle przekonującą postacią – człowiekiem opanowanym, inteligentnym, a przede wszystkim dowódcą, za którym można iść na śmierć. Niestety, gra aktorska w jego wykonaniu nie wypada zbyt równo. Są lepsze i gorsze momenty. Przykładem może być przemowa do żołnierzy (możemy ją zobaczyć w zwiastunie), która w mojej ocenie wypada zbyt sztucznie, a przy tym nazbyt patetycznie.

Kolejnym aktorem, który wypadł całkiem dobrze, jest Maciej Zakościelny grający Jana Zumbacha. Jego rola czyni go nieformalnym przywódcą dywizjonu 303, zwłaszcza wtedy, gdy oddział znajduje się poza polem bitwy. Doskonale odnajduje się jako inicjator imprez, spontanicznych zakładów oraz dżentelmen. W pewnym momencie poznaje Victorię Brown (Cara Theobold), aktorkę, która dołączyła do Brytyjskich Sił Powietrznych. Pojawienie się jej przy polskim dywizjonie nie jest zupełnym przypadkiem, jednakże od tej pory jej losy trwale splatają się z jego historią. Postać dosyć wyrazista i potrzebna, gdyż dzięki niej postać Jana Zumbacha zyskuje nieco głębi psychologicznej.

Postać grana przez Antoniego Królikowskiego wypada najmniej atrakcyjnie. Witold „Tolo” Łokuciewski w jego wykonaniu jest optymistą, lekkoduchem i duszą towarzystwa. Dzięki niej można odczuć więzi braterstwa, które łączą wszystkich bohaterów. Z drugiej strony postać Tolo zalicza sporo kiepskich momentów w całym filmie. Te niestety rzucają się to w oczy.

Kwestie techniczne

Od początku seansu powtarzałem sobie w duchu, że nikt przy zdrowych zmysłach nie tworzy filmów wojennych z budżetem 14 mln złotych. W czasach gdy jeden odcinek „Gry o Tron” kosztuje 15 mln dolarów, budżet polskiego filmu wydaje się być jakimś ponurym żartem. Nie dawałem nawet kilku procent szans na to, że bitwy powietrzne będą wyglądały chociaż przyzwoicie. Nie wiem jakim cudem, ale wydały mi się bardziej realistyczne od tego, co możemy zaobserwować w zagranicznym „303. Bitwa o Anglię”. Niestety, dalej odbiegają od światowych standardów i przywodzą na myśl stare wojenne filmy. Nie przeszkadzało mi to w ogóle i uważam bitwy powietrzne za najlepszy punkt całego filmu.

Jeżeli chodzi o sceny mówione to jest różnie. Raz jest dobrze, raz trochę gorzej, a czasami bywa, że po prostu źle. W niektórych momentach odniosłem wrażenie, że oglądam polski serial, a klimat gdzieś ucieka. Na szczęście film zaciera po sobie gorsze sceny i potrafi wciągnąć. Pomiędzy bohaterami czuć chemię, a całość nie nuży, jak to miało miejsce w przypadku zagranicznego odpowiednika.

Jeżeli chodzi o kwestie historyczne to wszystko, co najważniejsze, jest na swoim miejscu, jednakże film nie próbuje być na siłę kalką książki do historii. Niektóre wydarzenia potraktowane są dosyć luźno, o innych dowiadujemy się w postaci drobnych nawiązań. W jednej z początkowych scen kolega Zumbacha wspomina o wysunięciu podwozia, co jest oczywistym nawiązaniem do pierwszego niezbyt udanego lądowania Josefa Františka, który o tym zapomniał (polskie samoloty miały stałe podwozie, stąd ten błąd).

Cieszy fakt, że reżyser postanowił zakończyć film w taki sposób, aby pozostało pewne niedomówienie, jeżeli chodzi o dalsze losy pilotów. Zazwyczaj w tego typu filmach historię dopisuje się poprzez umieszczenie na końcu dalszych losów bohaterów. W tym przypadku jest tylko prezentacja sylwetek pilotów oraz aktorów, którzy się w nich wcielili . Niby mało znaczący element, a w praktyce może zachęcić kogoś do sięgnięcia po dalsze informacje.

Polski Top Gun

W sieci napotkałem już porównanie tego filmu do amerykańskiego Top Gun. Zresztą całkiem słuszne. Jeżeli miałbym obwiniać film o przedstawienie historii w dość pobieżny sposób i narzekać na brak jakiegoś głębszego przekazu czy rodzących się rozterek w bohaterach, po prostu czułbym, że oceniłem ten film od złej strony. „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” nie ma na celu skłaniać widza do jakiś głębszych refleksji i przekazywać po raz tysięczny, że wojna jest złem. To film typowo bohaterski, który ma na celu dostarczenie widzowi rozrywki, a dopiero później przemycenie strzępków historii. Dzięki tej formie film wydaje się być przystępniejszy nawet dla tych, którzy niezbyt odnajdują się w temacie Dywizjonu 303. No i jest szansa, że niektórzy zainteresują się nieco szerzej tematem. Film mi się podobał i pomimo widocznych niedociągnięć daję mu 7/10. Liczę na więcej takich produkcji. Oczywiście dopracowanych i posiadających odpowiedni budżet.

 

 

Komentarze