Łukasz Jabłoński: "Han Solo: Gwiezdne wojny – historie" – recenzja filmu | Narodowcy.net

Łukasz Jabłoński: „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” – recenzja filmu

O Hanie Solo mówiło się bardzo dużo. Już na początku produkcji wielu fanów wieszczyło totalną porażkę, a to za sprawą mnóstwa zawirowań wokół filmu. W końcu zmiana reżysera, dokrętki filmowe czy pogłoski o tym, że odtwórca głównej roli nie potrafi odpowiednio zagrać, nie napawają optymizmem. Po całej serii niepokojących wieści podszedłem do filmu z pewną rezerwą, a przede wszystkim poważnymi obawami. Czy film z Hanem Solo może się nie udać?

Jako długoletni fan z niecierpliwością oczekiwałem dnia premiery. Nadszedł on zdecydowanie za szybko. W pewnym momencie wydawało mi się, że twórcy jednak przesuną premierę w celu zrobienie kolejnych dokrętek. Tak się jednak nie stało. Czas płynął. Powoli pojawiły się plakaty… Przy okazji których oskarżono twórców o podrobienie grafik, które powstały na potrzeby serii składanek z różnymi gatunkami muzycznymi, wydanej przez Sony Music Canada. Wbrew pozorom zwiastun nie rozwiał moich wątpliwości, aczkolwiek spełnił swoją główną funkcję – zainteresowanie wzrosło jeszcze bardziej.

Bohaterowie z plakatu

Solo, Chewbacca i Carlissian – o tych bohaterach mówiło się najwięcej. Od początku wiadome było, że Chewbacca wyjdzie bezbłędnie, czego nie można było powiedzieć o pozostałych dwóch. Harrison Ford i Billy Dee Williams nadali granym przez siebie bohaterom charakteru, które przez wiele lat zdążyły obrosnąć legendą i swoistym kultem. Zaczęło się to sprowadzać do jednego twierdzenia: Nikt nie jest w stanie zagrać postaci Hana Solo poza Harrisonem Fordem. Czyżby?

Alden Ehrenreich jako Han Solo spisał się znakomicie. Spin-offowy Solo to ten sam awanturnik, którego mogliśmy poznać w starej trylogii – pewny siebie, lekkomyślny i odważny. Cały czas zastanawiam się, w jaki sposób mogło to się udać. Wbrew wszystkim i wszystkiemu widzę w młodym aktorze tego samego Hana, którego zagrał Ford. Sukces upatruję przede wszystkim w Ehrenreichu, który nie starał się bezmyślnie naśladować pierwowzoru. Oczywiście, charakterystyczne zachowania bohatera pozostały, jednakże aktor ani przez chwilę nie stara się być kalką Forda i gra postać na swój własny sposób. Myślę, że to zaważyło o sukcesie i odbiorze samej postaci.

Mimo wszystko do aktora trzeba „przywyknąć”. Pierwsze minuty to w zasadzie oswajanie się ze starym-nowym Hanem. Od samego początku pojawia się również Qi’ ra – zupełnie nowa bohaterka grana przez Emilię Clarke. Nie lubię tej aktorki, ale w gwiezdnowojennym spin-offie czekało mnie miłe zaskoczenie. Ku swemu zadowoleniu zauważyłem, że aktorka w ogóle nie irytuje i jest całkiem fajnym dopełnieniem filmu.

Jedynym, który kradnie całe show świeżo upieczonemu Hanowi Solo, jest Lando Carlissian. Wcielający się w tę rolę Donald Glover wypadł zdecydowanie najlepiej. Pierwsza scena z jego udziałem doskonale odzwierciedla jego charakter. W całym filmie dominuje jego wizerunek jako wiecznego hazardzisty, który bez wahania potrafi postawić na szali wszystko, co posiada, a nawet swoje życie, gdy tylko można się wzbogacić. Z drugiej strony jest to typ pragmatyka i szulera, który potrafi się wycofać w ostatniej chwili.

Pozostali bohaterowie

Według mnie najciekawszą postacią z filmu jest postać Tobiasa Becketta. Idąc na seans zupełnie nie wiedziałem, kim ta postać mogłaby być. Nie zdradzając za wiele można powiedzieć, że Beckett jest dla Hana pewnego rodzaju nauczycielem, człowiekiem honoru, a z drugiej strony osobą o aparycji łajdaka. W każdym razie postać grana przez Woddy’ego Harrelsona zaskakuje.

Z postaci występujących w filmie wypadałoby wymienić jeszcze tego złego, w którego wciela się Paul Bettany. Nie wnosi on do filmu nic nowego i wydaje się być ludzką kopią Jabby The Hutta, który preferuje załatwianie pewnych spraw własnoręcznie. To kolejny bezwzględny bandzior, działający na usługach kogoś, kto jest ponad nim.

Co jakiś czas  pojawia się również Enfys Nest – tajemnicza postać pirata, którą widzimy w zwiastunie i nie do końca wiemy, z czym się to pojawienie wiąże. Film postanawia odpowiedzieć nam na to pytanie, a odpowiedz okazuje się być zaskakująca.

Na koniec pozostawiłem sobie do omówienia nowego droida L3-37, który należy do Lando Carlissiana. Już tradycją jest, że uniwersum Gwiezdnych Wojen daje nam całą masę mniej lub bardziej udanych droidów. W tym przypadku dostajemy kolejnego droida o bardzo ciekawej osobowości. Po irytującym C3-PO i cynicznym K-2SO dostajemy droida, który okazuje się być… Feministką w świecie robotów. Brzmi to jak niesmaczny żart, ale droid Carlissiana wydaje się być tym jedynym wyzwolonym i wojującym zarówno o swoje prawa, jak i prawa innych. I robi to w tak absurdalny i prześmiewczy sposób, iż jest niejako parodią całego feministycznego środowiska. Jestem niemal pewny, że nie L3-37 nie stanie się jednym z ulubionych droidów bojowniczek o wolność.

A co z klimatem i resztą?

Film z całą stanowczością zrywa z patosem głównych trylogii. Reżyser Ron Howard poszedł bardziej w stronę filmów z gatunku heist. Wyraźnie też czuć klimat klasycznych spaghetti westernów Sergia Leone Chodzi tu głównie o kreację bohaterów, gdyż nawet ci „dobrzy” kierują się swoimi egoistycznymi pobudkami i do pewnego stopnia nihilizmem moralnym. Całość jest okraszona sporą dawką kina przygodowego, gagów i nawiązań do całego gwiezdnowojennego uniwersum (które wychwycą tylko najwięksi fani). Efekt końcowy robi wrażenie wielkiego: Wow! Chcę więcej!

Fabuła jak najbardziej na plus. Nie ma brnięcia w niepotrzebne wątki, zbytniego moralizowania, karkołomnych prób zadowolenia widza na siłę. Jest za to cała reszta wszystkiego przez co pokochaliśmy Gwiezdne Wojny. Han Solo to film zrywający z wcześniejszymi konwencjami a jednocześnie będący tym samym co poprzednie.

Pomimo całego mojego zachwytu, film o Hanie Solo nie jest niczym nowym i odkrywczym. Dzieło Rona Howarda odkopuje dawno zapomniane konwencje i wykorzystuje je ponownie. Pomimo wykorzystania sprawdzonych i dobrze znanych technik potrafi jednak pozytywnie zaskoczyć. Wypełnia próżnię, która pozostała po skasowaniu starego kanonu, opowiadając wszystko od nowa. Całość jest lekkostrawna, nie ma dłużyzn, a montaż nawet po dokrętkach daje radę.

Czy warto wydać na ten film pieniądze? Warto. Myślę, że w tym filmie każdy znajdzie coś dla siebie. Z pozycji fana daję mu 8/10 i czekam na kolejny. Krążą słuchy, że Alden Ehrenreich podpisał kontrakt na kolejne dwie części…

Komentarze