Marek Jędrzejak: Wierni do końca. Rzecz o błogosławionych oratorianach z Poznania | Narodowcy.net

Marek Jędrzejak: Wierni do końca. Rzecz o błogosławionych oratorianach z Poznania

13 czerwca 1999 r. w Warszawie Ojciec Święty Jan Paweł II wyniósł do chwały ołtarzy 108 polskich męczenników II wojny światowej. Wśród nich było 9 osób świeckich, w tym 5 młodych mieszkańców Poznania, wychowanków poznańskiego oratorium salezjańskiego i zarazem konspiratorów Narodowej Organizacji Bojowej, ściętych przez Niemców 24 sierpnia 1942 roku w Dreźnie za swą działalność podziemną. I to właśnie im poświęcony będzie niniejszy artykuł.

  • Bł. Czesław Jóźwiak, zginął w wieku lat 23 (1919-1942).
  • Bł. Edward Kaźmierski, zginął w wieku 23 lat (1919–1942).
  • Bł. Franciszek Kęsy, zginął w wieku 22 lat (1920-1942).
  • Bł. Edward Klinik, zginął w wieku 23 lat (1919-1942).
  • Bł. Jarogniew Wojciechowski, zginął w wieku 20 lat (1922-1942).

Dlaczego w ogóle warto o nich mówić? Powodów jest wiele. Przede wszystkim – bardzo wiele nas łączy. Wszyscy oni w momencie śmierci byli naszymi rówieśnikami, młodymi chłopakami, którym blisko było tak do tańca, jak do różańca; młodymi ludźmi ze wszystkimi przywilejami i problemami tego okresu życia. Byli tacy sami jak my: interesowały ich dziewczyny, sport, lubili spędzać czas z rówieśnikami. W ich domach rodzinnych nie zawsze było cudownie, a i w szkole napotykali rozmaite problemy. Chodzili tymi samymi ulicami co my, a mimo to wiedza o nich samych nie jest zbyt rozpowszechniona, co na szczęście się zmienia.

Całe pokolenie “piątki poznańskiej”, pokolenie, które na świat przychodziło wraz z niepodległością Polski, pokolenie “Rudego”, “Zośki”, “Alka”, Jana “Zygzaka” Podhorskiego, pokolenie młodych powstańców warszawskich, pokolenie Herberta, Wojtyły, Blachnickiego, konspiracji antyniemieckiej i tej wyklętej, antykomunistycznej, złożyło niesamowitą ofiarę bezcennej krwi podczas II wojny światowej i już po niej. Może warto poszukać wzorców z tego pokolenia także na lokalnym, w moim przypadku poznańskim, fyrtlu?

Oratorium

Wszyscy członkowie “Piątki” znali się z oratorium salezjańskiego, które działało przy ul. Wronieckiej tuż przy Starym Rynku. Warto tutaj nakreślić kilka słów o specyfice formacji w oratorium. Charyzmatem salezjanów jest praca z młodzieżą, jej wychowanie i edukacja. Założyciel zakonu, św. Jan Bosko postawił przed swoimi duchowymi synami zadanie wychowania “dobrych chrześcijan i uczciwych obywateli”. Od samego zarania salezjanie pracują z młodzieżą “potrzebującą” – św. Jan Bosko rozpoczął swe dzieło od opieki nad młodymi z uboższych warstw społecznych: na ulicach przeżywającego rewolucję przemysłową Turynu gromadził młodych robotników, często sieroty, pozbawione wzorców wychowawczych, chłopaków oderwanych od rodzinnych miejscowości, pozbawionych wykształcenia i opieki duszpasterskiej. Jego pracę kontynuuje założone przez niego Towarszystwo św. Franciszka Salezego, zwane potocznie salezjanami. Jedną z charakterystycznych cech salezjanów jest między innymi “kontemplacja w działaniu”: nie są zakonem kontemplacyjnym, nie spędzają całych dni na adoracji czy medytacji, lecz modlą się też między innymi swoją pracą, aktywnością, przebywaniem z młodzieżą. Oratorium jest formą wychowania poprzez działanie: sport, kulturę, angażowanie w rozmaite stowarzyszenia.

W styczniu 1926 roku Salezjanom przekazano zrujnowany kościół dominikanek (zwanych także w Poznaniu “Katarzynkami”) wraz z klasztorem. Władzom miasta oraz kościelnym szczególnie zależało na zagospodarowaniu czasu młodych poznaniaków, ktorych grupy, bezczynnie włóczące się po mieście, bywały zagrożeniem dla porządku publicznego.

Po przeprowadzeniu koniecznych remontów swą działalność rozpoczęło w klasztorze oratorium, które zaczęło ściągać w swe mury chłopaków z Poznania – w tym naszą “Piątkę”.

Tacy jak my…

Edward Klinik urodził się 29 lipca 1919 r. Jego ojciec był ślusarzem. Mama Anna zajmowała się domem. Starsza siostra Maria w 1936 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Jezusa Konającego (Edward odwoził ją do nowicjatu do Pniew). Miał również młodszego brata Henryka, którego skutecznie zachęcił do uczęszczania do oratorium.

Bardzo spokojny, wręcz nieśmiały, dzięki przyjaźniom zawartym w oratorium stał się bardziej otwarty i bezpośredni. Jako jedyny z piątki Edward był uczniem szkoły salezjańskiej. Rodzice, widząc pozytywny wpływ, jaki mają na Edwarda salezjanie, wysłali go do gimnazjum do Oświęcimia, gdzie przebywał w latach 1933-37. Nie od razu jednak zaaklimatyzował się. Według wspomnień siostry, po pierwszym przyjeździe do domu na święta Bożego Narodzenia, nie chciał wracać do Oświęcimia. Z czasem jednak polubił szkołę, został nawet prezesem Sodalicji Mariańskiej i przewodniczącym samorządu uczniowskiego. Po powrocie do Poznania, Edward powrócił także do oratorium i do przyjaciół.

Czesław Jóźwiak urodził się 7 września 1919 r. w Łażynie koło Bydgoszczy. Ojciec Leon był funkcjonariuszem policji śledczej. Z oratorium przy ulicy Wronieckiej związany był już od 10 roku życia. Chociaż wówczas jeszcze nie używano w salezjańskiej terminologii słowa “animator”, to jego postać idealnie oddaje, co kryje się za tym pojęciem. Poczucie odpowiedzialności za innych, szczególnie młodszych było w nim tak naturalne, że w niekwestionowany sposób był autorytetem nie tylko dla chłopców z oratorium, ale również wśród swoich przyjaciół z “Piątki”. Cechy przywódcze współgrały w nim z ogromną życzliwością i gotowością niesienia pomocy. Był prezesem Towarzystwa Niepokalanej, czyli jednej z ówczesnych grup formacyjnych, ale aktywnie udzielał się we wszystkich zajęciach oratoryjnych – organizował zawody sportowe, występował w przedstawieniach, śpiewał w chórze, gromadził wokół siebie młodszych chłopców, by opowiadać im historie z Trylogii Sienkiewicza. Przed wyjazdami na kolonie mamy zwracały się do niego o opiekę nad synami, a chłopcom nakazywały “słuchać się Czesia”.

Uczęszczał do gimnazjum św. Jana Kantego. Zachowane po dziś dzień świadectwa szkolne bezlitośnie zdradzają, że (podobnie jak pozostali z “piątki”) raczej nie był prymusem. Za to jako jedyny należał do harcerstwa.

Edward Kaźmierski. “Eda” to chyba najbardziej barwna postać z “piątki”. Urodził się 1 października 1919 r. Ojciec zmarł gdy Edward miał zaledwie cztery lata. Śmierć obficie zebrała żniwo w rodzinie Kaźmierskich – w wieku trzech lat zmarła jego siostra Zofia, a w szóstym miesiącu życia – Kazimiera. Kolejnym na tej smutnej liście miał być Edward.

Był jedynym synem i miał jeszcze trzy siostry. Matka sama utrzymywała rodzinę ciężko pracując. Aby jej pomóc, w wieku 17 lat przerwał naukę i zaczął pracować najpierw jako “chłopiec na posyłki” w sklepie dekoracyjnym, a później jako pomocnik w warsztacie samochodowym.

Miał duszę artysty. Jego zdolności muzyczne musiały być nieprzeciętne, jeśli bardzo pochlebnie wyrażał się o nich sam Stefan Stuligrosz. Grał główne role w przedstawieniach oratoryjnych, komponował i śpiewał w chórze, grał na fortepianie i skrzypcach, pisał pamiętnik, grał w piłkę. Oratorium było dla niego drugim domem. Swoją otwartą osobowością przyciągał młodszych kolegów. Imponowało im też, że zna się na samochodach, a jego obecności towarzyszyły zawsze salwy śmiechu. Opisując w pamiętniku swoją pieszą pielgrzymkę do Częstochowy (odbył ją wraz Czesławem Jóźwiakiem), nie omieszkał wymienić imion wszystkich uroczych dziewcząt, jakie spotkał po drodze. W przeciwieństwie do swojego najbliższego przyjaciela Franciszka Kęsego nigdy nie chciał być księdzem. Modlił się do Maryi Wspomożycielki, by pomogła mu znaleźć towarzyszkę życia.

Franciszek Kęsy urodził się 13 listopada 1920 r. w Berlinie. W 1921 r. rodzice przyjechali do Poznania. Ojciec pracował w Elektrowni Miejskiej, matka zajmowała się domem i wychowaniem Franciszka, jego trzech braci i siostry. Dom państwa Kęsych był zawsze otwarty dla gości w tym wielu znajomych Franka.

Często chorował, był delikatny, wrażliwy, ale też bardzo wesoły, a jego szczególną pasją był sport. Chętnie występował w oratoryjnych przedstawieniach. W oratorium był animatorem życia religijnego. Wiara zawsze miała dla niego bardzo duże znaczenie. Codziennie służył do Mszy św. i przystępował do Komunii św., wieczorami odmawiał różaniec. Nie krył, że chce zostać salezjaninem, choroba przeszkodziła jednak mu we wstąpieniu do Niższego Seminarium w Lądzie.

Jarogniew Wojciechowski urodził się 5 listopada 1922 r. w Poznaniu był najmłodszy z “piątki”. Mama Franciszka była nauczycielką muzyki, osobą wrażliwą, głęboko religijną i słabego zdrowia. Jarogniew był z nią bardzo mocno związany. To jej głównie zawdzięczał swoje chrześcijańskie i patriotyczne wychowanie. Miał starszą siostrę Ludmiłę, która wyszła później za mąż za Henryka Gabryela, towarzysza niedoli Jarogniewa z Wronek i Spandau. W oratorium na Wronieckiej był ministrantem, grał na fortepianie, na wyjazdach opiekował się młodszymi kolegami. Był chłopcem spokojnym, refleksyjnym i mądrym.

Matka wychowywała rodzeństwo samotnie. W jednym z listów Jarogniew nazywa ją bohaterką. Ojciec Andrzej był alkoholikiem. Pozostawił rodzinę, gdy chłopiec miał 11 lat, potem w czasie wojny podzielił losy tych poznaniaków, których Niemcy zmusili do wyjazdu z Wielkopolski. Z powodów materialnych, po pierwszym roku nauki, Jarogniew musiał zaprzestać nauki w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza.

Cała “Piątka” należała w oratorium do grupy tzw. starszych. Pomagali salezjanom w organizowaniu zajęć oratoryjnych i w opiece nad młodszymi chłopcami. W poszczególnych towarzystwach pełnili funkcje prezesów. Oratorium bez wątpienia miało znaczący udział w integralnym rozwoju religijnym, społecznym i kulturalnym.

Wojna i konspiracja

Jak potoczyłoby się życie Piątki, gdyby nie wojna – nie wiemy. W kwietniu 1939 roku Edward Kaźmierski notował w swoim dzienniczku:

“A na świecie dalej niespokojnie. Dzisiaj kanclerz III Rzeszy, Adolf Hitler, wygłosił przemówienie w Reichstagu, w którym między innymi oznajmił o zerwaniu dziesięcioletniego paktu o nieagresji z Polską. (…). My się jednak tym nie przejmujemy. Niech tylko zacznie, to pozna polską armię!”

W momencie rozpoczęcia II wojny światowej Klinik, Jóźwiak i Kaźmierski byli w wieku poborowym, wcześniej ukończyli Państwowy Kurs Przysposobienia Wojennego I stopnia. Wszyscy starali się dołączyć do walczących oddziałów. Udało się to tylko Jóźwiakowi, który w okolicach Jarocina dostał się do jednego z pułków Armii Poznań (lub razem w kolumną Przysposobienia Wojskowego dołączył do Batalionu Obrony Narodowej “Komorowo”). Po rozbiciu jego jednostki pod Kutnem ukrył się w szuwarach, a następnie, po zdobyciu cywilnych ubrań, wrócił do Poznania. Kiedy opowiadał w więzieniu o swych wojennych przeżyciach, wyrażał żal, że nie zginął walcząc mężnie jako żołnierz, lecz musi umierać jak bandyta. Spotkałem się z ustną relacją, że Jóźwiak, opisując swe wrześniowe boje, opowiadał, “podczas ataku na bagnety szliśmy dzielnie, Niemcy bali się nas, a my nie braliśmy jeńców”, dotychczas jednak nie udało mi się jej nigdzie potwierdzić. Z Jóźwiakiem związana jest jeszcze jedna historia. Przy obecnym placu Mickiewicza, między Zamkiem a Uniwersytetem, po odzyskaniu niepodległości Poznaniacy wznieśli pomnik Najświętszego Serca Pana Jezusa “Saccrissimi cordi Polonia Restituta”. Kiedy jeszcze przed jego zniszczeniem w 1939 roku Jóźwiak przechodził obok pomnika i uchylił czapkę, podbiegł do niego jakiś chłopak z Hitlerjugend i prowokacyjnie uderzył go w twarz. Czesław widząc, że wokół krążyli niemieccy policjanci oraz pozostali członkowie HJ, co uniemożliwiło mu jakąkolwiek reakcję, po prostu poczekał, śledził swojego oprawcę, po czym złapał go w jakiejś bezludnej uliczce i odwdzięczył się.

Okupowany Poznań został wcielony do Rzeszy jako część Reichsgau Wartheland. Warunki konspiracyjne na tym terenie były szczególnie utrudnione przez masową eksterminację elit oraz wysiedlenia ludności polskiej. Zgodnie z urojeniami Namiestnika Kraju Warty, Arthura Greisera, jego “gau” miał stać się wzorcowym okręgiem Rzeszy, pozbawionym jakichkolwiek cech polskich. Mimo to cała Piątka bardzo zaangażowała się w działalność konspiracyjną w Narodowej Organizacji Bojowej, która powstała w oparciu o Stronnictwo Narodowe. Do podziemia wciągnął kolegów Czesław Jóźwiak. Celem NOB było:

  1. Zorganizować wszystkich Polaków w kadry bojowe.
  2. Przepoić ideą narodową.
  3. Pogłębić myśl ideową Dmowskiego i wychowywać w niej społeczeństwo polskie.
  4. Uświadomić społeczeństwo w chwilach krytycznych i wskazać właściwe drogi działania w imię dobra Narodu.
  5. Czuwać nad godnością i honorem Polaka.
  6. Stwarzać wszelkimi środkami do dyspozycji pozostającymi rząd duchowy i faktyczny nad Polakami, zostającymi pod okupacją.
  7. Kierować akcją bojową tak, iżby przyniosła realny skutek dla sprawy narodowej Polski.
  8. Celem zasadniczym jest wszelkimi sposobami oczyścić kraj z wroga.
  9. Opanować życie wewnętrzne Narodu i urządzić je w imię idei narodowej w myśl potrzeb Narodu.
  10. Celem ostatecznym walki musi być Polska Wielka Narodowo Katolicka.

Cała Piątka została zaprzysiężona w grudniu 1939 roku i na początku 1940 słowami przysięgi:

“Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej Jedynemu oraz Tobie Mario, Królowo Korony Polskiej, stać wiernie na straży idei narodowej, służyć interesom Narodu i walczyć z wrogami do ostatecznego zwycięstwa odbudowy nowej Wielkiej Polski. Przysięgam nigdy, nigdzie i z nikim nie mówić o sprawach organizacji, której jestem członkiem, nawet z moimi najbliższymi członkami rodziny, nie przystępować do innej organizacji, być zaufanym i wiernym, a na zrządzenie uczynić wszystko dla dobra Polski. Otrzymany rozkaz wykonać, nawet gdyby to miało kosztować moje życie. Tak mi dopomóż Panie Boże i męko Jego Syna! Amen”.

W konspiracji przyjęli sobie pseudonimy. Przywódca grupy Czesław Jóźwiak: “Piotr-Orwid”, Klinik – “Ziuk”, Kęsy – “Sęp”, Wojciechowski – “Ryszard”, Kaźmierski – “Ryszard”. Zadaniami konspiracyjnymi Piątki było sporządzanie planów budynków zajmowanych przez oddziały niemieckie w Sródmieściu (na wypadek powstania), kolportaż pisma “Polska Narodowa”, zbieranie materiałów sanitarnych oraz ustalanie miejsc zamieszkania volksdeutschów i osadników niemieckich. Działania te zostały zresztą wymienione w skazującym ich wyroku jako przygotowania do zdrady stanu. Niezależnie od działalności konspiracyjnej “Piątka” spotykała się także w środowisku oratoryjnym: po zajęciu budynku przez Niemców spotykali się w domach prywatnych oraz w domu Braci Serca Jezusowego. Spotkania te miały charakter towarzyski, ale odbywały się też spotkania modlitewne, muzyczne i wieczornice patriotyczne; organizowano także wycieczki za miasto. Błogosławieni oratorianie śpiewali również w chórze zorganizowanym przez ich kolegę, Stefana Stuligrosza.

Wierni do końca

Narodowa Organizacja Bojowa była silnie zinfiltrowana przez gestapo i po pewnym czasie dotknęły ją fale aresztowań. Gdy 21 września 1940 roku gestapo aresztowało Klinika, koledzy odwiedzili jego rodziców, by ich pocieszyć. Być może nie łączyli aresztowania Edwarda ze swą działalnością konspiracyjną, jednak widoczne było wśród nich pewne poruszenie. Jóźwiak otrzymał nawet propozycje ucieczki, jednak odmówił, nie chcąc narażać rodziny na represję. Dwa dni pozostali członkowie “Piątki” zostali aresztowani. Pierwszym miejscem ich odosobnienia była poznańska siedziba gestapo, następnie zostali przewiezieni do Fortu VII, pełniącego w tym czasie funkcję więzienia policyjnego gestapo. Od października do listopada 1940 roku przetrzymywano ich w areszcie przy ul. Młyńskiej w Poznaniu, po czym na pięć miesięcy trafili do więzienia we Wronkach. W kwietniu 1941 roku ponownie zostali przeniesieni, tym razem do dwóch berlińskich więzień: w Neukolln i Spandau, a następnie od maja 1941 roku do więzienia śledczego dla więźniów politycznych w Zwickau. Tam też 3 sierpnia 1941 roku zostali skazani na śmierć.

Okres tułaczki po więzieniach ukazał niezłomną postawę błogosławionych oratorian. Już na samym początku swej więziennej drogi, gdy gestapowiec wyrzucił do śmietnika ich różańce, wykorzystali pierwszą chwilę jego nieuwagi i odzyskali je. Swoje cierpienia ofiarowali Bogu, a Jóźwiak tłumaczył młodszym współwięźniom, że są one tak samo owocne dla przyszłości Ojczyzny, jak walka na froncie. Szybko oratorianie zaczęli gromadzić wokół siebie innych współwięźniów, którzy nie mogli uwierzyć, że aresztowani potrafią zachować pogodę ducha mimo nieludzkich warunków więziennych. Młodzi poznaniacy nie zaniedbywali także praktyk religijnych, a nawet, mimo głodowych racji żywnościowych, potrafili podczas Triduum Paschalnego odmówić sobie chleba w ramach postu. Żywnością zdobywaną nielegalnie dzielili się z innymi więźniami. Henryka Gabryel, który przeżył drogę więzienną razem z “Piątką”, wspominał:

“Dużo kolegów załamywało się duchowo. Myśmy dzięki Bogu nie zwątpili nigdy, chociaż nieraz było bardzo ciężko. W ogóle nasi chłopcy byli jacyś inni od wszystkich. Ich twarze były zawsze pogodne. Z ich ust nie wyszło nigdy słowo skargi. Inni nieraz się dziwili i mówili “wam się zdaje, że wam jest dobrze w więzieniu”.

Zwieńczeniem więziennej drogi “Piątki” było Drezno. To właśnie tam, 24 sierpnia 1942 roku na dziedzińcu więzienia przy Muncher Platz 3, między godziną 20 a 21, błogosławieni oratorianie zostali ścięci gilotyną. W ostatniej drodze towarzyszył im o.Franciszek Baensch, oblat, u którego oratoriane odbyli swą ostatnią spowiedź. Na ich prośbę podczas egzekucji trzymał wysoko uniesiony krzyż, na który chcieli patrzeć w momencie śmierci.

W ostatnich godzinach przed wykonaniem wyroku błogosławieni oratorianie otrzymali możliwość napisania ostatnich listów do swej rodziny. Tak zwane “Listy spod gilotyny” stanowią niesamowite świadectwo duchowej dojrzałości młodych konspiratorów – męczenników. I one niech będą najlepszym podsumowaniem artykułu.

LISTY SPOD GILOTYNY

Błogosławiony Czesław Jóźwiak (1919-1942)

Drezno, 24 VIII 1942 r.

Moi Najdrożsi Rodzice, Janko, Bracie Adzio, Józef

Właśnie dzisiaj, tj. 24, w dzień Maryi Wspomożycielki otrzymałem Wasze listy, przychodzi mi rozstać się z tym światem. Powiadam Wam, moi drodzy, że z taką radością schodzę z tego świata, więcej aniżeli miałbym być ułaskawionym. Wiem, że Maryja Wspomożyciela Wiernych, którą całe życie czciłem, wyjedna mi przebaczenie u Jezusa.

Przed chwilą wyspowiadałem się i zaraz przyjmę Komunię świętą do swego serca. Ksiądz będzie mi błogosławił przy egzekucji. Poza tym mamy tę wielką radość, że możemy się przed śmiercią wszyscy widzieć. Wszyscy koledzy jesteśmy w jednej celi. Jest 7.45 wieczorem, o godz. 8.30, tj. pół do dziewiątej zejdę z tego świata. Proszę Was tylko, nie płaczcie, nie rozpaczajcie, nie przejmujcie się. Bóg tak chciał. Szczególnie zwracam się to Ciebie, Matusiu Kochana, ofiaruj swój ból Matce Bolesnej, a Ona ukoi Twe zbolałe serce. Proszę Was bardzo, jeżeli w czym Was obraziłem, odpuśćcie mej duszy. Ja będę się za Was modlił do Boga o błogosławieństwo i o to, abyśmy kiedyś
razem mogli zobaczyć się w niebie.

Tutaj składam pocałunki dla każdego z Was.

Do zobaczenia w niebie
Wasz syn i brat Czesław

Błogosławiony Edward Kaźmierski (1919-1942)

Drezno, 24 VIII 1942 r.

Moja Najukochańsza Mamusiu i najmilsze siostry!

Pożegnalny Wasz list odebrałem, za który Wam serdecznie dziękuję i który bardzo mnie ucieszył, że pogodziliście się z wolą Bożą. 0, dziękujcie Najłaskawszemu Zbawcy, że nie wziął nas nie-przygotowanych z tego świata, lecz po pokucie, zaopatrzonych Ciałem Jezusa w Dzień Maryi Wspomożenia Wiernych. 0, dziękujcie Bogu za Jego niepojęte miłosierdzie. Dał mi spokój. Pogodzony z Jego Przenajświętszą Wolą schodzę za chwilę z tego świata. Wszak On tak dobry, przebaczy nam.

Dziękuję Tobie, Mamusiu, za błogosławieństwo. Bóg tak chce. Żąda od Ciebie tej ofiary. 0, złóż ją, Mamusiu, za mą duszę grzeszną. Przepraszam Was za wszystko z całego serca. Ciebie, kochana Mamusiu i Was kochane Siostry i Szwagrze. Przepraszam wszystkich, którym zawiniłem i proszę pokornie o przebaczenie. Proszę o modlitwę, całuję Cię Najukochańsza, Matusiu, całuję Was najdroższe Marysiu, Helciu, Ulko, Kaziu, Anielko i Bożenko. Do zobaczenia w niebie!

Błagam Was, tylko nie płaczcie, bo każdy Wasz płacz nic mi nie pomoże; raczej do Boga Żegnam wszystkich krewnych, znajomych, kolegów – do zobaczenia w niebie – i proszę o modlitwę.

Bóg tak chciał. Niech Was wszystkich ma w swojej opiece Dobry Bóg, Matka Jego Najświętsza, św. Józef św. Jan Bosko. Do upragnionego zobaczenie w niebie.

Wasz kochający syn i brat Edek
Zostańcie z Bogiem!

Błogosławiony Franciszek Kęsy (1920-1942)

Dresden, 24.8.42 r.

Moi Najukochańsi Rodzice i Rodzeństwo

Nadeszła chwila pożegnania się z Wami i to właśnie w dniu 24 sierpnia, dzień Maryi W[spomożycielki] W[iernych]. Och, jaka to radość dla mnie, że już odchodzę z tego świata i to tak, jak powinien umierać każdy. Byłem właśnie przed chwilą u spowiedzi świętej, za chwilę zostanę posilony Najśw. Sakramentem. Bóg Dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski, a nie wiem, czy później byłbym wierny mym przyrzeczeniom Bogu oddanym. Kochani Rodzice i Rodzeństwo, bardzo Was przepraszam raz jeszcze z całego serca za wszystko złe i żałuję za wszystko z całego serca, przebaczcie mi, idę do nieba. Do zobaczenia, tam w Niebie będę prosił Boga. Właśnie przyjąłem Najśw. Sakrament.
Módlcie się czasem za mnie. Zostańcie z Bogiem.

Wasz syn Franek. Już idę.
Bardzo przepraszam za wszystko.

Błogosławiony Edward Klinik (1919-1942)

Najukochańsi Rodzice! Mamuńciu, Tato, Marysiu, Heńku!

Dziwne są wyroki Boże, lecz musimy się zawsze z nimi pogodzić, gdyż wszystko to jest dla dobra naszej duszy. Moi kochani, dziwna jest wola Jezusa, że zabiera mnie już w tak młodym wieku do siebie, lecz jakże szczęśliwa będzie dla mnie ta chwila, w której będę miał opuścić tę Ziemię. Jakże mogę się nie cieszyć, że odchodzę do Pana i mojej Matuchny Najświętszej zaopatrzony Ciałem Jezusa. Do ostatniej chwili Maryja była mi Matką. Teraz, kiedy Ty, Mamuńciu, nie będziesz mnie miała, weź Jezusa Matko, oto Syn Twój, Kochana Mamuńciu, dziękuje Tobie serdecznie za ostatnie błogosławieństwo i modlitwy. Pocztówkę odebrałem. Moi kochani, nie rozpaczajcie nade mną i nie płaczcie, gdyż ja jestem już z Jezusem i Maryją. Do ostatniej chwili z moją silną wiarą w sercu idę spokojnie do wieczności, gdyż nie wiadomo, co by mnie tutaj na ziemi czekało. Was proszę, moi kochani, o modlitwę za moją grzeszną duszę, proszę Was o przebaczenie mych grzechów młodości. Sciskam Was i całuję z całego serca i z całej duszy. Wasz zawsze kochający Syn i brat Edzio. Do zobaczenia się w niebie z Matuchną, Jezusem i św. J. Bosko. Ja zrozumiałem moje życie dokładnie, poznałem powołanie życiowe i cieszę się, że w niebie się odwdzięczę. Wasz Edziu.

Wszystkich ściska i całuje Edziu.

Błogosławiony Jarogniew Wojciechowski (1922-1942)

24 VIII 1942 r.

Najdroższa Liduś!

Z całego serca dziękuję Wam, tj. Liduś Tobie, Heniowi i Irce, i wszystkim tym, którzy o mnie raczyli pamiętać w chwilach życia. Poznałem i przejrzałem dokładnie życie Matusi, Ojca, Twoje i swoje i dlatego jestem pewny, że będziesz się raczej ze mną cieszyć, a nie rozpaczać, bo dostępuję nadzwyczajnej łaski Bożej i odchodzę poznawszy gruntowne moją przeszłość, bez najmniejszego żalu.

Świat, życie i ludzi również poznałem i dlatego dzisiaj, Kochana, najmilsza Liduś, bądź pewna, że Ty sama na tej ziemi nie zostajesz. Ja i Mamusia jesteśmy zawsze przy Tobie. O jedno Cię proszę, uczucia w każdej chwili Twego życia powierzaj tylko Jezusowi i Maryi, bo u Nich znajdziesz ukojenie. Ludzi nie przeceniaj zbyt w dobrym ani w złym. Pomyśl, jakie prawdziwe szczęście! Odchodzę zjednoczony z Jezusem przez Komunię świętą. W tej ostatniej mojej Komunii św. myślę o Tobie i ofiaruję ją za Ciebie i za siebie z tą nadzieją, że cała nasza rodzina bez wyjątku będzie szczęśliwa tam u Góry.

Proszę Cię, proś Ojca naszego o przebaczenie wszystkiego, co uczyniłem złego z tym zapewnieniem, że zawsze go kochałem. W ostatniej chwili przebaczenia i modlitwy jestem z Tobą stale. Idę już i oczekuję Cię tam w Niebie z Matusią najmilszą.

Trudno, nie mogę więcej pisać. Módlcie się wszyscy za mnie, a ja odwdzięczę się Wam wszystkim tam u góry. Jezus, Maryja Józef.

Zawsze kochający Cię brat Jarosz.
Dla wszystkich pozdrowienia i uściski

Komentarze