Marek Uziało: Afera obwarzankowa, czyli samosąd za obrazę Piłsudskiego | Narodowcy.net

Marek Uziało: Afera obwarzankowa, czyli samosąd za obrazę Piłsudskiego

14 lutego w Polsce jest obchodzony jako dzień św. Walentego (w skrócie „walentynki”) oraz jako dzień, w którym Związek Walki Zbrojnej został przeształcony w Armię Krajową. Jednak niewielu wie o tym, że 14 lutego 1938 roku w Wilnie doszło do samosądu oficerów wojska polskiego Garnizonu Wilno na redakcji endeckiego „Dziennika Wileńskiego”, z gen. Stanisławem Dąb-Biernackim na czele.

Jak w ogóle do tego doszło?

Na początku 1938 roku Melchior Wańkowicz, dziennikarz i publicysta, wydał swoje kolejne dzieło zatytułowane „C.O.P. – ognisko siły: Centralny Okręg Przemysłowy”. W książce tej Wańkowicz opisywał proces budowy owego wielkiego przedsięwzięcia, który rozpoczął się w 1936 roku w południowo-centralnej części Polski. Na pierwszy rzut oka temat książki wydawałby się kompletnie niezwiązany z wojskiem, jednak w jednym z rozdziałów autor przywołał powiedzenie nieżyjącego już od trzech lat Józefa Piłsudskiego, które brzmiało: „Polska jest jak obwarzanek, to warte co po brzegach, a w środku nic”. 30 stycznia 1938 roku na łamach ”Dziennika Wileńskiego” ukazała się recenzja tejże książki. Jej autorem był prof. Stanisław Cywiński. Napisał on jedno zdanie, które przesądziło o jego późniejszej osobistej tragedii. Brzmiało ono następująco: „Autor zadaje kłam słowom pewnego kabotyna, który mawiał o Polsce, że jest jak obwarzanek: to tylko warte, co po brzegach, a w środku pustka”. Według słownika wyrazów obcych słowo „kabotyn” pochodzi z języka francuskiego (fr. cabotin) i oznacza człowieka, który lubuje się w tanich efektach i używa ich w celu wzbudzenia zainteresowania.

Kim był Stanisław Cywiński?

Przed wybuchem I wojny światowej Stanisław Cywiński był nauczycielem języka polskiego. Już wtedy dał się poznać wśród swoich uczniów jako doskonały badacz literatury i wybitny mówca, który z niezwykłą pasją oraz zaangażowaniem dzielił się swoją ogromną wiedzą z młodzieżą. Gdy Wilno zostało zajęte przez wojska niemieckie, pracował po kilkanaście godzin dziennie, narażając życie swoje i swoich uczniów. Wszystko po to, aby młodzież żyjąca w trudnych czasach znała swój ojczysty język i aby język ten nie zniknął w odmętach historii. Po wojnie związał się z Uniwersytetem Wileńskim, gdzie uzyskał tytuł profesora filozofii. Pomimo iż sympatyzował ze środowiskiem endeckim, nie planował nikogo obrazić w swojej recenzji. W końcu nie wymienił nazwisk i nie znieważył bezpośrednio żadnej osoby.

Rozgniewany obwarzanek

Początkowo na określenie „kabotyn” nikt kompletnie nie zwracał uwagi. Nie zostało ono zauważone zarówno w redakcji, jak i (o dziwo) w cenzurze, która w tamtych czasach sprawdzała każdy tego typu tekst i potrafiła nie wyrazić zgody na publikacje całych pism. Była to jednak cisza przed burzą, którą wywołał anonimowy artykuł pt. „Plugastwo słowa”, opublikowany na łamach dwutygodnika „Naród i Państwo”. Artykuł ten był swoistym donosem na prof. Cywińskiego. Anonimowy autor napisał, iż „[Cywiński] pohańbił pamięć tego, którego trumnę Prezydent odprowadził na Wawel”.

O autorstwo tekstu podejrzewano Melchiora Wańkowicza, który mógł postanowić odegrać się za niepochlebną recenzję tekstu. Wańkowicz jednak zawsze gorliwie temu zaprzeczał. Drugim podejrzanym był redaktor naczelny dwutygodnika, Bogusław Srocki, który przyjaźnił się z Wańkowiczem i mógłby to zrobić w celu walki o dobre imię swojego przyjaciela. Ktokolwiek by nie był autorem – do dziś nie jest on znany.

                                                                                   Stanisław Dąb-Biernacki

14 lutego 1938 roku egzemplarz dwutygodnika trafił z Warszawy do Wilna na biurko gen. Stefana Dąb-Biernackiego. Był on wojskowym o bogatej przeszłości. Walczył podczas I wojny światowej w I Brygadzie Legionów Polskich. Brał również udział w wojnie z bolszewikami. Był ogromnym fanatykiem Józefa Piłsudskiego i zapewne bardzo przeżył jego śmierć w 1935 roku. Jak potwierdzają psycholodzy – ludzie często idealizują czasy swojej młodości, jak również czasy, w których odnosili największe sukcesy. W ich wspominaniu bywają bardzo radykalni i z wrogością reagują na każdy przejaw krytyki. Dąb-Biernacki był tego doskonałym przykładem. W przypływie złości najwyraźniej zapomniał, że żyje w wolnym kraju, o którego istnienie sam przecież walczył. Na jego haniebne zachowanie wpłynęła również zapewne jego osobowość. W opinii wielu generałów, takich jak chociażby Stefan Rowecki czy Juliusz Rómmel, nie nadawał się kompletnie na swoje stanowisko. Według nich był zbyt mocno zapatrzony w siebie, przez co nie potrafił działać w grupie, wydając wiele złych doraźnych rozkazów rzutujących na końcowe efekty, choćby takich działań jak manewry nad Lidą. W przypadku omawianego artykułu jego działania miały potwierdzić słowa Roweckiego i Rómmla.

Natychmiast po jego przeczytaniu postanowił zwołać do siebie dowódców wszystkich oddziałów stacjonujących w okolicach miasta. Oficerom kazał przybyć w mundurach z widocznymi odznaczeniami oraz bronią krótką i szablami. Podczas spotkania w kasynie I pułku piechoty żołnierzom oznajmiono, iż w skandaliczny sposób obrażona została godność Marszałka Piłsudskiego, a winni temu ludzie muszą natychmiast ponieść konsekwencje. Po szybkim przedstawieniu planu działania, natychmiast podjęto się jego realizacji.

„Samosąd”

Tradycja obchodzenia walentynek zagościła w Polsce dopiero po 1989 roku. Był to zatem zwykły dzień, choć nie do końca jednak miły dla pracowników redakcji „Dziennika Wileńskiego”. Prof. Cywiński spędzał popołudnie w swoim mieszkaniu wraz z żoną i 14-letnią córką, gdy nagle złożyło mu wizytę pięciu oficerów wojskowych. Gdy jeden z nich ostentacyjnie rzucił profesorowi: „Pan ośmielił się obrazić Marszałka Piłsudskiego”, cała piątka rzuciła się na Cywińskiego i zaczęła go bić do nieprzytomności. Na oczach przerażonej żony i córki, Cywiński leżał na podłodze cały zakrwawiony i nieprzytomny. Grupa pięciu oficerów kopała go, jakby byli na awanturze pod wiejską dyskoteką. Gdy skończyli to, jakże honorowe i męskie, zajęcie, zostawili w mieszkaniu nieprzytomnego Cywińskiego i przyglądające się wszystkiemu żonę i córkę. Po przybyciu do mieszkania pogotowia i opatrzeniu pobitego, profesor postanowił udać się do redakcji „Dziennika”. Nie zdawał sobie jeszcze wtedy sprawy, że to dopiero początek jego problemów.

W tym czasie podobne grupy żołnierzy oczekiwały pod mieszkaniami dwóch innych osób związanych z dziennikiem – redaktora naczelnego Aleksandra Zwierzyńskiego oraz jego następcy – Zygmunta Fedorowicza. Gdy, po upływie godziny, oczekiwani mężczyźni nie wrócili do swoich mieszkań, podjęto decyzję o skierowaniu wszystkich oficerów do redakcji „Dziennika Wileńskiego”. Po przybyciu na miejsce zastano w środku zarówno Fedorowicza, jak i Zwierzyńskiego, oraz – skatowanego już wcześniej – Cywińskiego, który zdążył przybyć do biura. Żołnierze zdemolowali całą redakcję, zniszczyli sprzęt drukarski i dotkliwie pobili wszystkich pracowników gazety, którzy wówczas tam przebywali. Poza Zwierzyńskim, Fedorowiczem i ponownie pobitym Cywińskim, żołnierze skatowali również pracownicę biura – Zofię Kownacką. Podobny los spotkał dozorczynię budynku oraz pewnego studenta, który nie był kompletnie związany z gazetą, a do redakcji przyszedł wówczas w pewnej nieznanej sprawie jako petent. Następnie na miejscu zjawili się funkcjonariusze policji, którzy zamknęli i zabezpieczyli całe biuro redakcji i dokonali aresztowania Zwierzyńskiego, Fedorowicza i Biernackiego, którzy – z uwagi na bardzo zły stan zdrowia – zostali umieszczeni w szpitalu więziennym. Po upływie 2 dni postanowiono uniewinnić Fedorowicza, którego ostatecznie wypuszczono na wolność.

Dąb-Biernacki od początku dążył do tego, aby aresztowanych osadzić w Berezie Kartuskiej. Wezwał do siebie w tej sprawie ówczesnego naczelnika wojewódzkiego wydziału bezpieczeństwa – Mariana Jasieńskiego. Gdy Jasieński usłyszał polecenie umieszczenia trzech dziennikarzy w specjalnym obozie, zachował zimną krew i odparł, iż nie da rady tego zrobić, gdyż do Berezy kieruje się skazanych jedynie na polecenie Ministra Spraw Wewnętrznych. Rozwścieczyło to bardzo Biernackiego. Pomimo że ostatecznie mężczyźni do Berezy nie trafili, to i tak dalszy ciąg zdarzeń potoczył się zgodnie z myślą generała.

Ustawa i proces

Na fali wydarzeń w Wilnie politycy zasiadający w rządzie niemalże walczyli ze sobą o to, kto w swoich wypowiedziach prasowych i radiowych będzie mocniej chwalił i cenił Józefa Piłsudskiego oraz o to, kto będzie wyrażał najbardziej krytyczny stosunek do dziennikarzy „Dziennika Wileńskiego”. Krytykowano też młodzież akademicką, która regularnie protestowała przeciwko brutalności wojska, żądając uwolnienia prof. Cywińskiego i Zwierzyńskiego. Liczne protesty i wiece poparcia były regularnie pacyfikowane, a ich organizatorzy stawiani przed sądem. 15 marca 1938 roku rząd przedłożył sejmowi projekt ustawy o ochronie Imienia Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Marszałka Polski. Był to krótki 4-artykułowy akt prawny, który głosił, że pamięć o czynach i zasługach Marszałka pozostaje pod szczególną ochroną prawną, a – zgodnie z art. 2 tejże ustawy – każdy, kto będzie uwłaczał imieniu Józefa Piłsudskiego, będzie podlegał karze więzienia do 5 lat. Poseł Obozu Zjednoczenia Narodowego Michał Wymysłowski wnioskował, aby zaostrzyć tę karę do 15 lat więzienia. Wicemarszałek sejmu Tadeusz Schaetzel odmówił jednak przyjęcia owego wniosku. Ustawę tę 17 marca jednogłośnie przyjęła senacka komisja prawnicza, a 23 marca zaaprobował ją senat. Następnie zatwierdził ją premier Felicjan Sławoj-Składkowski, a 7 kwietnia ostatecznie podpisał ją prezydent Ignacy Mościcki. Ostatecznie opublikowano ją w ”Dzienniku Ustaw” 13 kwietnia 1938 roku, co sprawiło, że weszła w życie. Choć Dąb-Biernacki i jego wspólnicy bardzo by tego chcieli, to jednak oczywistą rzeczą jest, iż prawo nie działa wstecz, przez co oskarżeni nie mogli być sądzeni za złamanie nowej ustawy. Oskarżono ich zatem o znieważenie narodu polskiego na podstawie art. 152 kodeksu karnego. 9 kwietnia 1938 roku w Warszawie ruszył proces, który wzbudzał ogromne zainteresowanie wśród ludności. Pomimo iż oskarżonych dziennikarzy bronili czołowi polscy adwokaci, to jednak wyrok w tej sprawie był z góry przesądzony. Leczącego się wciąż po pobiciu przez żołnierzy Cywińskiego traktowano jak najgorszego zbrodniarza. Ciągle przerywano mu jego wypowiedzi, zwłaszcza gdy próbował poruszyć temat pobicia.

Ostatecznie Aleksander Zwierzyński został uniewinniony, natomiast Stanisława Cywińskiego skazano na 3 lata więzienia. Wyrok ten wywołał ogromne oburzenie wśród inteligencji. Apelacja sprawiła, że został zmniejszony o połowę. Ostatecznie Cywiński w więzieniu spędził 5 miesięcy. Wojskowi oprawcy, którzy skatowali profesora i jego współpracowników, nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny. Sędzia prowadzący proces o znieważenie twierdził, że pobicie to jest sprawą dla innej jurysdykcji, a naczelny wódz sił zbrojnych Edward Śmigły-Rydz zabronił oficjalnie prowadzenia postępowania w tej sprawie. Odpowiedzialności uniknął również generał Dąb-Biernacki. Ponad rok po tych wydarzeniach wybuchła wojna, podczas której miał okazję wykazać się m.in. jako dowódca Armii „Wilno”. Ostatecznie jego działalność podczas wojny zaowocowała degradacją do stopnia szeregowego w październiku 1940 roku na polecenie gen. Sikorskiego.

Źródło: historia.org.pl

Komentarze