Marek Uziało: Historia zapomnianego żołnierza | Narodowcy.net

Marek Uziało: Historia zapomnianego żołnierza

15 lat temu, 30 marca 2004 roku w Nyíregyháza na Węgrzech zmarł żołnierz, który niemal całe życie spędził w niewoli, w sowieckim, a później rosyjskim szpitalu psychiatrycznym w Kotielniczu. Nazywał się András Toma.

Żeby poznać przyczynę przymusowego pobytu w psychiatryku tego człowieka, musimy cofnąć się w czasie do roku 1944. Wtedy to po obaleniu regenta Królestwa Węgier – admirała Miklósa Horthyego i przejęcia władzy przez strzałokrzyżowców (węg. Nyilasketesztesek) wcielono do armii ponad 100 tysięcy żołnierzy węgierskich, wśród nich 19-letniego Andrása Tomy, który dopiero co wstąpił do wojska, i jego ojca, również Andrása. Na froncie spędził zaledwie kilka tygodni, ponieważ w okolicach Krakowa trafił do sowieckiej niewoli. Podróż Andrása Tomy do obozu jenieckiego była prawdziwym piekłem: on wraz z tysiącami jeńców jechał przez trzy tygodnie, stłoczony w nieogrzewanych wagonach towarowych, a zima 1944/1945 roku była jedną z najsroższych w Europie od lat. András spał na ciałach swych towarzyszy, którzy umierali w trakcie podróży. Widok martwych jeńców prawdopodobnie stał się przyczyną załamania nerwowego. Trafił z ponad 600 000 jeńców węgierskich do obozu jenieckiego w okolicach Leningradu, gdzie błędnie zapisano go jako Andrása Tamása. Niepoprawnie zapisane nazwisko towarzyszyło Andrásowi prawie przez całe życie.

W obozie spędził 20 miesięcy, po czym, gdy jego stan psychiczny pogorszył się jeszcze bardziej, trafił najpierw do 1773 szpitala polowego umieszczonego we wsi Tarasowsk, a następnie odesłano go do szpitala psychiatrycznego administrowanego przez NKWD w Kotielniczu (około 800 km od Moskwy).
W szpitalu na karcie wpisano:

“András Tamás. Węgier. Rok urodzenia – 1925. Wykształcenie – 5 klas”.

Podczas całego pobytu w szpitalu (aż do 2000 roku!) András nie nauczył się rosyjskiego, a posługiwał się tylko węgierskim. Brak znajomości tego języka uniemożliwiło jakąkolwiek komunikację z personelem i uznano, że on po prostu “bełkocze”.

Personelowi, jaki tylko się przewijał przez te 53 lata przymusowego pobytu Andrása Tomy w szpitalu niczym w celi więziennej, brakowało dobrej woli, by skonsultować się z językoznawcą, który rozpoznałby język tego węgierskiego “pacjenta”. Nawet, gdy wysyłał różne sygnały do personelu, m.in. pisząc na ścianie słowo “Budapest”, nie dało to nic do zrozumienia. W szpitalu był traktowany brutalnie, posiłki spożywał twarzą do ściany, wykazywał urojenia, był zamknięty w sobie. Z powodu zakażenia amputowali mu nogę.

Powrót do ojczyzny

Przełomowym momentem Andrása Tomy był sierpień 2000 roku. Wtedy to w tym szpitalu psychiatrycznym w Kotielniczu składał wizytę lekarz słowacki, Karl Moravčik, który pośród pacjentów zwrócił szczególną uwagę na Andrása. Gdy usłyszał jego język, stwierdził, że on wcale nie bełkocze, tylko mówi po węgiersku. Dowiedział się, że mężczyzna przebywa tutaj od ponad 50 lat. Zawiadomił o tym ambasadę węgierską w Moskwie i media. Sprawa Andrása wywołała ogromną burzę na Węgrzech. Po 56 latach od trafienia do niewoli sowieckiej András Toma powrócił do ojczyzny.

W kraju były setki rodzin, które myślały, że to jest ich krewny. Lekarze zdecydowali, że zorganizują badania genetyczne, aby stuprocentowo ustalić tożsamość węgierskiego żołnierza. Ślady Andrása Tomy wiodły do 100-tysięcznego miasta Nyíregyháza, znajdującego się na północno-wschodnich Węgrzech. Andrása poznała jego siostra, dla której wyglądał tak samo jak ojciec.

Po powrocie do ojczyzny badał go znany budapesztański psychiatra – András Veér, który w 2002 roku napisał o nim książkę pod tytułem “Węgierski pacjent”. W 2001 roku po raz pierwszy od czasów wojny podpisał się swoim prawdziwym nazwiskiem. Wojsko wypłaciło mu zaległy żołd. Dostał także aparat słuchowy, protezy dentystyczne i sztuczną nogę. W 2004 roku został pochowany z państwowymi honorami.

Kilka słów od autora

András Toma jest jedną z tych postaci, które doznały sowieckiej niewoli i bezduszności biurokracji Związku Sowieckiego. Takich jak András były tysiące, w tym Polaków. Ilu z nich nie miało tyle szczęścia, co on, by powrócić do domu, do ojczyzny? Ilu z nich zostało na zawsze uwięzionych w bezkresach Rosji i w byłych krajach ZSRS? Tego nigdy się nie dowiemy. Najbardziej boli jednak to, że są zapomniani, wyklęci z pamięci, a o ich pamięć zatroszczą się tylko nieliczni. Nie możemy zapominać o tragedii tych ludzi, by pamięć o nich nie została pokryta przez ziemię i brzozy.

Ku pamięci tych, co nie wrócili do domu!

Komentarze