Mateusz Marzoch: Kocham zwierzęta bardziej niż ludzi [FELIETON] | Narodowcy.net

Mateusz Marzoch: Kocham zwierzęta bardziej niż ludzi [FELIETON]

Zazwyczaj pochodzą z miasta, a ze zwierzętami czy przyrodą jako taką mieli styczność, jeżeli akurat w domu był pies/kot lub gdy poszli do parku. W większości nie studiowali nauk przyrodniczych, a wiedzę na temat natury czerpią z internetu, nie zgłębiając całościowo istoty jej funkcjonowania. Tzw. ekolodzy, bo o nich będzie ten artykuł, wiedzą jedno – że coś im się wydaje.

Od kilku miesięcy da się zaobserwować wzmożoną aktywność różnej maści organizacji zajmujących się ochroną praw zwierząt, działalnością na rzecz ochrony przyrody czy, generalnie, organizacji proekologicznych. W Sejmie procedowana była nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt, która zakładała m.in. likwidację ferm futerkowych czy wprowadzała zakaz stosowania odstraszaczy na gołębie (dla niezorientowanych – to takie charakterystyczne, sterczące rzędy drucików, montowane na krawędziach budynków) oraz nakaz demontażu dotychczas zainstalowanych. Organizacje takie jak Viva! czy Otwarte Klatki miały już powód do zadowolenia i wieszczenia sukcesu. Szczęście w nieszczęściu, dzięki wysiłkom hodowców zwierząt futerkowych, a także osób zdrowo myślących doczekaliśmy wakacji oraz okresu przed wyborami samorządowymi, więc partia rządząca (zaniepokojona głosami elektoratu wiejskiego) zdecydowała się wstrzymać dalsze prace nad projektem zmian.

Humanizacja zwierząt

Niemal pewnym jest, że temat zaostrzenia przepisów ustawy o ochronie zwierząt wróci jak bumerang. Ekoterroryści nie składają broni – od walki z hodowcami zwierząt futerkowych przechodzą na nowe obszary. Nowe pola „zainteresowania” organizacji „ekologicznych” to hodowla trzody chlewnej, drobiu (w tym produkcja jaj) oraz… rybołówstwo! Otóż według ekologów, nieludzkim jest postępowanie wszelkiej maści rybaków. Od zwykłego amatora wędkarstwa, po prawdziwego rybaka z kutrem na Bałtyku, niech każdy z was wie, że znęcanie się nad rybami w ten sposób jest nieludzkie. Bo, przynajmniej według pseudoekologów, zwierzęta należy objąć takimi samymi prawami jak ludzi i w niczym nie można ich traktować inaczej. Ideologia ekoterrorystów jest już na tak zaawansowanym etapie, że wielu z nich życie i wartość zwierząt przedkłada nad życie i wartość człowieka. Zwierzętom przypisuje się cechy ludzkie, „uczłowiecza” je i (o zgrozo!) chroni bardziej niż ludzi, co chociażby pokazuje kwestia nastawienia do aborcji czy eutanazji „ekologów”.

W Polsce nie jest jeszcze tak źle (słowo „jeszcze” jest tu niestety kluczowe). W Hiszpanii doszło na przykład ciekawej manifestacji: feministki protestowały przeciwko dojeniu krów i w ramach tego protestu w miejscu publicznym podłączały sobie urządzenia do dojenia mleka… Również w Hiszpanii protestowano przeciwko znaczeniu bydła przy pomocy rozgrzanych metalowych stempli, za pomocą których logo czy numer wypala się na skórze zwierzęcia. Oczywiście protestujący w geście solidarności z uciskanym, traktowanym w nieludzki sposób i torturowanym bydłem także wypalali sobie symbole na swoim ciele, oczywiście w miejscu publicznym. Ale może to nie takie głupie, że się już sami zaczęli znaczyć.

Obcy interes

Z wycieczki na Półwysep Iberyjski wróćmy do naszego ojczystego kraju. Organizacje „proekologiczne” cały czas kreują siebie jako tę dobrą stronę, która prowadzi walkę ze znęcającymi się nad zwierzętami ludźmi. Prawda jest oczywiście inna. Organizacje te tak naprawdę walczą z polskim rolnictwem, które w naszym regionie zaczyna być coraz większą konkurencją dla np. rolnictwa Niemiec. Najnowsza kampania Otwartych Klatek uderza właśnie w dobrze prosperujące w Polsce hodowle trzody chlewnej oraz drobiu, które dla naszego zachodniego sąsiada stanowią wyzwanie. To samo ma się w przypadku rybołówstwa. Nieco inaczej natomiast wygląda to w kwestii hodowli zwierząt na futra – tu ekolodzy chcą całkowitej likwidacji branży. Interes niemiecki występuje tu w innej formie. Zamknięcie „futerek” spowoduje, że dotychczasowe odpady po produkcji drobiu i ryb, które były wykorzystywane jako karma dla m.in. norek, będą musiały być utylizowane w spalarniach. Kto posiada większość rynku spalarni takich odpadów w Polsce? Odpowiedź nasuwa się sama – Niemcy. I to właśnie w ich interesie leży likwidacja jednej branży, żeby móc się dorobić na kilku innych i to niemałych pieniędzy.

Nie znam się, to się wypowiem

Co najdziwniejsze, „ochroną” praw zwierząt zajmują się w ogromnej mierze ludzie, którzy z naturą mieli i/lub dalej mają bardzo mało wspólnego. Mało kto z tych ludzi wychowywał się na wsi, wśród zwierząt gospodarskich oraz dzikich, wśród bezmiaru pól, łąk i lasów. O przyrodzie wiedzieli przede wszystkim tyle,  ile usłyszeli z ust pani Krystyny Czubówny lub o czym nauczyli ich na lekcjach przyrody i biologii. Trudno będzie znaleźć przypadek aktywisty takiej organizacji, wywodzącego się ze wsi lub z okolic, w których kontakt ze zwierzętami i przyrodą oraz praca przy nich były czymś normalnym. Tym ludziom wydaje się jedynie, że wiedzą, co to znaczy dobro zwierząt, jakie te zwierzęta mają potrzeby czy problemy. Wydaje im się, że gospodarz zajmujący się zwierzętami, prowadzący gospodarstwo z dziada pradziada, nie zna się na swojej pracy. Dla nich to zawsze będzie bezduszny potwór, znęcający się nad zwierzętami dla zaspokojenia własnych potrzeb czy dla uciechy. Oczywiście, tylko myślący człowiek zaraz zda sobie sprawę, że takie patrzenie jest od początku błędne: z czegoś trzeba wyżyć, zatem aby zwierzęta przynosiły zyski, trzeba się nimi odpowiednio dobrze zajmować, nie można ich stresować czy się nad nimi fizycznie znęcać. Ale ekoterroryści wiedzą lepiej, więc przychodzą do gospodarstw w asyście policji, zabierają zwierzęta i jeszcze wystawiają właścicielowi za taką interwencję fakturę! Sprawiedliwość jednak powoli wraca, co świetnie pokazuje przykład delegalizacji przez sąd w Wielkopolsce jednej z regionalnych organizacji „ekologicznych”, która odbierała zwierzęta ich właścicielom i kazała sobie za to płacić, a później sama te zwierzęta trzymała w złych warunkach. Oby ten przykład był początkiem lepszej zmiany na rynku takich organizacji.

I żeby nie było, że i ja się nie znam na tym co piszę. Pochodzę i wychowałem się na wsi w gospodarstwie rolnym, mając ze zwierzętami i z przyrodą kontakt od najmłodszych lat. Moi rodzice dalej prowadzą i rozwijają gospodarstwo, mój brat kończy zootechnikę, ma przejąć gospodarzenie po rodzicach. W przeciwieństwie do aktywistów Vivy, Otwartych Klatek czy Greenpeace, wiem, co to znaczy troska o zwierzęta, wiem, co to wstawać w nocy i pomagać tacie przy chorych zwierzętach i wiem też, że rolnicy dbają o swoich żywicieli. Zostawmy kwestie praw zwierząt ludziom, którzy na zwierzętach się znają, a nie dopuszczajmy do głosu tych, którym się tylko coś wydaje.

Komentarze