Michał Ciesielski: Znamię narodowca | Narodowcy.net

Michał Ciesielski: Znamię narodowca

Wielkie ruchy społeczne zwykle starają się czymś wyróżnić spośród masy zwykłych obywateli. Różnego rodzaju symbole spajają wspólnotę, dając poczucie większej więzi między jej członkami, powodując czasem niechęć lub wrogość do osób spoza grupy.

Takim symbolem może być specyficzny ubiór lub jakiś jego element, gest, powitanie, tatuaż itd. Korzystają z niego tak ruchy religijne czy polityczne, jak i subkultury albo grupy przestępcze. Samo używanie takiego wyróżniającego symbolu nie jest niczym złym ani dobrym, ale na przestrzeni wieków okazywało się skutecznym we wspomnianym wyżej celu.

Postawa wyróżniająca

Niekiedy bywa jednak tak, że tym, co wyróżnia daną grupę, nie jest żadna zewnętrzna oznaka przynależności, ale specyficzna cecha moralna. Nie musi stać się ona widoczna na pierwszy rzut oka, ale gdy się objawia, w czynie lub słowie, to działa wyjątkowo silnie, gdyż często wykracza poza rozumienie przeciętnego człowieka i zmusza go do refleksji nad własnym systemem moralnym. Taką cechą wśród pierwszych chrześcijan była miłość nieprzyjaciół. Wiele spośród chrześcijańskich zasad moralnych istniało w pierwszych wiekach po Chrystusie również w innych systemach, ale moment, w którym chrześcijanin błogosławił swojego prześladowcę czy kata i modlił się o jego zbawienie, był dla pogan niczym zetknięcie się z duchem – czymś nierealnym, zupełnie wykraczającym poza ich pojmowanie. Takie wyrazy cnoty, będące terapią szokową dla stykających się z nimi, potrafią łamać nie tylko najtwardsze serca, ale w konsekwencji też najbardziej utwierdzone normy społeczne, słowem – mogą zmieniać cywilizacje.

Być może podana wyżej analogia jest zbyt daleko idąca i na pewno zbyt górnolotna. Chciałbym jednak napisać o pewnej cesze, która moim zdaniem powinna wyróżniać nacjonalistów spośród dzisiejszego społeczeństwa, tak jak miłość nieprzyjaciół wyróżnia chrześcijan spośród pogan. Tą cechą jest poczucie obowiązku. Pokrewny temat poruszył niedawno kol. Krzysztof Tuduj w artykule „Triada dla środowisk narodowych”, opublikowanym na portalu medianarodowe.com (https://medianarodowe.com/krzysztof-tuduj-triada-dla-srodowisk-narodowych/), do którego lektury zdecydowanie zachęcam. Tam, w części o odpowiedzialności, autor słusznie pisze o potrzebie świadomego, dobrowolnego i konsekwentnego brania odpowiedzialności za pewne zadania. Absolutnie nie chcę podważać tej potrzeby świadomego wybierania i realizowania powziętych zobowiązań, jednak myślę, że warto byłoby dołączyć do tych rozważań zagadnienie obowiązków i poczucia obowiązku, a więc tej odpowiedzialności, która nie jest przez nas „brana”, ale która jest nam „dana”, czy też która ciąży na nas niezależnie od stanu naszej świadomości.

Obowiązek dany z góry

W dużej mierze będą to te same zadania, jakie można opisać na dwa sposoby: jako coś wybranego lub jako coś, co odkrywamy, że jest przypisane nam z góry. Dziś bardziej popularne jest to pierwsze podejście. Wielu ludzi, którzy czynią dobro dla innych, angażują się na rzecz ojczyzny, Kościoła, ubogich, środowiska czy w jakikolwiek sposób działają społecznie i charytatywnie, pojmują swoje zaangażowanie właśnie jako pewien wybór, którego dokonali i odpowiedzialność za prowadzone dzieła wynika właśnie z tego wyboru. Prowadzi to do dwóch zjawisk. Po pierwsze, w wymiarze osobistym oznacza to, że odpowiedzialność tę można z siebie zdjąć również aktem własnej woli, zakładając za kol. Tudujem, że zakończymy przyjęte na siebie zadanie z odpowiedzialnością, nie skazując go na śmierć wraz z naszym „wypaleniem”. Po drugie, w wymiarze społecznym utwierdza ludzi biernych w przekonaniu, że działania charytatywne/pro publico bono są czymś dodatkowym, szczególną aktywnością, która owszem jest piękna i moralnie dobra, ale nie każdy jest zobligowany do jej czynienia.

Zaznaczę, że oczywiście poszczególne formy działalności mogą być tak rozumiane, bo przecież nie każdy musi działać politycznie, tak jak nie każdy musi pomagać akurat w hospicjum (ale przyjmuje odpowiedzialność za te konkretne działania własną decyzją). Jednocześnie warto uświadamiać sobie i innym, że praca społeczna jako taka, w jakimś minimalnym rozsądnym wymiarze, jest naszym obowiązkiem. Nie wybieramy go jako aktu heroizmu wykraczającego poza moralne obowiązki każdego człowieka. Z samej miłości bliźniego wynika bowiem obowiązek pomocy tym, którzy potrzebują jej do godnego życia, a poczucie sprawiedliwości nakazuje dbać o dobro wspólne, jakim są państwo, naród i kultura, z których sami czerpiemy. Człowieka, jako byt z natury swej społeczny, przeznaczono do życia we wspólnocie, a dokładniej rzecz ujmując – w różnych wspólnotach. Skoro więc tak, to nie jest zasadną formą uczestniczenia w nich poprzez egoistyczne eksploatowanie zastanej struktury, a więc innych ludzi, ale dwukierunkowa relacja czerpania i wkładu w powiększanie dobra wspólnego. Powtórzmy raz jeszcze – jest to obowiązek wynikający z samej natury człowieka, a więc dany każdemu z nas niejako „z góry” (choć paradoksalnie wynikający z wewnętrznej, choć wspólnej wszystkim, cechy każdej osoby).

W tym właśnie świetle rozumiem słowa R. Dmowskiego, przytaczane przez kol. Tuduja. „Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie” nie jest dla mnie deklaracją nałożenia na siebie pewnych zobowiązań wykraczających poza nakazy moralne dotyczące dowolnego Polaka, ale jest rozpoznaniem jednego z tych nakazów. Jego świadomość lub brak wcale nie wpływają na to, czy ten obowiązek obiektywnie na nas ciąży, ponieważ jest on nam przypisany jako członkom narodu. Tak samo dalszy ciąg znanej maksymy „[…] są one [obowiązki] tym większe, im wyższy typ człowieka przedstawiam” nie uważam za wyraz uznania „wyższości ludzi, którzy poczuwają się do tych obowiązków” (K. Tuduj), ale za analogię (raczej niezamierzoną przez Dmowskiego) do ewangelicznej zasady „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.” (ŁK 12, 48). Znów więc wymagania idą z zewnątrz, choć są adekwatne do naszej własnej kondycji intelektualnej czy fizycznej oraz pozycji społecznej.

Wiedzieć co do nas należy

Skoro te obowiązki ciążą na każdym, to gdzie jest ta cecha charakterystyczna, o której pisałem na początku? Jest nią nie sam obowiązek, ale poczucie obowiązku, świadomość, że te zobowiązania są nam dane. Nie jest to cecha dziś powszechnie spotykana. Wręcz przeciwnie, postępujący od kilku wieków indywidualizm sprawia, że ludzie nie poczuwają się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za społeczeństwo lub chociaż mniejsze wspólnoty, w których uczestniczą, z wyjątkiem może najbliższej rodziny (choć i to odchodzi w zapomnienie za naszą zachodnią granicą). Tym, co powinno charakteryzować ruch odwołujący się do narodu jako wartości wyjątkowej, jest właśnie to samouświadomienie obowiązków i podkreślanie ich wobec osób spoza ruchu.

Podczas gdy motywacją innych osób do działalności politycznej, społecznej czy charytatywnej może być chęć udowodnienia swoich racji, publiczne głoszenie własnych przekonań czy potrzeba podbudowania ego, to pierwszą (choć niekoniecznie jedyną) motywacją narodowca powinno stać się poczucie, że pewien wymiar pracy społecznej i troska o kondycję państwa i narodu jest zwyczajnie obowiązkiem moralnym każdego człowieka. Nie warto oszukiwać się, że już tak jest. Aż nadto mnożyć możemy przykładów ludzi, którzy za frazesami o oddaniu ojczyźnie i narodowi realizowali de facto własne ambicje. Bywają to osoby ze świecznika, spełniające się jako trybuni ludowi, ale równie dobrze mogą być nimi szeregowi działacze czy nawet internetowi komentatorzy, których motorem napędowym jest poczucie wyższości wobec tych niemających ich zdaniem racji. Polska i idea narodowa są dla nich jedynie czymś, na co wspinają się, by z wysoka patrzeć na tych, którzy wartości tych (rzecz jasna prawdziwych) nie rozumieją lub nie przyjmują.

Nacjonalizm służbą, nie hobby

Uświadomienie sobie tego zewnętrznego pochodzenia obowiązku działalności społecznej posiada jeszcze jedną istotną implikację. Trzyma nas ono w ryzach racjonalnej i realnej działalności, nie pozwalając odpływać w czysto teoretyczne bajdurzenie i poszukiwania coraz to nowych teorii, które wydają się bardzo przyjemne, gdy się je odkrywa, ale nie są w stanie nikomu w niczym pomóc. Mówiąc krótko, poczucie obowiązku sprowadza nas na ziemię i każe twardo po niej stąpać. Jeśli bowiem zaangażowanie społeczne i polityczne rozumiemy nie jako osobiste zainteresowanie czy hobby, ale jako obowiązek i służbę czemuś większemu od nas, to pojawi się moment weryfikacji, czy te konkretne działania, jakie podejmuję, faktycznie komuś lub czemuś służą – czy przynoszą jakieś dobro? Wówczas, jeśli uczciwie sami przed sobą dokonamy takiego przeglądu, może okazać się, że to, co daje nam uczucie satysfakcji (i wiąże się jakkolwiek z polityką), wcale nie wprowadza żadnej wartości do społeczeństwa, choćby w najmniejszej jego części. Przykładami takich „aktywności zastępczych” są dla mnie wszelkiego rodzaju demaskacyjne poszukiwania spisków czy pochodzenia osób z życia publicznego. Pod pozorem troski o ojczyznę odsuwają one od faktycznej odpowiedzialności i realnego działania, przyklejając ludzi o dobrych zamiarach do monitorów, by mogli karmić własne potrzeby odkrywania tajemnej „wiedzy”, która, koniec końców, pozostaje bezużyteczna. Bardzo podobnym działaniem, motywowanym być może słusznie, ale niespełniającym ciążących na nas obowiązków, jest angażowanie się w bezsensowne spory, najczęściej w internecie, najczęściej na tle partyjnym. Przykładów można by mnożyć i jestem przekonany, że każdy z nas znajdzie przynajmniej jedną taką rzecz, do której jest przywiązany z przekonaniem, że robi to dla wyższego dobra, podczas gdy faktycznie karmi jedynie własną potrzebę satysfakcji.

Dodajmy do tego jeszcze ostatni probierz faktycznej służby, odróżnionej od realizowania hobby. Będzie nim efektywne korzystanie z posiadanych umiejętności i predyspozycji. Chciałbym wrócić do biblijnej zasady „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. Wiedząc, że otrzymaliśmy wiele, wiemy też, przynajmniej ogólnie, jakiego rodzaju są to dary. Mając do dyspozycji talent w jednej dziedzinie, powinniśmy realizować go dla dobra wspólnego, a nie angażować się w działalność, w której nie mamy szansy być skuteczni, ale która bardziej nam się podoba. Właśnie w takiej decyzji – zrezygnowaniu z czegoś dobrego, co sprawia nam przyjemność, na rzecz czegoś jeszcze lepszego, co wymaga od nas poświęcenia – objawi się najlepiej prawdziwe oddanie ojczyźnie.

Podejście podkreślające, że działalność dla dobra wspólnego pozostaje ni mniej ni więcej jak obowiązkiem każdego człowieka, jest zarówno zgodne z prawdą, jak i pomaga utrzymać zdrowy stosunek do swojej misji oraz zapobiega tak częstemu wśród polityków problemowi egocentryzmu i megalomanii. W tym świetle osoba wypełniająca dany nakaz nie czuje się w żaden sposób wyjątkowa, ale ma świadomość, że robi zwyczajnie to, co do niej należy. W ten sposób możemy również zaszczepić nawyk działania dla dobra wspólnego wśród innych, gdyż zasada ta nie jest stricte nacjonalistyczna, ale wynika z tradycyjnej filozofii europejskiej i religii chrześcijańskiej. Jeśli więc jest obok symboli zewnętrznych miejsce na jedną cechę wewnętrzną charakterystyczną dla ruchu nacjonalistycznego, na swoiste „znamię narodowca”, po którym rozpoznać będzie można, że ktoś wychował się w „szkole Dmowskiego” – to niech będzie nim poczucie obowiązku wobec wspólnoty narodowej. Obowiązku wynikającego z samego faktu bycia Polakiem.

Komentarze