O nauczycielach: Nie znam się, to się wypowiem | Narodowcy.net

O nauczycielach: Nie znam się, to się wypowiem

Opinię publiczną elektryzują coraz to nowe informacje dotyczące kwietniowego strajku nauczycieli. Społeczeństwo polskie znów się podzieliło i okopało na swych pozycjach. Atmosferę dodatkowo podgrzewa widmo niedalekich wyborów do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu/Senatu. Czy jednak wszyscy zabierający głos w dyskusji natrudzili się na tyle, by zasięgnąć informacji z różnych źródeł? Skądże.

Uwagę moją przykuła udostępniana często grafika:

Namiętnie udostępniały ją też portale wcale niezwiązane z PiS-em czy z PO. Co mnie zaskakuje? Chyba to, że ja i autor obrazka chodziliśmy nie tyleż do różnych szkół, co uczyliśmy się w innych państwach… Dziwne, że po kilkunastu dobrych latach od zakończenia edukacji pamiętam, iż nas uczono zarówno faktów z lewej, jak i prawej strony tabeli. Niesamowite, pan od chemii mówił, że mrówka ma kwas mrówkowy, a mydło to zasada oraz, że zasady neutralizują kwasy, lecz i z tym trzeba uważać, bo łatwo można przesadzić. Na historii natomiast dowiadywaliśmy się, że obecne zwyczaje, tak, nawet te „typowo polskie”, wywodzą się ze starożytności (np. przenoszenie panny młodej przez próg). Okazuje się, że ta nauka o starożytności jednak nie taka znów niepotrzebna. Oczywiście, zawsze warto dyskutować o proporcjach. Warto zastanawiać się, czy konieczne niezbędne jest, by uczeń w szkole podstawowej wiedział, kim był cesarz Hadrian, ale – na Boga – nie wyeliminujemy starożytności, a potem nie będziemy tłumaczyć ludziom, na jakich filarach opiera się Cywilizacja Łacińska, której trzeba bronić. Logika? Brak.

Po co ta nauka

Wiadomo co prawda, że uczeń szkoły podstawowej powinien zdobyć w toku kształcenia ogólną wiedzę i umiejętności, które w szkole średniej będzie mógł kierunkowo rozszerzać. Tylko skąd ten uczeń miałby wiedzieć, co ma do wyboru, by rozszerzać, jeśli nie pozna podstaw? Zgodzę się, że reforma, której ofiarami były roczniki kończące szkołę średnią, była błędna. Uczeń kończył naukę historii w gimnazjum na pierwszej wojnie światowej, a potem uzupełniał swoją widzę np. na przedmiocie „wszystko”, czyli historia i społeczeństwo (jeśli nie szedł do klasy humanistycznej, nie miał wiadomości z historii najnowszej). Nie możemy jednak tamtego złego systemu przykładać do obecnego, gdzie uczeń kończy naukę historii na współczesności w szkole podstawowej. Współczesność wypływa z minionych epok. Jak ją zrozumiemy, nie mając odniesienia do przeszłości? Będziemy nadal kształcić masy wg zasady „trzech zet” (zakuć – zdać – zapomnieć). Dziwić się, że za 30 lat pojawią się kolejni zwolennicy chemtrails, płaskiej Ziemi czy autyzmu poszczepionkowego.

Wybiórczość, to modne

To nie koniec. Zadziwia mnie jeszcze jedna sprawa. Istnieją organizacje mówiące głośno o poparciu dla praw pracowniczych, solidaryzowały się one ochoczo ze strajkującymi górnikami, pielęgniarkami, rolnikami, lekarzami rezydentami. I dobrze. Zastanawiam się jednak, dlaczego milczą one w sprawie nauczycieli? Ba, nie tylko milczą, ale (oczywiście niektóre) wprost wyrażają sprzeciw wobec strajku. Udostępniają przy tym tę grafikę:

I znów nachodzi mnie refleksja – kto tego biednego twórcę obrazka uczył pisać po polsku? Nie wyszło, oj nie. Wobec braku polskich znaków wypadałoby przytoczyć wypowiedź profesora Bralczyka: „ma znaczenie, czy robisz komuś laske czy łaskę”. Pominę już fakt nieistniejącego w polszczyźnie słowa „prafuje”.

Somsiad somsiadowi somsiadem

Nie mogę zrozumieć kilku rzeczy. Pierwszą jest wspomniane wcześniej udzielanie bądź nieudzielanie poparcia strajkującym. Od czego to zależy? Chyba nie chcę wnikać… Drugą rzeczą jest nasza polska mentalność. Zamiast „równać w górę” i przeć do tego, by wszystkie grupy zawodowe w naszym kraju solidarnie miały lepiej, szczuje się jednych na drugich. Taką sytuację mogliśmy obserwować przy okazji strajku pielęgniarek, które „odeszły od łóżek”, policjantów, którzy „nie łapią złodziei” czy przy okazji toczącej się debaty w sprawie niedziel wolnych od handlu. Zamiast dążyć do tego, by wolny weekend nie był przywilejem, leczy zwykłym, należnym prawem, „równa się w dół”, przekrzykując nawzajem, że skoro ktoś ma gorzej niż inny, to zrównajmy ich w prawach, ale właśnie „w dół”, tak by obaj mieli tych praw nie więcej, lecz mniej. Ot, polska mentalność? Nie bez powodu powstał ten dowcip o samopilnujących się Polakach w czarcim kotle. Żaden nie wyjdzie, bo pozostali, gdy zauważą jakieś próby oswobodzenia się, ściągają śmiałka z powrotem na dół.

Standardy a standardy

Wracając do nauczycieli, Telewizja Polska publikuje jakieś wyssane z palca kwoty, które rzekomo ta grupa zawodowa zarabia, przedstawia wspaniały plan kwoty 8 tys. …, ale brutto i w 2023 r. To prawie jak z autostradami w Polsce: „Panie, przecie będą”. Dodatkowo dochodzą „świetne” komentarze o nierobach, pracujących po 3 godziny dziennie. Popytajcie może znajomych nauczycieli, a dowiecie się, ile pracują. Poznacie fakty dotyczące braku wyposażenia sal w pomoce, braku papieru, komputerów, drukowania wszelkich pomocy do kilku klas ponad dwudziestoosobowych przez cały rok szkolny. Jeden, drugi… Tak, czas pracy nauczyciela wynosi 40 godzin, z czego 18 godz. przy tablicy. Na Zachodzie jest więcej. Ale ciekawe, ile z Was podjęło się porównania zakresu obowiązków, pozycji nauczyciela w społeczeństwie (wyobraźcie sobie, że jest to status urzędnika państwowego, za publiczne znieważanie i nieuzasadnioną, tzw. „hejterską”, krytykę grozi poważny paragraf), wreszcie porównajcie wynagrodzenie. Wtedy dyskutujmy. Na Zachodzie nie ma mowy o kilkukrotnym w ciągu jednego roku przepisywaniu danych osobowych uczniów z dziennika do kart wycieczki, ogromie zgód na każdy wyjazd, w tym dodatkowych dotyczących RODO na konkursach, pisaniu dziwnych sprawozdań w ramach sztuki dla sztuki lub dla ewentualnej kontroli z kuratorium. A i to nie mam pewności, czy wszystko czytają. Posiedzieliby sobie trochę. Przecież i w Polsce mogłoby być tak pięknie. Baza danych, zaznacz, kopiuj, wklej i mamy kolejną kartę wycieczki. Już by ci nauczyciele nawet, nie pracownicy administracyjni jak na Zachodzie, mogli to robić. Co tam. Ale byłoby już wtedy o wiele prościej.

Kwestię godzin, a przynajmniej tych de facto nienormowanych 22 h można by rozwiązać, doposażając stopniowo szkoły w stanowiska pracy nauczycieli. Dlaczego nauczyciel idzie do domu o 13:00, a nie o 16:00? Dlatego że np. w szkole nie ma biurka z komputerem i drukarski, by móc przygotować karty pracy, kartkówkę, sprawdzian, ćwiczenia podsumowujące dział itd. Robi to więc w domu na swoim sprzęcie, na swoim papierze, którego ilości nie da się zliczyć. Gdyby jednak sukcesywnie z roku na rok (tak, nie da się od razu) doposażać placówki, a na początek wprowadzić nawet dziennie obowiązkowe choćby 2 godziny „komputerowo-biurkowe” (sprawdzanie, przygotowanie lekcji), wszystkim byłoby łatwiej.

Polityczne reformy

„Polityczny strajk” – i tak powiedzą niektórzy. Oczywiście, Solidarność ma powiązania z PiS-em, Związek Nauczycielstwa Polskiego z PO, jednak początki dyskusji o strajku narodziły się nie na szczycie związków, do których ideologii w gruncie rzeczy mi bardzo daleko, ale na dole, wśród zwykłych nauczycieli, często politycznie od siebie odległych, ale jednak będących razem w tej sprawie. Strajk to nie tylko pieniądze, choć te są oczywiście ważne. To też kwestia podstawy programowej. Wprowadzona do szkół reforma, moim zdaniem, z grubsza jest dobra. Gimnazja były pomysłem nietrafionym z wielu względów. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Podstawa programowa pisana była bowiem na szybko i jest zbyt obszerna. Egzaminy ósmoklasisty odbywają się już w kwietniu. Obecne ósme klasy wg nowej podstawy uczyły się więc nieco ponad 1,5 roku. Tak, po szóstej klasie w trakcie trwania jednego cyklu nauki zmieniono im podstawę, a więc najważniejszy dokument, który określa, co mają umieć. W lepszej sytuacji znajdują się obecne klasy piąte, które „po nowemu” będą się uczyć pięć lat (naprawdę 4,5 roku, bo w kwietniu egzamin). Jest różnica, gdy uczysz się biologii, geografii od klasy V do VIII, a uczeniem się ich tylko w klasie VII i VIII? No, popatrz. A jednak… Skoro już wprowadzili reformę, mogli spokojnie wygasić gimnazja, a egzamin ósmoklasisty rozpocząć w roku 2022. Wtedy wyniki też byłyby lepsze. Co nagle, to po diable.

Potrzeba kanonu

Kwestią związaną z egzaminami pozostaje też obszerność podstawy programowej. Brakuje czasu na dobre i dogłębne omówienie znajdujących się w niej treści. Trzeba wybierać, czy „tracić” lekcję na powtórzenie, ale i zapamiętanie, czy może biec dalej z materiałem, licząc, że uczniowie w domu przeczytają dane zagadnienie raz jeszcze i może sami sobie je utrwalą. Nie tak to ma wyglądać. Z drugiej jednak strony kanon jest potrzebny. Na przykład ten literacki. On kształtuje postawy, światopogląd, po prostu uczy spojrzenia na świat. Mówienie o jego przestarzałości, niemożności zaciekawienia ucznia postawami z „Quo vadis” czy „Syzyfowych prac” woła o pomstę do nieba. Oczywiście, są uczniowie, którzy nic nie czytają. Najczęściej niestety taką praktykę wynoszą z domu. Zresztą nie tylko tę – dzieci są odbiciem swoich rodziców, ale nie będę się w to teraz zagłębiać. Zawsze jednak istnieje szansa, że choćby po lekcjach poświęconych omówieniu tych wyżej wymienionych „nudnych” lektur, może nawet za pięć czy dziesięć lat, uczeń wróci do tej książki. A gdyby nawet upłynęło i więcej czasu, to kształtowane w szkole postawy, także te patriotyczne, które wyryją mu się w pamięci, też są warte tego, by kanon utrzymać. W szkole nie trzeba bawić się w dekonstruktywizm i relatywizm. Szkoła ma uczyć i pomagać rodzicom w wychowaniu nowych pokoleń Polaków, którymi niełatwo da się manipulować. Pobożne życzenia. Patrząc na obecną, ale i na poprzednią władzę, śmiem twierdzić, że równo jednym, jak i drugim nie zależy na światłym narodzie. Lepiej próbować poróżnić Polaków, niż zadbać o ich wspólne działanie dla dobra Polski. Wówczas łatwiej o koryto. Może więc stąd ten program 500+ na krowy i 100+ na świnie?

P.K.

Komentarze