> Artur Krawczyk: Potęga pieczątki

Artur Krawczyk: Potęga pieczątki [FELIETON]

Czy zastanawialiście się kiedyś, po co wymyślono procedury biurokratyczne? Te wszystkie regulaminy, formularze oraz całą listę podpisów, które trzeba zdobyć, by uzyskać decyzję?

Stanowiły one racjonalistyczne odejście od arbitralnych decyzji urzędniczych, skutkujących nepotyzmem i korupcją. Procedury miały tworzyć poczucie pewności i sprawiedliwości. Mówiły, że jeśli wykonam czynność A, to uzyskam decyzję B, niezależnie od tego kim jestem i kim jest urzędnik mnie obsługujący. Jeśli tak się nie stanie, mogę w każdej chwili odwołać się od decyzji i zaskarżyć samowładztwo biurokraty.

Rozrost procedur sprawił jednak, że stały się one niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Stały się wiedzą tajemną popartą majestatem urzędnika. Majestatu tego typu w jakimś stopniu potrzebuje każdy z nas. Pozwala on poczuć się wyjątkowym w ramach pełnionej funkcji. Im większym cieszy się prestiżem, tym większych wymaga rytuałów. Dlatego też mamy profesorskie gronostaje, sądowe togi z orłem na łańcuchu czy biskupie pastorały. Przedmioty te nie pełnią żadnej praktycznej funkcji. One po prostu są i na tym polega ich użyteczność.

Podobnie rzecz ma się z urzędnikami. W dawnych czasach nosili oni mundury, które miały odróżniać ich od zwykłych śmiertelników i nadawać rangę cywilnych oficerów państwa. Dziś, ze względów czysto ekonomicznych, urzędnik został pozbawiony większości swych insygniów, z których pozostawiono mu jedno – pieczątkę. Ten archaiczny przedmiot nie posiada w zasadzie żadnej funkcjonalności. Pozwala powielać szybko krótkie informacje, które można w prosty sposób wydrukować lub napisać odręcznie. Cóż pozostaje z pieczątki, na której widnieje napis „Jan Kowalski, starszy specjalista” lub „Henryk Nowak, Departament Zieleni”? Decyzja poparta jest podpisem, nie pieczątką. Poza kilkoma przypadkami nie posiada ona mocy prawnej, a dokument nie jest bardziej dokumentem, niż był przed jej przybiciem. Nie bez powodu, w czasach elektronicznych podpisów, nie wymyślono elektronicznych pieczątek.

Mówiąc o problemie biurokracji często narzekamy na wielkie sformalizowanie instytucji takich jak ministerstwa czy urzędy skarbowe. To właśnie one kojarzą się nam z nagminnym pieczątkowaniem ton papieru. Prawdziwie niezwykłe jest jednak to, jaką władzę w zakresie odprawiania tego pieczątkowego rytuału posiadają szeregowi pracownicy administracji – sekretarki, portierzy i asystenci.

Pozwólcie, że przywołam historię sprzed kilku tygodni, którą przeżyłem osobiście na jednej z czołowych polskich uczelni ekonomicznych. Poziom jej absurdu idealnie koresponduje z absurdem pieczątkowego szału panującego w polskiej administracji. Sprawa dotyczyła uzyskania referencji niezbędnych do kontynuowania studiów. Wystawienie referencji zostało uzgodnione drogą elektroniczną i byłem umówiony na ich odbiór w sekretariacie katedry. Tak było najwygodniej dla obu stron, szczególnie, że terminy nagliły i pozostały mi zaledwie trzy dni na dopełnienie procedur.

Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że w wyznaczonych godzinach pracy sekretariat katedry jest zamknięty, a na drzwiach widnieje karteczka z informacją, że klucz jest do odbioru w pokoju po drugiej stronie. Klucza co prawda nie potrzebowałem, ale poszedłem tam w nadziei, że przynajmniej czegoś się dowiem. Niestety, uzyskana informacja była smutna – pani z sekretariatu musiała wyjść i wróci za godzinę. Starając się nie oceniać kobiety, której mogła się zdarzyć nagła okoliczność wymagająca wyjścia z pracy, pomyślałem kilka niewybrednych słów na temat swojego szczęścia, wszak sam dojazd na uczelnię zajął mi prawie godzinę.

Widząc mój smutek, sprawą zainteresowała się kobieta w sekretariacie zastępczym, która dzielnie pilnowała klucza do profesorskich referencji. Wypytała się o sytuację i przejęta moim losem zadzwoniła do koleżanki, na co dzień rezydującej po drugiej stronie. Nawet byłem jej za to wdzięczny, mogła przecież udawać, że nic się nie da zrobić i mam przyjść za godzinę. Niestety, telefon okazał się nieskuteczny, co zrodziło w mojej głowie kolejne przemyślenia wypowiadane w klasycznym języku nauki, czyli łacinie.

Kobiety, które nic nie muszą, ale dużo mogą, są naprawdę niezwykłe. Widząc, że bardzo zależy mi na pilnym odebraniu referencji, pani będąca strażnikiem wspomnianych wcześniej kluczy postanowiła, że zajrzy do sekretariatu, czy dokumenty nie leżą one gdzieś na widoku. Złota kobieta – pomyślałem – zaraz zdobędę swój papier dzięki uprzejmości kogoś, kogo w ogóle ta sprawa nie powinna obchodzić. Niestety, referencji nie było.

Sprawa mogłaby się zakończyć w tym momencie, jednak pomocna pani z pokoju po drugiej stronie zaczęła przeglądać dokumenty profesorów leżące na ich półkach. To chyba niezbyt przepisowe – pomyślałem – jednak procedury mają być jedynie pomocą, a nie celem samym w sobie, a referencje przecież mam podpisane. Po chwili znalazła ten cenny dokument powodując u mnie powtórny zwrot na rollercosterze emocji związanych z głupią kartką papieru. Zwycięstwo! W myślach zacząłem już porządkować dalsze kroki związane ze złożeniem dokumentacji na studia – czasu pozostało niewiele. Dobrze, że są w administracji uczelnianej pomocni ludzie, dla których liczy się skutek, a nie wąsko wyznaczony zakres obowiązków.

Kobieta jednak zamiast wręczyć mi referencje, usiadła z papierem do biurka i zaczęła przeglądać szuflady swojej koleżanki. O co chodzi – zacząłem się zastanawiać i w tym momencie padły złowieszcze słowa: nie ma pieczątki, a nie mogę Panu wydać dokumentu bez pieczątki.

Co? Jakiej pieczątki? Po co mi pieczątka, ja potrzebuję podpisanych referencji, które trzyma w ręce. Kulturalnie staram się tłumaczyć, że to jedynie prywatna opinia mojego byłego promotora napisana na komputerze, a nie żaden oficjalny dokument państwowy i że nie potrzebuję pieczątki – wystarczy podpis. Argumentacja nie okazała się przekonująca. Bez pieczątki to nie dokument – stwierdza pani starająca się pomóc.

Dalsza dyskusja okazuję się równie bezowocna. Uprzejmie zwracam uwagę, że ważność dokumentu oceni komisja rekrutacyjna i że pieczątka nie ma żadnej mocy prawnej. Niestety, na moc silniejszą niż przepisy prawa – moc psychologiczną. Żadna argumentacja nie skutkuje, nawet ta, że mam inne referencje bez pieczątek (pokazuje jedne, bo akurat mam przy sobie).

– Tam jest wyraźny podpis, a tutaj szlaczek, każdy może taki wystawić – z rozbrajającą przenikliwością zbija mnie, poszukując dalej pieczątki w szufladach.

Cóż, czy zatem sugeruje, że sam sobie podrzuciłem ten dokument do sekretariatu? Położyłem na odpowiednią półkę, a potem odegrałem teatr z jego odbiorem? Wolałem nie pytać. Inna argumentacja również nie okazuje się przekonująca – ani to, że odpowiadam karnie jakbym sfałszował dokument, ani to, że przepisy prawa i regulamin rekrutacji nie mówią nic o pieczątce (czy w ogóle o formie dostarczenia referencji), ani też to, że przecież tam jest podpis profesora belwederskiego, a podważa go Pani z administracji (powiedziałem to bardziej dyplomatycznie).

Absurd całej sytuacji mógłby zostać sprowadzony do poziomu ciekawej obserwacji etnologicznej – ot, przedstawiciel plemienia urzędników niższej kasty staje się bezradny, gdy traci swój magiczny talizman. Byłoby tak, gdyby nie skupiał w sobie jak w soczewce problemów całej polskiej administracji. Przecież nie można powiedzieć, że pani poszukująca pieczątki wykazała się złą wolą. Co to, to nie! Okazała się bardzo pomocna, zrobiła dużo więcej niż prosiłem. Ba! Prawdopodobnie nawet nagięła prawo, przeglądając dokumenty kadry akademickiej z innej katedry, nie informując o tym osoby pełniącej nad nimi pieczę. Okazało się jednak, że przepisy i procedury mogą być nagięte w celu pomocy przypadkowemu interesariuszowi (i Bogu dzięki). Niestety nie da się przekroczyć bariery mentalnej, związanej z tym, że każdy dokument od 20 lat wychodzący spod ręki tej kobiety ma pieczątkę, mimo że pewnie połowa z nich jej nie potrzebuje.

Los zmusił mnie, abym przeczekał godzinę w pobliskim parku, aż wróci osoba znająca lokalizację pieczątki. Ostatecznie ją otrzymałem, jednak okazało się, że profesor nie posiada własnej, więc przybili mi pieczątkę jednostki organizacyjnej – jej nazwę, adres i numer telefonu – czyli informacje wyskakujące jako pierwsze po wpisaniu nazwiska w wyszukiwarce internetowej. Jednak tu nie chodzi o jakikolwiek sens, lecz o symbol i majestat uosobiony we wspomnianej pieczątce.

Z całej sytuacji płynie ważna lekcja polityczna. Wiele środowisk, w szczególności tych liberalnych, krzyczy na prawo i lewo o potrzebie deregulacji prawa i likwidacji zbędnej biurokracji. Postulat niezmiernie słuszny. Zapominają oni jednak, że rządzenie państwem to nie gra w Europę Universalis i nie ma tu paska, który można dowolnie przeciągać w prawo i lewo, zwiększając lub zmniejszając poziom biurokracji. Nawet dogłębny przegląd prawa i zmiana odpowiednich ustaw oraz rozporządzeń nie sprawi, że łatwiej będzie wyszarpać referencje bez pieczątki.

Jak zatem deregulować procedury, które nie istnieją, które są uprzykrzające na tyle, by pisać o nich felieton, a jednocześnie które są na tyle błahe, by nie rozkręcać wokół nich afery?

Komentarze