Atak na polski konsulat w Łucku wzbudził w naszym kraju powszechne wzburzenie. Tym razem zareagował nawet prezydent RP. Słusznie, bo dopuszczenie do takiej sytuacji mocno uderza w prestiż naszego państwa – pośrednia wina państwa ukraińskiego za dopuszczenie do tego wydarzenia jest niewątpliwa. Zastanówmy się jednak, kto może być odpowiedzialny za nie w sposób bezpośredni.

Istotnym jest postawienie pytania, kto na tym wszystkim korzysta?  Z pewnością nie Ukraina, która na takim incydencie nie zyskuje absolutnie nic, natomiast traci wizerunkowo – i to na dwa różne sposoby. Po pierwsze, incydent pokazuje że państwo to nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo placówek dyplomatycznych swoich sąsiadów. Po drugie, sytuacja może ściągnąć na Ukraińców podejrzenie o zorganizowany antypolonizm, gdyby oczywiście udało się udowodnić sprawstwo którejś z ukraińskich grup. Będą oczywiście i tacy, którzy uznają, że to władze Ukrainy chciały upokorzyć Polskę – no ale bądźmy poważni, nie ma co rozpatrywać scenariuszy absurdalnych.

Czynnikiem na tym wydarzeniu (podobnie jak i na poprzednich incydentach, takich jak wybitnie podejrzane dewastacje w Hucie Pieniackiej i Bykowni) korzystającym jest niewątpliwie Moskwa. Pojawiające się w środowiskach narodowych i patriotycznych próby wykpienia takiego scenariusza mogą budzić jedynie uśmiech politowania. Nie ma oczywiście dowodów na trop rosyjski, ale jak można z góry to wykluczać? Na jakiej podstawie? Czy Rosja, obsadzająca swą agenturą wpływu przeróżne ukraińskie stanowiska, nie miałaby do tego środków? Czy naprawdę ktoś jest w stanie szczerze uznać, że faktycznie prowadząca wojnę z Ukraińcami Rosja, ze swoimi wielowiekowymi tradycjami, z elitą wywodzącą się wprost z KGB, z imperialnymi zapędami, nie ingeruje w narastający konflikt historyczny Kijowa z jednym z jego najgłośniejszych sojuszników? Rosja nie byłaby sobą, gdyby tego sporu nie chciała wykorzystać. Co więcej, trudno mieć o to do niej pretensje. Byłoby to działanie uzasadnione interesami państwa rosyjskiego. Osobiście na miejscu Putina robiłbym właśnie to.

Około pół roku temu, po skandalizującym wywiadzie jakiego udzielił polskiej gazecie Jurij Szuchewycz, centroprawicowy dziennikarz Wojciech Mucha puścił wodze fantazji i zarysował obraz stosunków polsko-ukraińskich dramatycznie pogarszających się pod wpływem kolejnych, sprowokowanych przez czynnik zewnętrzny incydentów. Na pewnym etapie niemożliwym byłoby już ustalenie czy za dane wydarzenie odpowiadają służby państwa trzeciego, czy jacyś nadgorliwi „ideowcy”, a właściwie to pożyteczni idioci. Skutki mogłyby być tragiczne... Nie trzeba być wielbicielem publicystyki tego autora (z pewnością nacechowanej sympatią do Ukrainy), by nie dostrzec pewnej trafności jaka może tkwić w tych prognozach.

Nie znaczy to bynajmniej, że za wszystkimi tymi incydentami na pewno stoi Rosja. Nie jest niczym dziwnym w historii sytuacja, w której rozemocjonowani nacjonaliści czy po prostu patrioci wyrządzają swojemu krajowi niepowetowane szkody. Bo – z ukraińskiego punktu widzenia – to w kategoriach szkód należałoby nazwać działalność na odcinku antypolskim.

Warto zauważyć, że od lat w ukraińskim ruchu narodowym występują silne tendencje do budowania z Polakami zgody. Przykłady można mnożyć – co ciekawe, obecnie przoduje w tych działaniach środowisko uchodzące w Polsce za ultraradykalne, czyli Ruch Azowski. Jego władze wielokrotnie potępiały różne wymierzone w Polaków incydenty, występując także w obronie polskich miejsc pamięci, nawet przeciwstawiając się na tym polu politykom partii Swoboda.

Podobne głosy można słyszeć także w innych organizacjach, choć zaznaczyć należy, iż nie idzie za tym dążenie do rezygnacji z gloryfikowania UPA jako formacji walczącej o niepodległość Ukrainy. Kultywowanie tego mitu (idące często w parze z relatywizacją zbrodni na Polakach), coraz mocniej zakorzenia się na Ukrainie, co będzie budzić w Polsce budzić niepokój – niemniej jednak należy jasno zaznaczyć, że bardzo często nie wiąże się to z antypolskimi poglądami w odniesieniu do dzisiejszych warunków (co przyznają nawet publicyści portalu Kresy.pl). W interesującym nas dziś przypadku większy problem stanowią ci nieliczni Ukraińcy, którzy przez kilkadziesiąt lat zupełnie niczego się nie nauczyli i nadal pałają niechęcią do Polski. W 40-milionowym narodzie niejeden taki się znajdzie, i choćby dlatego nie można wykluczyć, że przynajmniej niektóre z tych incydentów dokonane zostały przez Ukraińców.

Warto zresztą zauważyć inny element kontekstu jaki mają opisywane wydarzenia. W zeszłym roku internet obiegło kilka nagrań przedstawiających niszczenie pomników i grobów żołnierzy UPA – czy nam się to podoba, czy nie, z ukraińskiej (jakże odmiennej od naszej) perspektywy wygląda to na profanowanie grobów ukraińskich żołnierzy. Bardzo dużym echem odbiło się na Ukrainie również zakłócenie połączonego z procesją pochodu Ukraińców w Przemyślu, który zmierzał na cmentarz poległych w 1920 r. żołnierzy URL. Abstrahując od niuansów – takie wydarzenia z pewnością podnoszą ciśnienie niejednemu patriotycznie usposobionemu Ukraińcowi. Być może to pod ich wpływem ktoś zdecydował się na gesty tak barbarzyńskie jak profanacja polskich pomników czy atak na placówkę w Łucku? Nie ma to usprawiedliwienia, ale jeśli chcemy dojść do prawdy, i taki czynnik musimy uwzględnić.

Dominujący w tym artykule tryb przypuszczający z pewnością nie zadowoli ludzi, którzy mają na wszystko jasną receptę – niezależnie od tego czy w każdym takim wydarzeniu widzą rękę Putina czy Bandery. Wobec braku twardych dowodów, w większości wypadków musimy zadowolić się bardzo ostrożną formą postawienia sprawy. Niezależnie od faktycznego autorstwa ww. wydarzeń najbardziej martwiący jest fakt ciągłego podgrzewania polsko-ukraińskiego sporu, choć niewolnego od sytuacji rzeczywiście problematycznych i aktualnych (skala imigracji ukraińskiej), to sprowadzanego do wydarzeń z historii. Najgorsze jest to, że wielu ludziom po prostu zależy na tym, by ten konflikt narastał – i znów, niezależnie od ich intencji, należy uznać, że szkodzą oni naszym interesom narodowym. Polskę łączą z Ukrainą wspólne interesy geopolityczne, które realizować znacznie łatwiej w atmosferze jeśli nie miłości, to chociaż dążenia do zrozumienia. Także troska o nasze dziedzictwo kulturowe na Kresach oraz byt pozostałych tam Polaków pozbawiona jest możliwości przełożenia na skuteczne działania jeśli będziemy w permanentnym konflikcie z Ukraińcami, podgrzewanym na dodatek przez Moskwę. Warto czasem pomyśleć o tym wszystkim w szerszej perspektywie, wyjść w swych rozważaniach ponad akty wandalizmu. O to chyba przecież nam chodzi kiedy używamy terminu interes narodowy.

Jakub Siemiątkowski

 

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” 5 kwietnia 2017 r.

Polityka historyczna państw ościennych potrafi wywołać burzę w Polsce. Kilka lat temu wielkie emocje budziły rewizjonizm historyczny odwołującej się do ZSRR Rosji i starających się o zrzucenie z siebie win historycznych Niemiec. Ostatnio najwięcej się mówi o kulcie UPA na Ukrainie. Mało kogo interesuje to, co w tym względzie dzieje się na Białorusi, a przecież jest to kraj patrzący na dzieje naszego regionu w sposób diametralnie inny niż Polacy, niejednokrotnie nam uwłaczający.

Nie budziłoby to zresztą specjalnego zdziwienia gdyby nie pewna rażąca niekonsekwencja, o czym za chwilę. Przypomnijmy – od 1994 roku Białoruś powróciła do gloryfikacji tradycji wprost odwołujących się do sowietyzmu. Wychowany w nich prezydent Łukaszenka legitymizuje swoją władzę odwołaniami do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, i to bez odcięcia się od największych jej patologii. Narodowa nekropolia w Kuropatach pod Mińskiem, gdzie w czasach stalinizmu rozstrzelano od 100 do 250 tys. przedstawicieli białoruskiej (ale i polskiej) inteligencji, nawiedzana jest dziś wyłącznie przez opozycjonistów – władzy to miejsce nie obchodzi wcale. Co prawda, w ostatnich czasach czynione są pewne gesty na rzecz dowartościowania także tradycji dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, ciężko jednak nie uznać ich za kosmetyczne. Na Białorusi – inaczej niż na Ukrainie – nikomu nie śni się burzenie wszechobecnych pomników Lenina, okres radziecki nie wzbudza tu (w kręgach władzy) żadnej krytycznej refleksji. Jak podaje pismo „DoRzeczy”, z jednego z oficjalnie obowiązujących podręczników szkolnych „białoruscy uczniowie dowiadują się, iż nie ma potwierdzenia w dokumentach, że za zbrodnię katyńską odpowiada NKWD”. W ogóle należy zaznaczyć, że od ponad 20 lat rząd w Mińsku neguje istnienie tzw. białoruskiej listy katyńskiej. Z kolei Operacja Polska NKWD z lat 1937-1938, w toku której sowieci wymordowali 111 tys. naszych rodaków jedynie za to, że byli Polakami w świadomości ludzi gloryfikujących te czasy nie istnieje zupełnie. Dodajmy, że na Białorusi Armia Krajowa, mimo że w ostatnich latach w mediach pojawiły się pojedyncze wypowiedzi w odmiennym tonie, generalnie przedstawiana jest tak jak w czasach sowieckich, w czym poniekąd można widzieć element prowadzonej przez rząd antypolskiej polityki. Wbrew serwowanym przez niektóre prawicowe ośrodki, absurdalnym tezom jakoby za wszystko co złego spotyka Polaków na Białorusi odpowiadała działalność nielegalnego Związku Polaków na Białorusi, nie da się nie widzieć, że nasi rodacy są tam gnębieni. Mimo, że według spisu powszechnego z 2009 r. żyje tam 295 tys. Polaków (spadek w ciągu 10 lat o 100 tys. ludzi!), w kraju tym działają… 2 polskie szkoły. Dla porównania – na silnie antypolskiej przecież Litwie polskich szkół działa wciąż kilkadziesiąt, polska partia jest w parlamencie i potrafi bardzo mocno kwestionować posunięcia litewskiego rządu. 

Wszystko to jest w środowiskach patriotycznych (niezależnie od tego czy mówimy o środowiskach G. Brauna, M. Kowalskiego, Korwina-Mikke czy RN) bardzo często niedostrzegane, deprecjonowane – „z Białorusią trzeba się dogadać”, słyszymy ciągle. I niżej podpisany nie przeczy, że trzeba. Nie można żyć na wojennej stopie z krajem tak nam bliskim, trzeba dążyć do stopniowego oddalania Mińska od Moskwy, jakkolwiek wydaje się to proces bardzo trudny, zakrojony na wiele lat, a pewnie i dekad. Z Białorusią mogą połączyć nas interesy na wielu polach, trzeba też w końcu podjąć wysiłki na rzecz poprawy bytu naszych rodaków – a to będzie ciężkie bez rozmów z Łukaszenką, czegokolwiek byśmy o nim nie sądzili (bo jakże inaczej o to zadbać bez kontaktów z rządem?). W czym więc problem? Chodzi tu raczej o brak symetrii w postrzeganiu tego, co się dzieje na polu polityki historycznej w krajach położonych na wschód od Polski.

Sprawa jest wygląda dziś następująco: rząd Ukrainy, nie będąc antypolskim w sensie prowadzenia takowej polityki w sprawach bieżących, promuje historyczne formacje, które były skrajnie antypolskie. Budzi to dość powszechną w polskich kręgach narodowych falę niechęci do Ukraińców, a w konsekwencji ogół narodowców uznaje, że „z Ukrainą można gadać dopiero kiedy potępi UPA” albo, że „przeprosiny za Wołyń są najważniejsze”. Z drugiej strony, jak widzieliśmy powyżej, Białoruś zachowuje się na tym polu nie lepiej, ale w Polsce mało kto sobie coś z tego robi –  nie słyszałem w kręgach narodowo-patriotycznych głosów typu „niech potępią komunizm, to wtedy będziemy rozmawiać o współpracy”. A przecież całego tego ogromu zbrodni nikt nigdy nie rozliczył, nikt nigdy za niego nie przeprosił i się nie odciął, skojarzenia z ZSRR promowane przez rząd w Mińsku są w zasadzie wyłącznie pozytywne, powszechny jest negacjonizm zbrodni i promowanie antypolskiego wizerunku naszych formacji.

Żeby była jasność – jak pisałem, sam nie poparłbym opierania polityki zagranicznej wobec Białorusi na antykomunistycznych resentymentach. Trzeba rozumieć skąd się bierze kult wzorców radzieckich w krajach wschodnich, a to, że (jak by to nie brzmiało) Białorusin uważający, iż w Katyniu mordowali Niemcy nie musi tego irracjonalnego przeświadczenia łączyć z niechęcią do współczesnej Polski i Polaków. Po prostu, mity historyczne często funkcjonują w oderwaniu od faktów historycznych. W powszechnej świadomości narodów dochodzi do zniekształceń, do zapominania o tym, co złe i wynoszenia na piedestał tego, co wydaje się wielkie. Polityka historyczna danego państwa nie jest sprawą najistotniejszą, za różnymi symbolami mogą kryć się różne rzeczy – trzeba to wiedzieć jeśli przychodzi do oceniania intencji współczesnych. Tak jak nie należy rezygnować z promowania swojego punktu widzenia, tak należy rozumieć dlaczego jakiś mit jest gdzieś popularny. Dopiero wtedy można formułować konstruktywne stanowisko. Możliwie dokładne poznanie jest warunkiem skuteczności podejmowanych działań – warto się tej uniwersalnej zasady nauczyć. Ciężko w związku z tym, jeśli chce się zachować zdrowy rozsądek, uznawać że Ukraina nie jest krajem godnym współpracy ze względu na kwestie historyczne, podczas gdy Białoruś ma być partnerem strategicznym, pomimo antypolskich inklinacji szeregu prowadzonych przez nią działań.

Jakub Siemiątkowski

 

Pierwotna wersja artykułu ukazała się w „Polsce Niepodległej” 30 listopada 2016 r.

 

Sprostowanie:

W ostatnich miesiącach, w wyniku narastających sporów z Rosją, po ponad 20 latach bojkotu i represjonowania tych, którzy dążyli do upamiętnienia ofiar, władze białoruskie zainteresowały się sprawą Kuropat. Wcześniej planowano m.in. budowę kompleksu rozrywkowego w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca kaźni. Dodajmy, że aktualna sytuacja nie ma odniesienia do polskiego wątku tego mordu. [JS]

W styczniu na Ukrainie miały miejsce dwa akty wandalizmu, wymierzone w polską pamięć historyczną. W Bykowni pomazano farbą cmentarz ofiar zbrodni stalinowskich, a 3 tygodnie wcześniej, w Hucie Pieniackiej zdemolowano pomnik upamiętniający Polaków zamordowanych w 1944 r. przez UPA i ukraińskich SS-manów, notabene wbrew popularnej tezie, nie wchodzących wówczas w skład SS-Galizien. Kto tego dokonał? Najprostszy trop wskazywałby na ukraińskich nacjonalistów, i zdaje się że większość bezkrytycznie taką teorię przyjęła. Wydaje się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Na „malunkach” w Bykowni pojawiły się bardzo podobne motywy co w Hucie Pieniackiej. W obu miejscach umieszczono motywy nawiązujące z jednej strony do UPA, z drugiej do SS-Galizien. Takie łączenie wątków powiązanych z obiema formacjami oczywiście zdarza się w środowiskach nacjonalistycznych, choć mało racjonalnie wyglądałoby epatowanie zestawieniem ich nazw na profanowanych grobach (szczególnie w Bykowni). Zwraca uwagę także bliskość w czasie obu aktów dewastacji – mylne wrażenie miałby ten, kto sądziłby, że takie sytuacje zdarzają się na Ukrainie często (jest wręcz przeciwnie). Trudno oprzeć się myśli, że autorom napisów przyświecały podobne motywy.

W całej tej sprawie są jednak znacznie bardziej intrygujące wątki. Film, który jako pierwszy ukazał skutki wydarzeń w Hucie Pieniackiej nosił tytuł „знищен польський пам'ятник” (zniszczony polski pomnik). Jak zauważył dziennikarz Paweł Bobołowicz, słowo „знищен” to kalka z języka rosyjskiego, nie występująca w języku ukraińskim, a już tym bardziej wśród Ukraińców galicyjskich (Huta Pieniacka leży w Galicji, a jest to najmniej zrusyfikowany językowo region Ukrainy). Na profilu, na którym umieszczono to nagranie, widniało logo Prawego Sektora, który jednak szybko odciął się i potępił to wydarzenie, podobnie jak cała ukraińska opinia publiczna, z szefem ukraińskiego IPN, niesławnym Wołodymyrem Wiatrowyczem włącznie (remont pomnika mają sfinansować Ukraińcy).

Znamienne, że wersja o winie ukraińskiej kwestionowana jest także przez osoby, które aktywnie działają przeciw kultowi UPA na Ukrainie, jak poseł Michał Dworczyk. Także Ewa Siemaszko, jedna z najbardziej zasłużonych na polu upamiętniania ofiar wołyńskiego ludobójstwa, stwierdziła, że „Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na łapki rosyjskie”.

Jeszcze więcej niejasności znajdziemy wokół aktu wandalizmu na cmentarzu w Bykowni. W umieszczonym na nazwiskach zabitych Ukraińców (!) wyrazie „SS-Галичина” zamiast liter „И”, narysowano dwukrotnie coś przypominającego łacińskie „N”. Kto zna cyrylicę, ten od razu zauważy, że w tym alfabecie w ogóle nie ma takiej litery, a jej brzmienie jest zupełnie innej niż samogłoski „И”. Jest to typowy błąd, popełniany przez ludzi nie znających cyrylicy czy dopiero zaczynających naukę jednego ze wschodniosłowiańskich języków. Równie dobrze należałoby bez zdziwienia przejść do porządku dziennego np. nad hipotetycznym napisem „ИACJOИALIZM”, wymalowanym na jakimś miejscu pamięci w Polsce. Dla autorów tych napisów cyrylica nie była alfabetem ojczystym – zapewne nie byli to więc ani Ukraińcy, ani Rosjanie, chyba że założymy iż mieliśmy tu do czynienia z autentycznymi analfabetami, którzy nie wiedzą jak wyglądają podstawowe litery używane w ich kraju. Wobec sprawnego  zorganizowania samej akcji, wygląda to szczególnie dziwnie.

Jak wspomniano, w Bykowni leżą także zamordowani Ukraińcy – zdaniem niektórych, namalowane na tablicach zawierających ich nazwiska słowo „k***a” miałoby powstać za sprawą ukraińskich nacjonalistów. Wersja to równie nieprawdopodobna jak napisanie tegoż wyrazu na polskich grobach przez narodowców polskich. Dodajmy na marginesie, że za czyszczenie pomnika w Bykowni wzięli się m.in. ukraińscy nacjonaliści z demonizowanego często Ruchu Azowskiego.

Wobec błędów w zapisie stanąć musimy jednak przed na pozór absurdalnym pytaniem, czy Polak byłby w stanie dopuścić się takiego czynu. Zaprzeczenia muszą ustąpić miejsca uznaniu, że w każdym narodzie znajdą się osoby zdolne do rzeczy najbardziej haniebnych. Dodajmy, że są u nas (zupełnie marginalne) grupki, które negują odpowiedzialność Stalina za zbrodnie katyńską, czy w ogóle są skłonne deprecjonować charakter zła jakie niósł ze sobą komunizm. Jak doskonale wiadomo, malowanie pomników również leży w standardowym asortymencie ich działań.

Nie mam zamiaru nikogo bezpośrednio oskarżać – dowodów brak, można jedynie szukać racjonalnych wyjaśnień. Nie ma też twardych dowodów na to, że obie sprawy łączą się ze sobą, choć widać pewne analogie. Podobnych, dziwnych sytuacji jest zresztą więcej. Nie dalej jak kilkanaście dni temu na facebooku ukazał się film przedstawiający dwóch zamaskowanych ludzi, którzy przedstawili się jako ukraińska grupa nacjonalistyczna „Alternatywny Opór” i po ukraińsku, z ewidentnie polskim akcentem, przyznali się do dewastacji pomnika w Hucie Pieniackiej. W ciągu kilku godzin sprawa została wyjaśniona, a strona na facebooku, jak i sam film zostały usunięte. Nie chodzi oczywiście o to, że sprawcami tego aktu wandalizmu byli akurat ci niezbyt poważni ludzie – dobrze pokazuje to jednak jak łatwo jest manipulować masami. Przeróżnych trollerskich stron, zniekształcających fakty, żerujących na ludzkiej bezmyślności jest na wymienionym portalu społecznościowym mnóstwo. Zbiega się to z zalewem mediów historiami o rzekomych zbrodniach, dokonywanych w Donbasie, krzyżowaniu rosyjskich dzieci i masowych gwałtach. Na demolowaniu polskich pomników i zrzucaniu winy na Ukraińców korzystać może tak naprawdę jedynie Rosja – z drugiej jednak strony, jak było napisane powyżej, w niektórych wypadkach wydaje się to trop błędny. Nie należy zresztą wykluczać w pełni winy ukraińskiej (przynajmniej w przypadku Huty Pieniackiej) – mimo, że absurdalnie brzmią głoszone gdzieniegdzie tezy o powszechnej rzekomo nienawiści tego narodu do Polaków, to nie ma wątpliwości, że znajdą się jednostki żywiące i takie uczucia, zdolne do tak szkodliwych czynów.

Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym. Jesteśmy non stop zalewani doniesieniami medialnymi na różne tematy – mało kto zadaje sobie trud jakiejkolwiek weryfikacji źródeł czy refleksji nad  owymi treściami. To doskonałe żerowisko dla ludzi zdeterminowanych by kreować odpowiednie nastroje społeczne – bynajmniej nie w interesie ogółu. Uniknąć takich min można jedynie poprzez nieustanne poszerzanie swojej wiedzy i krytyczne myślenie. Nie ma tu aż takiego znaczenia to co sądzimy o konflikcie na wschodniej Ukrainie – jakich byśmy nie zajmowali pozycji, nie dajmy sobie robić wody z mózgu.

Jakub Siemiątkowski

 

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” 1 lutego 2017 r.

Kilka miesięcy temu na łamach „Polski Niepodległej” pisałem o zamiarach zmiany nazwy ulicy Okrzei w Krasnymstawie, jako przejawie złego zrozumienia idei dekomunizacji. Jak się okazuje, zjawisko to zatacza jeszcze szersze kręgi, a na celowniku nadgorliwych antykomunistów znalazł się nawet Bolesław Limanowski.

Jasnym jest – powtórzmy to raz jeszcze – że dekomunizacja przestrzeni publicznej powinna się odbyć. Państwo musi jasno dawać znać, że tradycje historyczne reprezentujące zdradę narodową nie cieszą się jego uznaniem. To oczywiste, że jeśli gdzieś jeszcze w Polsce są ulice Świerczewskiego czy Nowotki, to należy to zmienić. Wbrew pozorom problem to aktualny – sowieckimi pomnikami wciąż usiany jest cały kraj. Może się to wydawać niewiarygodne, ale jednej z ulic we wsi Wójcin patronuje nie kto inny jak… Feliks Dzierżyński. Owszem, nie jest to problem najbardziej palący, ale niemal 30 lat po upadku komunizmu należałoby to w końcu załatwić.

Można się zastanawiać czy ulice polskich miast powinny nosić nazwiska Kasprzaka czy Waryńskiego – działaczy socjalistycznych, ale przecież nie dających się zaklasyfikować w jednym rzędzie z PRL-owskimi aparatczykami i zbrodniarzami. Najbardziej absurdalnymi, skandalicznymi wręcz, są rozważania nad likwidacją ulicy Bolesława Limanowskiego, jakich dopuszcza się Urząd Miasta Piły. Limanowski był postacią o wybitnych zasługach. Ciężko znaleźć kogoś, kto bardziej przyczyniłby się do tego, że polski socjalizm nabrał oblicza niepodległościowego, patriotycznego, ogniskując swoje wysiłki na walce narodowej. Walce o te ideały Limanowski poświęcił większość swojego 100-letniego życia. To jemu przyszły dyktator Powstania Styczniowego Ludwik Mierosławski polecił organizację Komitetu Centralnego na Litwie. Datującą się jeszcze na lata 50-te XIX wieku działalność przypłacił carskimi zesłaniami. Uzasadnionym jest stawianie tej postaci w jednym rzędzie z Zygmuntem Miłkowskim, twórcą Ligi Polskiej, która dała początek endecji – ich publicystyka ukształtowała pokolenie działaczy politycznych, którzy wywalczyli niepodległość. Bohdan Cywiński nazywał ich „niepokornymi”. W II RP postać Limanowskiego, do końca życia piastującego mandat senatora, była powszechnie szanowana. Czy takiej, i tak nieco już zapomnianej, postaci należy odbierać ulice? To nonsens podobny do prób „dekomunizacji” ulic Okrzei.

Jakiś czas temu środowisko łódzkich narodowców, wespół z korwinistami (to dziwi już mniej), zapragnęło walczyć z pamięcią po Jarosławie Dąbrowskim – lewicowcu niewątpliwym, ale przecież zasłużonym bojowniku o polską niepodległość, jednym z najwybitniejszych polskich konspiratorów. Co będzie dalej? Daszyńskiego też należałoby wykreślić z polskiej historii? A może Piłsudskiego, mimo że zapewne nigdy w żaden socjalizm nie wierzył?

Tradycji lewicy patriotycznej nie ma dziś kto bronić. Nacjonaliści o lewicowym zacięciu wolą nieraz marnotrawić czas na poszukiwaniu pozytywów w PRL, zaś sami spadkobiercy komunizmu na ogół nie są zainteresowani jakąkolwiek działalnością na rzecz dobra wspólnego. Nawiązująca, jak usilnie twierdzą niektórzy, do tradycji PPS partia Razem zajmuje się w tym momencie walką z „polskim faszyzmem”, jak tradycyjnie w tym środowisku określa się organizacje nacjonalistyczne. Nienawiść do tradycji obozu narodowego także tu skutkuje paranoicznymi próbami zniekształcania historii vide bajdurzenia o kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej NSZ z Niemcami. Pytanie czy my mamy być tacy sami i w imię wywyższenia jednej tradycji negować zasługi innych? Ludzie zasłużeni dla Polski wymagają upamiętniania niezależnie od tego czy byli endekami, piłsudczykami, socjalistami, ludowcami. Odmawianie im tego jest podłością.

Jakub Siemiątkowski

 

Artykuł ukazał się w „Polsce Niepodległej” 21.09.2016.

Wydawnictwo Capital przygotowało pierwszą polską książkę o twórcy hiszpańskiej Falangi, pióra Tadeusza Zubińskiego. Zachęcamy do kupna – na stronie wydawnictwa.

José Antonio Primo de Rivera ( 1903-1936) był najstarszym synem dyktatora Hiszpanii z lat 20-tych XX wieku generała Miguela Primo de Rivery. Był osobowością barwną, krwistą, wieloznaczną i intrygującą pod wieloma względami. Próbował połączyć lewicową wrażliwość społeczną z prawicowym umiłowaniem hiszpańskiej tradycji. On sam powiedział pamiętne słowa że bogaci go nie lubią a biedni go nie rozumieją. W 1933 założył Falange Española (FE), opartą na narodowo-syndykalistycznej ideologii. Do wybuchu wojny Falanga nie miała większego znaczenia politycznego, skupiając się na działalności społecznej i akcjach bezpośrednich. W wyborach 1936 r. zdobyła jedynie 0,7% głosów, ale po zwycięstwie czerwonego Frontu Ludowego, partia zaczęła zyskiwać na znaczeniu, osiągając w lipcu 1936 r. liczbę 40 tysięcy członków. Jose Antonio został zamordowany przez czerwonych po sfingowanym procesie w listopadzie 1936 w Alicante.

 

W sprzedaży jest już nowy, 16. numer „Polityki Narodowej”. Pismo można nabyć na stronach:

https://capitalbook.com.pl/

http://nasz-sklep.net/

Na dniach będzie dostępne także w salonach Empik.

 

 

Spis treści:

Narodowe Wojsko Polskie –  5

 

Temat numeru: „Militaryzacja narodu”

Jakub Siemiątkowski, Militaryzacja narodu – zarys idei  –  9

płk rez. dr hab. Józef Marczak, Strategiczne wyzwania odbudowy zdolności obronnych Polski  – 2016 r. –  21

Andrzej Bieda, Polityka obronna według Prawa i Sprawiedliwości  – 42

„Państwo polskie nie przygotowuje nas do jego obrony”. Wywiad z posłanką Anną Marią Siarkowską – rozmawia Piotr Głowacki  –  49

Agata Wieczorek, Rewolucja w przemyśle zbrojeniowym – 55

płk rez. dr hab. Józef Marczak, Potęga obronna Polski – fundamentem bezpieczeństwa narodowego Polski i Europy w XXI wieku –  62

„Polska jest słaba, nie ma broni atomowej, sama się nie obroni. Szukajmy więc egzotycznych sojuszników”. Wywiad z prof. Markiem Chodakiewiczem – rozmawiają Piotr Głowacki i Jakub Siemiątkowski – 70

Konrad Majka, Przełom strategiczny. O tym, jak armie stały się narodowe – 76

Antoni Giwojna, Odzyskać „ludowe” wojsko – 81

Michał Szymański, Nacjonalistyczne oddziały na frontach wojny jugosłowiańskiej – 86

Jakub Siemiątkowski, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Korzenie formacji i jej droga do potęgi – 95

 

Tożsamościowo

Mateusz Musiał, Quo vadis, Polonia? – 109

Mateusz Musiał, Festiwal Orle Gniazdo po raz czwarty – 124

 

Społecznie i politycznie

„Musimy wytworzyć atmosferę mody na intelektualizm w ruchu nacjonalistycznym”. Wywiad z Aleksandrem Krejckantem, kierownikiem głównym ONR – rozmawia Jakub Siemiątkowski – 130

„Naszym celem jest budowa platformy współpracy prospołecznie nastawionych nacjonalistów”. Wywiad z Tomaszem Dryjańskim – rozmawia Jakub Siemiątkowski – 141

 

Gospodarczo

Piotr Głowacki, Ekonomia dzielenia – 148

Piotr Głowacki, Mity liberalizmu – 156

 

Międzynarodowo

Michał Nowak, Nacjonalizm, panarabizm i socjalizm. Ideologia syryjskiej partii al-Baas – 167

„Europa nie jest bezpowrotnie stracona”. Wywiad z niemieckimi identytarystami – rozmawia Michał Kowalczyk – 177

„Najważniejsze jest dla nas przetrwanie wszystkich narodów Europy”. Wywiad z Jiřím Petřivalským z czeskiej Robotniczej Partii Społecznej Sprawiedliwości – rozmawia Michał Kowalczyk – 183

 

Inny wschód

Witold Jan Dobrowolski, Trzy wyjazdy na front wschodni – 187

Paweł Mazur, Historia i działalność Ruchu Azowskiego – 202

 

Recenzyjnie

Paweł Mazur, Ukrainiec z Virtuti Militari – 226

Jakub Siemiątkowski, Podróż przez historię Ukrainy – 228

Jakub Siemiątkowski, Zrozumieć Rosję – 232

dr Tomasz Szczepański, Polski ruch narodowy między tradycjonalizmem a modernizacją. Bogumił Grott o nacjonalizmie polskim – 236

Jakub Siemiątkowski, Zadruga odczytana na nowo – 239

Jakub Siemiątkowski, Europa pogańska? – 244

Patryk Okoniewski, Publicystyka na uśpionym wulkanie, czyli rzecz o Stanisławie Brzozowskim – 248

Michał Szymański, Wspomnienia Polaka z walk o niepodległość Chorwacji – 252

Jakub Kalus, Jak zbudowano potęgę Śląska  – 254

 

Teczki współpracowników  – 257

11 sierpnia obchodziliśmy kolejną rocznicę wydania wyroku śmierci na Polaków mieszkających w ZSRR. W ciągu dwóch lat ofiarą mordów padło mniej więcej tylu naszych rodaków, co w toku Rzezi Wołyńsko-Galicyjskiej. Ofiary te, zupełnie przez społeczeństwo zapomniane, czekają na upamiętnienie – także przez środowiska narodowe i patriotyczne, często nieświadome skali tej zbrodni.

Wydaje się, że okazja ku temu nadarzy się już wkrótce. W przyszłym roku przypada 80. rocznica rozpoczęcia Operacji Polskiej (1937-1938), na mocy rozkazu dowódcy NKWD Nikołaja Jeżowa. Rządzący PiS zapowiedział ostatnio, że będzie dążył do ustanowienia 2017 r. rokiem pamięci o ofiarach tej rzezi – spełniającej ponad wszelką wątpliwość wymogi uznania jej za ludobójstwo.

Przyjmuje się, że w toku Operacji Polskiej zamordowano bezpośrednio 111 tys. Polaków, choć pojawiają się głosy, że w szerszym przedziale czasowym zginęło ich nawet 200 tys. Jeden z zachodnich historyków obliczył, że w tych latach Polak mieszkający w ZSRR miał 31 razy większą szansę być rozstrzelanym, niż wynosiła średnia dla innych grup narodowościowych, a przypomnijmy, że był to czas tzw. „Wielkiego Terroru”, masowych czystek stalinowskich. Oprócz mordów były także deportacje, które objęły ok. 100 tys. Polaków. Jak pisze zajmujący się tą sprawą prof. Mikołaj Iwanow, Polacy byli pierwszą grupą społeczną w ZSRR, którą Stalin skazał na zagładę z powodów narodowych. 200 tys. to niemal dziesięciokrotnie więcej niż w szeroko ujętej zbrodni katyńskiej, uznawanej za symbol komunistycznych mordów na Polakach. Katyń jednak doczekał się upamiętnienia na różne sposoby w Polsce. Wiedza o nim przebija się gdzieniegdzie nawet za granicą. Nawet rosyjscy oficjele kilkukrotnie, dość niemrawo, sugerowali, że wina leży po stronie ZSRR, choć w Rosji wciąż popularny jest pogląd, że mordów dokonali Niemcy, a przy okazji podnoszenia tego tematu automatycznie tabuny rosyjskich „specjalistów” przypominają o rzekomym zamęczeniu tysięcy jeńców rosyjskich po wojnie polsko-bolszewickiej. Zbrodnie z lat 1937-1938 nie doczekały się jednak w zakresie przywracania pamięci nawet ułamka tego co Katyń. Tym większa chwała osobom dopominającym się o tę pamięć, takim jak wspomniany prof. Iwanow (Rosjanin z pochodzenia) czy Tomasz Sommer, autor książki „Operacja Antypolska NKWD 1937-1938”.

Jest to ludobójstwo zapomniane, niewygodne jak mało które – zauważmy to zresztą ze wstydem, także dla endeków. Polacy za Zbruczem znaleźli się w wyniku postanowień Traktatu Ryskiego z 1921 r., w którego kształtowaniu od strony polskiej główny udział miał Stanisław Grabski, jeden z liderów endecji. Granica odbiegała od postulowanej wcześniej, słynnej „linii Dmowskiego”, ale powiedzmy to sobie szczerze – także Roman Dmowski zaakceptował tę granicę, zostawiającą poza obrębem odradzającej się II RP setki tysięcy Polaków-autochtonów. Endecy nie chcieli wówczas zbyt wielu mniejszości narodowych w obrębie państwa, nie ulegali ułudzie, której hołdowało późniejsze pokolenie „młodych”, skłonnych wierzyć w nieograniczone możliwości asymilacyjne państwa polskiego. Dmowski bronił swojej retoryki jeszcze w latach 30-tych, kiedy nastawieni mocarstwowo „młodzi” krytykowali ów minimalizm. Oczywiście przesadnymi należy nazwać opowiastki o tym, że Grabski miał „krew na rękach”, przecież nikt nie mógł przewidywać, że w warunkach pokoju państwo sowieckie – w którego trwałość w 1921 r., a nawet i znacznie później endecy nie wierzyli – będzie skłonne dokonywać mordów na taką skalę. Niemniej jednak zdawajmy sobie sprawę z tego jak przewrotna bywa historia. Ostrożność także może mieć katastrofalne konsekwencje.

Kto jest dziś dziedzicem winowajców tej wielkiej zbrodni? Mimo, że państwo sowieckie nie istnieje, odpowiedź jest dość oczywista – Federacja Rosyjska, jako bezpośredni prawny spadkobierca ZSRR, co jest faktem uznawanym tak przez wspólnotę międzynarodową, jak i państwo rosyjskie oraz ogół jego społeczeństwa. Nie rozwodziłbym się być może nad takimi oczywistościami dłużej gdybym nie miał pewności, że znajdą się tacy, którzy będą dowodzić, że „ZSRR to nie Rosja”, „NKWD to Żydzi” etc. Po pierwsze, jak już wspomniano, prawnie to Rosja jest kontynuatorem ZSRR. Po drugie, sami Rosjanie uznają ZSRR za historyczną emanację swojej państwowości. To na terytoriach rosyjskich komuniści zdobyli władzę i poparcie, by zniewolić następnie narody sąsiednie. Po trzecie, w omawianym okresie ZSRR nie było już internacjonalistycznym tworem potępiającym rosyjskie tradycje, tak jak w latach dwudziestych, ale wręcz przeciwnie – po okresie liberalnej korienizacji, wróciło do wielkoruskiego szowinizmu (warto zapoznać się z tym, co staliniści zrobili z narodowymi komunistami Białorusi i Ukrainy). Po czwarte, nie jest racjonalnym argumentem stwierdzenie, że także w latach 30-tych i 40-tych pewien procent sowieckich elit był etnicznie nierosyjski – za Romanowów elity państwa były w dużym stopniu niemieckie, Iwan Groźny przyjmował w poczet bojarstwa tysiące świeżo ochrzczonych Tatarów, elita państwa Rurykowiczów (jeśli zaryzykować tezę, że Rosja ma tam korzenie) była w dużej mierze pochodzenia skandynawskiego. Imperium rosyjskie nigdy nie było państwem narodowym, czynnik etniczny pełnił tam rolę na ogół podrzędną względem rosyjskiego imperializmu – zabawnie zresztą obserwuje się poszukiwaczy nierosyjskich korzeni przywódców ZSRR, którzy jednocześnie odcinają się od etnicznego pojmowania narodu. Po piąte, ludzie operujący takimi argumentami często gardłują „przecież Rosja przeprosiła za Katyń” – no skoro miała za co przepraszać w tym wypadku, to chyba jeśli mowa o mordach kilkukrotnie większych, dokonanych ledwie 3-4 lata wcześniej, potrzeba taka zachodzi tym bardziej. Dodajmy tu pewne zastrzeżenie – nie jest w mojej intencji oskarżanie ponad 50% Rosjan uważających Stalina za wielkiego przywódcę, ani nawet tych dziesiątek tysięcy sympatyków partii komunistycznej, wychodzących z jego podobiznami na ulicę 1 maja, o poparcie dla masowego mordowania Polaków. Zapewne ich ogół nie zdaje sobie z tego sprawy, niektórzy uważają, że Katyń to dzieło Niemców (jak domniemywał niedawno słynny „bohater Noworosji”, popularny także wśród niektórych narodowców w Polsce, ponoć „monarchista”, Igor Striełkow), pewnie większość nawet nie czuje antypatii do Polaków. Stalin dla nich to symbol wielkości państwa, zwycięstwa nad Hitlerem – tak definiują swoją ojczyznę, nawet jeśli komuś wydaje się kuriozalnym milczenie albo zasłanianie eufemizmami jego zbrodni. Stosujmy jednak równe standardy wobec Ukraińców pozytywnie odnoszących się do mitu UPA – z faktu tego nie wynika chęć powtarzania mordów. Mity żyją swoim życiem, taka ich natura.

Przywołuję tu temat Wołynia nieprzypadkowo. Da się zauważyć ogromną dysproporcję w traktowaniu obu ludobójstw w Polsce. Posmak tego zjawiska mieliśmy 11 sierpnia, kiedy odbyła się pikieta pod pałacem prezydenckim, w sprawie upamiętnienia ludobójstwa na Polakach, dokonanego przez UPA. Czemu akurat tego dnia? Organizatorzy twierdzą, że wzorem PiS będą organizować „miesięcznice wołyńskie”. Upamiętniania ofiar Rzezi Wołyńsko-Galicyjskiej nigdy za wiele. Piszę to jako wnuk Wołyniaka, ale i zwolennik pojednania pomiędzy Polakami a Ukraińcami (nie wiedzieć czemu niektórym się to zestawienie w głowie nie mieści). Także współpraca polsko-ukraińska będzie przebiegać bardziej harmonijnie jeśli wyjaśnimy sobie wydarzenia z historii, co zapewne zajmie jeszcze niemało czasu. Niesmacznie – eufemistycznie rzecz ujmując – wygląda natomiast manifestowanie w imię uznania tych rzezi za ludobójstwo akurat 11 sierpnia, w rocznicę wydania rozkazu o eksterminacji Polaków w ZSRR. Nie oskarżam nikogo o celowe działanie, może po prostu zaszło nieporozumienie, może wynikło to z niewiedzy... ale ciężko nie stwierdzić, że nazywanie Rzezi Wołyńskiej „tematem tabu III RP”, „przemilczanym ludobójstwem” akurat w rocznicę ludobójstwa dokonanego na podobną skalę, o którym w Polsce nie pamięta niemal nikt, narodowców nie wyłączając, wygląda dość niezręcznie. Po prostu Polak zabity przez NKWD nie zasługuje na upamiętnienie w mniejszym stopniu niż Polak zabity przez UPA. Nie można wartościować niewinnie przelanej polskiej krwi – i choćby dlatego absurdalnym jest domaganie się zbiorowej ekspiacji ze strony Ukraińców, którzy dopiero co się o Wołyniu dowiadują, przy milczeniu wobec zbrodni w ZSRR ze strony spadkobierców tego państwa. Nieprzypadkowo piszę, że Ukraińcy dopiero co się dowiadują o Wołyniu – naprawdę dziwi nas to dziwi w sytuacji, w której w samej Polsce, w ojczyźnie narodu w tych rzeziach poszkodowanego, do niedawna o tym się nie mówiło, a poza hermetycznymi środowiskami narodowymi i kresowymi, mało kto o tym wiedział?

Może ktoś inicjatywę PiS-u postrzegać jako zagrywkę taktyczną, realizację przez tę partię działań, w których cele polityczne splatają się z historycznymi. Przy okazji można skrytykować kunktatorstwo PiS w sprawie wołyńskiej, choć słowo „ludobójstwo” przecież padło. Być może nawet to wszystko prawda, ale czy zmienia to fakt, że wraz z podniesieniem sprawy masowych mordów na Polakach w ZSRR podjęty został temat, o którym ogół środowisk patriotyczno-narodowych mówił niewiele albo podnosił je w sposób niewspółmierny do wagi? Kończąc, powiedzmy to sobie zresztą otwarcie – są zapewne i tacy, którzy chętnie będą wypominać Rzeź Wołyńską, dawać jej prymat nad innymi zbrodniami na narodzie polskim w imię czystej ukrainofobii, nie podejmując jednocześnie tematu Operacji Polskiej NKWD, gdyż mogłoby to zdjąć z Ukrainy odium „jedynego państwa, które nie przeprosiło za swoich zbrodniarzy” albo wręcz rzucić cień na ubóstwianych przez nich bezpośrednich spadkobierców NKWD, jakimi są zasiadający dziś na Kremlu politycy (KGB, którego Putin był podpułkownikiem do 1991 r., to przecież bezpośredni następca NKWD). Wszystko w imię – a jakże – „realizmu”. Te ludobójstwa trzeba rozliczyć, potępić, a ich ofiarom oddać hołd – niezależnie od tego jak będą się rozkładać stosunki pomiędzy państwami. To wymóg elementarnych zasad moralnych.

Jakub Siemiątkowski

 

Artykuł ukazał się w „Polsce Niepodległej” 24.08.2016.

 

Nie od dziś wiadomo w środowisku prawicy narodowej – ale i nie tylko – że Kościół zaczął podążać niezrozumiałą drogą. Wielu hierarchów legitymizuje idee, które jeszcze niedawno były przez Kościół wprost potępiane. Ze święcą by szukać współcześnie przykładu, w którym jakiś biskup, kardynał czy nawet papież potępiłby liberalny katolicyzm lub inne herezje – jakie to Kościół przeklął w przeszłości. Ale ten tekst nie będzie o tym, a o innym przypadku, który ostatnio pojawił się w debacie publicznej.

Wszyscy wrogowie nacjonalizmu wychwycili w sekundę słowa prymasa Polski, który w swoim wystąpieniu nacjonalizm nazwał herezją: „Aprobata do tego typu myślenia jest niewłaściwa, a wręcz heretycka, tak nie może być. To odciąga od tego co jest istotą chrześcijaństwa”. Padły również słowa o pogaństwie i bezbożności.

Do pewnego stopnia nie byłem w stanie pojąć, jak to możliwe, że Prymas Polski jednym z zdaniem potrafił wykluczyć z Kościoła świętego takich wspaniałych księży, biskupów i arcybiskupów jak:

Abp. Adam Sapieha,
Abp. Józef Teodorowicz,
Bp. Zbigniew Józef Kraszewski,
X. prof. Michał Poradowski,
X. Kazimierz Lutosławski,
czy O. Józef Maria Innocenty Bocheński OP.

Było oczywiście wielu więcej księży-narodowców, ale w szczególności ostatnie nazwisko dało do myślenia - jeśli chodzi o kwestię nacjonalizmu polskiego, ale nie tylko.
O. Innocenty pisał: „nacjonalizm katolicki nie jest zaprzeczeniem katolickiego uniwersalizmu, ale on właśnie umożliwia ten uniwersalizm” – wskazuje to oczywiście na zgodność nauki Kościoła z nacjonalizmem.

Jednak w pewnym czasie dominikanin przestał nazywać się nacjonalistą, dlaczego?
Tutaj posłużę się fragmentem opisu sylwetki, napisaną przez prof. Jacka Bartyzela:

„Po 1939 roku o. Bocheński zastąpił jednak termin „nacjonalizm” pojęciem „patriotyzmu” (O patriotyzmie [1942], wyd. osobne: 1989), lecz była to głównie zmiana semantyczna, gdyż zespół wartości pozostał w zasadzie niezmienny, a deontologia patriotyzmu, w której wysoką rangę przyznano m. in. obowiązkom „toczenia wojny” i „promieniowania kulturą ojczystą”, została nawet rozbudowana; termin „nacjonalizm”, utożsamiony teraz z zakresem pojęcia „szowinizm”, spadł do rzędu „zabobonów” – całość TUTAJ: http://haggard.w.interiowo.pl/jmbochenski.html

Widać, że trauma wojny dla wielu osób była tak wielka, że jakakolwiek podobieństwo – choćby nazewnictwo – do narodowego socjalizmu niemieckiego, wzbudzało odrazę i niektóre osoby wolały przenieść pewne wartości na inne słowa. Z wielką szkodą można patrzeć na to, że nawet w naszym obozie były takie tendencje pragmatyczne (?). Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy O. Innocenty był motywowany pragmatyzmem, czy może strachem – jednak obu postaw wśród pewnych osób można być pewnym.

Również nie wiem czy Prymas Polak zaczytywał się w tym akurat autorze, ale wiele na to wskazuje, ze przyjął takie właśnie rozumowanie - wolę powstrzymać się od pochopnego wciągania prymasa w antykatolickie gierki niektórych środowisk.

Jednakże my, młodzi ludzie nie jesteśmy przerażeni tym słowem, gdyż wiemy co ono oznacza i nie wywołuje to słowo w nas strachu. Wiele osób jednak poddało się ostrzałowi z trzech stron – liberalnych katolików, wszelkiej maści lewicy – komunistów, anarchistów itp., czy też właśnie osób o podejściu o. Innocentego – któremu nie zarzucam złych intencji, lecz utrudnienie nam szerzenia wartości. Przed środowiskiem narodowym jest tytaniczna praca do wykonania, by odkłamać słowo „nacjonalizm” i przywrócić w debacie publicznej mu należyte miejsce.

Nie mam zamiaru - jak pewnie reszta osób podzielających moje poglądy – wypierać się nacjonalizmu i miłości bliźniego na rzecz nieuporządkowanego sentymentalizmu, ani też wyrzekać się ortodoksji na rzecz „katolickiego róbta co chceta” – przez wypowiedź Prymasa. Pragnę byśmy nazywali rzeczy po imieniu i przestali wkładać do jednego worka polski nacjonalizm katolicki z szowinizmami – „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.

Na koniec chcę posłużyć się kilkoma cytatami, które wcale nie są przestarzałe – nauka Kościoła się nie zmienia!

Konrad Smuniewski

 

 


„(Ps. 66, 4-5)

Bóg i Pan wszelkiego stworzenia jest Ojcem narodów.

Bo dlaczego Stwórca człowieka i

jego duszy nie miałby być Ojcem ciała i duszy narodów?

Naród nie jest przecież bogiem!

Narody są dziećmi Boga, a przez to wspólne Ojcostwo są sobie braćmi!

Rodzina narodów powołana jest do wyższego celu —

uwielbienia wspólnego Ojca:

„Chwalcie Pana, wszyscy poganie, chwalcie Go,

wszystkie narody, bo możne jest nad nami miłosierdzie Jego,

a prawda Pańska trwa na wieki!” (Ps 116, 1-2).

To jest konstytucja współżycia narodów.

Z niej wywodzą się zasady katolickiego nacjonalizmu".

~ Kardynał Stefan Wyszyński, “Miłość i sprawiedliwość społeczna”


„Obcy duchowi katolicyzmu, niż najgorszy choćby nacjonalizm, jest – o wiele niebezpieczniejszym od niego – internacjonalizm masoński, czy sowiecki. Nie mówiąc już o tym, że nacjonalizmy współczesne, prócz oczywistych błędów w niektórych przypadkach, zawierają myśli zdrowe, bez porównania bliższe organicznej koncepcji społecznej katolicyzmu i jego pojęciu bonum commune, niż mechanizmy liberalny i socjalistyczny.

A już naprawdę zrozumieć niepodobna tych katolików, którzy w imię jakiegoś urojonego ideału uniwersalistycznego potępiają nawet te nacjonalizmy, które – jak polski – stoją zdecydowanie na gruncie katolickim i świadome są swojej roli cząstkowej w obrębie kultury ogólnej”.

~ O. Józef Maria Innocenty Bocheński OP, „Wolność religijna jest herezją”



„Przyjmując jednak zasadę miłości musimy ją przyjąć taką jak w Ewangelii, a więc nie taką, jaką podsuwają nam sentymentaliści. W miłości ewangelicznej istnieje ordo caritatis, czyli miłość uporządkowana, stopniowana. Katolik więc musi pamiętać, że nie wolno mu kochać wszystkich jednakowo, jeśli nie chce sprzeniewierzyć się swej Wierze. Najpierw i najwięcej ma miłować Boga, bo „z całego serca swego, ze wszystkiej myśli swojej, z całej duszy swojej” a potem ma miłować siebie samego, gdyż prima caritas ab ego i wreszcie bliźniego „jak siebie samego”. A więc po Bogu katolik ma miłować siebie samego, czyli sobie życzyć dobra, ale nie wyłączając z tej miłości drugich, bo ma kochać i bliźnich, czyli ma obowiązek życzyć bliźnim dobra. Zasada stopniowania wymaga by po sobie miłować najwięcej najbliższych, a więc rodziców, rodzeństwo, dzieci własne, później krewni i tzw. „bliscy” z tych czy innych względów. Tak samo powinno być w życiu narodu. Miłość narodowa to nic innego jak to, by naród sam siebie kochał. Ta miłość siebie samego każe narodowi dbać przede wszystkim o własne dobro, o swój rozwój i rozkwit, o pełnię swego życia, o doskonalenie się. Miłość ta upoważnia naród do obrony swego życia, do walki, a nawet do wojny. Dlatego źle pojęty pacyfizm jest sprzeczny z duchem Ewangelii, bo w imię sentymentalnej miłości ludzkość każe narodowi wyrzekać się miłości siebie samego. Przejawem braku miłości siebie samego w życiu narodu jest np. tolerowanie pasożytnictwa na sobie narodom obcym. Po miłości siebie samego naród ma kochać i wszystkie inne narody, życząc im dobra, tak jak jeden człowiek wobec drugiego i na tym polega wprowadzenie etyki katolickiej do polityki”.

~ X. prof. Michał Poradowski, „Katolickie Państwo Narodu Polskiego”

Biskup Witalij Skomarowski, ordynariusz łaciński diecezji łuckiej na Ukrainie, poprosił mieszkańców Wołynia o ujawnianie informacji o nieznanych dotychczas grobach ofiar Rzezi Wołyńskiej, w celu zapewnienia im godnego pochówku.

Temat zaostrzania ustawy aborcyjnej wraca co kilka lat, w związku ze składanymi przez środowiska pro-life setkami tysięcy podpisów. Nie jest tajemnicą, że tym razem perspektywy wprowadzenia pełniejszej ochrony życia stają się realne. Jak zawsze odezwały się także głosy, że samo podniesienie tego tematu może się, w perspektywie kilku czy kilkunastu lat, skończyć przesunięciem wahadła w drugą stronę i legalizacją aborcji na żądanie. Mimo tych obaw bronić każdego życia trzeba.

Wiele osób nie uświadamia sobie, że tak naprawdę mówimy o problemie zachodzącym na szeroką skalę. W samym 2014 roku, w wyniku legalnych zabiegów aborcji zamordowano w polskich szpitalach 1812 dzieci. Liczby te rosną z roku na rok (2013 – 1354 aborcje, 2011 – 669 aborcji). W tym tempie, za kilka lat będzie można mówić o dziesiątkach tysięcy zabitych przez ten czas dzieci – wszystko w majestacie uchwalonego w pierwszych latach III RP „antyaborcyjnego” rzekomo prawa. Dodajmy, że przeważająca większość z tych aborcji nie dotyczy przypadku zagrożenia życia matki, ani sytuacji gdy dziecko pochodzi z gwałtu. Daleko ponad 90% przypadków legalnych aborcji to sytuacje, w których (zaledwie!) zachodzi podejrzenie, że dziecko będzie niepełnosprawne. Uzasadnioną jest radość, że mamy jedną z bardziej restrykcyjnych ustaw w zidiociałej Europie, gdzie niemal każde państwo zezwala na mordowanie bez większych ograniczeń, nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja, w której można zabić dziecko ze względu na jego chorobę jest godną pożałowania. Zmiana tego nieludzkiego stanu jest wymogiem działania każdego chrześcijanina.

Proceder ten należy powstrzymać – ci politycy, którzy na takie próby nastają, biorą krew tysięcy dzieci na swoje ręce. Jest zresztą jasnym, że gdyby partia programowo proaborcyjna doszła w Polsce do władzy, osiągając przy tym odpowiednią większość w sejmie, nie miałaby ona oporów przed cofnięciem tzw. kompromisu aborcyjnego na rzecz stanu z czasów PRL. Widzieliśmy to zresztą w 1996 roku, kiedy SLD rozszerzyło dopuszczalność aborcji, cofniętą rok później przez Trybunał Konstytucyjny. Obawa, że po hipotetycznym wyborczym zwycięstwie lewactwo zajęłoby się tym zagadnieniem istnieć będzie zawsze – przynajmniej dopóki państwo (irracjonalnie!) zezwala na funkcjonowanie partii głoszących legalizację mordowania niewinnych ludzi.

Można dziś nieraz usłyszeć, że zaostrzenie ustawy aborcyjnej nie jest sprawą priorytetową. Mówi tak nawet niejedna z tych osób, które generalnie przeciwne są jakimkolwiek przypadkom zabijania nienarodzonych – ich zdaniem są rzeczy ważniejsze, bardziej pilne. Z punktu widzenia interesów Polski czy ogólnie życia wspólnoty narodowej być może mają one rację – są rzeczy bliżej dotykające polskiej codzienności, silniej przekładające się na sytuację ogółu Polaków. Wypada jednak zapytać jakie to ma w tym wypadku znaczenie? Czy to, że statystycznego Polaka może bardziej obchodzić to jakie płaci podatki jest argumentem za przyzwoleniem na proceder legalnego zabijania? To argumentacja absurdalna, którą trudno brać na poważnie.

Godnym rozważenia, bo o zmianach prawnych w tym kierunku mało kto dziś myśli, jest jeszcze inny problem. Istotny w sytuacji istnienia podziemia aborcyjnego – ciężko ocenić jak dużego, z pewnością niemożliwego do pełnego wyeliminowania. Chodzi o karalność samego procederu aborcji. Wielu uznaje, że kobieta się mu poddająca, powinna być traktowana ulgowo – tj. nie podlegać żadnej karze. Uzasadnia się to szeregiem czynników – trudną sytuacją, w jakiej znajduje się kobieta w ciąży, także nierzadkim wciąż brakiem świadomości faktu, że mamy tu do czynienia z nowym życiem. Problem w tym, że dopuszcza się ona morderstwa na dziecku. Jest czymś zwyczajnie niesprawiedliwym, że taki mord ma z zasady pozostawać zupełnie bezkarnym. Państwo musi zachowywać minimum konsekwencji – jeśli uznaje mord na dziecku narodzonym za zabójstwo i czyn karalny, to uznając oczywistość jaką jest ludzki charakter płodu, nie może pozostawiać mordu na nim niekaralnym. To sądy powinny orzekać o tym w jakim stopniu kobieta była poczytalna decydując się na taki czyn – być może zachodzą sytuacje, w których w grę wchodzić powinno nawet uniewinnienie, niemniej jednak, co do zasady, nieetycznym jest niekaranie morderstwa. Ktoś może powiedzieć, że represje w takich przypadkach są okrutne, ale przecież – powtórzmy to raz jeszcze – tu chodzi o zabijanie dzieci!

Dotyczy to zresztą tym bardziej lekarzy trudniących się aborcjami. Ciężko znaleźć racjonalne argumenty, które pozwalałyby traktować ich lżej niż płatnych, masowych dzieciobójców. Ich świadomość pozbawiania życia jest pełna, więc jako mordujący z premedytacją, winni być sądzeni najostrzej jak to możliwe. To nie są zamierzchłe czasy, że wiedza o tym na czym polega aborcja była niewielka nawet w środowisku lekarskim. Jeśli uznajemy życie dziecka nienarodzonego za warte tyle co urodzonego, to bądźmy w swoich wnioskach spójni. Zwiększenie restrykcji grożących za aborcję musiałoby się przyczynić – chociaż w jakimś stopniu – także do spadku liczby takich czynów. Oczywiście, biorąc pod uwagę dzisiejszy stan mentalności społeczeństwa, takie rozwiązania jawią się jako nierealistyczne, ale przecież nie deprecjonuje to konieczności uświadamiania o tym.

Zagadnienie ma, rzecz jasna, znacznie więcej odsłon i niemożliwym jest tu odniesienie się do większości z nich. Przykładowo, aberracją jest legalna sprzedaż tzw. „pigułek po”, a przecież spór medialny dotyczy dziś zaledwie tego czy mają być one na receptę. Z pewnością najistotniejszą zresztą jest troska o stan świadomości Polaków – wiedzy o tym na czym naprawdę polega aborcja i co dokładnie się z nią wiąże nie zastąpią słuszne przepisy prawne. I tu wielka zasługa środowisk obrońców życia, którzy o to uświadamianie rodaków zabiegają od wielu lat. Dzięki nim być może kiedyś będziemy dzisiejsze ustawodawstwo wspominać z obrzydzeniem – takim jakie towarzyszy nam kiedy uświadamiamy sobie brak szacunku dla ludzkiego życia w czasach antycznych.

Jakub Siemiątkowski

 

Artykuł ukazał się w „Polsce Niepodległej” 6 kwietnia 2016 r.

Strona 1 z 2

Wspieraj Media Narodowe

Komentarze

Narodowcy.net

Narodowcy.net to portal młodego pokolenia polskich nacjonalistów. W świecie przesiąkniętym ideami multikuluralizmu i liberalizmu, chcemy przypominać o wartościach za które Polacy od zawsze walczyli i umierali: Bogu, Honorze, Ojczyźnie. 

Najczęściej komentowane

We use cookies to improve our website. Cookies used for the essential operation of this site have already been set. For more information visit our Cookie policy. I accept cookies from this site. Agree