08 kwiecień 2016

 Wiele szumu wywołała w ostatnich tygodniach sprawa spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, zawierającego elementy pornograficzne. Cała ta afera skłania do rozważań nad marginesem swobody wypowiedzi. Czy wolność słowa ma być dla nas nadrzędną wartością? Niby dlaczego? I z drugiej strony – czy zakazami rozwiążemy problemy cywilizacyjne, mające podłoże głębsze niż kaprysy zblazowanych polskich liberałów?

Nie jestem bynajmniej zwolennikiem zamordyzmu i drastycznego ograniczania wolności obywatelskich. Historia uczy nas, że często zamykanie ust przeciwnikom politycznym prowadzi do zwiększenia ich wpływów. Gen. Franco rządził Hiszpanią przez kilkadziesiąt lat, wprowadził tam narodowo-katolicki reżim, stwarzał pozory utrwalonego na długo ładu – przyznajmy, że  przy wszystkich niedoskonałościach, z dzisiejszego punktu widzenia całkiem sympatycznego ideowo. Cóż z tego jednak, skoro chwilę po jego śmierci Hiszpania włączyła się w pochód krajów Zachodu ku najbardziej gorszącej zgniliźnie. Już 10 lat po śmierci Franco mieli Hiszpanie legalną aborcję, później śluby homoseksualistów oraz ogólny rozkład tradycji i poczucia narodowego w szerokich masach społeczeństwa. Hiszpania, mimo tych 40 lat frankizmu, idzie dziś w awangardzie opacznie rozumianego postępu.

Można zresztą słowa te odnosić do bardzo licznych przykładów z historii. Państwowa przemoc często nie zamknie ust opozycji – jeśli ta dysponuje realnym zakorzenieniem w społeczeństwie, jeśli ma silny wpływ na inteligencję, jeśli sprawuje „władzę kulturową”, jak to określał inteligentny włoski marksista Antonio Gramsci. Zamiast ekscytować się frankizmem i innymi, podobnymi mu dyktaturami – wyciągajmy konstruktywne wnioski z ich doświadczeń. Najbardziej istotne są nie państwowe zakazy, a właśnie dominacja konkretnych trendów w mediach, w dyskursie intelektualnym, bowiem to co tworzy i przyswaja inteligencja prędzej czy później recypowane jest (w odpowiednio uproszczonej formie, rzecz jasna) przez szerokie masy społeczeństwa. Widzimy to co najmniej od 200 lat – wszystkie wielkie rewolucje i przemiany społeczne poprzedzane były latami pracy u podstaw, rozprzestrzeniania się wśród mas idei, które uprzednio wypracowywano w znacznie węższych kręgach. Zachód jest dziś taki, jaki jest nie dlatego, że w którymś momencie sfery rządzące Niemcami, Francją czy Wielką Brytanią uznały, że jednak homoseksualiści mają prawo organizować parady równości czy żenić się, kobiety mają prawo zabijać swoje nienarodzone dzieci itd. Zachód jest taki dlatego, że środowiska liberalno-lewicowe poprzez swoją wieloletnią pracę na uniwersytetach i w mediach narzuciły w sprawny sposób inteligencji, a następnie całym społeczeństwom swoje pojęcia, swoje definicje i wartości. Hiszpania, w krótkim czasie, z ostoi tradycji, katolicyzmu i idei nacjonalistycznej stała się bastionem lewactwa dlatego, że środowiska lewicowe były tam na tyle zdeterminowane, by szerzyć swoje poglądy – i to pomimo państwowych represji (których słuszności zresztą nie odmawiajmy).

Pytanie oczywiście czy w Polsce środowiska liberalno-lewicowe dysponują takimi wpływami. Wydaje się, że nie. Środowiska w stylu „Krytyki Politycznej” oddziałują na część inteligencji, choć z drugiej strony istnieje też (wbrew pozorom!) niemało środowisk intelektualnych o wrażliwości patriotycznej, konserwatywnej, katolickiej, prawicowej. Niestety znacznie  rzadziej narodowej, ale patrzmy na sprawę szerzej – przez pryzmat toczącej się wojny kulturowej i tego jak można dziś ocalić te resztki wspólnotowości i tradycji, jakie w Polakach przetrwały. Środowiska skupione wokół pism, takich jak „Pressje” (coraz bardziej wpływowy Klub Jagielloński), „Teologia Polityczna”, „Fronda”, „Nowa Konfederacja”, nawet lewicowy, choć konserwatywny obyczajowo (przez co rozdarty między PiS-em, a… partią Razem) „Nowy Obywatel” – tam będzie się wykuwać elita intelektualna polskiej centroprawicy, mającej na tym polu perspektywy nie gorsze niż osławiony „Krypol”. Centroprawicy dalekiej nam z pewnością w licznych sprawach, ale przecież reprezentującej jakiś podstawowy poziom patriotyzmu, zdrowo rozumianego etosu obywatelskiego, obyczajowego tradycjonalizmu. Jak byśmy nie rozwodzili się nad wadami każdego z tych środowisk – nikt przecież nie ma wątpliwości, że lepszą będzie polska elita budowana przez tych ludzi niż przez Sierakowskiego, Michalskiego, Sutowskiego czy też aktualnego posła Nowoczesnej.pl, który chciał z naszych podatków wystawiać we Wrocławiu te chore porno-przedstawienia.

I, pomimo pełzającej laicyzacji społeczeństwa, różnego rodzaju wskaźniki, z wynikami ostatnich wyborów włącznie, wskazują, że istnienie tej prawicowej inteligencji jest niezagrożone. Można wręcz sądzić, że, o ile nie zostaną popełnione rażące błędy, to ona będzie decydować o kształcie przyszłych polskich elit.

Z drugiej strony nasuwa się pytanie co robić w sytuacjach takich, jak ta omówiona we wstępie? Fakt wtórności władzy politycznej wobec władzy kulturowej nie niweluje przecież mocy oddziaływania tej pierwszej.

Jakie właściwie racjonalne przesłanki stoją za tym by do takich przedstawień dopuszczać? Czy podnoszą one w jakikolwiek sposób ludzi, którzy je oglądają? Wręcz przeciwnie. Są gorszące, ich głównym celem jest wywołanie skandalu, publicznie ukazują one to, co winno pozostać w sferze prywatnej (nawet jeśli mamy świadomość tego, jak wygląda dzisiejsza popkultura). Zakaz promowania tak jawnej degeneracji zapewne przyczyniłby się do zmniejszenia pola jej oddziaływania. Ciężko zresztą wyobrazić sobie współczesne środowiska liberalne jako zdeterminowane w promowaniu swoich poglądów w stopniu takim jak (idealistyczna, jak by nie patrzeć) hiszpańska socjalistyczna lewica w czasach frankizmu i po nim. Polski liberalizm i polskie lewactwo są przy niej impotentne – i całe szczęście.

Wolność słowa?  Jest ona dużą wartością, gdyż bez niej od wieków stalibyśmy w miejscu. Jej brak uniemożliwiałby dyskusję i postęp – ten zdrowo rozumiany.  Niwelowałby wszelką twórczość i rozkładał inwencję ludzką. Tyle tylko, że wolność ta… powinna mieć określone granice. Powinna łączyć się z pojęciem obowiązku – artysta, inteligent, publicysta powinien mieć świadomość, że jego dzieło służy dobru ogółu, a nie jakimś wyabstrahowanym z dążenia do wyższego dobra, indywidualistycznym wariactwom. Ktoś powie, że jeśli nakładamy wolności kaganiec w postaci cenzury obyczajowej, to przestaje ona być wolnością – ale przecież niemal wszyscy ci zidiociali liberałowie domagający się tolerancji dla najdziwniejszych nieraz zboczeń sami są zwolennikami ograniczania wolności jeśli idzie o swobody ruchów politycznych, których założenia kolidują z liberalizmem. Nie słyszałem by przeszkadzał im zakaz propagowania faszyzmu czy nazizmu (czyli pojęć na ogół rozciąganych na znacznie mniej radykalne postawy) – gdyby tak było, to przynajmniej nie dałoby się odmówić im konsekwencji… Dlaczego zresztą liberalne definicje mamy uznawać za obowiązujące? Także centroprawica powinna się tego wystrzegać jak ognia. Pojęcia wspólnoty i wolności jednostki powinny funkcjonować w harmonii ze sobą, niemniej jednak jeśli już dochodzi do konfliktu między nimi – ta pierwsza wartość jest nadrzędna.

Cenzura obyczajowa musi istnieć, by społeczeństwo się rozwijało. Wynika to tak z dbania o elementarną moralność przestrzeni publicznej, jak i z pragmatyzmu, motywowanego interesem narodowym. W pierwszym rzędzie walczmy jednak o to, by to szerokie masy społeczeństwa same wiedziały, że sprowadzanie sztuki do pornografii jest czymś pomylonym i niegodnym akceptacji.

Jakub Siemiątkowski

 

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” 9.12.2015.

 

JS

Wspieraj Media Narodowe

Komentarze

Narodowcy.net

Narodowcy.net to portal młodego pokolenia polskich nacjonalistów. W świecie przesiąkniętym ideami multikuluralizmu i liberalizmu, chcemy przypominać o wartościach za które Polacy od zawsze walczyli i umierali: Bogu, Honorze, Ojczyźnie. 

Najczęściej komentowane

We use cookies to improve our website. Cookies used for the essential operation of this site have already been set. For more information visit our Cookie policy. I accept cookies from this site. Agree