19 wrzesień 2016

W XXI wieku to, co jeszcze do niedawna wydawało się być teorią spiskową, stało się nagle faktem, wobec którego wkrótce będą musieli stanąć wszyscy obywatele Zachodu. Cywilizacja łacińska nie wytrzymuje własnej, postępującej degeneracji - zwyczajnie umiera, jest skazana na śmierć tragiczną, którą przyspieszają jedynie coraz to nowe przerzuty liberalnego nowotworu, jaki ogarnął ją już na początku zeszłego stulecia. Upadek wiary i poszanowania dla tradycji, przyzwolenie na przeróżne patologie społeczne (narkomania, dewiacje seksualne, eutanazja i aborcja), kult jednostki i jej interesów przedkładany nad ideę poświęcania się dla wspólnoty, ojkofobia; zanik wartości rodzinnych i kryzys europejskiej demografii, zanik jakichkolwiek wartości kolektywnych i wreszcie wszechobecny konsumpcjonizm - to większość głównych efektów nieleczonej, liberalnej degrengolady. Dodać do tego kolejny jej wytwór - neoliberalny system ekonomiczny, w którym próżno szukać szacunku dla człowieka, jego pracy i duszy - a mamy idealny przekrój tego, co stało się z cywilizacją dawnych zdobywców i panów całego świata.

 

Człowiek Zachodu umiera, ciągnąc za sobą do grobu całe swoje kulturowe dziedzictwo, które niewątpliwie zostanie pogrzebane przez barbarzyńców kolonizujących kontynent. I tak jak po starożytnym Rzymie - po krajach Okcydentu (Europa Zachodnia i Ameryka Północna) zostaną już tylko wiekowe relikty przeszłości. Ten tekst nie ma w założeniu być jednak kolejnym, nic nie wnoszącym i nie proponującym konkretnych rozwiązań tego problemu "laniem wody" i żaleniem się na nieuchronny koniec naszego świata. Sytuacja w Polsce i całej Europie Wschodniej ma się bowiem wciąż nieco inaczej - "żelazna kurtyna" skutecznie zakonserwowała pewne zdrowe wartości w sercach narodów dawnego bloku wschodniego. Daje nam to wielką przewagę nad naszymi zachodnimi sąsiadami w nieustannej walce o zapewnienie nam przetrwania w drapieżnym, bezlitosnym świecie - jako Polacy i Słowianie jesteśmy zdecydowanie zdrowszym i posiadającym większy potencjał społeczeństwem niż te zamieszkujące ziemie za Odrą. Mój tekst będzie traktował raczej o stosunkach na linii Zachód-Polska, które powinny być oparte bardziej na realizmie politycznym, aniżeli prymitywnej wrogości, lub nawet popularnej ostatnio... solidarności europejskiej.

Liberalny trąd, ale także zmieniające się warunki geopolityczne na świecie, niewątpliwie wkrótce ostatecznie przesądzą o losach idei euroatlantyzmu (koncepcji, wedle której to właśnie koalicja zachodnioeuropejsko-amerykańska ma dominować na kuli ziemskiej), jak i całego Okcydentu. Rdzenne społeczeństwa tamtej części świata są zbyt wyniszczone, a poszczególne jednostki zbyt wyalienowane, by mogły stawić skutecznie opór swej nieuchronnej zagładzie. Wszystkie te czynniki opisane przeze mnie w pierwszym akapicie, zaprowadziły Zachód na skraj przepaści i choć oczywiście bardzo cieszy mnie fakt podejmowania walki przez wciąż nieliczne tam środowiska nacjonalistyczne, to jednak muszę mówić otwarcie: Okcydent jest stracony! Nigdy już nie odbuduje swej dawnej pozycji, a nawet najbardziej wytrwale pracującym, zachodnioeuropejskim narodowcom nie uda się zasiać ziarna na tak niepodatnym gruncie. O ile szowinizm i irracjonalne odrzucanie wszystkiego, co tamtejsze, jest polskiej idei narodowej zupełnie obce; o tyle w moim mniemaniu brakuje w naszym środowisku wciąż pewnej akceptacji dla istotnego faktu upadku Zachodu. Ostatnimi czasy, wraz z rosnącymi nastrojami "pro-narodowymi" w Europie, zostaliśmy oczarowani romantyczną wizją nagłego przebudzenia się i zerwania kajdan przez cały kontynent. Część osób wierzących w ten ułudny, "nacjonalistyczny paneuropeizm", być może nie dostrzega faktu, iż środowiska narodowe zyskujące poparcie za Odrą to w istocie stronnictwa liberalne, których nacjonalizm opiera się często wyłącznie na... sprzeciwie wobec imigracji i islamofobii. Inna część zapewne raczej po prostu wciąż wierzy w nagły zwrot biegu historii i ostateczne zwycięstwo cywilizacji łacińskiej, a to jest już zwyczajnie niemożliwe - choroba trawiąca dusze i ciała narodów jest tam bowiem już w zbyt zaawansowanym stadium.

Do czego zmierzam? Otóż jak najbardziej - należy solidaryzować się z walczącymi w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, ale nie można przy tym zapominać o realizmie politycznym. Gdyby idea narodowa osiągnęła w Polsce większość i władzę, przywracając naszej ojczyźnie należne miejsce w światowej geopolityce; to czyż pomysł wspierania i ratowania konającego Zachodu niczym Sobieski pod Wiedniem w 1683 roku, nie byłby zupełnie groteskowy i absurdalny? O ile w kraju nad Wisłą świetnie widać te tendencje buntownicze (zwłaszcza wśród młodzieży), ten silny patriotyzm i zwykle także przywiązanie do tradycji, ten tak stający w gardle szechterowym szmatławcom "skręt w prawo" (choć oczywiście prawdziwy nacjonalizm nie ma z prawicą za wiele wspólnego, to jednak redaktorzy pewnej mało poczytnej ostatnimi czasy gazety wiedzieć o tym nie muszą); o tyle na Zachodzie konsumpcjonizm tak zrujnował duszę ludzką, iż nie jest ona w stanie na powrót zorganizować się i w połączeniu z innymi duszami - utworzyć silnego, zdrowego, narodowego kolektywu. Kolejną ciekawą kwestią w temacie ułudy idei paneuropeizmu są Niemcy i ich stosunki, tudzież plany wobec reszty kontynentu. Otóż Niemcy są narodem agresywnym, niezwykle żywotnym, a i ekspansywnym - a kierunek ich ekspansji już od ponad tysiąca lat stanowi... Wschód. Niezależnie od tego, czy u naszych sąsiadów władza objawiała się w monarchii, republice, czy dyktaturze; niezależnie od opcji politycznej (konserwatyści, socjaliści, chadecy, nacjonaliści, itd.) - niemiecka polityka ekspansji ZAWSZE była i będzie nastawiona na Wschód. Dlatego właśnie wszelka, nadgorliwa (podkreślam to słowo) współpraca, czy też wzajemne mydlenie sobie oczu z naszym odwiecznym, dziejowym rywalem, może nam tylko zaszkodzić. I to my w tym układzie, jako naród posiadający teoretycznie mniejsze zasoby ludzkie, czy materialne - możemy przeżyć największy zawód.

Niemcy nawet dziś dążą do ekonomicznego i kulturowego podporządkowania sobie swoich najbliższych sąsiadów zza Odry. Kapitał RFN zalewa Polskę w postaci mas produktów i marketów te produkty Polakom serwujących; wysokie udziały niemieckich fundacji i stowarzyszeń w naszych, krajowych mediach, mogą wywoływać chyba tylko niepokój; niemieccy przedsiębiorcy nie muszą nawet posiadać bogactw Śląska w granicach swojego kraju, by móc (oczywiście dzięki sprzecznemu z polskim interesem narodowym postępowaniu poprzednich rządów) je eksploatować. Czy warto łudzić się, że sytuacja uległaby zmianie po "rewolucjach nacjonalistycznych" w obydwu krajach? Czy wówczas silniejszy, zachodni sąsiad, dodatkowo kierowany przez pro-narodowy rząd, zechciałby zerwać z imperialistyczną tradycją i uszanować naszą suwerenność? Bardzo wątpliwe, zwłaszcza, że jeszcze niedawno w domach niemieckich nacjonalistów rozbrzmiewały pieśni typu "Polacken Tango", czy "Danzig, Breslau und Stettin". Nagła tendencja do solidarności europejskiej, wywołana w dużej mierze kryzysem związanym z imigracją obcych kultur do Europy, nie oznacza, że powinniśmy w jakikolwiek sposób pochylać się nad słabością naszego sąsiada. Również nie powinniśmy rozczulać się nad tragedią krajów położonych jeszcze bardziej na Zachód. Niemcy zawsze nas zwalczali, a synowie Albionu, czy Francji - wykorzystywali do swoich celów. I to jest naturalna kolej rzeczy w świecie polityki międzynarodowej, w której każdy naród chce zyskać jak najwięcej dla siebie. I żadna romantyczna idea zjednoczenia się "białych braci" tego nie zmieni.

Jaką ja mam receptę na narodową geopolitykę? Przede wszystkim budować solidarność i sojusze w oparciu o życzliwych nam sąsiadów, zmagających się z tym samym problemem stanowienia strefy buforowej między euroatlantyzmem, a Federacją Rosyjską - Węgry, Czechy, państwa dawnej Jugosławii, państwa bałtyckie, Białoruś, Ukraina (koncepcja mitycznego Międzymorza). W drugiej kolejności postawić na szerszą współpracę ze światem Wschodu (Rosja, kraje azjatyckie i Bliskiego Wschodu - eurazjatyzm). Przyszłość jest niepewna, jednak należy pogodzić się z nadchodzącym coraz większymi krokami upadkiem Okcydentu. Po którym, swoją drogą, wcale nie warto nawet zapłakać. Solidarność europejska od zawsze była tylko mitem - niech zatem szczeźnie Zachód, a jego miejsce w misji dziejowej zajmą narody Europy Środkowo-Wschodniej, które (jeśli Bóg pozwoli i praca nacjonalistów będzie wystarczająco ciężka) być może wkrótce wyzwolą się już z okowów atlantyzmu, neoliberalizmu i poddaństwa.

Jan Kuśmierczyk

 

Michał Walkowski

Student miłujący mądrość na Uniwersytecie Gdańskim. Lubujący się w dociekaniach filozoficznych, refleksji nad kulturą oraz zgłębianiem nauki Chrystusa i Kościoła, którą stara się wprowadzać w życie. Absolwent I LO w Gdańsku. Wszechpolak i nacjonalista chrześcijański. Radykalny przeciwnik ubierania świata w zera i jedynki oraz zbyt pochopnego przypinania etykiet.

Wspieraj Media Narodowe

Komentarze

Narodowcy.net

Narodowcy.net to portal młodego pokolenia polskich nacjonalistów. W świecie przesiąkniętym ideami multikuluralizmu i liberalizmu, chcemy przypominać o wartościach za które Polacy od zawsze walczyli i umierali: Bogu, Honorze, Ojczyźnie. 

Najczęściej komentowane

We use cookies to improve our website. Cookies used for the essential operation of this site have already been set. For more information visit our Cookie policy. I accept cookies from this site. Agree