> Marek Uziało: To nie my wyjechali z Polski... - Narodowcy.net

Marek Uziało: To nie my wyjechali z Polski…

“To nie my wyjechali z Polski…” – tak mówili i nadal mówią Polacy z Wileńszczyzny, którzy pozostali w byłym województwie wileńskim po zakończeniu II wojny światowej i repatriacji polskiej ludności z Kresów Wschodnich do Polski “ludowej”, które miały miejsca w latach 1944-1946 oraz 1955-1959.

Pomimo, że Polakom, którzy pozostali u siebie, narzucono obywatelstwo ZSRR i że dzięki kolektywizacji próbowano zapędzić ludzi do roboty tak, by człowiek nie miał czasu na aktywność poza swym miejscem pracy, nadal trwali oni w polskości i odradzali ją na Wileńszczyźnie po zakończeniu działań wojennych. Odradzało się z wielkim trudem (przeważnie w epoce stalinowskiej) polskie szkolnictwo, zespoły artystyczne, prasa. To dzięki tym ludziom, którzy w pierwszych latach po wojnie budowali od nowa polskość na Wileńszczyźnie w “morzu socrealizmu”, ich przyszłe pokolenia nie zapomniały kim są. Kiedy komuna upadła, to właśnie oni potrafili przeciwstawić się szowinistom litewskim, którzy dążą do pozbycia się polskiego elementu w Kraju Wileńskim stosując metody lituanizacji i dyskryminacji polskiej mniejszości na Litwie.

“Vilnija”

Dziś władze litewskie wspierają finansowo organizację szowinistyczną o nazwie “Vilnija” (po polsku  “Wileńszczyzna”), która swoją działalnością doprowadziła do pogorszenia stosunków polsko-litewskich, podsycając do niechęci, a nawet nienawiści pomiędzy Litwinami a wileńskimi Polakami. “Vilnija”, która powstała w 1988 roku (tak jak “Sąjūdis”, czyli polski odpowiednik NSZZ “Solidarność”), od początku swojego istnienia ma antypolski charakter i dąży do tego, żeby spolonizowani Litwini (bo tak nazywają wileńskich Polaków) wrócili do swych korzeni.  Wileńszczyzna ma zatem stać się  litewska pod względem narodowym i etnicznym. Szowiniści litewscy chcą pozbyć się elementu polskiego tak, jak zrobili to w międzywojniu z Polakami, którzy pozostali w Litwie kowieńskiej.

Polacy na Wileńszczyźnie i Litwie mieszkają od pokoleń i nie są emigrantami, którzy osiedlili się na terenach dzisiejszej Litwy dwa lub trzy pokolenia wstecz. Jeśli ktoś zapytałby ich, dlaczego wyjechali z Polski, to odpowiedź byłaby prosta: “To nie my wyjechali z Polski, to Polska od nas wyjechała”. A nazywanie Polaków z Wileńszczyzny “polonią litewską”, jest błędnym określeniem, ponieważ nie są to emigranci, którzy wyjechali do pracy, z nadzieją na lepsze życie,  czy z powodów prześladowań. To są rdzenni mieszkańcy byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz byłej II Rzeczypospolitej, którzy mieszkają tu od kilku wieków (pierwsi Polacy osiedlali się na Litwie jeszcze w XIV wieku).

U siebie?

Na Wileńszczyźnie “wilniuki” (tak się nazywa mieszkaniec Wileńszczyzny w gwarze wileńskiej) dbają o język polski, polską kulturę i tradycję. Tu działa Związek Polaków na Litwie, w litewskim Sejmie reprezentuje polską mniejszość Akcja Wyborcza Polaków na Litwie – Związek Chrześcijańskich Rodzin (AWPL-ZChR) z przewodniczącym tej partii i europosłem Waldemarem Tomaszewskim na czele. Rozpowszechnia się polskojęzyczna prasa (“Kurier Wileński”, “Tygodnik Wileńszczyzny”), działają zespoły artystyczne, organizacje młodzieżowe, takie jak Wileńska Młodzież Patriotyczna czy też Ruch Młodzieży Polskiej, działa stacja radiowa “Radio Znad Wilii”, działa filia Uniwersytetu Białostockiego w Wilnie i inne.

“Wilniuki” chodzą do kościoła i wznoszą modły do Matki Boskiej Ostrobramskiej, która chroni polskość Wileńszczyzny przed złymi planami władz litewskich i ich polskojęzycznych sługusów. Mowa tu o polskich liberałach z tak zwanego Polskiego Klubu Dyskusyjnego z Aleksandrem Radczenkiem na czele, którzy to chętnie wtrącają swoje 3 grosze, nie tylko by zrobić pod górkę AWPL-ZChR, lecz i zaszkodzić wileńskim Polakom. Liberałowie z PKD robią dobrą robotę dla władz litewskich, idąc na ugodę tak, jak kiedyś targowica dogadała się z carycą Katarzyną II według “uspokojenia” Polaków dążących wówczas do uniezależnienia się od wpływów moskiewskich. Jeżdżą nawet do Warszawy i tłumaczą, że na Wileńszczyźnie nic się nie dzieje, siejąc goebbelsowską propagandę.

“Dobrosąsiedzkie stosunki”

A przecież Polacy na Wileńszczyźnie są dyskryminowani ze względu na to, że mają problem z odzyskiwaniem swej ziemi na Wileńszczyźnie, która była odebrana przez władze sowieckie. Ponadto, w urzędach państwowych posługiwanie się językiem polskim jest zabronione, władze litewskie karają Polaków za to, iż mają w prywatnych domach tablice z ulicami napisane w dwóch językach: po polsku i po litewsku. Nawet wywieszona flaga polska na Litwie jest solą w oku Litwinów.

A co na to polskie władze? Milczą i udają, że wszystko dobrze. Nie, nie jest dobrze. Ta kwestia od 30 lat wciąż jest problemem w stosunkach polsko-litewskich i żaden minister spraw zagranicznych, premier czy prezydent RP nie robi nic w tej sprawie. Tylko “poruszają” tą sprawę. Nic poza tym. Sprawa ta jest zaniedbana w imieniu dobrosąsiedzkich stosunków pomiędzy Warszawą a Wilnem. Te “dobrosąsiedzkie stosunki” są jedynie pustym sloganem, który tak naprawdę nie znaczy nic. Litwini przy wizycie polskich “elit” udają dobrych przyjaciół, a potem, gdy ich nie ma,  robią swoje za pozwoleniem polskich władz. Polskie “elity” nie pilnują bowiem tego, co się dzieje za wschodnią granicą. Litwa narusza traktat polsko-litewski o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy podpisany w 1994 roku.

Na to nie ma reakcji polskich rządzących. Litewskie władze za pozwoleniem Warszawy robią to, co chcą z polską mniejszością na Litwie. I nikt w Sejmie RP poza posłem Robertem Winnickim nie broni, nie zabiera głosu, nie walczy w sprawie Polaków na Wschodzie, Polaków na Litwie. Zamiast tego sprowadza się do Polski masowo Ukraińców i ułatwia się im życie kosztem Polaków. Kwestia mniejszości polskiej na Litwie powinna być podstawą do prowadzenia dialogu pomiędzy Polską a Litwą, a zaniedbanie tej kwestii przez władze jest zdradą narodu polskiego.

Komentarze