Tomasz Cynkier: Kilka słów od "mizogina" | Narodowcy.net

Tomasz Cynkier: Kilka słów od „mizogina”

Co jakiś czas głównym tematem, którym zajmuje się opinia publiczna, jest aborcja na przemian z prawami kobiet. I niemal każdy mężczyzna, który nie zgadza się z feministkami, jest nazywany m.in. mizoginem. Czas więc dolać oliwy do ognia.

Mizogin, seksista i pewnie ktoś jeszcze
Z pojęciem mizoginii spotkałem się stosunkowo niedawno i zawsze, gdy czytam jego definicję, ogarnia mnie pusty śmiech. Otóż mizoginia, w największym skrócie, jest przejawem nienawiści wobec kobiet. To samo w sobie jest co najmniej dziwne, ale mianem mizogina określa się mężczyznę, który nie może pogodzić się z myślą, że kobieta może mieć wyższą pozycję społeczną niż on. I to wydawałoby się logiczne, bo inne przejawy nienawiści są irracjonalne i niewiarygodne.
Mizoginia jest wytworem feministek, bo przecież kobiety nadal żyją w świecie rządzonym przez patriarchalnych szowinistów, którzy chcą kobiety zepchnąć do roli „kur domowych”. Oczywiście jest to przejaskrawiony opis, bo akurat pozycja kobiet w Polsce na tle reszty Europy nie jest zła, chociażby różnica płac w Polsce jest niższa niż na Zachodzie. Owszem, płace nie są równe i poniekąd jest to problem, ale wysokość płac powinna być uzależniona od kompetencji i zaangażowania pracownika, a nie od jego płci. Takie rozwiązanie byłoby sprawiedliwe.
Tak się złożyło, że feministki uzurpują sobie prawo do walki w interesie wszystkich kobiet. To trochę jak związki zawodowe, które walczą o interesy pracowników, przy czym związki coś osiągną, a feministki zabiegają o swoje postulaty, które nijak mają się do realnych potrzeb kobiet. Dziś coraz rzadziej z ust feministek można usłyszeć postulaty o skróceniu czasu pracy dla kobiet, podwyżkach płac lub o wydłużeniu urlopu macierzyńskiego. Teraz jednym z podstawowych praw kobiet, według feminazistek, jest prawo do zabicia własnego dziecka, czyli aborcji. Wiele już napisano o przemyśle aborcyjnym i o złu, jakie niesie za sobą ten „zabieg”, ale nadal są osoby, które chcą legalizacji aborcji. I cały czas mnie zastanawia, jak można godzić się na zabicie kilkutygodniowego dziecka tylko z tego powodu, że ono jest, a  sprzeciwiać się karze śmierci dla największych zwyrodnialców. Przecież utrzymanie jednego i drugiego kosztuje, jedno i drugie jest człowiekiem, więc jak można stosować podwójne standardy w tej sprawie?
To pytanie pewnie pozostanie bez odpowiedzi. Na marginesie dodam, iż jestem zwolennikiem kary śmierci i przeciwnikiem aborcji. W tym momencie łatwo mi, a także osobom podobnie myślących jak ja, zarzucić hipokryzję, wszak jestem katolikiem, a przykazanie V Dekalogu mówi „Nie zabijaj”. Oczywiście w oryginale nie ma mowy o zabijaniu tylko o mordowaniu, ale to temat na osobny artykuł. Kończąc ten wątek, to jako zwolennik kary śmierci jestem za orzekaniem jej w wyjątkowych sytuacjach, po bardzo szczegółowym rozpatrzeniu, tak by na podstawie podejrzeń nie zabić niewinnego człowieka, jak ma to miejsce w przypadku aborcji. Większość aborcji to tzw. „aborcje eugeniczne”, które polegają na zabiciu dziecka po wykryciu u niego jakiejś wady.
Pragnę przypomnieć, iż oprócz feministek są też kobiety, które w naturalnym, zdrowym odruchu brzydzą się współczesnymi bojowniczkami o „prawa kobiet”. Nie bez kozery użyłem cudzysłowu, albowiem dla normalnej kobiety aborcja jest zabójstwem, a nie prawem.
Teraz napiszę coś seksistowskiego – mężczyźni i kobiety nie są równi! No dobra, wobec Boga i prawa są, ale tzw. „równość płci” jest fikcją. Czy to się komuś podoba, czy nie, zostaliśmy wymyśleni i stworzeni przez Boga po to, by się nawzajem dopełniać, by jedno drugiego wspierało i na odwrót, by obydwoje mogli przekazać dalej życie. Gdyby „równość płci” była faktem, to, co wcześniej napisałem, straciłoby sens, bo bylibyśmy tacy sami.
Walka o równouprawnienie doprowadziła do maskulinizacji kobiet na wielu obszarach, zaczynając od fizycznego, a kończąc na światopoglądowym. Przez ostatnie dwa stulecia wizerunek kobiety zmienił się i można to łatwo zaobserwować, patrząc na stare fotografie czy nawet obrazy z dawnych wieków. Jednak implementując elementy mody męskiej do damskiej, kobiety nadal są kobiece (wyjątek może stanowić subkultura punk). Co do maskulinizacji światopoglądowej, to coraz częściej kobiety muszą przejmować rolę mężczyzn w utrzymaniu rodziny i wychowaniu dzieci. Dzieje się tak nie z woli samych kobiet, ale z powodu rozpadu rodziny, której przyczyn może być wiele. Do maskulinizacji światopoglądowej można zaliczyć karierę kobiet w korporacjach, realizację siebie na stanowisku kierowniczym czy czynny udział w życiu politycznym. I w tym nie ma nic złego, do pewnego momentu. Określenie tego momentu nie jest łatwe, bo zależy od podejścia kobiety. Niekiedy samorealizacja kobiety odbywa się kosztem rodziny i życia prywatnego, a jest to podbudowywane egoizmem. Oczywiście są to jednostkowe przypadki, bo na pewno każdy z nas zna kobietę, która realizuje się jako matka i nie czuje się w jakiś sposób wyizolowana.
Z walki o równouprawnienie można wysnuć kilka ciekawych wniosków, np. taki, że skoro feministki chcą wykonywać zawody wykonywane przez mężczyzn i upodabniają się do nich, to niejako dają do zrozumienia, że kobiety są gorsze, bo są kobietami. To jest oczywiście absurd i nieprawda, bo są dziedziny, w których kobiety są lepsze, chociażby wychowywanie dzieci, a to się łączy m.in. z mediacją, zarządzaniem grupą, asertywnością itp. Wiele osób tego nie dostrzega, a są to cechy, które kobiety wykorzystują w pracy, niekiedy sprawując stanowisko kierownicze. I to najlepiej widać w małych, rodzinnych firmach. Oczywiście w korporacjach także, ale rzadziej. No i w polityce kobiety będące matkami osiągały sukcesy i pełniły funkcje ministrów i premierów. Jeśli każdy z nas zrobi mały przegląd kobiet, będących premierami, to zdecydowana większość ma rodzinę i nie jest zdeklarowaną feministką.
Czas na pewne rozgraniczenie. Jak łatwo się domyślić sympatią feministek nie darzę, albowiem zwulgaryzowały, co się da. Natomiast szanuję ruch sufrażystek. To właśnie one walczyły o prawa wyborcze, o zakazanie aborcji [sufrażystki uważały aborcję za opresję ze strony mężczyzn – przyp. T.C.], o prawo do pracy i godnej płacy, bo mało kto wie, ale to kobiety w czasie wojny pracowały w fabrykach na miejscach swoich mężów, ojców i braci. Stąd też ruch sufrażystek cieszy się moim szacunkiem, czego o feministkach (a właściwie feminazistkach) nie mogę powiedzieć.
Zastanawia mnie, jak feminazistka może być dumna z tego, że oszpeciła swoje ciało [wszyscy wiemy jak wygląda, nie każda, feminazistka – najczęściej ma specyficzną fryzurę i nadmierną ilość kolczyków – przyp. T.C.]? Nie wiem czy kiedykolwiek uzyskam odpowiedź na to pytanie, ale wiem na pewno, że nie kierują się wyczuciem piękna. A jeśli im się uda, to ten zalążek piękna wypaczą i przedstawią w wulgarnej formie. Nie wiem czy to będzie dobry przykład, ale to trochę tak, jakby zabrać Różę Małemu Księciu, podeptać ją i wytarzać w błocie. To mniej więcej jest obraz feminazistki.
Na moment przestanę się znęcać nad wymienionymi wyżej paniami i pochylę się nad inną kwestią. Mam na myśli ubiór. Dziś prawie nikogo nie szokuje widok kobiety w spodniach. Prawie, bo są osoby, którym to przeszkadza i uważają one, że kobieta powinna chodzić w sukienkach lub spódnicach. Cóż, należy uszanować taką postawę, bo żyjemy w czasach, gdzie już prawie nie wiadomo, kto jest kim. Stąd też jeśli kobieta chce podkreślić swoją kobiecość poprzez noszenie sukienki czy spódnicy, to jest to godne pochwały, jednak nie demonizowałbym i nie piętnowałbym kobiet noszących spodnie. Przecież kobieta nosząca spodnie jest tak samo kobieca, podczas gdy ma na sobie sukienkę.
Ja nie widzę problemu w tym, że kobieta nosi dżinsy czy inne spodnie, bo to akurat nie jest jedyny wyznacznik kobiecości, zresztą panie same wiedzą, co takim wyznacznikiem jest. W XXI wieku spodnie nie są wielkim problemem, ale dwa stulecia wcześniej to już był skandal. Kobieta w spodniach była szokująca dla wszystkich, bo spodnie były elementem męskiej garderoby, zaś panie chodziły w sukniach.
W dzisiejszych czasach problem ubioru polega na tym, że jego (ubioru) nie ma. Półnaga czy naga kobieta nie budzi ani szoku, ani kontrowersji, jak to miało miejsce jeszcze kilkanaście lat temu. Nagość tak spowszedniała, że widać ją na każdym kroku i dochodzimy do momentu, w którym kobieta w stylizacji z lat 30. jest atrakcyjniejsza od tej, która ma na sobie tylko bieliznę. Przesiąknięte jest to wszystko erotyzmem i seksizmem, ale kumulacja tego powoduje (i jest to coraz częściej widoczne) wzrost zainteresowania stylem z dwudziestolecia międzywojennego, czyli tzw. retro. Zresztą, gdy patrzy się na zdjęcia, szkice czy pocztówki z tamtych lat, to mogą one zainspirować kobiety, w co mogą się ubrać. Ponadto, tamte czasy to nie tylko elegancki i schludny wygląd, ale też obyczaje, a właściwie savoir-vivre. Jestem gotów postawić tezę, iż kobieta, którą mężczyzna pocałuje w dłoń na powitanie, otworzy drzwi i ustąpi miejsca, na pewno nie poczuje się urażona.
Nie chcę uzurpować sobie prawa do wypowiadania się w imieniu wszystkich mężczyzn, ale z tym, co napiszę, część się na pewno zgodzi. Dla sprecyzowania – chodzi o mężczyzn, którzy za fundamentalne zasady uznają Boga, honor, ojczyznę, naród, tradycję i rodzinę.
Otóż mężczyźni szukają normalnej kobiety. Normalnej, czyli takiej, która wie, że może zrealizować w rodzinie się jako żona, matka i w pracy (przykłady podałem wyżej). Normalnej, czyli takiej, która uznaje rodzinę za fundament narodu, która wie, że aborcja to zbrodnia, a nie przywilej. Normalnej, czyli akceptującej samą siebie, bo my, mężczyźni nie chcemy sztucznej lalki wykreowanej przez mainstream, tylko normalnej, naturalnej dziewczyny.
My mężczyźni cenimy u kobiet skromność i subtelność, czyli coś, co u Was drogie Panie jest naturalne, coś, co Was czyni wyjątkowymi w przeciwieństwie do feminazistek. Cenimy u Was zaradność i organizację, bo jako żony i matki dbacie o rodzinę i dom, a niekiedy dochodzi do tego własny biznes czy praca w potocznym znaczeniu. Cenimy w Was to, że przy tylu obowiązkach jesteście wsparciem dla nas w różnych sytuacjach (z wzajemnością), wszak za każdym sukcesem mężczyzny stoi jego kobieta.
Na zakończenie powrócę do mizoginii. Pojawia się ona w tytule i w cudzysłowie. W cudzysłowie, ponieważ mimo mojego sceptycznego podejścia do feministek, doceniam wkład kobiet we wszystkie dziedziny życia, co pokazałem w artykule. Słowo „mizogin” jest już używane niemal tak samo jak „faszysta”, czyli to słowo-pałka, które nie niesie za sobą jakiegokolwiek uzasadnienia. Tak jak nie czuję się i wbrew pozorom nie jestem faszystą, tak nie jestem mizoginem, oczywiście trzymając się pierwotnego znaczenia tego słowa.

 

 

Komentarze