Tomasz Cynkier: „Lwów i Wilno. Pamiętamy!”

11 listopada 2017 roku Ruch Narodowy przeszedł w Marszu Niepodległości pod hasłem zawartym w tytule. RN w ten sposób zwrócił uwagę na problemy, jakie spotykają Kresowiaków ze stron władz Litwy, Białorusi i Ukrainy. Hasło także obejmuje obecny problem, z jakim w przyszłości będą zmagały się polskie władze tj. migracja zarobkowa Ukraińców do Polski.

Lwów

Lwów to piękne polskie miasto, będące ośrodkiem akademickim i kulturalnym przedwojennej Polski, obecnie znajdujące się w granicach Ukrainy. Nie chcę w tym miejscu uprawiać rewizjonizmu, ale należy nadmienić, iż granice nie są dane raz na zawsze i może zdarzyć się tak, że Lwów ponownie będzie w granicach RP. Stąd też jednym z kluczowych zadań polskiego rządu powinno być dbanie o polską kulturę, tradycję i społeczność, która tam mieszka od pokoleń.

Pomimo ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA, a także „zwykłych” (w tym przypadku trudno nazywać tych bandytów zwykłymi ludźmi – przyp. T.C.) Ukraińców oraz półwiecza komunizmu, polskość przetrwała i rozpaczliwie upomina się o jakąkolwiek uwagę strony polskiej.

Nasz rzekomy przyjaciel tj. Ukraina robi wszystko, by dawne ziemie Polski zukrainizować (inaczej mówiąc zdepolonizować – przyp. T.C.). Nie jest tajemnicą, że w tamtym regionie postępuje kult Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, a neonazistowskie ruchy odwołujące się do OUN-UPA zyskują zwolenników. Tamtejsze władze samorządowe nie widzą niczego złego w nadawaniu ulic imienia Stepana Bandery. Ponadto tuż przed 1 listopada, czyli dniem Wszystkich Świętych, władze we Lwowie zasłoniły lwy na cmentarzu Łyczakowskim deskami z dykty. Warto przypomnieć, że na pomnikach lwów widnieje napis Leopolis semper fidelis tibi Poloniae, co oznacza „Lwów zawsze wierny tobie Polsko”.

Cóż, ten napis jednoznacznie wskazuje na to, że Lwów to polskie miasto, nieważne czy jest w granicach Polski i czy Polska w ogóle jest na mapie. Można odnieść wrażenie, być może złudne, że pamięć o kresach, w tym także o Lwowie, przeszkadza polskim władzom od czasu, gdy komuna upadła na cztery łapy.

Skoro Ukraina to sojusznik i dobry sąsiad to dlaczego dopuszcza się takich rzeczy jakie wymieniłem wyżej? Ano dzieje się tak, ponieważ od lat realizujemy jedną z najgłupszych doktryn jakie kiedykolwiek powstały, a mianowicie „Doktrynę Giedroycia”. W największym skrócie zakłada ona, że Rosja jest naszym największym wrogiem i za wszelką cenę musimy mieć dobre relacje z wschodnimi sąsiadami, bo one stanowią bufor przed Rosją.

Rosja była, jest i będzie naszym wrogiem. Wszelkie teorie o tym, że to nasi bracia i że powinniśmy stworzyć jedno wielkie słowiańskie imperium należy odłożyć między bajki i zejść na ziemię. Tak się składa, że Polska ma bezpośrednią granicę z Rosją (obwód królewiecki – przyp. T.C.), ponadto Białoruś jest neo-kolonią rosyjską, na której znajdują się wojska Federacji Rosyjskiej. Także teorie o tzw. buforze są nietrafione.

Czas poruszyć problem migracji zarobkowej z Ukrainy. Coraz częściej na ulicach spotykamy osoby mówiące z akcentem ukraińskim lub mówiąc po ukraińsku, w miejscach pracy możemy spotkać Artema, Petra, Stjopę, Borysa, Michaiła, Elenę, Anastasiję, Darię itd.

Mówi się, że Ukraińcy wykonują pracę, której Polacy by nie wykonywali (używa się porównania, że Ukraińcy w Polsce są jak Polacy w Anglii – przyp. T.C.). Nie jest to do końca prawda, ponieważ Ukraińcy zabierają miejsca pracy naszym rodakom. Nawet przyjęło się powiedzenie „1300 i umowa o dzieło, bo już mam Ukraińców na pana miejsce”. W tym kontekście należy poruszyć skandaliczną politykę urzędów pracy, które „wciskają” pracowników ze wschodu, oferując ulgi ZUS-owskie przy zatrudnieniu. Jest to jawna dyskryminacja polskich pracowników, którzy zmuszeni są do pracy za marne pieniądze lub do wyjazdu za granicę. Przypomnę, iż rząd Prawa i Sprawiedliwości szczyci się niskim bezrobociem oraz tym, że Polacy mają coraz więcej pieniędzy. Ponadto rząd zachęca naszych rodaków, którzy wyjechali za chlebem, by wracali, jednocześnie ściągając pracowników ze wschodu. Nie wiem czy to jeszcze hipokryzja czy już Himalaje bezczelności.

Na domiar złego, rządzący nie widzą zagrożenia, jakie niesie ze sobą migracja z Ukrainy. Jest ich obecnie prawie 2 miliony, a prognozuje się, że do końca 2018 roku będą ich 3 miliony. To już poważna mniejszość. Nie wszyscy, ale część z przybyszy ze wschodu to neo-banderowcy, chyba nie muszę pisać czym to może (wytłuszczenie T.C.) się skończyć. W przypadku każdej migracji zachodzi jedno z trzech zjawisk: asymilacja, gettoizacja i eksterminacja.

Pomimo wielu czynników, które łączą Polaków i Ukraińców (min. szczep słowiański, koegzystencja za czasów I Rzeczpospolitej, zbliżony język i alfabet już nie – przyp. TC.) to proces asymilacji prawie nie zachodzi. Mamy do czynienia z gettoizacją tzn. Ukraińcy przyjeżdżający do Polski wspólnie wynajmują mieszkanie i żyją w większych skupiskach Ukraińców. Nie uczą się języka polskiego, poza podstawowymi zwrotami i nie przyjmują naszej kultury i zwyczajów. O eksterminacji nie ma (i oby nie było) mowy. Mimo trudnej historii, nikt nie chce jakiegokolwiek rewanżu za ludobójstwo z lat 1943-44.

Tej masowej imigracji trzeba stawić opór i to jak najszybciej. Należy uszczelnić granicę, ponieważ przemyt papierosów, narkotyków i broni kwitnie. Trzeba zatrzymać ten proceder, póki nie zdarzyło się jeszcze nic złego.

Wilno

Sytuacja Polaków, którzy od wieków mieszkają na Wileńszczyźnie (przez proces depolonizacji ziemia kowieńska nie jest już zdominowana przez Polaków – przyp. T.C.) jest równie zła, a momentami gorsza od tej na Ukrainie.

Władze Republiki Litwy prowadzą politykę dyskryminacyjną wobec Polaków. Zaczynając od pisowni w języku polskim nazw ulic, miast i wsi przez polską pisownię imion i nazwisk oraz zwalczanie nauki w języku polskim, kończąc na skandalicznej reprywatyzacji.

Ponadto władze litewskie przyzwalają na przestępczą działalność grup neo-nazistowskich, która polega na siłowym egzekwowaniu litewskiego prawa i aktów przemocy wobec mniejszości narodowych (pomimo, iż na Litwie druga pod względem liczebności, zaraz po polskiej, jest mniejszość rosyjska, to właśnie Polacy padają ofiarami dyskryminacji – przyp. T.C.).

Pomimo represji jakie spotykają Polaków na kresach, kolejny już po 1989 roku rząd w zasadzie nic nie robi. Litwini jawnie plują nam w twarz, a polski (!) rząd udaje, że pada deszcz, bo przecież liczą się dobre stosunki z Litwą, gdyż zła Rosja nie śpi i w każdej chwili nas może zaatakować.

Przypadki nierespektowania praw polskiej mniejszości są powszechnie znane, mam oczywiście na myśli prawo do pisowni w j. polskim nazw ulic, miast i nazwisk oraz prawo do zdawania matury w języku ojczystym. Mniej znany jest proceder reprywatyzacji. Przebiega on w jeszcze bardziej skandaliczny sposób jaki znamy choćby z Warszawy.

Kamienice lub ziemia, które należały do Polaków przed wojną (przypomnę, że wtedy granice Polski wyglądały inaczej, Wileńszczyzna była w granicach RP, a głównym skupiskiem Polaków na Litwie była Kowieńszczyzna – przyp. T.C.) zostały znacjonalizowane, gdy Litwa była częścią ZSRR. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, Polacy zaczęli słusznie upominać się o swoje. Perfidia władz Litwy polega na tym, że za metr kwadratowy kamienicy Polacy otrzymali metr kwadratowy… ziemi rolnej w centralnej lub północnej części kraju. Jest to precedens i skandal, ponadto maksymalnie Polacy mogą odzyskać 70 ha ziemi rolnej i 0,2 ha ziemi w mieście. Pomijam fakt, iż ziemia rolna jest o wiele mniej warta od działek budowlanych czy mieszkań.

Sytuacja wygląda bardzo źle i ulega pogorszeniu z roku na rok, a polskie władze nie robią nic. Nawet pomoc instytucji Unii Europejskiej, konkretnie Parlamentu Europejskiego, niewiele dała (w zasadzie to nic, przecież to UE – przyp. T.C.).

Najbardziej szokuje bierność polskich władz, które działają zgodnie z doktryną Giedroycia. Kpiną jest Polsko-Litewska Grupa Parlamentarna, która jest fasadą i w tym okresie urzędowania sejmu spotkała się tylko raz, a mamy półmetek kadencji. Pośród 460 posłów najwięcej w interesie kresowiaków zrobił prezes Ruchu Narodowego, poseł Robert Winnicki. Nie jest on w przytoczonej grupie, która ma m.in. monitorować przejawy dyskryminacji Polaków na Litwie, a zrobił więcej niż cały klub PiS wraz z satelickimi ugrupowaniami. Z jednej strony to dobrze świadczy o prezesie RN, z drugiej zaś pokazuje to jak żałosne są polskie władze, wraz z opozycją, w sprawie kresowej.

Gdy spojrzy się na to jak działają Rosjanie w interesie swoich obywateli mieszkających na Litwie, można zadać sobie pytanie dlaczego Polska jest taka bierna. Praktycznie nie utrzymujemy relacji z Polakami z Wileńszczyzny, nie mamy tam telewizji lub innego kanału informacyjnego, który utrzymywałby więź z kresowiakami. Nawet nie potrafimy wyeksportować na Litwę polskiej kultury (od muzyki, przez literaturę po film – przyp. T.C.). Rosjanie dbają o swoich obywateli zapewniając im to, co wyżej wymieniłem. Przez taką bierność Litwa robi co chce, śmiejąc się nam prosto w twarz.

Hasło z jakim szedł Ruch Narodowy podczas Marszu Niepodległości „Lwów i Wilno. Pamiętamy!” pokazuje, że tylko środowisko narodowe może w tej sprawie cokolwiek zmienić i jako jedyne podnosi ten temat w debacie publicznej.

Ale drogi Czytelniku pamiętaj, gospodarka ma się dobrze, Polakom żyje się lepiej, bezrobocie jest rekordowo niskie, a państwo polskie odzyskuje godność.

Komentarze