Tomasz Cynkier: Nieznany "Polski Szarbel" | Narodowcy.net

Tomasz Cynkier: Nieznany „Polski Szarbel”

Poczet świętych i błogosławionych w Kościele katolickim jest ogromny, każdy katolik jest w stanie wymienić z miejsca kilku świętych. Inaczej sprawa ma się z Czcigodnymi Sługami Bożymi. Najczęściej są znani lokalnie, z wyjątkiem Stefana Kardynała Wyszyńskiego, ale niektórych procesy beatyfikacyjne są w toku. Jednym z takich jest Wenanty Katarzyniec, franciszkanin, przyjaciel św. Maksymiliana Marii Kolbego.

Kim był Wenanty?

Urodził się w Obydowie, wiosce położonej 40 km od Lwowa, 7 października 1889 r. jako Józef Katarzyniec. Wychowywał się w ubogiej rodzinie [używając współczesnej nomenklatury, to była rodzina żyjąca poniżej tzw. „linii ubóstwa” – przyp. T.C.], ale to nie przeszkodziło w realizacji celu i marzenia Józefa, czyli kapłaństwa. Relacje franciszkanów podają, że Józef już w wieku 7 lat postanowił, że zostanie księdzem i tego postanowienia dotrzymał.

Rok po maturze wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych, czyli franciszkanów. Józef chciał od razu po egzaminie dojrzałości wstąpić do zakonu, jednak nieznajomość łaciny uniemożliwiła mu to. Chęć bycia zakonnikiem zdeterminowała Józefa do nauki tak bardzo, że po roku biegle władał łaciną i greką.

We wstępie napisałem, że Wenanty przyjaźnił się z Maksymilianem Kolbe. Poznali się na wakacjach, gdy obydwaj byli jeszcze w seminarium. Wenanty był osobą bardzo skromną i zamkniętą w sobie do tego stopnia, że miał trudności w nawiązywaniu znajomości, o przyjaźni nie mówiąc. Jednak, z wówczas jeszcze bratem, Maksymilianem Kolbe połączyła go więź duchowa. Prawdopodobnie było to ich jedyne spotkanie, ale utrzymywali ze sobą kontakt poprzez korespondencję.

Wenanty był tak wyjątkową w swej prostocie osobą, że niektórzy bracia mówili, że był świętym za życia. Wspomniany Maksymilian Kolbe pisał o nim tak:

Nie zapomnę nigdy skromności jaka tchnęła z jego postaci. W świeckim ubraniu, w wieku około 20 lat, trochę nieśmiały, w ruchach poważny, ale bez wymuszenia, w mowie raczej skąpy, ale roztropny; spokój, uprzyjemniający obcowanie z nim, wskazywał, że jest on panem całkowitym siebie.

Skromność i pęd do wiedzy miały swoje konsekwencje. Był tak skromny, że sam na nic się nie skarżył i trzeba było się domyślać, w jakim stanie jest Wenanty, a był człowiekiem chorowitym i to jest ciemna strona tej przesadnej skromności. Jego współbracia często wzywali pomoc lekarską do niego bez jego wiedzy. Pęd do wiedzy, a właściwie łatwość w przyswajaniu informacji, zaowocowały szybkim awansem, choć nie jest to do końca adekwatne słowo, bo z powodu małej liczby ojców wykładających w seminarium, Wenanty rok po święceniach (dzięki  specjalnym zgodom) został mianowany magistrem (mistrzem) nowicjatu. Rok później wykładał filozofię oraz opiekował się klerykami i siostrami zakonnymi. Chcąc popularyzować kult Matki Bożej, w niecały rok nauczył się języka włoskiego po to, by tłumaczyć pisma na temat mariologii i teologii. Jakiś czas później nauczał także tego języka.

Wyjątkowość Wenantego objawiła się m.in. tym, że jako jedyny franciszkanin odpowiedział pozytywnie na apel o pomoc Maksymiliana Kolbego, gdy ten zakładał „Rycerza Niepokalanej”. Jako że Wenanty jako jedyny chciał współpracować i pomagać o. Kolbemu przy redagowaniu i wydawaniu „Rycerza”, dostał zadanie, by regularnie pisać teksty. Ostatecznie Wenanty napisał tylko jeden tekst, ale obiecał Maksymilianowi, że będzie pomagał mu po śmierci, głównie finansowo.

I tak rzeczywiście było. W tym miejscu trzeba zrobić małą dygresję do o. Maksymiliana Kolbego. Otóż przy zakładaniu „Rycerza” Maksymilian borykał się z problemami finansowymi i gdy brakowało mu pieniędzy, zwracał się do nieżyjącego już wtedy Wenantego o pomoc. Jak wiemy, choćby z filmu „Dwie Korony”, Maksymilian pomoc otrzymywał. Stąd też Wenanty uchodzi za „specjalistę od problemów finansowych”, a franciszkanie mówią o nim „brat-bankomat”.

Wracając do skróconego życiorysu Wenantego, to jako kapłan upodobał sobie sakrament pojednania, spowiadał nawet po kilkanaście godzin dziennie. Dziś byśmy powiedzieli, że jest pracoholikiem, bo wykładał w seminarium, sprawował pieczę nad klerykami i zakonnicami, sprawował posługę kapłańską, tłumaczył i przepisywał książki oraz każdą wolną chwilę poświęcał na modlitwę i adorację Najświętszego Sakramentu.

Jak już wcześniej wspomniałem, Wenanty był bardzo chorowity. Chorował na „hiszpankę”, a po wyleczeniu w niedługim czasie zachorował na gruźlicę, na którą zmarł 31 marca 1921 r. w Kalwarii Pacławskiej. Tam też został pochowany.

Polski Szarbel

Tak nazwał Wenantego dziennikarz i publicysta Tomasz Terlikowski, pisząc jego biografię. Pan redaktor Terlikowski ma rację nazywając tak Wenentego, ponieważ mają wiele wspólnego, przede wszystkim skromność, życie w ubóstwie i, rzecz jasna, życie zakonne.

Szarbel, a właściwie Jusuf Antun Machlouf to święty Kościoła katolickiego, którzy żył w XIX wieku. Pochodził z terenów dzisiejszego Libanu i tak jak Wenanty charakteryzował się skromnością i pokorą. W zasadzie różni ich tylko to, że Szarbel jest oficjalnie ogłoszony świętym, a proces beatyfikacyjny Wenantego Katarzyńca jest w toku.

Nie mam zamiaru rozpisywać się o Szarbelu, ale pragnę zaznaczyć, że my mamy „swojego” Szarbela i zapewne napisałbym to samo co wyżej, oczywiście za wyjątkiem takich szczegółów jak miejsce i czas. Świętego Libanu zna lub kojarzy znaczna część katolików, wszak jest świętym. W tych dwóch osobach należy szukać drogowskazów dla nas i starać się ich naśladować.

Postawa Wenantego jako kontra do dzisiejszego świata

Po lekturze pierwszego i drugiego podrozdziału możemy zauważyć, że postawa Wenantego jest całkowicie w opozycji do obecnego świata. Zaczynając od pobożności i byciu wiernym Chrystusowi i Ewangelii, przez pracę, a kończąc na skromności.

Wielokrotnie pisałem o tym, że przyznanie się publicznie do wiary katolickiej jest aktem cywilnej odwagi, a przez świat coraz częściej jest odbierane jako fanatyzm i zacofanie. Zapewne gdyby Wenanty żył dziś, to nie zostałby zauważony przez świat, oczywiście znany byłby wśród franciszkanów i części wiernych, ale jego skromność posunięta do granic możliwości stoi w całkowitej sprzeczności do pogoni za byciem rozpoznawalnym.

Ile razy można usłyszeć, że jeżeli kogoś nie ma na Facebooku, Twitterze, Instagramie itd. to tak jakby nie żył. A Wenanty i tak by sobie poradził, w przeciwieństwie do nas – ludzi, którzy już prawie nie wyobrażają sobie życia bez Internetu i smartfona.

Pisałem, że Wenanty byłby nazwany dziś pracoholikiem i to prawda, ale jest zasadnicza różnica. Dziś ludzie skupiają się na sobie, na każdej płaszczyźnie kierują się egoizmem, pracują na swój dobrobyt, a drugi człowiek schodzi na dalszy plan. Wenanty pracował dla innych, dzielił się swoją wiedzą, dbał o potrzeby drugiej osoby kosztem siebie.

Teraz spróbujmy wybrać sobie jedną z cech Wenantego i wdrożyć ją w swoje życie. Pytanie jak szybko świat nas znienawidzi można uznać za retoryczne, ale to, czy wytrwamy, zależy od nas. Właściwie to zależy od tego, czym dla nas wiara i czy wierzymy w zbawienie po śmierci. Skoro jesteśmy katolikami, to ta kwestia powinna być jasna. Jako katolicy jesteśmy powołani do świętości, a Wenanty z pewnością prowadził życie, które zapewniło mu świętość. Zatem wiemy kogo naśladować.

Czcigodny Sługa Boży Wenanty Katarzyniec jest postacią wręcz urzekającą, zwłaszcza gdy zestawi się jego sylwetkę z dzisiejszym światem. Choć czasy, w których żył Wenanty tj. przełom XIX i XX wieku kolorowe nie były. Wenanty był świadkiem I wojny światowej i walczącej o swoje granice niepodległej Polski. Jednak wtedy łatwiej było zabić ciało niż duszę, a dziś jest odwrotnie. Z tego powodu postać Wenantego Katarzyńca jest jeszcze bardziej niezwykła i niesamowita.

Jak już wspomniałem, proces beatyfikacyjny Wenantego trwa, więc warto modlić się o szybsze wyniesienie go na ołtarze, to nie boli i nic nie kosztuje. Na zakończenie przytoczę cytat z Wenantego, który jest jednocześnie cenną wskazówką dla nas, wiernych:

Nie wystarcza być obecnym w kościele na bezkrwawej ofierze Chrystusa, aby odnieść stąd korzyść dla duszy swojej. Potrzeba jej słuchać z nabożeństwem, wszak na Górze Kalwarii wielu było obecnych przy śmierci Pana Jezusa, ale nie wszyscy z tego korzystali.

 

Komentarze