Bartosz Bochnia: Upadnij na kolana

Na co dzień nie zastanawiamy się głębiej nad swoją wiarą. Wpadając w wir życia, zbytnio zajęci jesteśmy pracą, domem, sobą… Do refleksji nad Bogiem i Życiem Wiecznym najczęściej skłaniają nas chwile upadku, kiedy dopada nas samotność, niepowodzenie, śmierć czy choroba bliskiej osoby.
Najczęściej jednak, kiedy tylko poradzimy sobie ze swoimi problemami, kiedy czas uleczy rany, na nowo powracamy do życia, w którym dla rozważań o Bogu nie pozostaje już zbyt wiele miejsca.

Jest to zachowanie wpisujące się w niedoskonałą naturę człowieka. Tylko nieliczne powołane do tego jednostki są w stanie w pełni poświęcić swoje codzienne życie i myśli Stwórcy, jak choćby zakonnicy, szczególnie Ci z klasztorów klauzurowych.

Nie oznacza to jednak przyzwolenia na zobojętnienie wobec Boga. Nawet gdy nasze myśli nie są nieustannie kierowane ku Niebu, kiedy zajęci jesteśmy szarą codziennością, powinniśmy oddawać Bogu należną część, gdyż prawdziwą i szczerą wiarę można okazywać na wiele sposobów, zaczynając od najprostszych czynności, jak rozpoczęcie dnia od uczynienia znaku krzyża, przeżegnania się przechodząc obok kościoła czy przez zachowanie piątkowego postu.
Są to czynności, które nie wymagają od nas jakiegoś specjalnego poświęcenia, ale dajemy w ten sposób świadectwo miłości do Boga, naszego Stwórcy i Zbawiciela.

Wielu z nas nie udaje się zdobyć nawet na tak drobne, wydawać by się mogło, gesty, gdyż brakuje nam wiary w to, że mamy do czynienia ze Stwórcą wszystkiego, co nas otacza.

Brak prawdziwej wiary jeszcze mocniej uwidacznia się w czasie Eucharystii.
Podczas każdej Mszy Świętej jesteśmy świadkami prawdziwego cudu. Możemy przyjmować Święte Ciało Jezusa Chrystusa i przeżywać dokładnie to samo, co apostołowie ponad 2000 lat temu, podczas Ostatniej Wieczerzy.
Już sama myśl o tak wielkim wyróżnieniu powinna być dla nas powodem do refleksji nad swoim zachowaniem wobec Jezusa Chrystusa, ukrytego w Najświętszym Sakramencie…
Jakże daleko nam do naszych Ojców, którzy nie tylko śpiewali, ale wprowadzali w czyn słowa przepięknej pieśni:

„Upadnij na kolana, ludu czcią przejęty, uwielbiaj swego Pana: Święty, Święty, Święty!
Zabrzmijcie z nami Nieba, Bóg nasz niepojęty, w postaci przyszedł chleba: Święty, Święty, Święty”

Choć zabrzmi to być może groteskowo, tęskno mi do czasów, których nigdy nie było dane mi przeżyć.
Tęskno mi do czasów, kiedy przynajmniej w kościele, w Domu Bożym, w należyty sposób oddawano cześć Panu Bogu. Kiedy przed Eucharystią, niesioną przez kapłana, klękali nie tylko Ci, którzy przystępowali do Komunii Świętej, ale także Ci, którzy nie znajdowali się w stanie łaski uświęcającej.
Tęskno mi do widoku ludzi przepełnionych wiarą, klękających przed Najświętszym Sakramentem, niesionym przez kapłana udającego się z posługą do chorego.
Coś, co jeszcze nie tak dawno było normą, dziś wzbudza zdziwienie, a nierzadko staje się także powodem do drwin i wyśmiania.
Nie musimy wpisywać się w te zachowania.

Warto czasem na chwilę zwolnić, zastanowić się nad swoją wiarą, „sprawdzić stan swojej duszy”.
Kiedy pochylimy się nad sprawami najważniejszymi, kiedy dogmaty naszej wiary przestaną być dla nas tylko zbiorem liter wypisanych na kartach Pisma Świętego, łatwiej będzie nam zdobyć się na gesty czci i uniżenia wobec Boga, których tak bardzo brakuje współczesnemu katolikowi.

Parafrazując trzeci punkt „Kodeksu Wszechpolaka” – Katolik walkę ze złem, rozpoczyna od walki ze swoimi słabościami. Zwycięstwa w tej walce życzę każdemu z nas.

 

Bartosz Bochnia

Komentarze