Łukasz Jabłoński: W obronie konfederacji

Co widzi przeciętny lewak, którego oczom ukazuje się flaga Konfederacji? Znając mentalność takiego człowieka, symbol ten staje się dla niego synonimem wszelkiego zła, udręczenia i kojarzy go głównie z Ku-Klux-Klanem i niewolnictwem. Jakby było tego mało flaga ta ostatnimi czasy kojarzona jest z wszelkimi systemami totalitarnymi, a głównie z nazizmem! Symbol walki zwykłych farmerów z uciskiem uprzemysłowionej Północy stał się z czasem rasistowski, a Południe szybko zostało skojarzone z niewolnictwem (jestem tylko ciekaw co z niewolnikami, którzy byli wyzyskiwani w stanach należących do Północy). Historia jest pisana przez zwycięzców – nie inaczej jest w tym przypadku.

Fakt, iż Stany Zjednoczone zostały zbudowane na niewolnictwie chyba dla nikogo nie powinien być zaskoczeniem. Od samego początku kraj wolnych Amerykanów był budowany również rękoma czarnych niewolników sprowadzanych z kontynentu afrykańskiego. Nie powinno być również żadną nowością, że pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych – George Washington, był zagorzałym zwolennikiem niewolnictwa, podobnie jak cały szereg jego następców. USA kwitło niewolnictwem do pewnego czasu.

Niemal od początku istnienia USA, bo od lat 30. XIX wieku na północy kraju powstał ruch abolicjonistów (abolition – zniesienie, zrzucenie prawa, zasady – w tym przypadku – niewolnictwa). Panowanie niewolnictwa w amerykańskim „kraju wolności” wydawało się niektórym obywatelom stanów północnych czymś haniebnym. Ruch abolicjonistów nie był ruchem masowym (do pewnego czasu), ale bardzo aktywnym, prowadzono propagandę przeciw niewolnictwu, organizowano ucieczki murzynów. Duży wkład w uświadamianie o tym poważnym problemie wniosła książka Harriet Beecher-Stowe pt. „Chata Wuja Toma” opisująca cierpienia niewolników murzyńskich, a zarazem pokazująca wzorce szlachetnych białych abolicjonistów. Osiągnęła ona 300-tysięczny nakład i w bardzo dużym stopniu przyczyniła się do upowszechnienia poglądów antyniewolniczych. Ostatnim wydarzeniem przed zbliżającym się konfliktem Północy i Południa było powstanie Johna Browna – fanatycznego białego abolicjonisty, który próbował zorganizować powstanie niewolników, głosząc, że misje tą powierzył mu Bóg. Został on schwytany i wyrokiem sądu skazany na śmierć na szubienicy. W ten sposób ruch abolicjonistów uzyskał własnego męczennika.

Proklamacja

Abraham Lincoln, którego kreuje się na prawdziwą ikonę zniesienia niewolnictwa wcale nie sprzyjał abolicjonistom – był zdecydowanym przeciwnikiem zmuszania stanów południowych do zniesienia niewolnictwa, a tym bardziej do przyznania praw politycznych Murzynom, jednocześnie był jego przeciwnikiem i nie chciał dopuścić do jego rozszerzania. Tym samym prezydent USA stał „w rozkroku” pomiędzy dwoma wyborami. Trzeba przyznać, że zachował się bardzo pragmatycznie przyzwalając na to, żeby niewolnictwo kwitło dalej (między innymi w stanach, które były pod jego jurysdykcją), ale z drugiej strony potępiał je z całą surowością. Niewolnictwo miało się całkiem nieźle zarówno w północnych jak i południowych stanach, aż do czasu wybuchu wojny secesyjnej w 1861. W przypadku Lincolna kwestia niewolnictwa stała się karta przetargową, która okazała się zbawienna dla racji jego strony i została wykorzystana w odpowiedniej chwili.

Proklamacja zniesienia niewolnictwa ukazała się dopiero w 1863, czyli dwa lata po wybuchu wojny secesyjnej i de facto miała skłonić wyzwolonych Murzynów do zasilania armii Unii, która nie potrafiła zwiększyć przewagi nad wojskami Konfederatów.

Tekst proklamacji zniesienia niewolnictwa, 1 I 1863

Ja, Abraham Lincoln, prezydent Stanów Zjednoczonych, na mocy władzy nadanej mi jako Naczelnemu Wodzowi Armii i Marynarki Wojennej na czas buntu zbrojnego przeciwko władzy i rządowi Stanów Zjednoczonych oraz w charakterze stosownego i niezbędnego środka wojennego służącego stłumieniu wspomnianego buntu, […] polecam i ogłaszam, że wszystkie osoby trzymane w niewoli w wymienionych stanach i ich częściach będą odtąd wolne, a rząd Stanów Zjednoczonych wraz z władzami Armii i Marynarki Wojennej uznawać i strzec będzie ich wolności. Niniejszym nakazuję też wyzwolonym w ten sposób, by powstrzymali się od wszelkiej przemocy, z wyjątkiem koniecznej samoobrony, by we wszystkich przypadkach, w których jest to możliwe, pracowali, z oddaniem, w zamian za rozsądne wynagrodzenie. Ogłaszam również, że osoby takie, jeśli spełnią określone warunki, przyjmowane będą w szeregi sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych dla obsadzenia fortów, placówek, stacji i innych obiektów wojskowych oraz dla wcielenia do załóg wszelkiego rodzaju okrętów. W oparciu o ten akt, będący w moim szczerym przekonaniu aktem sprawiedliwości, akt gwarantowany przez konstytucję na wypadek konieczności wojskowej, odwołuję się do wyrozumiałego osądu ludzkości i miłosiernej łaski Boga Wszechmogącego. Na dowód czego odciskam pieczęć Stanów Zjednoczonych.
Miasto Waszyngton, pierwszy stycznia roku Pańskiego tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego, w osiemdziesiątym siódmym roku niepodległości Stanów Zjednoczonych. Abraham Lincoln

Ktoś jeszcze wierzy we wspaniałomyślność Abrahama Lincolna? Tekst dokumentu nie pozostawia żadnych złudzeń: wyzwolenie było zabiegiem koniecznym, żeby nowi żołnierze zasilili armię Północy. Ktoś musiał przerwać dwuletni impas w wojnie Północy z Południem, a Abraham Lincoln znalazł na to sposób. Sama wojna secesyjna nie wybuchła z tak „błahego” powodu jak niewolnictwo. Uzyskanie praw przez ludność murzyńską było zaledwie wypadkową całego tego konfliktu, którego przyczyn należy szukać gdzie indziej. O co więc chodzi?

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Chodzi tutaj głównie o różnice gospodarcze i strukturę społeczną Północy i Południa, które znacznie od siebie odstawały. Społeczeństwo południa pozostało w większości bardzo konserwatywne i przywiązane do tradycyjnych wartości, na północy natomiast dominowały nowe idee liberalne i kapitalistyczne. To właśnie w stopniu industrializacji leżały przyczyny konfliktu. Północy, która była zdecydowanie lepiej rozwinięta gospodarczo, niż południe, ciągle daleko było do Europy, dlatego zdecydowano się na wprowadzenie ceł, aby chronić swój rozwijający się przemysł przed konkurencją lepszych i tańszych wyrobów europejskich.

Wprowadzane w odwecie przez kraje europejskie cła uderzały w gospodarkę południa, uzależnioną od eksportu bawełny. Ponadto polityka celna Waszyngtonu uniemożliwiała południu import towarów przemysłowych, w tym narzędzi, które były niezbędne do pracy na farmach. Południe w odpowiedzi na tę haniebną politykę w akcie desperacji zahamowało eksport surowców potrzebnych stanom północnym. Powoli sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, gdyż działania Północy podjęte w celu ochrony obróciły się na jej niekorzyść. Tak więc poprzez niekonsekwentną politykę celną tracili wszyscy, a najbardziej zwykli plantatorzy z Południa.

Kolejną z najważniejszych według mnie przyczyn secesji był wybór Abrahama Lincolna na prezydenta USA. Na secesję złożyło się kilka czynników, ale można powiedzieć, że to wybór Lincolna był głównym jej powodem, zresztą na taki stan rzeczy zanosiło się od kilku lat.

Pierwsza akt secesji ogłosiła  Karolina Południowa, za nią podążyły Missisipi, Floryda, Alabama, Georgia, Luizjana i Teksas. 4 lutego 1861 Jefferson Davis został prezydentem nowo utworzonego państwa Skonfederowanych Stanów Ameryki, składającego się początkowo z 7 stanów. Secesja była zgodna z konstytucją, co gwarantowała X Poprawka, jednak Lincoln nigdy nie zaakceptował legalności i uznał skonfederowane stany za buntowników. Doprowadziło to do odłączenia się kolejnych stanów. Wirginia na przykład ratyfikowała konstytucję i przystąpiła do Unii tylko pod warunkiem możliwości wystąpienia – dlatego w obawie o swoją niezależność dołączyła do rebeliantów.

Postrach konfederatów

Południe tak bardzo obawiało się Lincolna, gdyż całkiem inaczej interpretował on Konstytucję, dążył do centralizacji władzy i przewagi rządu federalnego nad rządami stanowymi. Osiągnął zresztą ten cel, kiedy tylko wygrał wojnę – USA z roku na rok stawało się coraz bardziej scentralizowanych państwem, czego efekty możemy zobaczyć dzisiaj.

Amerykanie, którzy byli przywiązani do niezależności i samorządności upatrywali w Lincolnie żądnego władzy dyktatora – dla południowców zbyt daleko idąca władza prezydenta była niedopuszczalna. Późniejszy zabójca Lincolna, sympatyzujący z Konfederacją John Wilkes Booth, po oddaniu strzału krzyknął „Sic semper tyrannis!” („Tak kończą tyrani”).

Południowcy po prostu obawiali się, iż abolicja, którą głosił Lincoln będzie tylko pretekstem do ingerencji w ich wewnętrzne sprawy. Nie obawiali się abolicji jako tej, która miałaby pozbawić ich taniej siły roboczej. Wielu ignorantów sądzi, że wojna rozpoczęła się tylko dlatego, iż na Południu było więcej niewolników i tamtejsi ludzie odłączyli się, aby zapobiec wyzwoleniu Murzynów, którzy utrzymywali ich gospodarkę. Jest to totalna bzdura, niemająca pokrycia w rzeczywistości.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w wielu podręcznikach do historii jak mantra powtarzana jest bajeczka o dobrej Północy i złym zacofanym Południu. Jest jeden szkopuł – na Południu nie było wcale mniej przeciwników niewolnictwa, niż na Północy. W gruncie rzeczy to właśnie w stanach południowych systematycznie rosła liczba wyzwalanych niewolników, a sami południowcy chcieli je stopniowo znosić. Zresztą to właśnie na Południu miały miejsce sytuacje, że Murzyn posiadał za niewolnika innego Murzyna. Ponadto w skład Unii wchodziły cztery niewolnicze stany (Maryland, Delware, Kentucky i Missouri). Wydana przez Lincolna Proklamacja Emancypacji nie miała nawet do nich zastosowania – de facto to na Północy niewolnictwo istniało dłużej niż na Południu.

Czarni żołnierze w armii konfederackiej.

A co sądził bohater Południa generał Robert Edward Lee? Uważał on niewolnictwo za coś złego i był jego zdecydowanym przeciwnikiem – jeszcze przed wojna uwolnił swoich niewolników. W 1856 napisał:

„W tej oświeconej epoce jest niewielu, którzy nie przyznają, że niewolnictwo jako instytucja jest politycznym i moralnym złem w tym kraju.”

Co w takim razie skłoniło tego bohatera, tak opluwanego i szkalowanego przez najróżniejszej maści lewicę, aby stanąć na czele konfederackich wojsk? Ano, patriotyzm. Tak, patriotyzm – postawa, która każe walczyć z wrogiem wówczas, gdy łamane są wszystkie prawa. Zrobił to w momencie, gdy jego rodzinna Wirginia wystąpiła z Unii. Ktoś taki jak generał Lee nie mógł mieć za cel zachowania niewolnictwa – walczył o prawo do samostanowienia, które było dla niego ważniejsze niż cokolwiek innego. Podobnie było przypadku takich wybitnych postaci jak gen. Thomas Jackson, gen. Joseph Johnston czy gen. Pierre Beauregard, którzy opuścili armię federalną, aby bronić swoich stanów i Konfederacji.

Patrząc na drugą stronę konfliktu nie można nie dostrzec generała Ulyssesa Granta, którego niektórzy dziś przedstawiają jako wyzwoliciela czarnych. Sam generał Grant, głównodowodzący Północy, który przez cały okres wojny posiadał niewolników, powiedział po uchwaleniu Proklamacji Emancypacji, że:

„ […]gdybym wiedział wcześniej, że wojna toczyła się o wyzwolenie niewolników, to zaoferowałbym swoją szablę przeciwnej stronie”.

Postawa Granta ciekawie kontrastuje z jego głównym przeciwnikiem, jakim był generał Edward Lee i obala mit o dobrej Północy i złym Południu. Niewolnictwo przez większą część wojny było obojętne dla opinii publicznej w całej Ameryce. Trudno zresztą przypuszczać, aby setki tysięcy białych żołnierzy, wśród których wielu podzielało różne uprzedzenia rasowe, szło na wojnę i oddawało życie za Murzynów.

 Niewolnicy

Warto podkreślić, że w czasie wojny secesyjnej czarni niewolnicy stanowili jedynie siedem procent mieszkańców południa, zresztą w historii armii konfederackiej to właśnie czarnoskórzy zapisywali własne karty. Afroamerykanin, który jest profesorem Southern University – dr Leonard Haynes zaznacza:

„Szacuje się, że w czasie wojny secesyjnej w Konfederackiej Armii służyło ponad 65,000 czarnych konfederatów, z czego grubo ponad 13,000 zdążyło wziąć udział w walkach na polach bitew prowadząc do boju oddziały żołnierzy”
Z oficjalnych rejestrów możemy dowiedzieć się, że 13 marca 1865, planowany był pobór 300 000 Afroamerykanów, jednakże nie był nigdy zrealizowany. Wcielonych zostało zaledwie od kilku do kilkunastu tysięcy.

„Czarni chłopcy po wypełnieniu służby wojskowej mieli otrzymać wolność oraz ziemię, na której mogliby pracować i zarabiać pieniądze, aby wykupić z niewoli swoje rodziny – jednak to Unia wygrała wojnę i wszystko, co otrzymali, to ból, cierpienie, choroby, rany wojenne, bieda, brak perspektyw, zniszczone domy, spalone pola, wymordowane rodziny, zapomniane mogiły swoich dawnych panów, upadające dawne miejsca zamieszkania i pracy  oraz wolność,  w której w istocie zawierały się wszystkie poprzednie podarki.” – podkreśla Haynes.

Warto w tym miejscu przedstawić kolejną bardzo ważną wypowiedź, która obnaża całą resztę kłamstw na temat czarnoskórych konfederatów. Dr Lewis Steiner, Naczelny Inspektor Korpusu Sanitarnego Armii Stanów Zjednoczonych, obserwując konfederacką okupację Friedericksburga w stanie Maryland w roku 1862, stwierdził:

„Ponad 3000 Czarnuchów wchodziło w skład tej liczby [żołnierzy Konfederacji – przyp. Ł.J.], odziani byli we wszystkie rodzaje mundurów, nie tylko w zdarte z trupów czy zdobyte mundury US Army, ale w mundury z Południowymi znakami, znakami poszczególnych Stanów, etc. Większość z tych mundurów wyglądała jak szmaty, ale nie bardziej niż mundury białych rebeliantów. Większość Czarnuchów miała broń – karabiny, muszkiety, szable, noże, sztylety, bagnety, etc… było widoczne i całkowicie jasne, że są integralną częścią konfederackiej armii.”

Konfederacja kontra Unia

W konfederackiej armii wolni czarni żołnierze czy kucharze zarabiali tyle samo ile ich biali koledzy. Dla porównania w Armii Unii czarni zarabiali nawet trzykrotnie mniej. Mimo zakazu zaciągania niewolników jako żołnierzy do armii, po stronie Konfederacji walczyli zarówno wolni czarni, jak i niewolnicy. Ci drudzy podążali zazwyczaj za swoim panem i często walczyli z nim ramię w ramię. Inni byli wbrew swojej woli wcielani do oddziałów na rozkaz swoich panów. Niewolnikom takim obiecywano wolność i pieniądze. Zdecydowana większość czarnych żołnierzy była jednakże wolnymi ludźmi.

Północ po raz pierwszy, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, spotkała się z czarnymi regimentami już w pierwszej bitwie nad Bull Run. Według naocznych świadków miały być to trzy oddziały pochodzące z Georgii, Południowej Karoliny oraz Wirginii, liczące około 1000 ludzi każdy. Według Williama Henry’ego Johnsona, wolnego czarnego z Connecticut, biorącego udział w bitwie po stronie Północy, te trzy regimenty walnie przyczyniły się do zwycięstwa Południa. Przy okazji warto wspomnieć, że Johnson dołączył do oddziału ochotniczego wbrew nakazom administracji Lincolna, która także nie dopuszczała zaciągu czarnych. Kolejnym potwierdzonym przypadkiem czarnych w służbie Konfederacji jest milicja stanowa Luizjany, gdzie około 1500 czarnych stanęło ramię w ramię z białymi. Oddana walce o prawa Południa była szczególnie grupa czarnych plantatorów, z których około 3700 posiadało własnych niewolników. Większość z nich żyła w Południowej Karolinie, Luizjanie i Missisipi.

Północ czy Południe?

W tym konflikcie żadna strona nie była bez skaz – to pewne. Na pewno bez skaz nie była Północ mieniąca się jako strona dążąca do wolności wszystkich obywateli, a w końcu te wolności ograniczająca. Można sypać argumentami i wręcz licytować, która ze stron była lepsza, a która gorsza. Prawda jest taka, że każda ze stron to setki tysięcy żołnierzy – wielu idealistów, bojowników o wolność czy w końcu walczących o swój skrawek ziemi i o rodzinę. Jeżeli miałbym wybrać jedną ze stron to z pewnością walczyłbym po stronie Konfederatów. Czemu? Bo w większości byli to zwykli ludzie, którzy walczyli o to, co im zabrano lub po prostu dlatego, że mieszkali tam, gdzie mieszkali. Większość z nich nie zginęła za niewolnictwo czy za jakieś szczytne idee wymyślone przez możnych tego świata. Oni ginęli za to, w co wierzyli – za swój styl życia, który ktoś próbował im odebrać.

Dziś lewaccy aktywiści nieświadomi ich prawdziwych motywacji, bezczeszczą pamięć, niszcząc, malując, opluwając groby i pomniki prawdziwych bohaterów, bez których nie byłoby Ameryki. Flaga Konfederacji jest wbrew ich głosom symbolem tego, za co potrafi oddać życie prawdziwy Amerykanin, a to, że jest wykorzystywana w różnych innych pokrętnych kontekstach nie oznacza wypaczenia jej prawdziwej wartości. Krzyż Południa (ang. Southern Cross) jest symbolem sprzeciwu wobec autorytatywnych rządów na całym świecie oraz przywiązania do tradycyjnych, lokalnych i konserwatywnych wartości.

Bibliografia:
Anna Radziwiłł, Wojciech Roszkowski, Historia 1789-1871, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995
Shi D, Tindall G, Historia Stanów Zjednoczonych, Zysk i S-ka, Poznań 2002
http://thepolandtimes.com/odklamywanie-historii-cala-prawda-fladze-konfederacji/

Komentarze