Aleksander Sienicki: Wieczny dym nad Europą, czyli o zapomnianej rewolucji | Narodowcy.net

Aleksander Sienicki: Wieczny dym nad Europą, czyli o zapomnianej rewolucji

Narodziny rolnictwa przedstawia się zazwyczaj jako rewolucyjne przejście z koczowniczego łowiecko-zbierackiego trybu życia do życia osiadłego z rzemiosłem, podziałem pracy, podziałem społecznym, wspaniałymi świątyniami, początkiem pisma, półlegendarnymi królami-herosami pierwszych miast-państw otoczonych murowanymi murami – cywilizacją innymi słowy. Jednak od przejścia na rolnictwo do czegoś co w ogóle przywodzi na myśl zaczątki cywilizacji mijają tysiąclecia, ba w większości regionów świata okres między pojawieniem się rolnictwa a cywilizacji jest nawet i dziś dłuży od istnienia tam cywilizacji. Faktycznie między opanowaniem rolnictwa, a przejściem na w pełni osiadły tryb życia rozciągał się trwający tysiąclecia zupełnie odmienny świat technologiczny z odmiennymi relacjami społecznymi. Świat o którego istnieniu i końcu, na szkodę naszego uczenia się z przeszłości, zbyt często się zapomina.
Specyfika rolnictwa żarowego

Rolnictwo żarowe, z grubsza, polega na wypaleniu kawałka lasu i uprawiania żyznego pogorzeliska, przez rok dwa, potem kawałek ziemi pozyskany ogniem jałowieje i potrzeba wypalić nowy kawałek lasu w innym już miejscu, który przecież wyjałowieje równie szybko, a dalej zaś podobnie. Z pozoru może wyglądać to na jakiś tam technologiczny detal nie wart większego rozważania przez zajmującego się ogółem cywilizacji metahumanistę, tak jakby europejskie rycerstwo nie zostało urodzone przez żelazne strzemię. Pozyskiwanie coraz to nowych pól ogniem powoduje dość prosty fakt, gospodarstwa muszą iść za polami, doprawdę groteskowo wyglądałby plemienny równy idący z motyką i workiem nasion od rana do południa na oddalone pole i albo pracujący tam tylko kilka godzin albo nocujący tam uparcie nie zakładając stałego obejścia bliżej pól. I faktycznie pierwsi rolnicy jeszcze długo mieli nie przejść do w pełni osiadłego życia, budując wioski w zależności od wielkości gromady, inwentarza, agrotechniki na kilka czy kilkanaście lat czasem trochę ponad pokolenie, i po wypaleniu wszystkiego co było do wypalenia, przenosząc się w inne miejsce które miało służyć równie długo.

I jego skutki…

Opisany schemat prowadzenia życia gospodarczego nie tyle że ma poważne skutki, on pociąga za sobą całkowicie odmienny rodzaj stosunków między ludzkich i model życia społecznego, niż ten jaki znamy ze świata wiosek istniejących w jednym miejscu setki lat, domów-osi światów w których rodziły się i umierały całe pokolenia konkretnej rodziny. Nawet jeśli już sami nie mamy nic wspólnego ze wsią i rolnictwem to ten mit-kultura swojego miejsca wciąż w nas żyje. Ta specyficzna nabożność do kamienic podwórzy, bloków i familoków, poczucie swojskości i przywiązania do miejsc dzielnicy rodziców i dziadków, które wciąż w wielu tak wyraźnie się objawia.

Tego słodkiego rodzaju zniewolenia miejscem nie znały dawne ludy rolników żarowych, tak jak i nie znały go koczownicze ludy pasterskie, całe poczucie tożsamości osadzające na wspólnocie krwi przebywających ze sobą. Nie było też faktycznego zróżnicowania majątkowego, bo co pozostawało do jego kumulacji, trzoda która żyje ile żyje i wymaga nieredukowalnej obsady ludzkiej do upilnowania stada oraz te symboliczne paciorki częstokroć zresztą zabierane do następnego życia ku uciesze archeologów. Mówienie w tamtym czasie o wspólnej własności ziemi jest czystym anachronizmem chyba jedynie służącym legitymizowaniu jakiś lewicowych teoryjek. Ziemia pozyskana ogniem i użyteczna ekonomicznie przez rok dwa w ogóle nie była czymś co można było rozpatrywać w sensie własność, równie zasadne było by powiedzieć że jeszcze na „świętej ziemi” powietrze było wspólną własnością całej ludzkości-niby można ale sensu w tym niewiele.

Elita tego społeczeństwa siłą rzeczy była też więc inna, oparta nie na gromadzonym przez poprzednie pokolenia majątku jako rada możnych ale właśnie tą plemienną starszyzną opartą na osobistym doświadczeniu, autorytecie, posiadanej wiedzy, zasługach wojennych, zdolności do gadania z duchami przodków i przyległym światem nadprzyrodzonym czy też przekuwania swojej pracowitości w ośmiu zięciów i sześciu synów którzy dożyli wieku dorosłego. I choć ostatnich przywódców takich społeczności w wielu przypadkach też określamy królami, to nie mogła tam się w pełni rozwinąć władza nie tyle że niedemokratyczna co taka na którą nie było przyzwolenia i akceptacji. Zwyczajnie nie da się odgórnie narzucić swojej władzy grupie która jej nie chce, a jest na tyle duża by móc żyć samodzielnie i która bez większego sentymentu po prostu może swobodnie odejść, tak jak swego czasu odeszli burscy pasterze z koloni przylądkowej.

I tu chyba najważniejszy specyficzność społeczna, dla ludzi regularnie migrujących raz na jakiś czas nie było wielkiej jakościowej różnicy czy tym razem będą migrować 7km 70km czy 700km, stąd też wynika ta niesamowita i niezrozumiała z naszej perspektywy mobilność tamtych ludów porównywalna tylko z czasami współczesnymi i „wielka wędrówka ludów” która doprowadziła do upadku Imperium Romanum nie była w tym niczym wyjątkowym.

Plemię Shang założyciele pierwszej historycznej dynasti Chin po podboju swojej poprzedniczki półlegendarnej dynastii Xia/kultury Erlitou przez pierwszy okres swych rządów mniej więcej co półtorej pokolenia zakładali nową stolicę by ostatecznie trwało osiąść dopiero wokół piątej z nich, zaś wedle ich własnego przekazu wcześniej między Powodzią Wielkiego Yu która zmiotła późnoneolityczne kultury Żółtej Rzeki i powinna przypadać na ok 1900 przed naszą erą, a podbojem Xia ok 1600 pne migrowali już razy osiem.

Migrowali Dorowie znad Dunaju do Grecji, Sykanowie znad Sekwany na Sycylię. Celtyccy Bojowie z Bohemii nad italijski Pad zakładając miasto od nich nazwane Bolonią. Sami zaś Celtowie ze swojej kolebki w Bawarii na całą prawie Europę od Irlandii i Hiszpanii po Azję Mniejszą. Teutonowie i Cymbrowie z półwyspu jutlandzkiego po półwysep iberyjski i Italię. Zatrzymał Cezar nad Saoną wyruszających z swych siedzib na zachód Halwetów. W końcu i nasi przodkowie ruszając z bagnistego i zacofanego poleskiego matecznika i przebijając demograficzną skalą wszystkie te ruchy „wielkiej wędrówki ludów”. Byle by tylko ta migracja odbyła się wśród swoich i na nowym miejscu było się otoczonym jakimiś współplemieńcami.

Przełom

W końcu jednak świat się kończy. Te sam kawałek ziemi choć pod różnymi formami zaczyna być użytkowany nieprzerwanie przez wiele lat, wsie, sioła i zagrody przestają migrować po plemiennym okręgu, ogień wychodzi z użytku i zaczyna się karczunek, a tam skąd las odszedł, las już nie wraca.

Stare więzy rodowe choć nie zanikają to ulegają poluźnieniu, pojawia się bardziej niezależna wyemancypowana rodzina podległa ojcu, swemu potężnemu pater familia, z ziemią która należy i którą można odziedziczyć, ziemią która tworzy przywiązanie. Powiązania systemem rodzinnych koligacji ustępują powiązaniom dogodnego targowiska wokół którego koligacje kształtują się na nowo, oraz lokalnym powiązaniom w celu zbrojnej obrony tej już swojej ziemi i zapewnienia jej prawidłowego dziedziczenia-przez synów, a nawet córki przed stryjami. W miejsce wspólnot opartych wyłącznie na wspólnym pochodzeniu pojawia się nowy rodzaj wspólnoty oparty już na wspólnocie krwi i ziemi, jakkolwiek jeszcze nie nazwanej.

Ramnes, Tities i Luceres zmieniają się w Rzymian; Jonowie, Achajowie, Dorowie, Pelazgowie w Greków; siedem plemion węgierskich w Węgrów, przybywający z różnych stron migranci dają początek narodom nowego świata.  Odgałęzienie królewskiego domu osiadłe w Burgundii czy Mazowszu bez najmniejszego zmieszania krwi z miejscową szlachtą staje się tym naszym za którego sprawę warto żyć i umierać.

Holenderski i niemiecki osadnik, czeski imigrant, pruski, tatarski i ormiański uchodźca w ciągu kilku pokoleń, staje się Polakiem i to częstokroć reprezentując ten najbardziej żarliwy typ patrioty, zaś miejski koczownik po blisko tysiącleciu dalej pozostaje Żydem. Czasem zaś jeszcze gdzieś zaplątywała się wspólnota wspólnego chodzenia na wyprawy wojenne i tak powstawała szlachta-arystokracja, która po umasowieniu wojny rozmywała się na rzecz narodu w nowoczesnym już rozumieniu.

I co z niego wynika…

W końcu jednak świat się kończy. O ile pierwsze migracje doby industrializacji odbywały się jeszcze w obrębie tej samej wspólnoty krwi i ziemi stworzonej przez dawne działania monarchii -migracje ze wsi do miast z prowincji bardziej zacofanych do tych z rozwijającymi się miastami.

Następna która w zależności od perypetii historycznych kraju mogła się zacząć jeszcze w XIX wieku, w północno-zachodniej europie nasilenia nabierając po II wojnie światowej, Europę wschodnią i kraje azjatyckie obejmując dopiero niedawno tudzież wcale, a w przypadku narodów nowego świata zlewając się z ich etnogenezą jako taką, opierała się na wchodzeniu tych zagranicznych nowych przybyszy w zastałą już wspólnotę krwi i ziemi.

O tyle obecnie czy to ze względu na masowość czy na jakieś inne czynniki, możliwe że związane z technologią, możemy obserwować jakiegoś rodzaju załamanie tego procesu gdzie nie ma już asymilacji, a nowi przybysze bardziej zaczynają wytwarzać związki bliższe wspólnotom migrujących rolników żarowych gdzie Algierczycy trzymają się z Algierczykami, Pakistańczycy z Pakistańczykami, Turcy z Turkami, Kurdowie z Kurdami, a wszyscy ogółem wedle pokrewieństwa swoich narodów.

Choć wieszczenie dokładnego powrotu tamtych czasów było by przesadą, bo żyjemy w innej rzeczywistości technologicznej i ekonomicznej i jest to inna skala demograficzna, to jednak analiza czy sama świadomość istnienia tego zapomnianego etapu ludzkich dziejów między łowcami-zbieraczami a życiem osiadłym może nam przynieść więcej trafnych wniosków niż ponowne usilne doszukiwanie się analogii do upadków dawnych imperiów.

Aleksander Sienicki

Komentarze