"Wir. Na linii ognia" - recenzja książki | Narodowcy.net

“Wir. Na linii ognia” – recenzja książki

Sierżant Krzysztof Pluta „Wir” był żołnierzem Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Obecnie prowadzi swoją firmę szkoleniową. Postanowił spisać swoje wspomnienia, oczywiście te, którymi może się podzielić. A ma co opowiadać. Selekcja do JWK, Macedonia Irak, szkolenie w Forcie Bragg, Afganistan… Ogółem szesnaście lat służby.

Książka „Wir. Na linii ognia” to przede wszystkim historia profesjonalisty z krwi i kości. W pełni oddanego temu co robi. Cały czas dążącego do perfekcji. Szukającego non stop okazji, aby podnieść swoje kwalifikacje. To właśnie dzięki takim ludziom siły specjalne są dumą Wojska Polskiego.

Sierżant Pluta pochodzi z wojskowej rodziny. Jego ojciec służbę zakończył po 27 latach jako starszy sierżant sztabowy. To on zaszczepił w synu miłość do wojska, to jemu mały “Wir” wykrzyknął „Zostanę żołnierzem, jak ty!”.

Zaczęło się od „zwykłego wojska”. W książce uświadczymy wspaniałych opisów życia na jednostce i wiecznie rozdartych kaprali. Później przyszedł czas na JWK. Dowiadujemy się bardzo dużo o procesie selekcji i jej przedłużeniu, czyli kursie bazowym na samym początku funkcjonowania jednostki. Od tamtego czasu zmieniło się wiele, ale jedno pozostało bez zmian – zostają tylko najlepsi.

Po ukończeniu podstawowego szkolenia (komandos tak naprawdę szkoli się przez cały okres służby) „Wir” trafił do Macedonii. Był to rok 2002. To właśnie w tym czasie zginęło tam dwóch żołnierzy z JWK…

W Iraku, na trzeciej zmianie, komandosi z JWK stawiali swoje „pierwsze kroku u boku Amerykanów”. Jak opisuje sierż. Pluta: „byliśmy nieporadni, ale bystrzy i pojętni, a po kilku latach (…) role się odwróciły”. Autor wyraźnie uświadamia czytelnikowi jedną rzecz – wojna uzależnia. Adrenalina, której zaznał w Iraku nie pozwoliła mu siedzieć bezczynnie w domu. Wrócił nad Eufrat. Wtedy zetknął się z polskimi politykami z samego szczytu. To spotkanie nie skończyło się jednak dobrze…

Najcenniejszą częścią książki jest oczywiście opis elitarnego szkolenia medyków pola walki w Forcie Bragg. Sierż. Pluta ukończył je jako pierwszy Polak. Trafił tam już po skończeniu szkolenia medyków piechoty w Focie Sam Huston. Na miejscu nie dostał jako obcokrajowiec żadnej taryfy ulgownej. Stosy książek do czytania. Całe dnie ćwiczeń. Mało snu. I tak przez kilka miesięcy. Jeden z podrozdziałów książki zatytułowany jest „Jak mnie nie zabiją, to się doczołgam”. Wydaje się, że jest to motto życiowe „Wira”. Jego samozaparcie imponuje i inspiruje. Co do samego szkolenia, szokują np. opisy ćwiczeń na żywych zwierzętach, głównie kozach. Jednak wszystko co „Wir” tam przeszedł, pozwoliło mu później uratować niejedno życie w Afganistanie, gdzie, oprócz swoich podstawowych zadań, latał w amerykańskim zespole ewakuacji medycznej – MEDEVAC.

Książka napisana jest prostym, żołnierskim językiem. Bezpośredniość autora stanowi jej wielki atut. Krótko, zwięźle i na temat. Bez zbędnego bajdurzenia i kolorowania. To często szokuje. Tak jak scena z polskimi żołnierzami wracającymi do bazy z kolędą „Dzisiaj w Betlejem” na ustach, milknącymi na widok medyków starających się ratować życie… Bez jakiegoś niezwykle kwiecistego opisu, a jednak bardzo dosadna.

Kiedyś podczas spotkania z szefem szkolenia GROM-u usłyszałem, że operator jest silny, wytrzymały itd. oraz… rozwiedziony. Nie mam pojęcia czy tak było w przypadku „Wira”, ale z pewnością służba jaką opisał, mimo że imponuje, nie sprzyja życiu rodzinnemu. Ciągłe wyjazdy, szkolenia, misje. W tym temacie uznanie wzbudza solidarność żołnierzy JWK. Gdy „Wirowi” zachorowała córka podczas jego pobytu w Forcie Bragg, koledzy z jednostki zadbali, aby powróciła do zdrowia.

Lekturę oceniam wysoko i polecam.

Komentarze

Adam Szabelak

Działacz Młodzieży Wszechpolskiej od 2014 roku. Organizator m.in. turnieju piłkarskiego "Cześć Ich pamięci!" i współorganizator Radomskiego Konwentu Polskiej Popkultury - KonRad. Zainteresowania: geopolityka, wędrowanie, gry "bez prądu", niszowa piłka nożna.