> Wojciech Niedzielko: „303. Bitwa o Anglię”, czyli kolejny „superniewypał” - Narodowcy.net

Wojciech Niedzielko: „303. Bitwa o Anglię”, czyli kolejny „superniewypał”

Końcówka lata tego roku mogłaby ucieszyć polskich fanów kina wojennego i miłośników historii. Na ekrany weszły bowiem dwa filmy: polsko-brytyjski „303. Bitwa o Anglię” oraz „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”, stworzony przez polską ekipę. Należy podkreślić słowo „mogłaby”, gdyż w przypadku pierwszej produkcji, przed premierą określanej mianem „superprodukcji”, trudno o wyrazy uznania.

Przed wejściem na salę z ciekawości porównałem budżet „dzieła” Davida Blaira i „Dunkierki”, którą dziełem można nazwać bez szczypty ironii. Szacowany koszt „Bitwy o Anglię” wyniósł 10 mln dolarów, czyli dziesięciokrotnie mniej niż w przypadku filmu Christophera Nolana. Nie spodziewałem się zatem niczego wielkiego – ot, przeciętny film, który niedługo po premierze będzie można obejrzeć w sobotni wieczór na losowym kanale w telewizji. Przepaść okazała się jednak większa – można powiedzieć, że różnica między filmami jest proporcjonalna do wielkości budżetu.

Każdy, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się historią, słyszał o legendarnym Dywizjonie 303, który miał najwięcej zestrzeleń samolotów Luftwaffe podczas bitwy o Anglię. Nie dziwi zatem spore zainteresowanie wśród polskiej widowni, które wyrosło wokół filmu przed jego pierwszym pokazem. Uwagę bardziej masowego odbiorcy musiała przyciągnąć obsada. W filmie zobaczymy Marcina Dorocińskiego (Witold Urbanowicz) oraz Milo Gibsona (John Kent), który bardziej znany jest jako syn Mela Gibsona. Obaj zagrali na oczekiwanym poziomie.

W główną rolę Jana „Donalda” Zumbacha wcielił się natomiast Iwan Rheon. Ten mało znany brytyjski aktor zasłynął przede wszystkim z kultowej serii „Gry o Tron”, gdzie zagrał fanatycznie okrutnego Ramsaya Boltona. Ktoś, kto oglądał ten serial i zna historię Zumbacha, mógł pomyśleć, że reżyser trafił w dziesiątkę. Zumbach był bowiem niezwykle barwną osobowością – po wojnie parał się przemytem i organizował lotnictwo afrykańskich państewek, aby ostatecznie zginąć we Francji w niewyjaśnionych okolicznościach. Idealna postać na zawadiackiego, nonszalanckiego i skutecznego pilota, który ma jeden cel – zniszczyć wroga. Rheon, który wrył się w pamięć fanów „Gry o Tron” swoją zimną bezwzględnością, nadawał się do tej roli idealnie. Niestety scenarzysta do spółki z reżyserem postanowili zrobić z niego jednoznacznie nijakiego bohatera pierwszego planu, który w każdej scenie sypie szablonowymi banałami.

Tanie efekciarstwo

Scen batalistycznych, które w tym przypadku polegały głównie na powietrznych akrobacjach i bitwach, bynajmniej nie można zaliczyć do udanych. Czasami miałem wrażenie, że oglądam reklamę przeciętnego symulatora lotniczego, która często pojawia się w wyskakujących okienkach w przeglądarce. Największą przesadą była animacja płonącego domu, zniszczonego podczas niemieckiego nalotu. Płomień przypominał ten z logo gry „Diablo II”. Tak się niestety kończy korzystanie na siłę z technologii, zamiast z tradycyjnej pirotechniki.

Zważywszy na mały budżet, można to jeszcze wybaczyć. Można wybaczyć także przeinaczanie historii, aby dodać jej nieco porywu – tak było w przypadku przedostania się Zumbacha z Francji do Anglii, które otwiera film (czy naprawdę potrzebne są tego typu zabiegi w przypadku historii Dywizjonu 303?).

Natomiast nie można wybaczyć naciągania scen z  powietrznymi pojedynkami. W jednej z nich Zumbach po wystrzelaniu zapasu amunicji w swoim myśliwcu, zbliża się do samolotu wroga i strąca go dotknięciem dziobu jednopłatowca. Takie sytuacje w historii wojskowości były ekstremalnie rzadkim przypadkiem. Zrozumiałe są intencje reżysera – pokazanie odwagi graniczącej z brawurą i doskonałego wyszkolenia polskich lotników, jednak można było to zrobić w inny sposób.

Jak na mierny film przystało, pojawia się także wątek relacji damsko-męskich, który jest jednocześnie chaotyczny i prostacki. Kolejną pierwszoplanową postacią jest Phyllis Lambert (Stefanie Martini), pełniąca służbę w personelu naziemnym. Angielka wykorzystuje swoją urodę do „odreagowania” trudnych czasów wojny, co zresztą sama przyznaje bez ogródek. Intencja wydaje się banalna – pomimo heroizmu człowiek pozostaje człowiekiem i musi realizować swoje potrzeby niższego rzędu. Wątek ma także wyraz antybrytyjski – bohaterka najpierw romansuje z Anglikiem, później wiąże z Polakiem (Janem Zumbachem), a w międzyczasie napastuje ją jeden z oficerów sztabowych.

Przegrana bitwa

Trudno sobie wyobrazić film o Dywizjonie 303 bez nawiązania do historii polskich lotników i tego, co stało się z Polską po przegranej kampanii wrześniowej. Twórcy „303” poszli na łatwiznę. Polacy mają przed oczyma przejaskrawione sceny, w których Niemcy mordują ich bliskich. Jest to przedstawione na tyle tandetnie, że nie może budzić emocji nawet u widza pozbawionego poczucia jakiegokolwiek smaku. Wszystko jest okraszone dialogami, które są do bólu przewidywalne i wypełnione frazesami („Ja jestem Żydem, ty jesteś Szwajcarem, ale wszyscy jesteśmy Polakami”). W filmie pochwalić należy zakończenie, pokazujące, co się stało z polskimi lotnikami, którym ponoć „nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele”. Ale co z tego, skoro międzynarodowy widz latami będzie oglądać kapitalną „Dunkierkę” lub nieśmiertelnego „Szeregowca Ryana”, które opiewają bohaterstwo brytyjskich i amerykańskich żołnierzy?

Niestety, ale „303. Bitwa o Anglię” zasługuje na miano gniota klasycznego. Żaden wątek nie jest do końca wyeksponowany, żadna postać nie jest do końca wyrazista, historie zaczynają się w połowie i kończą się w połowie. W filmie jest wszystko i nic. Dlatego pozostaje czekać, aż bohaterstwo lotników legendarnego dywizjonu zostanie docenione przez producentów z większymi ambicjami artystycznymi.

Komentarze