> Wojciech Niedzielko: Izrael wyświadczył nam przysługę

Wojciech Niedzielko: Izrael wyświadczył nam przysługę

Wydaje się, że główne trzęsienie ziemi Polska ma za sobą. Po skandalicznych, często wprost kłamliwych wypowiedziach przedstawicieli izraelskiego rządu i parlamentu, spóźnionej reakcji  decydentów III RP oraz rozpaczliwej obronie polskiej opinii publicznej w mediach społecznościowych, można zadać przewrotne pytanie: czy jest aż tak źle, jak się mówi?

Nie trzeba przedstawiać poszczególnych dowodów na to, że polityka polskiego państwa w  ciągu ostatnich 30 lat opiera się na aspiracji do bycia „strategicznym” partnerem Stanów Zjednoczonych w Europie Środkowo-Wschodniej. Kierunek dyplomacji III RP został zdefiniowany przez ideologię giedroycizmu, którego głównego, wręcz „cywilizacyjnego” wroga upatruje w postsowieckiej Rosji. Państwo to, mimo rzeczywistej degradacji z imperium światowego do mocarstwa kontynentalnego, jest nadal według tej koncepcji kluczowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski. W imię walki z tym zagrożeniem, należy wspierać państwa, które niegdyś były pod kuratelą ZSRR bądź te, które aktualnie znajdują się w rosyjskiej strefie wpływów. Najczęściej odbywa to się kosztem polskiej mniejszości narodowej, zamieszkującej Kresy Wschodnie II RP.

Nadwiślańscy demoliberałowie toczą tę walkę w imię wolności i tzw. wartości demokratycznych. Ich rodzimi przeciwnicy spod znaku prawicy konserwatywnej mówią zaś o realizowaniu interesów Polski, której bezpieczeństwo najskuteczniej może być zapewnione pod parasolem ochronnym Stanów Zjednoczonych i NATO. Niezależnie od motywów skutek jest ten sam – wektor polskiej polityki zagranicznej zwrócony jest w tym samym kierunku.

Niemniej jednak nietrudno zauważyć, że konserwatywna prawica gorliwiej realizuje swoje posłannictwo. Bo to właśnie ona specjalizuje się w chorobliwym tropieniu „ruskich agentów”. „Ruscy agenci” pojawiają się wszędzie tam, gdzie paradygmat giedroycowski choć w najmniejszym stopniu jest kwestionowany. Dotyczy to także upominania się o prawa i interesy Polaków na Litwie, Ukrainie i Białorusi, które najczęściej są łamane przez włodarzy tych państw. Nie pomaga nawet jasna deklaracja, która wskazuje Rosję, jako potencjalne i realne zagrożenie – jeśli choć trochę uszczuplasz powagę wschodniego niebezpieczeństwa, już stałeś się agentem, „ruskim” trollem lub w najłagodniejszej wersji „ruskim” pożytecznym idiotą. Clou tego paradygmatu myślowego zasadza się właśnie w jego wariackim fanatyzmie.

Problem ideologii giedroycizmu polega na tym, że jest ona ideologią. Nikt nie kwestionuje rosyjskiego zagrożenia na polu bezpieczeństwa energetycznego (Nord Stream II) czy militarnym (obwód kaliningradzki). Ze względu na zaszłości historyczne należy także brać pod uwagę możliwość infiltracji wśród wojska i służb specjalnych. Giedroycizm w sposób wybitny nie dopuszcza jednak innego ułożenia kierunku polityki zagranicznej i nie dopuszcza myśli, że realizowanie interesów amerykańskich nie zawsze musi być tożsame z realizacją interesów polskich.

Prawica konserwatywna ochoczo dokłada do tego swoją sympatię do Izraela, chcąc chyba udowodnić, że nie ma nic wspólnego z antysemityzmem i ksenofobią, o które oskarżają ją polscy demoliberałowie. Czasami podnosi się również kwestię niesienia przez żydowskie państwo kaganka „zachodniej cywilizacji” na Bliskim Wschodzie, co zresztą bez żadnej refleksji kupowane jest przez szeroko rozumianych prawicowców, którzy swoją antypatię do „europejskich” Arabów przenoszą aż nad Eufrat i Tygrys. W tym wypadku percepcja intelektualna pozostaje bezradna wobec bliskowschodniego galimatiasu geopolitycznego.

I tak na rozgrzaną głowę prawicowego konserwatysty wylany został kubeł zimnej wody. Pomińmy skompromitowanych demoliberałów i nowolewicowy margines, bo ich reakcja nie mogła nikogo zaskoczyć. Wszystko wskazuje na to, że obóz „dobrej zmiany” nie spodziewał się tak bezpardonowego ataku. To można uznać za przyczynę stosunkowo późnej reakcji naszych notabli, która o dziwo uwzględniając powyższe okoliczności ideologiczne okazała się być stosunkowo zdecydowana. Zabawnie wyglądało uwijanie się redaktora naczelnego „wSieci” Jacka Karnowskiego, który przestrzegał rząd przed „wytoczeniem Izraelowi dyplomatycznych armat”. Portal wPolityce.pl poszedł jednak w sukurs rządowi i podkręcił swoją narrację, wymierzając jej szpicę nie tyle co w Izrael, ale w Niemcy i totalną opozycję oraz sprzyjające jej media. Na łamach tego medium Aleksander Nalaskowski wezwał do zaprzestania „kajania się” i bicia się w piersi „przez wszystkich dookoła” i z żalem pisał, że jeśli kiedyś Żydzi „polecą na Marsa to i tam znajdą antysemitów”. Igor Janecki stwierdził (co prawda nie wprost) fiasko polskiej polityki względem Izraela, pisząc o „złudzeniach, że istnieje jakiś długoterminowy kapitał, mozolnie wypracowywany, który chroni przed wstrząsami, jest buforem bezpieczeństwa”. Nawet Piotr Semka przyznał się, że „źle uznano, że Izrael ma twarz Szewacha Weissa. Okazało się, że ma twarz Jana T. Grossa”.

Do sprawy bardziej naiwnie podszedł nawet publicysta związany z Klubem Jagiellońskim, Jacek Sokołowski, który wezwał prezydenta Andrzeja Dudę do skierowania nowelizacji do Trybunału Konstytucyjnego. Miałoby to „zachować sojusznika, twarz i pole manewru”. Trudno się odnieść do tych słów w kontekście jednostronnej reakcji Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, która przypominała raczej silne tupnięcie nogą na niesforne zachowanie wasala niż wiadomość wysłaną do sojusznika. Niepodpisanie ustawy będzie oznaczało przypieczętowanie feudalnego status quo i nieformalne wyrzeczenie się własnej suwerenności na tak elementarnym poziomie, jak stanowienie prawa wewnętrznego.

W podobnym duchu „realpolitik” na łamach Nowej Konfederacji pisał również inny konserwatywny publicysta, Łukasz Warzecha. Optymalnym wyjściem byłoby znalezienie pretekstu do skierowania ustawy do sądu konstytucyjnego. Wcześniej Warzecha stwierdził, że „nowelizacja była błędem” i w sumie była niepotrzebna.

Błędem nie była nowelizacja. Błędem jest samo założenie polityki zagranicznej III RP, które opiera się na aspiracji do bycia za wszelką cenę “strategicznym” partnerem USA w tej części Europy. Błąd ten jest pochodną zaczadzenia umysłów polskich elit, zwłaszcza tych, które najchętniej określiłyby się, jako prawica konserwatywna. Skutkiem tej naiwnej polityki są relacje jednostronne i już na starcie gorsza pozycja negocjacyjna Polski. Zamiast sprytnie balansować między kierunkiem atlantyckim, wschodnim lub dalekowschodnim, zamiast umiejętnie wykorzystywać nasz atut i przekleństwo, czyli położenie geograficzne, III RP określiła w swoim państwowym  dekalogu, kto jest jej sojusznikiem, a kto wrogiem. To jest zasadniczy problem, bez którego rozwiązania nieustannie będziemy ponosić porażki na polu dyplomatycznym, a w przyszłości być może także na polu działań wojennych.

Obecny kryzys dyplomatyczny ma przede wszystkim tę zaletę, że może okazać się początkiem ewolucji w myśleniu naszych decydentów i zmianą dyskursu. Dla osób, które żyją w paradygmacie giedroycowskim, jest to niezauważalne. Jasne deklaracje ze strony czołowych polityków partii rządzacej oraz bezpardonowe i bezkompromisowe stanowisko byłego już (?) sojusznika z Bliskiego Wschodu oznaczają sytuację bez klarownego wyjścia. Dodatkowo w tle pojawia się kwestia żydowskich roszczeń. Nie można nie doceniać medialnej roli polityki historycznej oraz pokazowej walki z rodzimymi handlarzami roszczeń prowadzonej przez „dobrą zmianę”. Obóz rządzący stał się niejako zakładnikiem swoich haseł.

Z narodowego punktu widzenia można zatem powiedzieć: nie jest tak źle, jak się mówi.

Komentarze