Idea kresowa jako rdzeń nacjonalizmu

Zjawił się ideał Polski etnograficznej, uzasadniany przez wielu w ten sposób, że, gdy się „skoncentrujemy” na mniejszym obszarze, będziemy odporniejsi wobec nacisku wrogów. Ci, co tak argumentowali, nie rozumieli, że „skoncentrowanie” w tym wypadku jest wyrazem bez żadnego sensu, bo przecież siły narodowe nie są wojskiem, które można rozpraszać i ściągać. Gdy opuszczamy terytorium, na którym jesteśmy w mniejszości, to znaczy tylko, że kapitulujemy tam, że decydujemy się na wynarodowienie tej mniejszości, że rezygnujemy na przyszłość z wszelkich korzyści stamtąd, między innymi także i z udziału w pracy duchowej narodu ludzi przez Kresy wydanych.

Roman Dmowski

Zaskakujące, że fundamentalna, przytoczona wyżej refleksja najwybitniejszego przedstawiciela polskiego nacjonalizmu, zawarta na łamach „Myśli nowoczesnego Polaka”, dotycząca „oszczędności sił i ekspansji”, pozostaje poza świadomością wielu z tych, co dzisiaj określają się nacjonalistami. Trudno bowiem nie zauważyć, w jak niewielkim stopniu zagadnienie polskiego terytorium narodowego poza obszarem administracyjnym III RP, zagadnienie Kresów narodowych, angażuje nasz namysł czy działalność praktyczną. Najbardziej okrągłe komunały i najprostsze działania o charakterze właściwie charytatywnym – to wszystko, na co nas stać.

Artykuł opublikowany został pierwotnie w piśmie „Wszechpolak” w 2016 roku. 

Wypieranie Kresów

Przyczyn tego można szukać w całej konstelacji obiektywnych uwarunkowań. Programy szkolne ignorują historię Kresów bądź ukazują ją w nieprawdziwym świetle nowej poprawności politycznej, minimalizującej właśnie ich narodowy, polski charakter. Publicystyka i polityka głównego nurtu ignorują ich współczesność lub odnoszą się do niej sceptycznie.

Oczywiście do beczki dziegciu można dodać łyżkę miodu poprzez zauważenie, że w ostatnim okresie następuje jednak pewien wzrost świadomości faktu, że naród polski nie kończy się na wytyczonej przez Józefa Stalina wschodniej granicy państwowej. Nie jest to jednak nasza zasługa, zasługa takich czy innych organizacji opatrujących się przymiotnikiem „narodowa”, lecz raczej zasługa zaangażowania pojedynczych narodowców w projekty zupełnie apolitycznych organizacji pozarządowych, których działania dają się umieścić, jak napisałem, w kategorii działań charytatywnych bądź turystyczno-krajoznawczych. Zupełny brak natomiast długofalowej działalności politycznej czy choćby i społecznej, które by w pełnym tego słowa znaczeniu realizowały hasło wysunięte kilka lat temu przez grupę młodych aktywistów z Wilna, hasło „Jednego narodu ponad granicami”. Mimo upływu lat pozostaje ono w znacznej mierze pięknym, w przypadku wilniuków podszytym nadzieją, ideałem, a nie rzeczywistością stałego kontaktu, wymiany doświadczeń, innej niż czysto doraźna działalności.

W tym samym czasie, gdy temat rodaków kresowych pojawia się w widnokręgu działaczy narodowych, pojawiają się wśród nich jednak i tacy, dla których kwestia Kresów pozostaje nie tyle w sferze nieświadomości, lecz jest świadomie ignorowana. Są tacy, dla których „nowoczesny nacjonalizm” usprawiedliwia kapitulację wobec trudnej rzeczywistości. Są tacy, którzy w ramach „nowoczesnego nacjonalizmu” w przedziwny sposób transformują ideę narodowej solidarności w (inter)nacjonalistyczną ideologię współpracy nacjonalistów „wszystkich krajów” – by zacytować klasyczne hasło.

Odpowiedzią na taką postawę może być tylko powtórzenie podstawowych i wydawałoby się oczywistych aksjomatów idei nacjonalizmu.

Głównym jej podmiotem jest naród, rozumiany jako masowa wspólnota terytorialna. Wspólnota niepodzielna w sensie ontologicznym, organiczna. W tej perspektywie każdy Polak pozostaje w kręgu zainteresowania narodowca, nawet jeśli takie czy inne okoliczności obiektywne pozostawiły go poza terytorium państwa. Dla nacjonalisty liczy się w ostatecznym rozrachunku nie administracyjna granica tegoż państwa, lecz właśnie terytorium narodowe, etniczne. To ono jest obszarem jego zainteresowania, aktywności, obrony, twórczości, ekspansji.

Naród polski posiada terytorium wyraźnie większe niż III Rzeczpospolita. To, co poza nią, to są właśnie Kresy w najwłaściwszym, narodowym tego słowa znaczeniu. Tuż za naszą wschodnią granicą rozciągają się ziemie, które raptem trzy pokolenia temu były częścią państwa polskiego, a pozostają polskimi przez to, że są zwarcie, często w większości przez Polaków zamieszkane. Polacy ci nigdy nie opuścili państwa polskiego. To państwo polskie opuściło w swej słabości i klęsce ich, z czego wynika bardzo określone z punktu widzenia narodowej etyki zobowiązanie. Nikt, kto się Kresów wyrzeka lub choćby o nich zapomina, nie ma prawa określać się mianem nacjonalisty.

Ojczyzna naszych zwycięstw i kultury

Truizmem jest stwierdzenie, że nie ma narodów i nacjonalizmów bez narodowej historii. Może być ona rzeczywistą historią wielowiekowego rozwoju narodowej świadomości – jakościowego i ilościowego, jak to ma miejsce w przypadku narodów historycznych, takich jak Polacy czy Węgrzy. Może być to „historia” w znacznej mierze wyimaginowana, jak ma to miejsce w przypadku narodów etnograficznych, do których zaliczają się Litwini, Ukraińcy czy Białorusini, którzy naszymi narodowymi Kresami administrują. Ale historia Polski i Polaków jest zakotwiczona właśnie na nich. To historia wielkiej ekspansji, wytyczonej przez militarne przewagi i polityczną suwerenność Krakowa, a potem Warszawy, ale uwieńczonej przez przewagę polskiej kultury, kultury Mickiewicza, Słowackiego, Zana czy Moniuszki, która w bezprecedensowym procesie podbiła serca i umysły milionów zwykłych ludzi.

Ekspansja ta szła równym tempem, co zasięg świadomości narodowej. Już w drugiej połowie XVI po polsku mówiło Wilno, w wieku XVII polską kulturą żyła i za Polaków się uważała, bez względu na regionalne interesy, kresowa szlachta. Polszczyzna stała się urzędowym językiem Wielkiego Księstwa Litewskiego – jego konstytucji (Statutów Litewskich), sejmików, trybunałów, nauki i życia intelektualnego, którego jednym z najpoważniejszych ośrodków stało się właśnie Wilno. W 1791 posłowie z WKL poparli Konstytucję 3 Maja, która odrębność Księstwa zniosła poprzez utworzenie po raz pierwszy unitarnej Rzeczpospolitej Polskiej.

W dobie kluczowego dla rozwoju narodów europejskich romantyzmu to właśnie Wilno staje się duchową stolicą Polski, a Wileńszczyzna epicentrum polskiej kultury.

O tym, jak wielka była siła polskiej cywilizacji, świadczy fakt, że masy ludowe także tutaj uzyskały polską świadomość narodową, mimo że działo się to w XIX stuleciu – wieku druzgocącej rusyfikacji, gdy władze carskie po powstaniu styczniowym zabroniły na wschodnich „Ziemiach Zabranych” nawet mówienia po polsku w miejscach publicznych. Za polskość można było wówczas stracić szlachectwo, ziemię. Polskość była wówczas poważnym egzystencjalnym obciążeniem, przyczyną deklasacji, a nie drogą awansu społecznego. Mimo to na drogę tę wstąpili nawet najprostsi chłopi spod Grodna, Trok czy Lidy. Historyczna ekspansja narodowa na wschód była dziejowym sukcesem polskiej cywilizacji. Jeśli dziś narzekamy na skarlenie mentalne Polaków, które przejawia się wyraźnie w ich poglądach i zachowaniach politycznych, to z pewnością próba zapośredniczenia historii tej ekspansji w popularną narrację ma fundamentalne znaczenie dla formułowania etosu fundującego naród silny, asertywny i wewnątrzsterowny.

Wielki historyczny proces doprowadził do formowania się tego, co współcześni historycy określili mianem „pasa polskiego” – strefy nieprzerwanego, zwartego zaludnienia etnicznych Polaków, ciągnącej się od Białegostoku i Augustowa, przez Grodno, Wilno i Lidę, Święciany i Postawy, Bracław, aż po Dyneburg na południu Łotwy, czyli w dawnych polskich Inflantach. Niemal wszędzie tam Polacy stanowili większość mieszkańców. Polskie Kresy próbowali nadgryźć nacjonaliści nowopowstających na bazie lokalnych dialektów i ludowych legend narodów litewskiego i białoruskiego. Uruchomiona przez pakt Ribbentrop-Mołotow apokalipsa oznaczała niemal kompletną zagładę Kresów Południowo-Wschodnich, gdzie sowietów wyręczyli ukraińscy nacjonaliści. OUN-UPA okazały się bardziej mordercze i systematyczne w swojej kampanii terroru nawet od NKWD i w efekcie doprowadziły do zasadniczej depolonizacji Wołynia i Małopolski Wschodniej. Inaczej rzecz się miała na Kresach Północno-Wschodnich. Mimo wojny, terroru dwóch totalitarnych okupantów, ekspatriacji lat 1944-1959, stalinizmu, jeszcze pierwszy spis radziecki z 1959 r. wykazywał nieprzerwaną strefę większościowego zaludnienia polskiego. Dziś jest już ona perforowana na Białorusi obszarami obcej ludności. Sprawa jednak nie jest przegrana, zostawmy wszakże szczegółową analizę demograficzną na odrębny tekst, na jaki ona zasługuje.

Kresy to nie historia – to żyjący naród

Podkreślić trzeba z całą mocą, że polityka państwowa Litwy i Białorusi, a w przypadku tej pierwszej także stanowisko znacznej większości społeczeństwa, obliczone są na faktyczne wynarodowienie, asymilację ludności polskiej. Bez względu na konieczność omówienia i uwzględnienia określonych różnic i odrębności między tymi dwoma krajami, refleksja ta musi stać u podstawy, grać pierwszorzędną rolę w postrzeganiu przez polskich nacjonalistów tych sąsiednich państw i narodów.

W tym miejscy wybić trzeba tylko jedną myśl – Kresy to nie historia – to setki tysięcy żyjących ludzi, ponoszących w warunkach instytucjonalnej dyskryminacji, codzienne, drobne, a czasem całkiem znaczne ofiary w imię własnej, narodowej tożsamości, z powodu jej deklarowania.

Po drugie, właśnie teraz mamy do czynienia z czasem kryzysu, przesilenia, przełomu, który dokonać się może w dwóch kierunkach – bądź odrodzenia narodowego Polaków kresowych, bądź skokowego narastania zjawiska wynarodowienia, aż do ostatecznego rozwiązania kwestii polskości na Kresach poprzez jej śmierć. To właśnie dziś, wobec narastania zewnętrznej presji instytucji i społecznego otoczenia, przy jednoczesnej bierności polityki Rzeczpospolitej i jej społeczeństwa, decyduje się, czy kolejne pokolenia kresowych rodaków będą gotowe do ponoszenia dalszych, być może jeszcze większych wyrzeczeń, aby Polakami pozostać.

III RP nie jest państwem narodowym, o jakim marzymy także pod tym względem, że nie jest państwem wszystkich Polaków.

 Konstytucja z 1997 r. definiuje naród polski w swej preambule jako „wszystkich obywateli Rzeczpospolitej”. Rzecz jasna pozostawia ona poza tak rozumianą wspólnotą setki tysięcy rodaków, których II Rzeczpospolita nie potrafiła uchronić przed pozbawieniem obywatelstwa i popadnięciem pod władzę obcych. Jakże inaczej brzmi chociażby artykuł D Konstytucji Węgier uchwalony po przemianach w roku 2010, który stanowi: „Państwo Węgierskie, mając na uwadze jedność narodu węgierskiego, jest odpowiedzialne za los Węgrów poza granicami kraju”. Przy czym wspomina się w nim nie tylko o działaniach na rzecz „zachowania tożsamości węgierskiej”, lecz także nawet zmiany statusu administracyjnego kresowych rodaków poprzez wspieranie „ustanawiania samorządów lokalnych”, co znajduje swój wyraz w popieraniu przez Budapeszt dążeń do autonomii węgierskich mieszkańców Siedmiogrodu w Rumunii. W węgierskich ustawach pojawia się termin „Kotliny Naddunajskiej”, który jest niczym innym niż zawoalowaną formą odwołania się do dawnego terytorium państwowego sprzed rozbioru w Trianon w 1920 r.

Ideologiczny fundament III RP

W Polsce elity polityczne, a nawet szerzej - społeczne, wyłączyły Kresy narodowe z jakiegokolwiek politycznego rachunku. Dla postkomunistów nie mieściły się one w legitymizującej ten obóz wizji PRL, jako państwa o „sprawiedliwych i korzystnych granicach”. Wszystkie siły polityczne, jakie wyrosły z dawnej „Solidarności”, niemal bez reszty przyjęły za swoją ideologię Giedroycia i Mieroszewskiego, która ze wspierania aspiracji narodowo-politycznych Litwinów, Białorusinów i Ukraińców uczyniła główny cel polskiej polityki wschodniej. W takim jej pojęciu nie było rzecz jasna miejsca na realne wspieranie rodaków na Kresach w chwili, gdy siłą rzeczy zderzyli się oni (zderzają nadal) z naciskiem pobudzonych narodowo elit nowych poradzieckich państw i próbowali dać mu odpór. Najbardziej jaskrawym i bolesnym tego przykładem jest zdrada, jakiej warszawskie elity dopuściły się wobec proklamowanego na Wileńszczyźnie w październiku 1990 r. Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego. Polskim „patriotom” nie mieściło się wówczas w głowie, by zamiast bezkrytycznie popierać Litwinów w walce o wolność waszą nie naszą z imperium, które skazane było już na zmurszenie, rozpocząć grę, jeśli trzeba, to i z wykorzystaniem czynnika moskiewskiego, by wymusić najdalsze możliwe koncesje na rzecz naszego narodowego stanu posiadania w regionie.

To, co ma do zaproponowania Polakom kresowym obecnie rządzący obóz neokonserwatywny, to taka formuła świeżo uchwalonej nowelizacji ustawy o Karcie Polaka, która zachęca i stymuluje ich do przesiedlania się w obecne granice Polski. Obóz polityczny, który z antykomunizmu dziś jeszcze czerpie moralną legitymację, chce dokończyć rozstrzygnięcia Stalina. Ponad pół roku przed przyjęciem nowej ustawy przesłanki rządzących wyraźnie zaakcentował czołowy polityk PiS-u, Ryszard Czarnecki – zwinięcie obszaru etnicznego ma ułatwić strategiczne partnerstwo z Litwą i Ukrainą przeciw Rosji.

Giedroyciowska ideologia jest pochodną generalnej wizji Polski oraz jej miejsca w świecie. Stary determinizm marksizmu elity III RP gładko zamieniły na demoliberalny determinizm Fukuyamy. Sprowadzał się on u nas do przekonania o nieuchronnej konieczności kseromodernizacji, dokładnego przeszczepienia politycznych, ekonomicznych, społecznych stosunków panujących w demoliberalnych państwach zachodnich oraz jak najszybszego dołączenia do ich struktur integracyjnych, fetyszyzowanej „wspólnoty euroatlantyckiej”.

U źródeł tego stoi z kolei postkolonialny kompleks zbuntowanego niewolnika. Piekące rany po sowieckim bacie nigdy nie zabliźniły się w psychice wychowanków antykomunistycznej opozycji, którzy dziś dzierżą władzę w Polsce. To właśnie rusofobia stała się ostateczną sankcją swoistej samokolonizacji Polski na rzecz ośrodków zachodnich przy jednoczesnym postrzeganiu całej roli naszego państwa na wschodzie jako instrumentu odpychania Rosji i pasa transmisyjnego zachodniego demoliberalizmu.

Podmiotami, na rzecz których Polska ma spalać swoje zasoby, stają się państwa narodowe Litwinów, Białorusinów czy Ukraińców, w których Warszawa ma wspierać najbardziej antyrosyjskie tendencje (bez względu, że często kierują one swoje ostrze także przeciw miejscowym Polakom) i które w przyszłości same mają się stać elementem „wspólnoty euroatlantyckiej”. Poniekąd nakłada się to na starsze archetypy kultury politycznej Polaków, już od XIX wieku pałających żądzą walki „za wolność waszą” z Rosją, która archetypicznie wprost reprezentowała i dziś reprezentuje figurę autorytaryzmu politycznego i społecznego kolektywizmu, będącą wielkim negatywem tak dla dawnych demokratów, jak współczesnych polskich liberałów czy neokonserwatystów.

Idea kresowa wymusza całkowite odrzucenie takiej perspektywy właśnie dlatego, że jest z gruntu nacjonalistyczna. Polska przestaje w niej być jakimkolwiek geopolitycznym przedmurzem czegokolwiek, przestaje być wehikułem, pasem transmisyjnym jakkolwiek rozumianych uniwersalistycznych idei. Polska jest niczym więcej niż instytucją żywego, najbardziej organicznie rozumianego narodu. Organicznie rozumianego narodu nie sposób zaś oderwać od jego realnie egzystującej populacyjnej bazy. W perspektywie narodowej to właśnie ona jest podstawą i punktem wyjścia dla jakiejkolwiek dalszej refleksji.

Rozmiar ma znaczenie

Wbrew teoretykom liberalnej szkoły stosunków międzynarodowych, masa populacyjna i głębia terytorialna pozostają istotnymi warunkami powodzenia narodów i państw. Toteż najogólniej rozumianym imperatywem myślenia i działania, ograniczanym jedynie przez obiektywne uwarunkowania geopolityczne, jest to, aby ojczyzna była jak największa, a naród jak najliczniejszy. W tej perspektywie przyzwolenie na utratę narodowych Kresów jest najbardziej negatywną w skutkach kapitulacją. Można sobie wyobrażać przypadki rewindykacji terytorialnych, bo występowały one przecież w historii najnowszej Europy. Niezwykle trudno jednak odzyskać raz utraconą, raz wynarodowioną populację. Kwestia ta staje się krytyczną, gdy weźmiemy pod uwagę fatalny wskaźnik rodności w Polsce i gigantyczny upływ krwi, jakiego nasza ojczyzna doznała wskutek liczonej już w milionach emigracji zarobkowej.

Nie ma się przy tym co oszukiwać, naturalną konsekwencją nacjonalizmu jest dążenie do upodmiotowienia politycznego całego narodu. Nie wdając się w tym miejscu w szczegółowe analizy, stwierdzę, że nie uchronimy naszych rodaków przed asymilacją bez zmiany ich obecnego statusu polityczno-administracyjnego właśnie. Realia geopolityczne czynią obecnie jałowym traktowanie dosłownie rozumianego rewizjonizmu w kategoriach programu politycznego. Niech nikt jednak nie gasi ducha i nie rozprasza marzeń. Aneksja Krymu przez Rosję była możliwa dzięki rosyjskiej większości zamieszkującej półwysep. Na oczach wielu z nas po narodowych szwach rozpruła się Jugosławia. Gdzie indziej odradzające się jak feniks z popiołów wspólnoty etniczne uzyskiwały upodmiotowienie polityczne poprzez wymuszanie daleko idących przekształceń państwa zamieszkania. Przekształceń w kierunku quasi-federalnym, jak w przypadku Kraju Basków w Hiszpanii czy Południowego Tyrolu w granicach Włoch czy też w kierunku jawnie federacyjnym, jak w przypadku Flamandów w Belgii, Szkocji i Irlandii Północnej w Wielkiej Brytanii, Gagauzji w Mołdawii. Nie ma żadnego powodu, by scenariuszy takich nie rozważać w kontekście naszych narodowych Kresów, szczególnie obserwując, jak hasło osiągnięcia terytorialnej autonomii pobudza dziś narodowo i mobilizuje Węgrów-Seklerów w Siedmiogrodzie.

Wszystkie te przykłady pozwalają zbyć wzruszeniem ramion ironiczne uśmieszki tych wszystkich, którzy odsyłają konflikty o podmiotowość polityczną na terytorium do lamusa historii. Pewność siebie tych ironistów tym bardziej staje się wątpliwa, im bardziej odczuwalnymi są symptomy wielkiego geopolitycznego przesilenia w świecie. Zmieniający się stosunek sił między waszyngtońskim hegemonem, a pekińskim pretendentem, próby ugrania czegoś dla siebie przez potęgi drugiego rzędu, takie jak Rosja, już powodują lokalne wstrząsy na podobieństwo trzęsień ziemi wywołanych przez ruch płyt tektonicznych skorupy ziemskiej. Konflikt na Ukrainie poza starciem lokalnych grup politycznych i socjo-etnicznych jest przecież także, a może przede wszystkim, wojną pośredników toczoną przez USA i Rosję. Zbliża się geopolityczne trzęsienie ziemi, a Polacy miast płakać nad kruszeniem „ładu międzynarodowego”, powinni raczej starać się przygotować na możliwości jego zmian. Oczywiście pojawia się kwestia, czy będzie dla kogo ten ład zmieniać, czy raczej nasze terytorium etniczne skurczy się do tego czasu bezpowrotnie?

Przestrzeń fundamentalnego starcia

Pojęcie Kresów przypomina nam czas ekspansywności polskiego państwa, etnosu, i kultury. Jako po soreliańsku rozumiana idea może być jednym z impulsów przemiany charakteru narodowego, o ile nie skorumpujemy mitu kresowego przez jego internacjonalizację, przyzwalanie na zawłaszczanie naszego cywilizacyjnego dziedzictwa na wschodzie przez Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, jak na to przyzwalają obecne elity intelektualne i kulturalne.

Historyczny mit powinien być dla nas jednak tylko wstępem do uświadomienia, że właśnie teraz toczy się walka na śmierć i życie, na naszych oczach, o ile tylko chcemy skierować nasz wzrok na arenę tej walki. Każdego dnia dzieci z polskich rodzin na Białorusi słuchają w tamtejszych szkołach o „zjednoczeniu 17 września 1939 r.”, a dzieci polskich rodzin na Litwie o „polskiej okupacji Wileńszczyzny” przed tą datą czy „spolonizowanych Litwinach”. Każdego dnia naszych rodaków na Kresach osaczają obcy język, obce symbole, obce interpretacje ich własnej historii i tożsamości czy nawet imion i nazwisk. Każdego dnia trwa inwazja na ich świadomość.

Doświadczenia wielu lat kontaktów z Kresami i ich mieszkańcami przekonały mnie, że tamtejsi Polacy, bez względu na proces erozji tożsamości, jaka dosięgła części z nich, prezentują nierzadko cechy, jakie chcielibyśmy widzieć jako dominujące w całym narodzie. Jako mieszkaniec Ziem Odzyskanych mogę im tylko zazdrościć tej kotwicy mentalnej, jaką daje świadomość zakotwiczenia w ziemi przodków łańcuchem dziesiątek pokoleń w ciągu kilkuset lat. Nigdy nie zapomnę wizyty u jednego z rodaków w Grodnie prezentującego planszę z drzewem genealogicznym sięgającym czasów króla Kazimierza Jagiellończyka. Pozbawione przez wojnę i powojenne deportacje swojej elity, polskie społeczności kresowe stanowią paradoksalnie spełnienie wizji nowego, ludowego narodu, ewokowanego przez Popławskiego i Dmowskiego w drugiej połowie XIX wieku. W istocie, obserwując życie społeczne i polityczne Polaków na Wileńszczyźnie, wiele można krytykować, z pewnością jest ono jednak wolne od dekadencji, kulturowych i ideologicznych dewiacji, właściwych od stu z okładem lat postszlacheckiej polskiej inteligencji i naśladującej ją pod pewnymi względami współczesnej klasy średniej. Pewne podstawowe kategorie są tam odczuwane niejako instynktownie bez konieczności uzasadniania czy wpisywanie w szersze kategorie ideologiczne. Politycy Akcji Wyborczej Polaków na Litwie chociażby pozostają całkowicie niewrażliwi na ideologiczne miazmaty dominujące nad myśleniem o polityce u nas. Zabiegi o podstawowe interesy tamtejszej wspólnoty nie są wpisywane w żadne dodatkowe narracje, interesy te nie są warunkowane „doganianiem zachodu”. Dla Waldemara Tomaszewskiego i jego współpracowników kluczowymi okazuje się nie poplecznictwo interesów „wspólnoty euroatlantyckiej”, ale zabiegi o podstawowe prawa społeczne czy narodowe własnej małej wspólnoty, zagrożone w ich przypadku przez państwo litewskie.

Kresy i ich społeczności stanowią przestrzeń dla każdego narodowca niezwykłą. W monoetnicznej w zasadzie III RP w gruncie rzeczy nigdzie nie zetkniemy się z sytuacją źródłową dla nacjonalizmu, sytuacją najbardziej dosłownego ścierania się różnych grup narodowościowych. Ścierania się języków, kultur, lojalności. Tyko na Kresach można odnaleźć się w roli najbardziej dosłownie rozumianego budziciela świadomości narodowej. Tylko tam poznać można i praktykować najbardziej fundamentalny rodzaj pracy u podstaw. Tylko na Kresach napotkamy ludzi szukających kontaktu już nie tyle z polską kulturą, lecz także z polskim językiem. Znajdziemy ludzi kurczowo trzymających się miana Polaka, a zarazem łaknących wytłumaczenia, co to w ogóle znaczy nim być. Na Kresach odnajdziemy czasem, wydawałoby się historyczną już, kategorię ludzi przez sowiecki totalitaryzm na powrót zamienionych w „tutejszych” czy opisywanych przez Dmowskiego „pół-Polaków”. Ale znajdziemy tam też jednostki poprzez skalę ofiar, jakie ponoszą w codziennym życiu i codziennej pracy stanowiących wzór owych „siłaczy”, sprawiających, że masa etnograficzna może stawać się świadomym narodem. W istocie nasze narodowe Kresy to nieco surrealistyczna kraina czasu przeszłego niedokonanego, gdzie polski narodowiec staje przed zadaniami nad Wisłą rozwiązanymi jeszcze w wieku XIX. To przestrzeń potencjalności - albo rozwoju, albo całkowitego zamarcia żywiołu polskiego na tych ziemiach w niedalekiej przyszłości.

Kresy jako źródło siły

Rozważając jakie znacznie dla osobistego etosu każdego nacjonalisty może mieć zetknięcie z Kresami, nie sposób uciec od oceny znaczenia, jakie mogą one mieć dla całego ruchu. Patrząc na karierę ruchu nacjonalistycznego, który w Europie Środkowej odniósł największy sukces, zauważymy, że u jego źródeł stoi właśnie idea kresowa. Jednym ze środowisk, które walnie przyczyniło się do powstania i wzrostu węgierskiego Jobbiku, był Ruch 64 Komitatów (HVIM), samą nazwą manifestujący przywiązanie do historycznego terytorium Węgier. Jego głównym zadaniem jest dbanie o łączność wszystkich zamieszkujących Węgry Madziarów. Sprawy węgierskich kresów nadal pozostają w centrum zainteresowania węgierskich nacjonalistów, prowadzących tam zarówno mrówczą, codzienną pracę u podstaw właśnie, włączających w swoje szeregi kresowych rodaków, stających w obliczu realnych represji, jak członkowie siedmiogrodzkiego HVIM Zoltán Szőcs i István Beke - szósty miesiąc spędzający w rumuńskim areszcie za rzekomy terroryzm.

Mit kresowy jest zresztą szeroko rozpowszechniony i głęboko zakorzeniony w całym węgierskim społeczeństwie. I nie bez podstaw można stwierdzić, że odgrywa ważną rolę w fundowaniu swoistego potocznego nacjonalizmu szerokich mas społecznych. Potocznego nacjonalizmu, który czyni Węgrów pod wieloma względami podobnych Polakom, tak różnych od nas w myśleniu o stosunkach między narodami i w podejmowanych politycznych wyborów. I dla Polaków pojęcie i przejęcie się rzeczywistością Kresów może być skutecznym impulsem dla zmiany postrzegania siebie samych i swojej roli w świecie. Ktoś wszakże musi być awangardą w tym procesie i zupełnie naturalnym wydaje się, aby tym kimś byli właśnie narodowcy. Wymaga to gruntownego poznania Kresów, kontaktu z nimi, ujęcia ich w program działania (także politycznego) i samego działania – o systematycznym, planowym i długofalowym charakterze.

Karol Kaźmierczak

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Ratusz żąda wyprowadzki organizatorów Marszu Niepodległości z lokalu

Czytaj Następny

Zbiórka na polskie wydanie książki o zabójstwie Sergio Ramelliego

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *