Militaryzacja narodu - zarys idei

Artykuł ukazał się w XVI numerze kwartalnika „Polityka Narodowa” (Zima, 2016). Część wątków siłą rzeczy tyczy się stanu sprzed 6 lat, jednak ogólny wydźwięk artykułu zyskał niepomiernie na aktualności od momentu wybuchu wojny na Ukrainie. 

Wojna na Ukrainie i aneksja Krymu uświadomiły niektórym, że nie żyjemy w  świecie bez wojen. A  przecież i  bez tych wydarzeń nieracjonalnym byłoby tak twierdzić. Choć metody prowadzenia konfliktów zbrojnych ewoluują, a nasz kraj nie był dotknięty najazdem od kilkudziesięciu lat, zapewne nie da się zupełnie wykluczyć wojny jako metody rozwiązywania sporów politycznych. Narody do wojny przygotowane zawsze mogą czuć się bardziej bezpiecznymi. Przysposobienie to ma jednak także inny wymiar – wychowawczy. Naród zmilitaryzowany to naród zdyscyplinowany, skłonny do poświęceń, także w warunkach pokoju. 

Mówi się czasem, że od 1945 roku trwa w Europie najdłuższy w jej historii okres bez wojny, co ma być m.in. uzasadnieniem tezy o słuszności obranego kierunku integracji europejskiej, która ten pokój zapewniła. Można by zadać tu pytanie: czy w  1956 roku na Węgrzech nie mieliśmy do czynienia z wojną? Pomijając nawet dosyć specyficzny przecież okres komunizmu, w ostatnich latach całkiem niedaleko od naszych granic konfliktów zbrojnych mamy bez liku. Dość wspomnieć, że w czasie wojen na Bałkanach w latach 90. zginęło ok. 200 tys. ludzi. Przeprowadzona zaledwie 21 lat temu chorwacka operacja „Oluja”, która położyła kres panowaniu serbskiemu w Krajinie (niemal w sercu Europy), była największą operacją militarną na powojennym kontynencie – wzięło w niej udział 130 tys. chorwackich żołnierzy. W 1999 roku USA bombardowało suwerenny kraj, zmagający się przez kilka lat z oddziałami partyzanckimi albańskiej UCK. Jeszcze w 2001 na północy Macedonii doszło do konfliktu zbrojnego na tym tle. Doskonale pamiętamy, jak w 2008 r. na obrzeżach Europy Rosjanie zaatakowali Gruzję (także mającą za sobą wojnę abchaską z lat 90.), a kilkanaście lat wcześniej krwawo zmiażdżyli Czeczenię, co niektórzy klasyfikują w kategoriach ludobójstwa. Konflikt kaukaski tli się zresztą do dziś, głównie w Dagestanie. Jak się okazuje, również w Górnym Karabachu może w każdej chwili ponownie dojść do eskalacji. Nawet dekadencka i, jak by się wydawało, nieskłonna do przelewania krwi w imię wyższych wartości Europa Zachodnia miała w okresie po 1945 r. długotrwały konflikt w Irlandii Północnej (3,5 tys. ofiar), ale i kilka pomniejszych, z baskijskim na czele. W ogóle dodajmy do tego akty terroru ze strony islamistów, które zapewne wpiszą się w codzienność tego „nowego wspaniałego świata”, jaki zafundowali nam lewacko-liberalni zachodni dogmatycy. Sam konfliktogenny charakter etnicznej i religijnej mieszanki, jaka powstaje w krajach UE, każe widzieć przyszłość w czarnych barwach. Znajdujące się tuż za morzem Afryka Północna i Lewant płoną już dziś – między innymi na skutek działań państw europejskich jak Francja czy Włochy, które uznały za stosowne bombardować Libię i podniecać przemoc w Syrii. Aspirująca (dziś chyba głównie na użytek propagandy kierowanej wobec UE) do miana państwa europejskiego Turcja prowadzi u siebie od dziesiątek lat wojnę domową z Kurdami, aktywnie zresztą uczestnicząc w innych konfliktach regionu – w 1974 r. najechała Cypr, notabene należący dziś do UE, a niedawno doszło tam do krwawej próby zamachu stanu. W odpowiedzi na ograniczoną przecież w swoim zasięgu wojnę donbaską do zbrojeń wracają nawet Skandynawowie, a kolejne kraje myślą o przywróceniu poboru. Tak wygląda obraz rzekomo bezpiecznej Europy, kontynentu bez wojen, roztaczany przed nami przez zadowolonych z siebie doktrynerów pacyfizmu. Coraz mocniej widać, że mit końca historii, do jakiego miało dojść w wyniku triumfu wartości niesionych przez liberalną demokrację, jest zwykłą ułudą, kultywowaną przez tych ludzi wbrew oczywistym faktom.

Jakie wynikają z tego wnioski? To ważne pytanie, bo powszechnie występuje niekonsekwencja pomiędzy postrzeganiem rzeczywistości a formułowaniem na jej podstawie wniosków. Zachód sprowadza imigrantów, mimo że nietrudno dostrzec czym to będzie skutkować. Europa wymiera, ale mało kto myśli nad ograniczeniem trendów skutkujących antynatalistycznymi postawami. Nie inaczej jest i w zakresie obronności. Choć wiemy, że świat być może nigdy nie będzie bezpieczny, przyzwalamy na pacyfistyczny bełkot i komunały o rozbrojeniu. A przecież „wojna jest zwykłym stanem rodzaju ludzkiego”, jak głosi słynna maksyma Josepha de Maistre.

W tych warunkach geograficznych nie da się zagwarantować bezpieczeństwa „na zawsze”. „Z położenia geograficznego o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa Europy – na przewężeniu bałtycko-karpackim stanowiącym główny korytarz lądowy łączący Europę wschodnią z zachodnią, w sąsiedztwie dwóch mocarstw o trwałych ekspansywnych dążeniach – wynika dla Polski konieczność budowy niepokonalnej potęgi obronnej, jako podstawy trwałego bezpieczeństwa narodowego i europejskiego”[1] . Polska silna militarnie, zdolna odstraszać wrogów swoim potencjałem obronnym, jest koniecznością. To właśnie – a nie system sojuszów międzynarodowych – stanowi główny czynnik zabezpieczający pokój w regionie.

Wojskowość to kwestia kluczowa dla narodowego bytu, jego bezpieczeństwa, ale i  tożsamości. A  przecież, nie licząc hasłowo raczej podnoszonego przez Ruch Narodowy postulatu „militaryzacji narodu”, obóz nacjonalistyczny w III RP nie wypracował jak do tej pory konkretniejszej myśli wojskowej. Podobnie jak w wypadku zgłębiania innych zagadnień, wypadnie nam tedy dokonać ogólnego (i  z  pewnością subiektywnego) przeglądu tego typu inspirujących nas wątków w historii Europy i Polski, by następnie zastanowić się, czy – a jeśli tak, to na ile – zasadnym byłoby wdrażanie ich dziś. Innymi słowy – postaramy się odpowiedzieć na pytanie, co właściwie ma oznaczać tak chętnie podchwycone przez ogół środowisk narodowych hasło „militaryzacji narodu”.

Naród pod bronią – tradycje i źródła idei

Nie od dziś rozkładając afirmatywne postawy społeczeństwa wobec wojska liberałowie uderzają w jego istotę. Z indywidualistycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe i logiczne – leżący na antypodach liberalizmu nacjonalizm sytuuje się tedy na pozycjach przeciwległych również w dziedzinie obronności, widząc w wojsku czynnik nie tylko broniący wspólnoty w sposób dosłowny, ale też wzmacniający ją moralnie.

Militarystyczne inklinacje nacjonalizmu nie są niczym nowym. Na przestrzeni ostatnich wieków, od jego rewolucyjnych korzeni począwszy, były one aż nadto widoczne. Nie chcąc oczywiście nawiązywać do tego, co w  tych tradycjach bywało wątpliwe z punktu widzenia chrześcijaństwa, dostrzegamy aktualność głównego przesłania idei narodowej w tym zakresie. W samej myśli endeckiej wątki militarne nie były może tak częste, co wynikało w pewnej mierze z niechęci do bazującej na wojsku sanacji. Do tych momentów, w których się one uwydatniały nawiążemy, choć naszą intencją będzie tu sięgnięcie głębiej, do źródeł tradycji polskiej i europejskiej.

Militarystyczne były społeczeństwa greckich polis, ze Spartą na czele. Taki charakter miał również Rzym czasów republiki. Cywilizacja europejska do niedawna była w nie wpatrzona, widząc w nich wzorzec opartego na dyscyplinie wojskowej porządku. Obywatel antycznego państwa był jednocześnie żołnierzem  – dwie funkcje jakby nierozłączne, trudne do wyobrażenia osobno, i tkwiła w tym głęboka logika. Prawa polityczne miał ten, kto był skłonny w razie potrzeby oddać życie za wspólnotę. „Gdy się ustrój republikański chwiać zaczął, zwiastunem jego upadku było załamanie się linii narodowej w armii”, pisał o rozkładającym się państwie rzymskim gen. Stanisław Haller [2] .

Czasy dominacji chrześcijaństwa nie są bynajmniej okresem upadku wojskowości, choć przypadają na okres armii zorganizowanej według zupełnie innych reguł. Cesarskie orły legionowe zamieniono dość łatwo na krzyże. Kuriozum stanowi popularne przypisywanie poprzedzającemu Konstantyna pierwotnemu chrześcijaństwu tendencji pacyfistycznych. Ryszard Mozgol w swojej „Teologii wojny” pisze kategorycznie: „Chrześcijaństwo nigdy nie było pacyfistyczne, co wynikało z przyjęcia teologicznego poglądu o trwającej wojnie pomiędzy dobrem a złem, oraz aktywizmu, przyznającego ludziom dużą rolę w ostatecznym rozstrzygnięciu tego starcia” [3] . „Nie sądźcie, że przyszedłem nieść pokój po ziemi. Nie przyszedłem nieść pokoju, lecz miecz” [Mt 10,34], by użyć bardziej znanych słów. Co więcej, jak głosi szeroko opisująca to zagadnienie nauka Kościoła, wojna sprawiedliwa skierowana przeciw nieprawemu działaniu kogokolwiek nie stoi w sprzeczności z przykazaniem miłości bliźniego (o ile, rzecz jasna, nie łączy się z uczuciem nienawiści do niego), a walczący o wyzwolenie ojczyzny, jak król Norwegii Olaf II czy Francuzka Joanna d’Arc, wielokrotnie stawali się nie tylko bohaterami narodowymi swoich krajów, ale i świętymi [4] . W średniowiecznym ideale rycerstwa powstałym na tej bazie i dziś znajdziemy elementy aktualne. Rycerski honor, jakkolwiek wielokrotnie pojęcie to wypaczano, stał się podstawą etosu żołnierskiego masowych już, narodowych armii. Kościół bowiem sprzeciwia się pacyfistycznej interpretacji swojej doktryny: „(...) służba w wojsku nie jest grzechem, a posługiwanie żołnierzy dla obrony ludności i pokoju należy uznać za chwalebne. Nie można zaś być katolikiem, jeśli odrzuca się doktrynę katolicyzmu”, pisze ks. ppor. rez. Jan Bocian [5] .

Jak wspomniano, czymś zupełnie naturalnym wydają się militarystyczne konotacje nacjonalizmu. Myśliciele uznawani za prekursorów tego kierunku ideowego dość naturalnie wiązali postulat ożywianej patriotyzmem wspólnoty ludzkiej z uznaniem każdego z jej członków za zobowiązanego do jej obrony. W wojsku upatrywano służby państwu, do której winien czuć się powołany obywatel, a nie rzemiosła jak każde inne [6] . W XVI wieku Niccolò Machiavelli głosił konieczność tworzenia przez państwo armii nie najemnej, a narodowej. Przyczyn upadku Rzymu dopatrywał się w werbowaniu Gotów do wojska [7] . Jak pisał Włoch, już „Rzym i Sparta zawdzięczały przez wiele stuleci orężowi własnemu swój byt i swoją wolność” [8] .

Na podobne elementy [9] kładą nacisk koncepcje Jana Jakuba Rousseau – zafascynowanego „Państwem” Platona oraz antyczną Spartą, widzącego w tych dwóch źródłach wzorzec dla swoich wizji. Inspirująca się Rousseau jakobińska Francja, stanowiąca faktycznie pierwsze państwo nacjonalistyczne, walcząc z całą Europą o przetrwanie, stara się wcielić te ideały w życie. „Francja, po wybuchu wielkiej rewolucji, zagrożona koalicją europejską, powołuje w 1792 roku masowo niewyszkolonych obywateli pod broń, miesza ich z resztkami rozpadniętej zawodowej armii królewskiej i z tego amalgamatu, w którym jedna część miała tylko zapał, bez wyszkolenia wojskowego, a druga wprawdzie wyszkolenie, ale prawdopodobnie mało zapału dla nowych idei rewolucyjnych, stwarza wielką armię narodową, jeszcze nierówną w swym składzie, która jednak wielką pokazała siłę i ojczyznę obroniła”, pisał wspomniany już wcześniej generał Haller [10]. Milionowa armia republiki „stała się wielkim tyglem, kształtującym narodową świadomość nie tylko pod ciśnieniem obcych inwazji, lecz również w rezultacie działań edukacyjnych, którym poddawano żołnierzy” [11].

Czołowi jakobini jak Saint-Just czy Carnot osobiście zajmowali się promocją wybitnych wojskowych niskiego pochodzenia, którzy nie mieliby szansy wybicia się w starym reżimie. Błyskotliwi generałowie – Augureau, Hoche, Jourdan, Marceau, ale i Bonaparte wybili się dzięki militaryzmowi jakobińskiej republiki roku II. Tak zreorganizowana Francja była w stanie podjąć chyba największy wysiłek militarny w swych dotychczasowych dziejach [12]. Armia narodowa, ogarnięta patriotycznym entuzjazmem ludu, biła przez lata armie tradycyjnych monarchii oparte na przymusie. Szlakiem przetartym przez jakobinów i kontynuującego ich dzieło Napoleona poszły wkrótce inne państwa europejskie. Tryumf nacjonalizmu równał się tryumfowi idei armii narodowej – trzeba to dostrzec, nawet jeśli wiemy o równocześnie dokonywanych przez rewolucjonistów zbrodniach.

Paradoksalnie, także powstańcy wandejscy mogą tu służyć za wzór. Ich sprawność bojowa miała swoje źródła w  powszechnym w  tym regionie obyciu ludności z bronią, znajomości terenu i solidarności mieszkańców koncentrującej się wokół parafii [13]. Umiejętności wojskowe Wandejczyków podziwiali republikańscy dowódcy Hoche i Bonaparte, a sympatyzujący z jakobinizmem Jules Michelet pisał o pierwszym dowódcy powstania, chłopskiego pochodzenia Jakubie Cathelineau, iż „w kontrrewolucji reprezentował rewolucję” [14]. Obrona religii i tradycji wyzwoliła podobny entuzjazm i zapał, co obrona narodu – już samo to niech będzie nauką.

Polskie tradycje zbrojnego narodu

Szukając wzorców z historii możemy zresztą sięgnąć i do ojczystej historii. Od początków polskiej państwowości organizacja wojskowa naszych plemion imponowała sąsiednim narodom. Już pierwsi Piastowie, obok sprawnej drużyny książęcej, liczyć mogli na uzbrojony lud – o czym przekonały się kolejne najazdy niemieckich cesarzy, nękane przez autochtonów.

Ze średniowiecza wywodzi się instytucja pospolitego ruszenia ludności – od XIII wieku rycerstwa, a później szlachty. Wybitny pruski feldmarszałek, a jednocześnie polonofil Helmut von Moltke pisał: „W czasach nadzwyczajnych przedstawiała Polska niezwykłe widowisko 150 000 – 200 000 szlachty, którzy wsiadali na koń i tworzyli ogromną lecz nieregularną armię, zbiorowiska takie zwane były pospolitym ruszeniem” [15]. Obraz ten jest nieco wyidealizowany. Co interesujące jednak, część myślicieli epoki staropolskiej wyprzedziła w rozważaniach swoje czasy o  całe stulecia. Tworzący w  drugiej połowie XV  wieku Jan Ostroróg [16] wysuwał postulat powszechnej służby wojskowej, obejmującej ogół ludności państwa. Włodzimierz Bernacki w  ten sposób opisuje jego poglądy: „Ostroróg uważał, że służba wojskowa powinna być obowiązkiem wszystkich dorosłych mieszkańców Rzeczypospolitej (do sześćdziesiątego roku życia). Każdy był zobligowany do posiadania broni oraz doskonalenia się w rzemiośle posługiwania się nią. Rodzaj broni uzależniony miał być od statusu ekonomicznego. Ważnym jednak była powszechność owego obowiązku” [17].

Znamienne, że rozkład polityczny Rzeczypospolitej szedł w parze z upadkiem wojskowości. Z  czasem pojawiły się coraz większe rozbieżności pomiędzy systemem politycznym i wojskowym, anarchia i upadek obyczajów politycznych. „Nie powinno być praw bez obowiązków” [18]. Co nie mniej istotne, odrodzenie na obu płaszczyznach jednocześnie przychodzi wraz z przemianami XVIII-wiecznymi, naznaczonymi m.in. otwarciem Szkoły Rycerskiej, gdzie wychowywali się najwybitniejsi Polacy tych czasów jak Kościuszko czy Jasiński.

Perspektywy odradzającego się republikańskiego ducha Polaków przyciągały zresztą uwagę zagranicznych. Będąc pod wpływem wzorców antycznych, Rousseau w swoich słynnych „Uwagach o rządzie polskim” doszedł do wniosków z pewnością zbyt idealistycznych, pisząc: „Każdy obywatel powinien być żołnierzem z obowiązku, żaden nie powinien być nim z zawodu. Taki był system wojskowy Rzymian, taki jest dziś system Szwajcarów, taki powinien być system każdego wolnego państwa, zwłaszcza zaś Polski” [19]. Szczególnie w dzisiejszym świecie armia musi mieć swoich zawodowców, specjalistów, ale uwagi o „narodzie pod bronią” są ponadczasowe. Nieco później Tadeusz Kościuszko, w  oparciu o  doświadczenia milicji amerykańskich, które pokonały regularną armię brytyjską, postulował budowę analogicznych jednostek w Polsce w liczbie 100 tysięcy, obok podobnie dużej regularnej armii. Z kolei już w dobie porozbiorowej w dokumencie programowym jednej z pierwszych niepodległościowych organizacji, jaką było Towarzystwo Republikanów Polskich, pisano: „Każdy członek Towarzystwa w potrzebie jest żołnierzem i broni ojczyzny” [20].

Wykonana w tych latach praca nad świadomością narodu zaowocowała powstaniem Legionów Polskich walczących u boku rewolucyjnej Francji i Napoleona oraz powstaniami – deprecjonowanymi nieraz tak jednostronnie przez niektóre środowiska narodowe. Trudno bowiem nie zgodzić się z wydaną przez Akademię Obrony Narodowej pracą „Doświadczenia organizacji bezpieczeństwa narodowego Polski od X do XX wieku”, gdzie czytamy m.in.: „Polskie powstania narodowe były najbardziej wzniosłymi i heroicznymi w naszej historii wysiłkami społeczeństwa polskiego do wyzwolenia się spod obcej dominacji i odbudowy niepodległego, suwerennego państwa polskiego” [21]. Wystarczy wspomnieć, że doświadczenia powstania styczniowego miały wpływ na kształtowanie słynnej doktryny obronnej Szwajcarii, znanej z wdrożenia w życie tak wielu elementów idei militaryzacji narodu. W 1863 roku przybył do Polski Franz von Erlach, wysłany jako obserwator wojenny przez sztab generalny armii szwajcarskiej. Erlachowi imponowała nie tylko walka Polaków o wolność, ale i wysoki stopień organizacji państwa podziemnego, wykorzystanie znajomości terenu, naturalnych więzi, a gdzieniegdzie także zaangażowania ludności [22].

Z dowartościowaniem etosu powstańczego powiązać należy także inny wątek. We wczesnych dziejach obozu narodowego najsilniej zaznaczył swoje militarne zainteresowania Zygmunt Balicki. W swoim znanym dziele snuł on rozważania na temat wychowania obywateli w duchu wojskowym, w kulcie ofiarności i poświęcenia wspólnocie, dyscypliny i aktywnego działania. Żołnierz-obywatel Balickiego jednocześnie daleki jest od brutalności. Niechętny naiwnemu humanitaryzmowi, jeszcze bardziej gardzi bezsensownym okrucieństwem: „Duch rycerski, a nie duch militaryzmu jest cechą żołnierza-obywatela, nie skala się on też okrucieństwem, gwałtem lub mordem bezbronnych, bo nie przewaga siły, ale przewaga sprawiedliwości będzie w  każdym wypadku bodźcem jego czynów. Rycerskość jest cnotą w człowieku każdego stanu, ale w zaprawie wojskowej bierze swój początek i określa treść tego, co nazywamy honorem żołnierskim” [23].

Typ ten psychiczny miał się objawiać wśród powstańców – rozsianych po świecie po przegranych zrywach, a jednak stojących na straży polskości. To pewien paradoks, że jeden z ojców identyfikowanej z awersją do powstań endecji był skłonny przyznawać etosowi powstańczemu tak duże znaczenie. Na tym etosie opierać się winno wychowanie kolejnych pokoleń obywateli-żołnierzy, walczących o swój kraj na różne sposoby, ale zawsze w oparciu o te same zasady – takich, dla których „praca byłaby walką, a walka pracą” [24].

II Rzeczpospolita została wywalczona wspólnym wysiłkiem żołnierzy walczących po różnych stronach, w różnych jednostkach. W kręgach narodowych starano się wielokrotnie zmarginalizować zasługi Józefa Piłsudskiego, co z dzisiejszej perspektywy powinno być postrzegane w najlepszym razie w charakterze specyfiki tych gwałtownych czasów. To w dużej mierze wysiłek legionowy owocował aktem 5 listopada, który, umiędzynaradawiając sprawę polską, dał kolejne argumenty do ręki również Dmowskiemu. Narodowcy nie doceniali epopei Legionów i zasług Piłsudskiego w organizowaniu polskiej armii – z czasem jednak i to uległo przewartościowaniu [25].

Deklaracja ONR z 14 kwietnia 1934 r. stwierdza: „Obóz Narodowo-Radykalny, wychodząc z pokolenia, które na polach bitew walczyło o istnienie i granice Polski, i w rozumieniu wartości tej ofiary, chyli czoła przed krwią, przelaną dla Polski, bez względu na to, kiedy i w jakich formacjach została przelana, a piętnuje tych, którzy na ofiarach krwi budują własne korzyści” [26]. Gorszącym wydaje się fakt, że dzielenie tej krwi odbywa się nawet dziś. ONR chciał te podziały zakopać i oprzeć państwo na jednym etosie żołnierskim. Państwo miało być „organizacją zbrojną narodu, w którym duch żołnierski przenika Naród, a duch narodowy armię, służba zaś wojskowa stanowi zaszczytny obowiązek każdego Polaka i najważniejszy etap wychowania narodowego” [27].

Militaryzacja polityki, której skrajne przejawy spotkały się z krytyką samego Dmowskiego, charakteryzowała postulaty ogółu młodego pokolenia narodowców. Najwięcej pisał o tym związany z RNR-Falangą Marian Reutt. W wydanej na krótko przed wybuchem wojny (gdy nie był już działaczem organizacji narodowych) broszurze „Wychowanie militarne narodu” wśród szczegółowo opisanych cech charakteru żołnierskiego wymienia odwagę, obowiązkowość, odpowiedzialność i karność [28]. Przymioty te winno się wpoić społeczeństwu projektowanego przez Reutta państwa narodowego. Powołując się m.in. na Platona, Rousseau, Brzozowskiego i Piłsudskiego, snuje on wizję wspólnoty opartej na duchu militarnym. „Już w czasach pokoju daje życie żołnierskie silne przeżycia, wiążące jednostkę z Narodem, wyrabia i  rozwija ducha wspólnoty. Militaryzacja wychowania, upowszechnienie militarnych idei, jako treści wychowawczych, robione powszechnie, umiejętnie i od dziecka, kiedy wrażliwość uczuciowa jest największa, uczyni z Narodu wspólnotę walczącą, ożywioną duchem bojowym, złożoną z mas żołnierzy-obywateli” [29].

Sporo cennych uwag znajdziemy również w broszurze związanego z Obozem Wielkiej Polski, zamordowanego w Katyniu, wspominanego już gen. Stanisława Hallera „Naród a armia”. Jak pisał Haller, istotną rolą armii jest także stanowienie podpory porządku w państwie. Władza państwa narodowego musi widzieć swoje oparcie w sile zbrojnej w razie wystąpienia zorganizowanego oporu i anarchii. Co oczywiste, narzędzia tego nie wolno nadużywać. Państwo, w którym rząd nie będzie mógł odwołać się do armii, nie może być traktowane poważnie na arenie międzynarodowej [30]. Haller opisywał też pewną widoczną już od antyku koincydencję pomiędzy tendencjami republikańskimi a narodowymi, co przekładać się miało także na sposób organizacji armii. Jak zauważał cytowany przezeń marszałek Foch, „rząd republikański jest najsilniejszą formą rządu w wojnie, bo jest w stanie najwięcej sił narodowych uczynić użytecznymi” [31].

Tradycją historyczną, do której nie sposób się nie odwoływać snując rozważania na temat militaryzacji narodu, jest oczywiście polskie państwo podziemne z czasów II wojny światowej oraz opór „Żołnierzy Wyklętych”. Nieprzypadkowo nawiązania te pojawiają się często przy okazji omawiania tematu odbudowy obrony terytorialnej. Zbrojny wysiłek całego narodu – a nie tylko któregoś z obozów politycznych – stanowi cenny punkt odniesienia dla każdej inicjatywy proobronnej angażującej cywili.

Militaryzacja narodu dziś

Trudno nie zauważyć, że część z podnoszonych przez klasyków argumentów zachowuje swoją moc również dziś. Militaryzacja narodu winna być odpowiedzią na dzisiejsze zagrożenia. Uczestnictwo społeczeństwa w systemie obronnym czyni państwo zbyt niepewnym łupem, by ktokolwiek skłonny był podjąć ryzyko agresji na dużą skalę. Wspominany wielokrotnie wcześniej casus Szwajcarii wydaje się tu mieć dobitne znaczenie. Irracjonalnym wydaje się opieranie polityki bezpieczeństwa na samych tylko sojuszach. Jak podaje wzmiankowana wyżej broszura wydana przez AON, jedynie ok. 5 procent zawartych w historii sojuszy, traktatów i paktów militarnych okazała się skuteczna w praktyce [32]. Banałem będzie przypominanie, że jako Polacy mamy i tu bardzo złe doświadczenia. Doprawdy ciężko postrzegać NATO w innych kategoriach [33]. Jeśli ktoś zdecydowałby się nas militarnie bronić, to musiałby być to czynnik widzący w tym swój żywotny interes. W tym kontekście należy myśleć głównie o narodach naszego regionu.

Nie do przecenienia jest walor wychowawczy wojska – z różnych względów spychany na dalszy plan, a przecież potrzeba utrzymania społeczeństwa w kulcie elementarnych zasad dyscypliny i poświęcenia wspólnocie obca jest chyba tylko nurtom liberalnym. Wzorcem niech będzie rozwijany przez Balickiego typ żołnierza-obywatela, ale nie tylko. Jak pisał Stanisław Brzozowski, „uczyć się musimy spoglądać na świat okiem zdobywczym: wydrzeć mu musimy własny los, przyszłość naszą. Coś z żołnierza powinno być zawsze w każdym Polaku, coś bezwzględnego, niezależnego od niczego, co jest zewnętrzne, na zawsze zdanego sobie” [34]. Nie chodzi o brutalizację życia politycznego Polski czy wychowania młodych. Wprost przeciwnie. Oparty na honorze dawny etos rycerski, mimo że świat współczesny nie sprzyja mu tak jak dawne pola bitew [35], wciąż stanowi wzorzec pedagogiczny podnoszący moralnie społeczeństwo.

Racjonalnym byłoby tedy wszczęcie debaty nad przywróceniem poboru do wojska. Choć z pewnością zmianie powinna ulec jego forma i czas trwania służby w porównaniu do tego, z czym mieliśmy do czynienia kilka lat wcześniej. Przeszkolenie w nowym wymiarze powinno mieć na celu przede wszystkim zapoznanie społeczeństwa z podstawowymi czynnościami wojskowymi, które byłyby cyklicznie utrwalane także później, splatając się z funkcjami programu obrony terytorialnej.

Idea obrony terytorialnej bywa deprecjonowana – czasem podnosi się fakt, że takie „pospolite ruszenie” nie mogłoby sprostać zawodowej armii w  regularnej bitwie. To oczywiście prawda, niemniej jednak nie to przecież stanowiłoby główne zadanie obrony terytorialnej. W wypadku konfliktu zbrojnego do jej priorytetów należą działania pomocnicze wobec sił regularnych, w ostateczności wspieranie działań partyzanckich. Przykłady wojen z ostatnich dekad, w które zaangażowane były nawet bardzo nowoczesne wojska okupacyjne (Irak, Afganistan), dowodzą, że olbrzymia przewaga technologiczna nie wystarczy, by w pełni zdominować kraj. „Gdy cały lud chce walczyć w swojej obronie i jest uzbrojony, jest niezwyciężony”, miał powiedzieć Napoleon [36]. Sami Amerykanie, pomni doświadczeń ostatnich eskapad, ograniczają obecnie swoje interwencje militarne do bombardowań z powietrza i działań jednostek specjalnych. Mobilizacja setek tysięcy mężczyzn do tego typu zadań w sposób znaczący zwiększałoby potencjał obronny kraju – dodajmy zresztą, że na tle wydatków powiązanych z wojskiem obrona terytorialna jest dość tania. Do tego wszystkiego dochodzi także niewątpliwa funkcja dydaktyczna systemu regularnych szkoleń ludności.

Być może godnym wsparcia byłby pomysł powołania Gwardii Narodowej – pełniącej role nie tylko militarne, ale i wychowawcze, zajmujące się kształtowaniem odpowiednich postaw, ale i udzielającej się społecznie w zakresie pomocy potrzebującej ludności, szczególnie w sytuacjach kryzysowych. Z pewnością czynnikiem pozytywnym dającym pewne nadzieje na dobre przyjęcie się w  społeczeństwie omawianych tu szerzej rozwiązań jest rosnąca popularność organizacji proobronnych takich jak „Strzelec”. Działa ich w kraju ok. 130, najistotniejsze zrzesza Federacja Organizacji Proobronnych. Podobnie optymistycznie nastraja fakt, że państwo polskie w końcu zaczęło współpracować z nimi, dążąc do włączenia Federacji w system obronny kraju. Zapał grup entuzjastów jest czymś nie do zastąpienia, można zresztą zauważyć pewną korelację pomiędzy zasygnalizowanym tu zjawiskiem a odrodzeniem postaw patriotycznych, szczególnie mitu „Żołnierzy Wyklętych” wśród młodzieży.

Pomysłem ciągle przewijającym się także w dyskusjach środowisk narodowych jest postulat liberalizacji prawa o dostępie do broni. Zauważyć wypada, że dominuje tu retoryka spłaszczająca problem. Nie ulega wątpliwości, że powszechne prawo do posiadania broni wiązałoby się z zagrożeniem dostępu do niej osób nieodpowiedzialnych. Przecież w kraju o tak długich tradycjach dostępu do broni jak USA słyszy się co jakiś czas o kolejnych masakrach w szkołach. Czcza gadanina nie przesłoni faktu, że byłoby o nie daleko trudniej w przypadku bardziej rygorystycznego prawa – w innych, znajdujących się na podobnym poziomie cywilizacyjnym państwach do takich sytuacji dochodzi przecież znacznie rzadziej. Pytanie jednak, czy takie sytuacje mogą być argumentem decydującym przeciw udostępnieniu broni szerszym niż dziś grupom społeczeństwa. Legislacja otwiera tu duże pole do popisu – przy odpowiednio skonstruowanych przepisach, w imię dążenia do oswojenia narodu z bronią (co samo w sobie, długofalowo ma także wymiar zwiększenia jego bezpieczeństwa) należałoby wejść na drogę liberalizacji prawa. Z pewnością popularne hasło zwiększenia liczby strzelnic jest godnym dalszego poparcia.

Konieczną jest modyfikacja przedmiotów takich jak wychowanie fizyczne czy dawne przysposobienie obronne w  odpowiednim duchu. Ten drugi przedmiot, funkcjonujący dziś pod nazwą groteskowo brzmiącą, ale chyba dobrze oddającą jego merytoryczną nijakość („Edukacja dla bezpieczeństwa”), winien ewoluować w kierunku zajęć faktycznie spełniających rolę przygotowawczą do uczestnictwa w  systemie zbrojnym kraju, z  elementami obsługi broni włącznie. Przedmioty tego typu funkcjonują w wielu krajach świata i nie ma powodu, by widzieć w nich anachronizm. Pożądany jest także rozwój klas mundurowych. Dawna rola powinna być przywrócona harcerstwu – również degradowanemu do wymiaru coraz mniej poważnej młodzieżowej organizacji. Jak pisał Reutt, cechy żołnierskie wpajać społeczeństwu należy już od dziecka [37].

Nad wszystkimi tymi czynnikami roztaczać musi się swoisty kult Wojska Polskiego. Pożądanym byłby powrót – przynajmniej w jakimś zakresie – do sytuacji znanej z II RP i wcześniejszych epok, kiedy żołnierz polski cieszył się powszechnym szacunkiem w społeczeństwie, a wojsko stanowiło istotny czynnik w państwie. Patologizacja tego zjawiska, do jakiej dochodziło nieraz w okresie sanacyjnym, nie może nam przesłonić wartości dodatnich, jakie niosła ta atmosfera. Wyśmiewane przez ogłupiające media defilady wojskowe na 15 sierpnia winny być organizowane z odpowiednim rozmachem – mowa tu przecież o święcie Wojska Polskiego, rocznicy jednego z największych zwycięstw w historii Polski. Nie chodzi o przysłowiowe „wymachiwanie szabelką”, ale o budowę poczucia dumy narodu z jego armii, tradycji militarnych. Dużą rolę ma do odegrania zaniedbywana do tej pory warstwa symboliczna – w postaci np. dowartościowania niektórych pomijanych bądź zapomnianych do tej pory odsłon polskiego czynu zbrojnego. Jest czymś niezrozumiałym, że w stolicy Polski nie mamy odpowiednio godnych monumentów upamiętniających nasze najistotniejsze historyczne triumfy militarne czy formacje wojskowe. Paradoksalnie, wiele tu moglibyśmy się uczyć od narodów o  mniej ugruntowanej tożsamości historycznej w naszym regionie.

Niech garść tych ogólnych przecież tez stanie się przyczynkiem do dyskusji nad pogłębieniem hasła „militaryzacji narodu”. Ruch nacjonalistyczny jest predestynowany do zaprezentowania tu sprecyzowanej wizji podniesienia poziomu świadomości wojskowej i  identyfikacji narodu z  armią – w  myśl dawnych, chwalebnych wzorców, ale i  zapotrzebowania współczesności. Wojsko nie jest i długo jeszcze nie będzie anachronizmem, jak by tego chcieli zindoktrynowani pacyfistycznymi utopiami liberałowie. Armia musi stać się na powrót zbrojnym ramieniem narodu – to wymaga nie tylko odgórnie wprowadzanych przez MON reform i zbrojeń, ale przede wszystkim zmiany nastawienia samego społeczeństwa. „Armia to Naród” [38], stwierdził gen. Haller. Pora wyciągnąć z tego wnioski.

Jakub Siemiątkowski


[1] J. Marczak, R. Jakubczak, A. Skrabacz, K. Gąsiorek, K. Przeworski, Doświadczenia or- ganizacji bezpieczeństwa narodowego Polski od X do XX wieku. Wnioski dla Polski
w XXI wieku, Warszawa 2013, s. 48.

[2] S. Haller, Naród a armia, [w:] Wskazania programowe Obozu Wielkiej Polski, Krzeszowice 2003, s. 176.

[3] R. Mozgol, Teologia wojny, Biała Podlaska – Chorzów 2004, s. 24.

[4 ] J. Bocian J, Piąte przykazanie dekalogu i nakaz miłości nieprzyjaciół a „słuszna wojna” [w:] red. T. Kośmider, K. Gąsiorek, C. Smuniewski, Chrześcijaństwo i bezpieczeństwo. Znaczenie Jana Pawła II w dyskursie polemologiczno-irenologicznym, Warszawa 2014, s. 196-197.

[5] Ibidem, s. 208.

[6] N. Machiavelli, O sztuce wojny, Warszawa 2008, s. 26-32.

[7] Idem, Książę. Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza, Warszawa 2003, s. 87.

[8] Ibidem, s. 81.

[9] J. Baszkiewicz, Niccolò Machiavelli – jakobin XVI wieku, [w:] Niccolò Machiavelli.. Paradoksy losów doktryny, s. 83-106.

[10] S. Haller, Naród a armia..., op. cit., s. 177.

[11] J. Baszkiewicz, Francuzi 1789–1794. Studium świadomości rewolucyjnej, Warszawa 1989, s. 36.

[12] A. Mathiez, Rewolucja Francuska, Warszawa 1956, s. 364.

[13] Zob. R. Secher, Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea – departament zemsty, War- szawa 2003.

[14] Cyt. za: P. Jasienica, Rozważania o wojnie domowej, Kraków 1985, s. 70.

[15] H. v. Moltke, O  Polsce, http://kronikihistoryczne.blogspot.com/2015/11/helmuth-von -moltke-publikacja-o-polsce.html [dostęp: 3.06.2016].

[16] Notabene pisarz bardzo „nacjonalistyczny” jak na owe czasy, co widać także na przykładzie jego stosunku do zagadnień etnicznych i (w mniejszym stopniu) stanowych.

[17] W. Bernacki, Myśl polityczna I Rzeczpospolitej, Kraków 2011, s. 61.

[18] S. Haller, op. cit., s. 179.

[19] J. J. Rousseau, Uwagi o rządzie polskim, [w:] Umowa społeczna oraz Uwagi o Rządzie Polskim, Warszawa 1966, s. 266.

[20] Ustawa przedspołeczna, z dnia 1 października 1798, [w:] M. Handelsman, Rozwój narodowości nowoczesnej, Warszawa 1973, s. 182.

[21] J. Marczak, R. Jakubczak, A. Skrabacz, K. Gąsiorek, K. Przeworski, op. cit., s. 21.

[22] Szwajcarzy zawstydzają Borusewicza, http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/30489,szwajcarzy-zawstydzaja-borusewicza.html [dostęp: 3.06.2016].

[23] Z. Balicki, Egoizm narodowy wobec etyki, http://www.omp.org.pl/stareomp/indexa537.ht- ml?module=subjects&func=viewpage&pageid=568 [dostęp: 3.06.2016].

[24] Ibidem.

[25] J. Mosdorf, Wczoraj i jutro, Warszawa 2012, s. 131-132.

[26] Deklaracja Obozu Narodowo-Radykalnego, „Sztafeta. Pismo Narodowo-Radykalne”, nr 13 z 15 kwietnia 1934, s. 1.

[27] Ibidem.

[28] M. Reutt, Wychowanie militarne narodu, [w:] A. Meller, Ku „nowemu średniowieczu”. Myśl społeczno-polityczna Mariana Reutta w latach 30. XX wieku, Warszawa 2011, s. 81.

[29] Ibidem, s. 91.

[30] S. Haller, op. cit., s. 173.

[31] Ibidem, s. 187.

[32] J. Marczak, R. Jakubczak, A. Skrabacz, K. Gąsiorek, K. Przeworski, op. cit., s. 44.

[33] Podobnie należy ocenić usilne dążenie do budowy baz wojskowych USA na terenie Rzecz- pospolitej, postrzeganych jako czynnik zabezpieczający naszą niepodległość, rekompen- sujący braki wojskowe.

[34] S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, Lwów 1910, s. 272-273.

[35] Z. Najder, Etos rycerski, Warszawa 2016, s. 361-362.

[36] Cyt. za: J. Marczak, R. Jakubczak, A. Skrabacz, K. Gąsiorek, K. Przeworski, op. cit., s. 62.

[37] M. Reutt, op. cit., s. 91.

[38] S. Haller, op. cit., s. 206.

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Polskie czołgi wspierają Ukrainę. T-72 już na froncie

Czytaj Następny

Morawiecki na kongresie „Braci Włochów”: Wojna pokazuje, jak niezbędne są państwa narodowe

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *