Pandemia strachu?

Śmiertelność i zapadalność na COVID-19 nie uzasadniały nakładania daleko idących obostrzeń. To nasza reakcja na koronawirusa prawdopodobnie doprowadziła Polskę do katastrofy demograficznej, która w najbliższych latach przez zaciągnięty dług zdrowotny będzie się tylko pogłębiała. Rozwiązania stosowane na Zachodzie, takie jak np. wprowadzanie paszportów sanitarnych, są decyzjami czysto politycznymi. Szczepionki nie są „w pełni bezpieczne”. Masowe szczepienia całej populacji, w tym ludzi młodych praktycznie niezagrożonych poważniej przez COVID-19, może doprowadzić do zmutowania koronawirusa do naprawdę groźnej wersji i trwałego uzależnienia od szczepień. Naukowcy podważający ogólnie przyjęty paradygmat byli na różne sposoby marginalizowani. Strategia „zeroCOVID” jest niemożliwym do zrealizowania rozwiązaniem. Przypadek „pandemii” świńskiej grypy wskazuje na silne powiązania między WHO, światem nauki (przynajmniej jego częścią) oraz koncernami farmaceutycznymi, które na obecnym kryzysie zarabiają ogromne pieniądze.

Artykuł przedstawia zbiór faktów i wniosków części naukowców na cały szereg tematów związanych z pandemią – w większości z nich nie istnieje w środowisku naukowym konsensus. Ich dobór jest wynikiem analizy autora, który po porównaniu ustaleń badaczy zdecydował przedstawić się te, które w jego opinii (co oznacza, że niekoniecznie rzeczywiście) są najbliższe prawdzie. Artykuł ma charakter publicystyczny, wnioski w nim przedstawione są opiniami autora, być może błędnymi.

Jesteśmy odporni

Ogólnopolskie Badanie Seroepidemiologiczne COVID-19 przeprowadzone w terminie od 29 marca do 14 maja 2021 roku ujawniło, że szacunkowe rozpowszechnienie przeciwciał anty-SARS-CoV-2, świadczące o stanie uodpornienia populacji w wyniku szczepień lub przechorowania, w grupie dorosłych w wieku powyżej 20 lat wyniosło 49,9%.

Po odróżnieniu przeciwciał poszczepiennych od przeciwciał powstających w wyniku infekcji w populacji dorosłych w wieku powyżej 20 lat odsetek osób, które przebyły zakażenie SARS-CoV-2 wyniósł 29,2%. Wśród dzieci i młodych dorosłych poniżej 20 roku życia rozpowszechnienie przeciwciał wyniosło 44,5%. Jak podkreślono w badaniu, należy przyjąć, że większość osób w grupie dzieci i młodych dorosłych nabyło przeciwciała w wyniku zakażenia/zachorowania na COVID-19, a nie w wyniku zaszczepienia. Wedle danych GUS-u w czerwcu 2020 roku liczba ludności Polski powyżej 20 roku życia wynosiła ok. 30,5 mln. Oznacza to, że COVID-19 do tego czasu przechorowało ok. 9 mln dorosłych Polaków. Uwzględniając także rozpowszechnienie przeciwciał u osób poniżej 20 roku życia zarażonych zostało co najmniej 12 mln mieszkańców Polski – cztery razy więcej niż wedle oficjalnych danych.

Według danych Ministerstwa Zdrowia do 30 kwietnia 2021 roku ogółem zmarło 67,5 tys. Polaków zarażonych koronawirusem, z czego u 14,5 tys. nie występowały choroby współistniejące, a u 53 tys. występowały inne schorzenia, zwykle przewlekłe (m. in. choroby serca, cukrzyca, przewlekłe obturacyjne choroby płuc, nadciśnienie, nowotwory), które mogły mieć wpływ na zakażenie i przebieg COVID-19. Warto jednak podkreślić, że są to mocno niedoskonałe dane. Okazuje się bowiem, że udział zgonów na COVID-19 bez chorób współistniejących w 2021 roku wahał się od 62,1% w lubuskim czy 53,2% w małopolskim, do 3,4% w zachodniopomorskim i 6,5% w podlaskim. Takie różnice po prostu nie mogły wystąpić naturalnie, kluczowy był zapewne sposób raportowania w poszczególnych województwach. Raczej niemożliwe jest „nadmierne” zgłaszanie zgonów z chorobami współistniejącymi (trudno o odnotowanie choroby, której nie ma, a ok. 50% wykrytych chorób współistniejących u zmarłych to nowotwory i udary, które trudno „przeoczyć”), ale bardzo możliwe jest, że w wielu przypadkach choroby współistniejące nie były po prostu uwzględniane. Liczba zgonów na COVID-19 wraz z chorobami współistniejącymi jest zatem zapewne poważnie niedoszacowana. Trudno szacować także w ilu przypadkach np. nowotwór był faktyczną przyczyną śmierci osoby zarażonej koronawirusem, albo w ilu przypadkach osób chorych na serce COVID-19 po prostu przyśpieszył śmierć o kilka tygodni/miesięcy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że były to bardzo poważne odsetki chorych.

Na podstawie powyższych danych obliczyć można przybliżony współczynnik śmiertelności w populacji zakażonej - IFR (Infected Fatality Rate). W przypadku Polski IFR dla ogółu populacji wyniósł więc w badanym okresie 0,56%. Oznacza to, że na 1000 zarażonych osób umierało 5,6 osoby. Dla osób bez chorób współistniejących IFR wyniósł 0,12%. Są to wartości „surowe”, bez korekt związanych z wygasaniem przeciwciał i czułością testów. W celu wskazania ogólnych prawidłowości są one jednak wystarczające.

Do 15 maja 2021 roku na COVID-19 zmarły 3 osoby poniżej 20 roku życia, co daje śmiertelność 0,00002%. Jeżeli do tej grupy dodamy również osoby, które zmarły w wyniku zakażenia SARS-CoV2 przy jednoczesnym wystąpieniu chorób współistniejących, suma zgonów wyniesie 27, a śmiertelność wzrośnie do 0,0002%.

Według badania Infection fatality rate of COVID-19 opublikowanego w “Bulletin of the World Health Organization” mediana śmiertelności z powodu zakażenia COVID-19 wyniosła 0,23%, przy czym dla osób poniżej 70 roku życia mediana wyniosła 0,05%. Wartości te są średnimi, w pewnych sytuacjach lub populacjach mogą wykazywać znaczne odchylenia w górę lub w dół. Jak widać – w przypadku Polski doszło do poważnego odchylenia „w górę”. Kraj nasz znajduje się niemal na szczycie niechlubnego rankingu państw z największą liczbą „nadmiarowych” zgonów w 2020 roku. Trzeba zadać sobie pytanie – dlaczego?

Koronawirus nie tak groźny?

Najpierw jednak poświęćmy jeszcze chwilę na analizę szkodliwości COVID-19. W II turze Ogólnopolskiego Badania Seroepidemiologicznego COVID-19 OBSER-CO przeprowadzonej w dniach 27 lipca - 10 września, oszacowano że 74,8% mieszkańców Polski w wieku 20 lat lub starszych posiadało przeciwciała anty-SARS-CoV-2 (w wyniku przechorowania lub zaszczepienia).

Taki odsetek uodpornionej populacji często wskazywany był jako graniczny dla osiągnięcia „odporności stadnej” i opanowania rozprzestrzeniania się koronawirusa – przynajmniej czasowego, bo trwałe jego wyeliminowanie jest (prawdopodobnie) niemożliwe, ze względu na fakty częstych mutacji, relatywnie krótko utrzymującej się odporności (zarówno naturalnej jak i poszczepiennej) i bezobjawowej transmisji.

„Obecna fala to taki sprawdzian, choćby w zakresie skuteczności szczepień i narzędzi kontroli. Jeśli będziemy widzieli, że dolegliwość zachorowań jest coraz mniejsza, to będzie proces sprowadzania pandemii do statusu standardowej grypy” – stwierdził na początku października Adam Niedzielski w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

Według ministra zdrowia „końca pandemii nie będzie”, bo „wirus zostanie, ale w pewnym momencie zmniejszy się jego szkodliwość”. W resorcie odrzucono więc strategię (a raczej ideologię) „zeroCVOID” (całkowitego wyeliminowania SARS-CoV-2), jako niemożliwą do zrealizowania. „Można więc powiedzieć, że koniec będzie wtedy, kiedy będziemy mogli oszacować, że śmiertelność związana z koronawirusem, zakażalność i inne parametry są na poziomie grypy” – powiedział Niedzielski. Najnowsze wyniki badań naukowców z Barcelona Institute for Global Health (ISGLOBAL) potwierdziły również, że COVID-19 jest infekcją sezonową. Rozprzestrzenianiu się wirusa, podobnie jak w przypadku grypy, sprzyjają niższa temperatura i wilgotność powietrza.

W całym 2020 roku hospitalizowano 116,5 tys. pacjentów z powodu COVID-19, spośród których 5734 pacjentów zostało przyjętych na oddział intensywnej terapii (OIT) w trakcie hospitalizacji. Aż 60% pacjentów hospitalizowanych miało ponad 60 lat, osoby do 19 roku życia stanowiły mniej niż 5% pacjentów, a 65% pacjentów hospitalizowanych miało co najmniej jedną chorobę współistniejącą. Wśród przypadków śmiertelnych częstość występowania chorób współistniejących wynosiła 74,4%. Największy wpływ na ryzyko przyjęcia na OIT miała obecność co najmniej jednego schorzenia współistniejącego. Dla porównania – w 2019 roku na OIT trafiło 107,4 tys. osób, a ogółem do szpitali ponad 9 mln. Więcej o wydajności służby zdrowia w czasie pandemii za chwilę.

Do końca 2020 roku na COVID-19 zachorowało oficjalnie 1,3 mln Polaków. Przyjmując wcześniej określone niedoszacowanie, realna liczba zarażonych to ok. 5,2 mln. Oznacza to, że niewiele więcej niż 2% chorych było narażonych na ryzyko hospitalizacji, a 0,09% na ryzyko naprawdę ciężkiego przebiegu choroby skutkującego trafieniem na OIT.

Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w poprzednich latach liczba zachorowań na grypę wynosiła ok. 5 mln rocznie. Wedle stanu na 26 października średnia liczba zakażeń na 100 tys. osób wynosiła w związku z koronawirusem 14, a w przypadku grypy – 43,5. Obecnie odnotowuje się ponad 100 tys. nowych przypadków grypy tygodniowo.

Na stronie rządowej czytamy również, że „śmiertelność grypy sezonowej wynosi 0,1-0,5% (tzn. umiera 1-5 na 1000 osób, które zachorowały), przy czym 90% zgonów występuje u osób po 60 r.ż.”. „Liczba zgonów w naszym Kraju jest trudna do oszacowania, ale zdecydowanie niedoszacowana. Grypa wielokrotnie nie jest także umieszczana w akcie zgonu jako jego przyczyna, choćby dlatego, że wiele zgonów faktycznie związanych z zakażeniem wirusem grypy następuje w wyniku powikłań, a w akcie zgonu wpisywana jest jednostka chorobowa z jaką pacjent został przyjęty” – napisano. W 2019 roku oficjalnych hospitalizacji z powodu grypy było 18 tys. Realna liczba hospitalizowanych chorych na grypę z występującymi chorobami współistniejącymi jest zapewne znacznie wyższa. Według wyliczeń Francuskiego Narodowego Instytutu Zdrowia i Badań Medycznych liczba osób wymagających hospitalizacji z powodu COVID-19 była w 2020 roku blisko dwukrotnie wyższa niż w przypadku grypy sezonowej. Liczba zgonów wśród hospitalizowanych była trzy razy większa, jednak tutaj uwzględnić należy np. fakt, że COVID-19 atakował głównie starszą i schorowaną populację (i trudno stwierdzić na ile w wielu przypadkach był faktyczną przyczyną śmierci), a grypa bardziej wytrzymałych młodych. W przypadku dzieci poniżej 18. roku życia znacznie mniejszy odsetek wymagał hospitalizacji z powodu COVID-19 niż z powodu grypy sezonowej – 1,4% wobec 19,5%.

Jak zastrzegają naukowcy, większa liczba hospitalizowanych z powodu COVID-19 niż z powodu grypy może mieć związek z istnieniem pewnej odporności na wirusa grypy w populacji - bądź z powodu wcześniejszych zachorowań, bądź z powodu szczepień. A ponieważ SARS-CoV-2 jest nowym wirusem trudno oczekiwać podobnej odporności populacyjnej. Biorąc pod uwagę także inne wskaźniki uwzględnione przez francuskich naukowców, można stwierdzić, że COVID-19 był w ubiegłym roku ok. dwa razy groźniejszy od grypy. Nie jest to poziom usprawiedliwiający tak radykalne środki jakie podjęto w walce z nim. Obecnie zagrożenie związane z COVID-19 jest znacznie mniejsze w związku z nabyciem odporności przez większość populacji.

Aż 92,5% seniorów powyżej 70 roku życia choruje na choroby przewlekłe, które dodatkowo osłabiają ich odporność. Dla nich jakiekolwiek zachwianie odporności lub ograniczenie dostępu do świadczeń medycznych może być zabójcze… Z tym drugim mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku (o czym za chwilę), to pierwsze – prawdopodobnie dopiero nas dotknie.

W Danii przeprowadzono badanie, w którym wzięło udział 6 tys. osób. Połowa badanych nosiła maseczki, a druga połowa nie zasłaniała nosa i ust. „Z badania wynika, że zasłanianie nosa i ust nie zmniejszyło ryzyka zakażenia koronawirusem. Zupełnie inaczej było w przypadku innych patogenów. Okazało się, że noszenie maseczki w przestrzeniach otwartych blokowało kontakt z innymi mikroorganizmami. Nasz układ odpornościowy jest po prostu osłabiony. Szkodliwe patogeny wnikają do organizmu. Maseczka w tym przypadku stanowi barierę ochronną” - stwierdził prof. Piotr Kuna, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Potwierdza to cały szereg innych badań, choć to jest jeden z tych przypadków, w którym zdecydowanie nie ma naukowego konsensusu (wystarczy wspomnieć niedawne badanie przeprowadzone w Bangladeszu, do którego jednak można mieć szereg zastrzeżeń). „Obecnie przeżywamy armagedon z powodu dużej liczby pacjentów, u których zdiagnozowano wirusy: grypy, paragrypy, rinonwirusy. Od przynajmniej 20 lat nie widziałem tak dużo zainfekowanych osób. (…) Poziom odporności nie jest wystarczający. (…) Podczas pandemii używaliśmy różnego rodzaju środków dezynfekcyjnych. Ich zużycie wzrosło kilkukrotnie. Preparaty te zabijają zarówno szkodliwe, jak i nieszkodliwe mikroorganizmy dla naszego organizmu. Niszczą one nabłonek dróg oddechowych, dlatego wirusy mogą tam łatwiej wniknąć. Co więcej, uszkadzają nos, gardło” – przekazał prof. Kuna.

Lekarz podkreślił, że ograniczenie kontaktu między ludźmi sprawiło, że nasz układ odpornościowy przestał ćwiczyć, osłabł – w konsekwencji nie jest on w stanie bronić się przed infekcjami. Do tego dołożyć należy brak aktywności fizycznej, otyłość, nadwagę, lęk, choroby psychiczne (np. depresja), poczucie samotności, które także negatywnie wpłynęły na układ immunologiczny. W efekcie niedługo zagrożenie ze strony „zwykłych” chorób niedługo może przewyższyć to ze strony COVID-19.

Obserwacje te korelują z sygnałami docierającymi do nas z Wielkiej Brytanii. Według zastępcy naczelnego lekarza Anglii Jonathana Van-Tama, w zeszłym roku niewielu ludzi przechorowało grypę z powodu restrykcji covidowych, więc nie ma takiego stopnia naturalnej odporności jak jest zwykle. Szacunki Akademii Nauk Medycznych wskazują, że wskutek grypy w Anglii może tej zimy umrzeć między 15 tys. a 60 tys. osób – gdyby liczba zgonów sięgnęła tej górnej granicy, byłaby ona niż sześciokrotnie wyższa niż średnia zgonów z poprzednich lat wynosząca 11 tys. osób.

Eksperci medyczni w Polsce ostrzegają także przed nasileniem infekcji niecovidowych u dzieci. Ich zdaniem po miesiącach izolacji i ograniczania kontaktów międzyludzkich najmłodsi pacjenci zaczynają chorować na wirusy, których sezon do tej pory zwykle zaczynał się dopiero w grudniu. Jak twierdzą, liczba infekcji we wrześniu i październiku, porównując do średniej z ostatnich czterech lat, jest wyższa o około 30%. Np. wirus RSV zaskoczył szpitalnych pediatrów, bo zwykle przypadki zakażenia nim pojawiały się dopiero na przełomie grudnia i stycznia. W Nowej Zelandii, stawianej za przykład tego jak należy wprowadzać w życie politykę walki z COVID-19, odnotowano w ub. roku 99,9% spadek liczby przypadków grypy i 98% spadek liczby przypadków wirusa RSV. W efekcie obecnie nowozelandzkie szpitale są przepełnione dziećmi, które wcale nie są hospitalizowane w związku z koronawirusem.

Okazać się może, że przez zaburzenie naturalnego cyklu nabywania odporności przez obostrzenia (nie przynoszące żadnych sensownych skutków w walce z COVID-19, o czym za chwilę), uwolniliśmy ponownie demona grypy (i wielu innych chorób)…

AKTUALIZACJA 19.01.2022

Liczba hospitalizacji związanych z Covid-19 spadła, ale nie radykalnie. Dlaczego? Trudno to tłumaczyć inaczej niż naturalną odpornością zdewastowaną przez miesiące dotkliwych obostrzeń oraz nieleczeniem chorób współistniejących.

Jest to pandemiczne błędne koło – aby zabezpieczyć się przed nie tak znowu groźną chorobą niszczymy swoje zdrowie, a w efekcie ta choroba ponownie staje się dla nas groźna.

Strach bardziej śmiercionośny od COVID-19?

W 2020 roku w Polsce odnotowano 58,5 tys. nadmiarowych zgonów (jest to różnica między rzeczywistą, a oczekiwaną liczbą zgonów). Z raportu przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny wynika, że maksymalnie (przy skrajnym założeniu, że każdy zgon związany z COVID-19 jest zgonem nadmiarowym) połowa z nich może być wyjaśnionych przez zgony związane z COVID-19.

94% nadmiarowych zgonów stanowiły zgony osób w wieku powyżej 65 lat, podczas gdy wśród zmarłych oficjalnie zakwalifikowanych jako zgony z powodu COVID-19 osoby w tym wieku stanowiły 83,2%. Nadmierna śmiertelność w tej grupie wiekowej wyniosła o ok. 17%. Wśród młodszych grup wiekowych była znacznie mniejsza – wyniosła 3,5% dla grupy 50-64, 4,5% dla grupy 30-49 i -1,6% (wskaźnik ujemny) dla grupy 0-29.

Na dysproporcję między nadmierną śmiertelnością a oficjalną liczbą zgonów z powodu COVID-19 złożyły się dwie składowe. Pierwszą jest niedoszacowanie liczby zgonów z powodu COVID-19 – nie testuje się przecież osób zmarłych i w sprawozdawczości w zakresie przyczyn zgonów występuje pewien poziom niedokładności. Drugą składową są zgony z powodu innych chorób spowodowane ograniczonym dostępem do opieki zdrowotnej i wysokim obciążeniem systemu ochrony zdrowia. To nie tylko nagłe przypadki (np. zbyt późna pomoc udzielona w przypadku zawału czy udaru), ale także np. zgony z powodu niewykrytych na czas chorób przewlekłych oraz zgony pacjentów, u których standardowe ścieżki leczenia i monitorowania stanu zdrowia zostały zaburzone.

„Prawdopodobnie dominującą składową różnicy między nadmierną a oficjalną liczbą zgonów z powodu COVID-19 są zgony spowodowane przez ograniczony dostęp do opieki zdrowotnej, a niewykryte zgony związane z COVID-19 wpływają na tę różnicę w mniejszym stopniu” – czytamy w raporcie PIE.

Badania wykazują, że rozwiązania takie jak zamykanie przedsiębiorstw i szkół, nakaz izolacji, ograniczenie kontaktów, powszechny nakaz noszenia masek nie przełożyły się na zmniejszenie liczby zgonów albo chociaż wyraźną zmianę przebiegu krzywej epidemicznej. W artykule „Did Lockdown Work? An Economist’s Cross-Country Comparison” przeczytać możemy:

„Porównując tygodniową śmiertelność w 24 krajach europejskich, wyniki niniejszego badania sugerują, że surowsze polityki obostrzeń nie były powiązane z niższą śmiertelnością. Innymi słowy, blokady (lockdowny) nie działały zgodnie z ich przeznaczeniem. Dalsze badanie pokazuje również, że wczesne interwencje nie przyniosły żadnych dodatkowych korzyści, a nawet wiązały się ze znacznie większą liczbą zgonów w określonej grupie wiekowej między 60 a 79 rokiem życia. Te ogólne ustalenia są zgodne z wynikami poprzednich badań, w których wykorzystano szereg prostszych metod testowania skutków obostrzeń. Wbrew uporczywym twierdzeniom politycznym, tradycyjne podejście polegające na ostrożnym rozpowszechnianiu informacji publicznych o epidemii i poleganiu na dobrowolnych środkach walki z nią mogło stanowić jedyną politykę, która w zauważalnie wiązała się z mniejszą liczbą przypadków niż w przypadku całkowitym braku reakcji, jednak niemal wszystkie kraje poszły w swojej polityce znacznie dalej. Obecny stan wiedzy nie wskazuje, żeby wczesne wprowadzenie obostrzeń było bardziej skuteczne”.

Jednocześnie nadzwyczajne procedury izolacyjne, dezynfekcyjne, zabezpieczające przed możliwością zakażenia doprowadziły do zaniedbań na polu diagnostyki i leczenia zarówno chorych na „COVID” jak i „non-COVID”. „Efektem nadreakcji na pojawienie się wirusa jest narastający dług zdrowotny – czyli przesunięcie w czasie realizacji świadczeń we wszystkich dziedzinach medycyny. Na owe nadwyżkowe zgony należy patrzeć jak na bardzo wysokie oprocentowanie tego długu”– czytamy w raporcie „Ani jednej łzy. Ochrona zdrowia w czasie pandemii przygotowanym przez dr. Pawła Basiukiewicza.

Nadreakcja na pojawienie się koronawirusa przyniosła w Polsce tragiczniejsze skutki niż w krajach Europy Zachodniej Europy m.in. ze względu na mniejszą wydajność służby zdrowia. Wydaje się, że tworzenie dwóch odizolowanych od siebie w dużej mierze systemów ochrony zdrowia – jednego dla pacjentów z COVID-19, drugiego dla całej reszty schorzeń – wobec faktu ograniczonych zasobów nie miało większego sensu (ze względu na niską wykrywalność zakażeń koronawirusem) i prawdopodobnie doprowadziło do znacznej liczby niepotrzebnych zgonów. W Polsce w 2018 roku na 1000 mieszkańców przypadało 2,4 lekarza, podczas gdy średnia dla krajów Unii Europejskiej to 3,8. Wydatki zdrowotne na 1 osobę w Polsce wynosiły 1511 euro (trzy razy mniej niż w Niemczech, dwa razy mniej niż w Anglii). Gorsze oceny niż Polacy swojej służbie zdrowia w UE wystawiali tylko Grecy. Jednak w naszym kraju mieliśmy ponadprzeciętny „bufor” miejsc szpitalnych – 179 tys. (po doliczeniu łóżek m.in. w sanatoriach 248 tys.), a przeciętny odsetek zajętych miejsc wynosił 67%. Liczba miejsc intensywnej terapii wynosiła ponad 4 tys., znacznie mniej niż w Niemczech, porównywalnie do Włoch i Anglii, znacznie więcej niż w Szwecji, która zanotowała zdecydowanie niższy odsetek nadmiarowych zgonów, mimo swojej „liberalnej” reakcji na pandemię, niż większość krajów europejskich - w tym roku ten kraj odnotował z kolei jeszcze mniej zgonów niż średnio w latach 2015-2019 w analogicznym czasie... Tak więc szwedzka średnia nadmiarowych zgonów za okres pandemiczny wyjdzie „na zero”.

Do końca października 2020 roku sumaryczna liczba osób hospitalizowanych była mniejsza o 35% niż w roku 2019 (we wrześniu, tuż przed początkiem drugiej fali, było to 15% mniej pacjentów). Na skutek pandemii dla co najmniej 2 mln pacjentów (niemal jednej piątej w porównaniu do poprzednich lat!) zabrakło miejsca w systemie opieki zdrowotnej. Sam minister zdrowia przyznał (w cytowanym już wywiadzie), że „deficyt zdrowotny, który z tego powodu powstał, jest stosunkowo duży”.

„Niektórych zgonów na pewno można było uniknąć. Część pacjentów z własnej woli nie poszła do lekarza, ale część nie została po prostu dopuszczona do leczenia” – oceniają eksperci cytowani przez „DGP”. Tylko od października do grudnia zeszłego roku NFZ zarejestrował niemal 3 tys. odmów przyjęcia do szpitala.

Zauważmy też, że odsetek zgonów osób chorych na COVID-19 w stosunku do hospitalizacji wzrósł ponad dwukrotnie podczas drugiej fali pandemii! Nic nie wiadomo, żeby w tym czasie pojawiła się tak śmiertelna odmiana koronawirusa, a więc fakt ten wytłumaczyć można tylko znacznie gorszą jakością opieki zdrowotnej i większą dotkliwością nieleczonych przez pół roku chorób współistniejących.

Wprowadzane obostrzenia i procedury izolacyjne doprowadziły do zatrzymania „łańcucha dostaw zdrowia” przez umieszczanie pacjentów w kwarantannach lub „wyłączanie” na dłuższy czas funkcjonowania całych oddziałów lub wręcz szpitali m.in. przez domniemaną konieczność wdrożenia odpowiednich procedur dezynfekcyjnych. Np. SOR w Garwolinie zamknięty został na 4 doby ze względu na potwierdzenie obecności koronawirusa u jednego z pacjentów.

Rachunek zysków i strat

W naukach o zdrowiu publicznym funkcjonuje pojęcie „zgonów możliwych do uniknięcia”. Przed wybuchem pandemii zgonów spowodowanych chorobami, których można było uniknąć (np. rak płuca czy zgony związane z nadużywaniem alkoholu) odnotowano 221 na 100 tys. mieszkańców (w UE 159/100 tys.), a zgonów z powodu chorób, które można była skutecznie leczyć (choroba wieńcowa, rak jelita grubego czy udar mózgu) 135 na 100 tys. (w UE 108/100 tys.). To nie była jedynie konsekwencja mniejszych nakładów na służbę zdrowia w Polsce – specjaliści zwracają także uwagę na relatywnie niski poziom świadomości zdrowotnej Polaków (np. poziom partycypacji w różnych badaniach przesiewowych w Polsce jest jednym z najniższych w Europie). A więc już przed pandemią doświadczaliśmy poważnej liczby „nadmiernych” zgonów.

W październiku ub. roku w tekście „Pandemiczne parpetuum mobile” przytaczałem dane, wedle których przed pandemią statystycznie dziennie wykrywało się w Polsce nowotwory u ponad 450 osób (rocznie u niemal 170 tys. ludzi). Co roku z powodu nowotworów umiera ok. 100 tys. osób. Jak podano w raporcie Fundacji Onkologia 2025 „Onkologia w dobie COVID-19” ogółem prawie połowa pacjentów trafi (lub trafiła) na wizytę do onkologa później niż powinna. Liczba kart DiLO (Karta Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) w okresie od marca do maja 2020 roku spadła o 25% rok do roku. Kilkumiesięczne zahamowanie badań przesiewowych wpłynie na wykrywanie zmian nowotworowych w III i IV stadium, a więc wtedy, kiedy szanse na wyleczenie są dużo mniejsze. To jest dług zdrowotny, którego spłata rozciągnięta będzie na lata – co nie znaczy, że nieodczuwalna. W przeciwieństwie do COVID-19 choroba nowotworowa dotyka także w dużej części młodych ludzi. Jak podała prof. Anna Raciborska z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, obecnie 60% dzieci trafia na onkologię z zaawansowanym rakiem. Jest to odsetek dwa razy większy niż przed pandemią.

Ponadto na początku pandemii doszło do 11–12% spadku ilości zgłoszeń telefonicznych z powodu bólu w klatce piersiowej, ponad 20% spadku diagnozy „zawał serca” postawionej przez zespół ratownictwa medycznego oraz ok. 40% spadku ilości zawałów serca wg raportów przekazywanych do NFZ. Według Prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Przezskórnych Interwencji Sercowo-Naczyniowych prof. Dariusza Duka polska kardiologia „została cofnięta w czasie o 20 lat”.

„Twarde” dane wyliczać można by jeszcze długo – w tym miejscu nie ma jednak takiej potrzeby, aby wysnuć wniosek o nawet kilkukrotnej przewadze kosztów reakcji na pandemię niż samej pandemii. Warto zwrócić jednak uwagę także na trudniejsze w pomiarze skutki w dziedzinie zdrowia psychicznego.

W ubiegłym roku nastąpił wzrost liczby zaświadczeń ZUS z tytułu zaburzeń psychicznych o około 25% (i wzrost liczby dni absencji chorobowej o 37%) w stosunku do 2019 roku.

Najczęstszymi przyczynami wystawiania zaświadczeń lekarskich były: reakcja na ciężki stres i zaburzenia adaptacyjne, epizod depresyjny i inne zaburzenia lękowe. Duży udział w zaświadczeniach wydanych z tytułu zaburzeń psychicznych dotyczyły depresji. W porównaniu do 2019 roku nastąpił wzrost liczby wystawionych zaświadczeń z tytułu depresji o 21% oraz liczby dni o 30%. Blisko połowa (około 45%) zaświadczeń lekarskich z tytułu depresji wystawiane były osobom w wieku 35-49 lat.

Po roku nauki zdalnej objawy depresji odnotowano u 20% uczniów, pogorszenie ogólnego funkcjonowania u 26%, pogorszenie sprawności fizycznej u 30%. Straty edukacyjne są wręcz przytłaczające. Normalny rozwój całego pokolenia został poważnie zaburzony. Ponadto w 2020 roku liczba obywateli żyjących w skrajnym ubóstwie zwiększyła się o 378 tys. osób

Na początku 2020 roku koszt 1 QUALY (ang. Quality Adjusted Life Year – Rok Życia Skorygowany o Jakość) – jednostki służącej ocenie opłacalności zastosowania danej procedury medycznej – wynosił 147 tys. zł. Służby zdrowia nie stać co do zasady na zapłacenie więcej za uratowanie 1 QALY (rok życia w perfekcyjnym zdrowiu, 0 QUALY to śmierć) niż zostało to wyliczone. Jakkolwiek taka kalkulacja wydawać się może bezduszna, to analizując problem ze strony dostępności zasobów łatwo dostrzec dylemat czy bardziej opłaca się wydać X zł, zyskując przykładowo 10 QALY w związku z chorobami układu krążenia, czy wydać tę samą kwotę, zyskując 1 QALY związane z zagrożeniem COVID-19. Taka kalkulacja nie została podana do wiadomości publicznej (nie wiadomo nawet czy w ogóle została przeprowadzona). Jednak już na pierwszy rzut oka widać, że konsekwencje walki z COVID-19 już są znacznie poważniejsze niż sama choroba.

Gdy media grzmiały o „służbie zdrowia znajdującej się na skraju wydolności” w związku z pandemią, była to częściowo prawda – na skraju wydolności znalazła się część służby zdrowia „oddelegowana” do walki z koronawirusem, którym zagrożenie zostało znacznie wyolbrzymione, czego – wszystko na to wskazuje – polski rząd stał się wreszcie świadom i podpierając się konkretnymi badaniami dotyczącymi naszego podwórka (nareszcie!) przestał bezrefleksyjnie wdrażać metody stosowane w krajach Zachodu. Po uwzględnieniu możliwości całego systemu, nic raczej nie wskazuje na to, żeby sytuacja pandemiczna miała w którymkolwiek momencie doprowadzić do jego załamania.

Jak już wcześniej zostało wspomniane, wobec faktu wykrywania jedynie ok. 1/4 zakażeń (osoby zarażone trafiały więc na normalne oddziały szpitalne i dalej zarażały) sama idea tworzenia specjalnych „oddziałów koronawirusowych” nie miała większego sensu, a doprowadziła do tragicznego w skutkach drastycznego ograniczenia możliwości całej służby zdrowia, której część „niekoronawirusowa” także została przytłoczona przez cały szereg schorzeń, z którymi borykamy się na co dzień. W efekcie liczba nadmiarowych zgonów osiągnęła zupełnie niepotrzebnie bardzo wysoki poziom. Tych śmierci można było uniknąć.

Gwoli uczciwości należy jednak stwierdzić, że pierwsza reakcja rządu na pojawienie się COVID-19 była jak najbardziej zrozumiała. Stanowisko WHO, alarmistyczne sygnały płynące z Chin, nagonka medialna i działania innych państw niejako wymusiły na politykach podjęcie radykalnych działań – gdyby tego nie zrobili, zostaliby „zjedzeni” przez opinię publiczną. A i na początku pandemii naprawdę nie wiedzieliśmy z czym się mierzymy. Tylko, że podjęte wtedy decyzje mają swoje bardzo tragiczne konsekwencje…

Szczepienia i cenzura

Wobec zagrożenia jakie niesie COVID-19 dla starszej populacji bezsprzeczna wydaje się w odniesieniu do niej sensowność masowych szczepień. Jednak niskie ryzyko związane z infekcją wśród osób poniżej 60. roku życia oraz dobrze udokumentowany fakt, że ozdrowieńcy utrzymują co najmniej kilka miesięcy odporności na powtórne przechorowanie, czyni wątpliwym sens wdrażania podobnych działań (podkreślmy to – MASOWYCH szczepień) w stosunku do młodszej populacji. „Badania pokazują to, co było i jest już dobrze znane: naturalna odporność na wirusa typu SARS jest silna, długotrwała i wyraźnie skuteczna nawet w przypadku mutacji, generalnie bardziej niż szczepionki. (…) Próba udawania, że jest inaczej, jest skandalem naukowym najwyższej rangi, zwłaszcza że ciągłe zaniedbywanie tematu ma wpływ na prawa i wolności miliardów ludzi” – napisano na stronie Brownstone Institute (założony przez naukowców m.in. ze Stanford czy Harvardu) w artykule przeglądowym dotyczącym badań na ten temat.

W jednym z badań wykazano, że osoby zaszczepione przeciwko SARS-CoV-2 miały 13,06-krotnie większe ryzyko „przełomowej infekcji” wariantem Delta w porównaniu z osobami wcześniej zakażonymi.

W Danii, której 75% populacji jest zaszczepionej, 17 października wśród 115 przyjętych z powodu COVID-19 tego dnia do szpitala osób, 66 osób zostało w pełni zaszczepionych. Wedle doniesień z początku września, w Irlandii, której 90% populacji otrzymało 1 lub 2 dawki szczepionki, ponad jedna czwarta przyjęć na odziały intensywnej terapii od lipca to przełomowe zakażenia osób w pełni zaszczepionych, a 54% pacjentów szpitali w związku z koronawirusem było w pełni zaszczepionych. Szczepionki bez wątpienia są pomocne w zapobieganiu chorobie, nie stanowią jednak cudownego remedium, jak często były (i są) przedstawiane.

W artykule na stronie Brownstown Institute podkreślono także, że w okresie pandemii „naukowcy nie milczeli, po prostu nie otrzymali uwagi opinii publicznej, na jaką zasługują”. Pochylmy się na chwilę nad tą uwagą i przytoczmy przypadek badań Johna PA Ioannidisa, profesora Uniwersytetu w Stanford, który na początku pandemii oszacował śmiertelność z powodu nowego koronawirusa na 0,12%, co radykalnie różniło się od wartości podawanych przez media (3-5%, dla Włoch nawet 12%). Badanie opublikowane zostało jednak dopiero po… 10 miesiącach. W tym czasie wiele prac publikowanych było w rybie ekspresowym – wydawnictwa zaproponowały dla badaczy publikujących na temat koronawirusa tzw. „szybką ścieżkę” – to jednak to badanie czekało na publikację bardzo długo, nawet jak na standardowe procedury recenzowania i publikowania. Wcześniej przytaczane duńskie badanie dotyczące skuteczności maseczek było cenzurowane przez duże czasopisma naukowe nie chcące go opublikować oraz przez Facebooka, który zaczął oznaczać jego wyniki jako „dezinformację” – wobec takiej sytuacji swoje oburzenie wyrazili nawet krytycy badania, tacy jak Kamran Abbasi, redaktor naczelny British Medical Journal.

Jak zwrócono uwagę w raporcie „Ani jednej łzy”, wśród zapaleń płuc nie można więc wyizolować i zidentyfikować czynnika etiologicznego w ok. 50% przypadków. Sytuacja jaka zaistniała w Wuhan od 8 grudnia 2019 roku do 5 stycznia 2020 roku „zazwyczaj nie budzi niczyjej nadmiernej podejrzliwości klinicznej” – wykryto 44 zapalenia płuc o nieznanej etiologii, wobec przeciętnego miesięcznego wykrywania w 11-milionowej populacji Wuhan 2 tys. przypadków zapalenia płuc wymagających hospitalizacji, z czego ok. połowa nie ma rozpoznanego czynnika etiologicznego.

Taka sytuacja nigdy nie budziła niczyjego nadmiernego zainteresowania. Dlaczego zatem teraz było inaczej? Na to pytanie prawdopodobnie nie znajdziemy odpowiedzi. Faktem jest, że od początku pandemii narracja jej towarzysząca nie była nawet ostrożnościowa, a paniczna. I ta panika towarzyszy jej aż dotąd. Ogromną rolę w tym odgrywają media – wspomnieć wystarczy, że na naszym podwórku o możliwym uzyskaniu czasowej odporności zbiorowej przez populację Polski (co wynika z oficjalnych rządowych badań) nie poinformowały praktycznie żadne główne portale informacyjne, które każdego dnia grzmią w alarmistycznym tonie o kilku tysiącach nowych przypadków zakażenia (co zasadniczo nie jest niczym niezwykłym w skali całej populacji). Dlaczego? Na pewno znajdzie się cały szereg psychologicznych wyjaśnień tego fenomenu, nie czas i miejsce jednak na jego roztrząsanie.

Wracając do tematu szczepień - szczepionki Pfizer-BioNTech, Moderny oraz AstraZeneca nie mają jeszcze ukończonej III fazy badań klinicznych, a wszystkie dopuszczone zostały ze względu na stan wyjątkowy, więc stosowanie tych preparatów poniekąd spełnia definicję eksperymentu medycznego. Twierdzenia o ich całkowitym bezpieczeństwie wielokrotnie zostały sfalsyfikowane. Najpierw dowód anegdotyczny – o najmniejszej wartości – ale wydaje się, że mimo wszystko warto go przywołać. Od początku pandemii odnotowałem w moim szerokim otoczeniu (wśród znajomych mi osób i znajomych znajomych) jeden przypadek cięższego przebiegu COVID-19 u osoby młodej (przed 30 rokiem życia), u której nie była wymagana hospitalizacja. Jednocześnie już ponad 10 takich osób naprawdę ciężko przeszło szczepienie – kilka dni wysokiej gorączki, poważne osłabienie organizmu i nawet utraty przytomności niedługo po szczepieniu (na środku przejścia dla pieszych!). W naszym kraju takie przypadki generalnie nie są odnotowywane (niepożądanych odczynów poszczepiennych dotychczas zgłoszono do ministerstwa zdrowia prawie 16 tys.), bo 1) ludzie zwyczajnie nie czują się zobowiązani do ich zgłaszania (żadna ze znanych mi osób nigdzie zaistniałej sytuacji nie zgłosiła); 2) procedura przekazywania informacji przez lekarzy do ministerstwa zdrowia jest maksymalnie utrudniona, a medycy zwyczajnie nie mają czasu, aby poświęcić kilka godzin pracy na wypełnienie kilkudziesięciu stron formularza w celu zgłoszenia jednego takiego przypadku.

Zostawiając jednak osobiste wynurzenia - wkrótce po tym, jak U.S. Food and Drug Administration (FDA) zatwierdziła stosowanie szczepionki Pfizera u młodych ludzi, agencje federalne zaczęły otrzymywać doniesienia o łagodnym bólu w klatce piersiowej lub innych oznakach możliwego zapalenia serca (znanego jako zapalenie mięśnia sercowego) u niewielkiego odsetka nastolatków i młodych dorosłych po szczepieniu. Jak z kolei poinformował Reuters, Szwecja i Dania na początku października wstrzymały stosowanie szczepionki Moderna dla młodszych grup wiekowych po doniesieniach o możliwych rzadkich skutkach ubocznych. Szwedzka agencja zdrowia przekazała, że wstrzyma stosowanie szczepionki u osób urodzonych w 1991 roku i później, ponieważ dane wskazują na wzrost przypadków zapalenia mięśnia sercowego i zapalenia osierdzia wśród zaszczepionej młodzieży i młodych dorosłych. Według amerykańskiego systemu VAERS, zarządzanego przez Centers for Disease Control and Prevention (CDC) i FDA, tylko z terytorium USA zgłoszono niemal 8 tys. zgonów po szczepieniu przeciwko COVID-19 i ponad 37 tys. hospitalizacji. Dane te są mocno niedoskonałe, ponieważ VAERS akceptuje wszystkie zgłoszenia zdarzeń niepożądanych po szczepieniu, nie oceniając, czy szczepionka spowodowała dane zdarzenie. Niektóre zgłoszenia do VAERS mogą przedstawiać prawdziwe reakcje poszczepienne, a inne mogą być przypadkowymi niepożądanymi zdarzeniami zdrowotnymi niezwiązanymi ze szczepieniem. Trudno byłoby jednak stwierdzić, że przy tak dużych liczbach wszystkie zgłoszenia miałyby być zupełnie niezależne od faktu zaszczepienia. Inne badania wskazują na nawet 8-krotne większe ryzyko poronienia po zaszczepieniu!

Podobnych faktów można by przytoczyć oczywiście znacznie więcej, przytoczenie jednak choćby jednego z nich falsyfikuje twierdzenie o „pełnym bezpieczeństwie” szczepień i obniża wiarygodność tych, którzy o nim mówią. Narracja wobec faktu powszechnego dostępu do informacji nie może opierać się na myśleniu życzeniowym, a na analizie rzeczywistości. Jeżeli politycy mówią jedno, a w rzeczywistości dzieje się co innego – nie dziwi brak zaufania do nich i niechęć do szczepień (tempo szczepień przeciw COVID-19 w Polsce wyhamowało, ok. 60% Polaków nie zamierza szczepić się przeciwko grypie, a najczęstszym uzasadnieniem takiej postawy jest fakt występowania powikłań poszczepiennych itd.).

Długotrwałego wpływu szczepionek przeciwko COVID-19 na zdrowie jeszcze nie znamy. A wiele wskazuje na to, że ryzyko na poważne „przechorowanie” szczepienia jest dla młodej osoby porównywalne z ryzykiem ciężkiego przechorowania COVID-19… Pamiętać też należy o większej wartości odporności nabytej „naturalnie”. Masowe szczepienie młodych nie wydaje się więc mieć większego sensu, szczególnie w obliczu uodpornienia na COVID-19 większości starszej populacji w Polsce.

Szczepienia generalnie są jedynie syntetycznym zamiennikiem rocznej naturalnej ekspozycji na wirusy przeziębienia i grypy. Niemożliwe jest wyprodukowanie uniwersalnej szczepionki przeciwko SARS-CoV-2, ponieważ wirusy układu oddechowego RNA (takie jak wirusy grypy, RSV, rinowirusy i koronawirusy) mutują niezwykle szybko w porównaniu z wirusami takimi jak ospa, odra czy polio (obecnie SARS-CoV-2 wytworzył ponad 40 tys. wariantów). Dlatego tych pierwszych zasadniczo nie da się wyeliminować za pomocą szczepień. Strategia, a właściwie ideologia, „zeroCOVID” przedstawiana przez niektórych jako „jedyne wyjście z pandemii” to niemożliwe do zrealizowania rozwiązanie, także przez fakt, że SARS-CoV-2 nie jest typowo ludzkim wirusem (inaczej niż w prypadku np. ospy) – wedle artykułu opublikowanego na łamach Nature 40% dzikich jeleni miało pozytywny wynik testu na obecność przeciwciał COVID-19 w badaniu przeprowadzonym w Michigan, Illinois, Nowym Jorku i Pensylwanii; podobna sytuacja występuje z ponad 200 innymi endemicznymi wirusami układu oddechowego. Oryginalnego wirusa SARS udało się wyeliminować za pomocą radykalnych działań, ze względu na jego niskie ewolucyjne przystosowanie do ludzkich żywicieli: 1) SARS nie był bardzo zaraźliwy; 2) powodował, że duża część zarażonych ciężko chorowała, przez co byli „przykuci do łóżka” i nie zarażali dalej; 3) nie występowało w jego przypadku przedobjawowe rozprzestrzenianie się. Sytuacja z SARS-CoV-2 jest zasadniczo inna.

Profesor Luc Montagnier, francuski wirusolog i laureat Nagrody Nobla, stwierdził w wywiadzie dla Hold-Up Media (przeprowadzonym w języku francuskim, w internecie spopularyzowała go amerykańska RAIR Foundation), że masowe szczepienie przeciw COVID-19 jest niebezpieczne i że sprzyja tworzeniu wariantów koronawirusa. Profesor Montagnier, zapytany o program szczepień przeciwko COVID-19, nazwał go „niedopuszczalnym błędem” oraz „błędem naukowym, jak również medycznym”. Przekonywał, że szczepienia tworzą warianty koronawirusa. Mówił o „przeciwciałach stworzonych przez szczepionkę”, które zmuszają wirusa do „znalezienia innego rozwiązania” lub śmierci. „Nowe warianty są produktem i rezultatem szczepienia” – stwierdził. Warto pochylić się nad tym twierdzeniem odkrywcy wirusa HIV (popieranym m.in. Geertema Vandena Bosscha, belgijskiego wirusologia, wcześniej zatrudnionego w… Fundacji Billa i Melindy Gatesów) i jego uzasadnieniem, mimo że jego wypowiedź spotkała się z reakcją licznych „fact checkerów”, które sprowadzały się do stwierdzenia, że szczepienia są potrzebne, aby kontrolować mutację wirusa poprzez powszechną odporność. Ale co jeśli „powszechna odporność” jest niemożliwa do osiągnięcia?

Generalnie presja ewolucyjna sprawia, że z czasem niektóre wirusy stają mniej niebezpieczne. Po prostu potrzebują one swoich żywicieli, aby móc dalej się rozprzestrzeniać. A żywy i mobilny „gospodarz” jest zdecydowanie bardziej użyteczny niż przykuty do łóżka lub martwy. Wirusy mogą stać się ślepymi zaułkami ewolucyjnymi, jeśli zabiją lub unieruchomią swoich nosicieli. Z punktu widzenia wirusa ewolucyjny złoty środek osiąga się, gdy może on łatwo zainfekować jak najwięcej nosicieli bez zmniejszania ich mobilności i bez wywoływania długotrwałej odporności u większości nosicieli, a więc bez sprowokowania gwałtownej odpowiedzi immunologicznej. W ten sposób ustanawia się trwały cykl reinfekcji. Proste organizmy takie jak wirusy ślepo wytwarzają swoje genetyczne kopie, a stwierdzenie o „presji ewolucyjnej” oznacza ni mniej ni więcej niż stwierdzenie, że to warunki środowiskowe określą, która z tych milionów kopii przetrwa wystarczająco długo, aby wyprodukować jeszcze więcej kopii samego siebie. Zwykle młodzi ludzie są narażeni na mniej niebezpieczne mutacje, ponieważ najzdrowsi żyją normalnie, mają kontakt z wieloma ludźmi, zarażają i są zarażani. Jednocześnie osoby ciężko chore siłą rzeczy zmuszone są do pozostania w domu i ograniczenia kontaktów. W ten sposób najniebezpieczniejsze mutacje wirusa nie znajdują nowych żywicieli i trafiają do ewolucyjnej ślepej uliczki.

Grypa hiszpanka okazała się tak niebezpieczna ze względu na wyjątkowe warunki I wojny światowej. W okopach i przepełnionych frontowych szpitalach niemożliwe było naturalnie wyizolowanie jej najgroźniejszych odmian, dlatego krążyły one w wojskowej populacji równie swobodnie co wersje mniej groźne i następnie przeniosły się na całą populację. W przypadku COVID-19 wariant Delta jest bardziej zaraźliwy, ale to jest dokładnie to czego można było spodziewać – koronawirus przystosowuje się do nowego gatunku gospodarza i aby przetrwać staje się bardziej zaraźliwy, ale mniej śmiercionośny. W ten sposób sprowadzony zostanie w końcu ewolucyjnie do „poziomu zwykłej grypy”, o czym mówił polski minister zdrowia.

Nie jest to pewny scenariusz, jednak na takie ryzyko zwracają uwagę liczni uznani specjaliści – szczepienia przeciwko COVID-19 zmniejszają ryzyko hospitalizacji lub śmierci, ale nie zatrzymują infekcji wśród osób zaszczepionych. W takich warunkach nawet niebezpieczny nowy wariant koronawirusa będzie mógł swobodnie krążyć wśród osób zaszczepionych nie powodując ich „przykucia do łóżka”, będąc jednocześnie niezwykle groźnym dla osób nieszczepionych. Są to warunki z grubsza podobne do warunków I wojny światowej. Co więcej, ponieważ szczepienie zapewnia jedynie tymczasową, krótkotrwałą ochronę, gdy tylko odporność osłabnie, sami zaszczepieni są również narażeni na poważniejsze przechorowanie. W ten sposób stwarza się możliwość przetrwania w populacji groźniejszych wersji koronawirusa, która spowodować może w przyszłości ogromną tragedię. Badania mutagenezy innego wirusa RNA, wirusa pęcherzykowego zapalenia jamy ustnej, pokazują, że prawie 40% przypadkowych mutacji jest śmiertelnych, kolejne 29% szkodliwych, 27% obojętnych i tylko 4% korzystnych dla wirusa. Tak więc tylko bardzo niewiele przypadkowych mutacji może przynieść korzyści wirusowi i… nam. Oczywiście sytuacja z mutacjami koronawirusa wyglądać może zgoła inaczej.

COVID-19 mógłby być dotychczas dla nas tak niebezpieczny jak hiszpanka, gdyby nie wcześniej nabyta przez większość populacji odporność krzyżowa. Jak pokazuje to badanie, nawet 90-99% z nas miało już pewien poziom ochrony przed COVID-19 dzięki częściowej odporności krzyżowej uzyskanej w wyniku ekspozycji na inne koronawirusy. Świadczy o tym wysoki odsetek infekcji, które okazują się bezobjawowe. Wiedzieliśmy o tym już na początku pandemii – pomimo alarmistycznych danych publikowanych przez chiński rząd, przypadek statku Diamond Princess posłużył jako nieumyślna szalka Petriego do badania nowego koronawirusa. Dzięki temu przykładowi pod koniec lutego 2020 roku wiedzieliśmy, że COVID-19 nie był jakimś potwornym wirusem, takim jak hiszpanka, ale był po prostu kolejnym szczepem koronawirusa, blisko spokrewnionym z poprzednimi koronawirusami i że większość z nas miała już pewien poziom odporności krzyżowej.

Wirus swobodnie krążył na pokładzie statku, ale śmiertelność skorygowana względem wieku utrzymywała się między 0,025% a 0,625% (poziom złego sezonu zwykłej grypy, śmiertelność hiszpanki wynosiła od 2 do 10%). Tylko 26% pasażerów uzyskało pozytywny wynik testu na obecność wirusa, a tych, którzy uzyskali pozytywny wynik testu 48%, pozostało całkowicie wolnych od jakichkolwiek objawów pomimo zaawansowanego wieku większości! To po prostu nie tak zachowuje się naprawdę nowy wirus, gdy napotyka populację bez istniejącej wcześniej odporności krzyżowej.

W cytowanym już “Bulletin of the World Health Organization” zauważono: „Bardzo niski wskaźnik śmiertelności wydaje się powszechny w krajach azjatyckich. Młoda populacja tych krajów (za wyjątkiem Japonii), wcześniejsza odporność związana z kontaktem z innymi koronawirusami, różnice genetyczne, etykieta higienny, mniejszy wskaźnik zakażeń czy inne nieznane czynniki mogą wyjaśniać tę sytuację. Wskaźnik śmiertelności jest niski także w biednych krajach Azji i Afryki, prawdopodobnie ze względu na młodą populację”.

Segregacja sanitarna i Big Pharma

Strategia zeroCOVID prowadzi jedynie do wprowadzania coraz głębszej kontroli nad społeczeństwem oraz utrzymywania szkodliwych metod dystansowania społecznego. Włoski rząd nałożył 15 października na wszystkich pracowników obowiązek posiadania „paszportu” covidowego. Osoby, które nie wylegitymują się tym dokumentem, zostaną pozbawione pensji. Pracownicy, którzy zignorują nowy przepis i przyjdą do pracy bez Green Pass, zostaną ukarane grzywną w wysokości od 600 do 1500 euro. Sankcja dla pracodawców wyniesie 400-1000 euro. We Francji wprowadzono 9 sierpnia rozszerzony tzw, paszport sanitarny. Dokument jest wymagany w miejscach publicznych, m.in. w kawiarniach i restauracjach, dużych centrach handlowych, środkach dalekobieżnego transportu, a także w placówkach opieki medycznej. Z dniem 30 sierpnia 1,8 mln pracowników mających kontakt z klientami również zostało objętych rygorem posiadania przepustki covidowej lub innego świadectwa wykluczającego obecność koronawirusa, a od końca września obowiązkiem objęta została także młodzież w wieku 12-17 lat (!). Co ciekawe – na wiecach politycznych przed wyborami prezydenckimi paszporty sanitarne nie będą wymagane. I tak dalej, przykładów jest znacznie więcej, nie tylko z naszego kontynentu (Australia…). Pomysły wprowadzania paszportów szczepionkowych wobec tego co mówi nauka jawią się jako czysto polityczne – jest to praktyczna realizacja zasady „dziel i rządź”. Na poziomie globalnym od dłuższego czasu mówi się także o „Wielkim Resecie”…

Ponadto z pandemii zrobiono bardzo dochodowy biznes. Wielkim firmom farmaceutycznym czy urzędnikom międzynarodowych organizacji zajmujących się zdrowiem zależy, aby trwała ona jak najdłużej, bo oznacza to przepływ w ich kierunku potężnych sum pieniędzy. Oferowane przez nich rozwiązanie kolejnych szczepień co 6 miesięcy (w Izraelu osoby zaszczepione dwoma dawkami nie są już uznawane za zaszczepione, wbrew obecnej wiedzy naukowej) zapewni trwały popyt na szczepionki.

Ze względu na duże zdolności koronawirusa do mutacji, może być tak, że przy każdym tym cyklu będą musiały być aktualizowane i nie ma żadnej pewności, że w momencie wypuszczenia na rynek będą dalej aktualne. W ten sposób sami kreujemy sytuację, w której koronawirus będzie mógł zmutować do naprawdę groźnych wersji, a regularne szczepienia faktycznie staną się jedynym przed nim zabezpieczeniem, co brzmi jak… biznesplan idealny.

W artykule „How Bill Gates Impeded Global Access to Covid Vaccines” opublikowanym na stronie The New Republic, obszernie opisano rolę Billa Gatesa, barona Big Pharma, w ukróceniu idei powszechnego dostępu do szczepionek na zasadzie globalnych wysiłków na rzecz ich opracowania powiązanych z rezygnacją z prawa własności intelektualnej. Dwa dni przed ogłoszeniem przez WHO pandemii 11 marca 2020 roku Fundacja Billa i Melindy Gates ogłosiła powstanie Therapeutics Accelerator, wspólnej inicjatywy z Mastercard i grupą charytatywną Wellcome Trust, mającej na celu zidentyfikowanie i opracowanie potencjalnych metod leczenia nowego koronawirusa. Był to kolejny przejaw korporacyjnej „filantropii”, stosowanej przez Gatesa na każdym polu (od walki z malarią po zapobieganiu niedożywieniu) – polegającej na oferowaniu niewielkiego wsparcia, przy jednoczesnym czerpaniu z danego problemu ogromnych profitów i blokowaniu niezbędnych zmian systemowych.

The Access to Covid-19 Tools Accelerator lub ACT-Accelerator był propozycją Gatesa, aby zorganizować rozwój i dystrybucję wszystkiego, od leków po testy. Największe i najbardziej znaczące ramię tej inicjatywy, COVAX, zaproponowało subsydiowanie umów szczepionkowych z biednymi krajami poprzez darowizny krajów bogatych i prowadzenie przez nie sprzedaży w celu dostarczenia szczepionek dla 20% populacji kraju. Później, po zapewnieniu odpowiedniego popytu i rozpoczęciu kampanii szczepień, biedne kraje musiałyby podjąć konkurencję na rynku. Ostatecznie ACT-Accelerator nie zrealizował swojego celu, jakim jest dostarczanie szczepionek do populacji o niskich dochodach (a dyskusja o globalnych wysiłkach w celu upowszechniania szczepionek przeciw COVID-19 umarła śmiercią naturalną). Firmy farmaceutyczne i bogate narody, które rok temu tak bardzo chwaliły tę inicjatywę, wycofały się w dwustronne umowy. Wcześniej Gates interweniował chociażby, gdy dyrektor Oksfordzkiego Instytutu Jennera wpadł na zabawne pomysły na umieszczenie praw do swojego kandydata na szczepionkę wspieranego przez COVAX w domenie publicznej. Jak donosi Kaiser Health News: „Kilka tygodni później Oxford – namawiany przez Fundację Billa i Melindy Gatesów – zmienił kurs i podpisał ekskluzywną umowę dotyczącą szczepionek z AstraZeneca, która dała farmaceutycznemu gigantowi wyłączne prawa i nie gwarantuje niskich cen”.

Gates od 1999 roku niezłomnie angażuje się w zabezpieczenia praw firm farmaceutycznych do wyłącznej kontroli nad naukami medycznymi i rynkami ich produktów, poczynając od sprzeciwu wobec naruszenia pozycji koncernów w sytuacji walki z AIDS w RPA… Wtedy to 39 międzynarodowych koncernów farmaceutycznych (wspieranych przez rząd USA) wniosło pozew przeciwko Republice Południowej Afryki, zarzucając naruszenie konstytucji tego kraju i jego zobowiązań wynikających z Porozumienia WTO w sprawie handlowych aspektów praw własności intelektualnej (TRIPS). Wtedy też administracja Clintona zatwierdziła długą listę życzeń Big Pharma, od poszerzenia możliwości prywatyzacji nauki finansowanej przez rząd po otwarcie ery marketingu bezpośredniego leków na receptę. Odpowiednie zyski zostały przeznaczone na wzmocnienie i tak już bogatej historycznie działalności lobbingowej w Waszyngtonie i Genewie.

Big Pharma wydawała średnio 4,7 miliarda dolarów rocznie w latach 1999-2018 na lobbing tylko w USA! Big Pharma wydaje również 20 miliardów dolarów każdego roku na „przekonywanie” lekarzy do swoich produktów i kolejne 6 miliardów dolarów na reklamy leków, tylko w USA.

W Unii Europejskiej jeszcze kilka lat temu firmy farmaceutyczne (oraz sektor finansowy) wydawały najwięcej na lobbing – ok. 50 mln USD rocznie. Obecnie straciły pozycję lidera w tej dziedzinie na rzecz Big Techu, ale wciąż znajdują się w ścisłej czołówce. Według niemieckiej organizacji pozarządowej Lobbycontrol oraz Corporate Europe Observatory, UE zbyt słabo przeciwdziała wpływom koncernów na decyzje polityczne. Jak podkreśla szefowa organizacyjna ds. politycznych w Lobbycontrol Imke Dierssen „koncerny są w stanie czasami przejmować stery ustawodawcze czy wpływać na procesy polityczne”. Zauważmy, że Big Pharma w przypadku pandemii ma wsparcie Big Techu – do tego popłynęły dodatkowe pieniądze związane z reklamami m.in. szczepień, a przez obostrzenia ludzie znacznie więcej czasu zaczęli spędzać w sieci i bardziej angażowali się m.in. na portalach społecznościowych, co generuje dodatkowe (potężne) zyski. Liczne przypadki cenzury stosowanej nawet wobec uznanych naukowców kwestionujących przyjęty przez rządy paradygmat walki z koronawirusem (ostatnio np. należący do Microsoftu LinkedIn ocenzurował wpis autorstwa słynnego epidemiologa z Harvardu Martina Kulldorffa, w którym ten poparł pielęgniarki odmawiające szczepienia w szpitalu w Harvardzie) potwierdza zaangażowanie Big Techu w uciszanie opozycji (a przecież trudno uwierzyć, żeby Facebook działał w dobrej wierze), także we współpracy z rządem USA – Biały Dom przyznał się do monitorowania prywatnych stron na Facebooku i proszenia Facebooka o blokowanie treści, które uzna za nieodpowiednie.

Na zakończenie tych rozważań warto też pochylić się nad „skandalem pandemicznym” związanym z rozprzestrzenianiem się świńskiej grypy w latach 2009-2010. Zgodnie z raportem Komisji Spraw Społecznych, Zdrowia i Rodziny Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy (PACE) opublikowanym w czerwcu 2010 roku, nadreakcja WHO, UE i rządów krajowych na pandemię doprowadziło do „marnowania dużych sum publicznych pieniędzy oraz nieuzasadnionych obaw i strachów związanych z zagrożeniami dla zdrowia europejskich społeczeństw”.

Wedle raportu „istnieją przytłaczające dowody na to, że powaga pandemii została znacznie przeceniona przez WHO” powodując wypaczenie priorytetów zdrowia publicznego.

Przedstawiając swój raport, jego autor Paul Flynn powiedział komisji: „to była pandemia, która nigdy tak naprawdę nie nastąpiła” i opisał program szczepień jako „lek placebo na dużą skalę”. Komisja zauważyła także „poważne niedociągnięcia” przejrzystości podejmowania decyzji dotyczących wybuchu pandemii, wywołujące obawy dotyczące wpływu przemysłu farmaceutycznego na proces decyzyjny.

Jak przekazała Fiona Godlee, ówczesna redaktor naczelna British Medical Journal, według dochodzenia przeprowadzonego przez jej czasopismo naukowcy, którzy opracowali kluczowe wytyczne WHO dotyczące gromadzenia szczepionek przeciw grypie, otrzymali wcześniej wynagrodzenie od firm farmaceutycznych, które miały w tym interes.

Dr Wolfgang Wodarg, były poseł SPD do niemieckiego Bundestagu, a w 2010 roku przewodniczący Komisji Zdrowia PACE, lekarz medycyny i epidemiolog, specjalista w zakresie chorób płuc i medycyny środowiskowej, uznał „pandemiczną” kampanię świńskiej grypy WHO za „jeden z największych skandali medycznych stulecia”. Tekst rezolucji przyjętej w Parlamencie Rady Europy mówił:

„Aby promować swoje opatentowane leki i szczepionki przeciw grypie, firmy farmaceutyczne wpłynęły na naukowców i oficjalne agencje, odpowiedzialne za standardy zdrowia publicznego, aby zaalarmować rządy na całym świecie i zmusić je do marnowania ograniczonych zasobów zdrowotnych na nieskuteczne strategie szczepień, niepotrzebnie narażając miliony zdrowych ludzi na ryzyko nieznanej ilości skutków ubocznych niewystarczająco przetestowanych szczepionek. Wydaje się, że kampania «świńskiej grypy» spowodowała ogromne szkody nie tylko dla niektórych zaszczepionych pacjentów i budżetów zdrowia publicznego, ale także dla wiarygodności i odpowiedzialności ważnych międzynarodowych agencji zdrowia”.

Po raz pierwszy kryteria WHO dla pandemii zostały zmienione w kwietniu 2009 roku, kiedy zgłoszono pierwsze przypadki świńskiej grypy w Meksyku, aby nie faktyczne ryzyko choroby, ale liczba jej przypadków była podstawą do ogłoszenia „pandemii”. Klasyfikując świńską grypę jako pandemię, narody zostały zmuszone do wdrożenia planów pandemicznych, a także do zakupu szczepionek przeciwko świńskiej grypie. Według Wodarga, klasyfikacja świńskiej grypy jako pandemii przez WHO przyniosła firmom farmaceutycznym dodatkowe przychody o 18 miliardów dolarów.

Obecnie koncerny farmaceutyczne już przygotowują się do powstania nowego wariantu koronawirusa, który będzie w stanie „ominąć” odporność ustanowioną przez poprzednie wersje szczepionki…

Podsumowanie

1) Większość populacji Polski nabyła odporność przeciwko COVID-19, w dużej części stało się naturalnie - poprzez zakażenie.

2) Śmiertelność i zapadalność na COVID-19 nie usprawiedliwiały wprowadzania radykalnych obostrzeń, które doprowadziły do skraju wydolności służby zdrowia i nie miały przełożenia na sytuację pandemiczną.

3) Nadmierne obciążenie służby zdrowia przez podzielenie jej na dwa odrębne segmenty przeznaczone dla pacjentów covidowych i niecovidowych doprowadziło do zaciągnięcia ogromnego długu zdrowotnego, który spłacany będzie przez wiele lat i stał się podstawą katastrofy demograficznej w naszym kraju. Elementami tego długu są m.in.: brak odpowiedniej diagnostyki na wielu polach, na czele z diagnostyką nowotworową; wykluczenie co najmniej 2 mln Polaków z łańcucha dostaw zdrowia; kwestie związane z osłabieniem zdrowia psychicznego wpływającym na osłabienie odporności; osłabienie procesu naturalnego nabywania odporności np. przeciwko grypie, przez co zbiera ona teraz śmiertelne żniwo.

4) Polski rząd wreszcie zaczął działać na podstawie konkretnych danych dotyczących obszaru Polski i zaprzestał bezrefleksyjnego kopiowania rozwiązań stosowanych na Zachodzie.

5) Rozwiązania stosowane na Zachodzie, takie jak np. wprowadzanie paszportów sanitarnych są decyzjami czysto politycznymi. Badania wykazały, że daleko idące obostrzenia nie zmniejszały rozprzestrzeniania się koronawirusa. Stosowanie skutecznych środków, takich jak izolacji osób chorych i objawowych, nie wymaga zamykania gospodarki i izolowania osób mało narażonych (młodych, bez chorób współistniejących).

6) Sensowność ochrony najbardziej narażonej starszej populacji za pomocą szczepień nie budzi wątpliwości, które pojawiają się w temacie masowych szczepień ludzi młodych. Szczepionki nie są „w pełni bezpieczne”, a zastępowanie nimi naturalnego procesu nabywania odporności przez praktycznie niezagrożoną młodą populację doprowadzić może do groźnych mutacji i powstania faktycznie śmiercionośnej wersji koronawirusa w przyszłości.

7) Od początku pandemii towarzyszyła narracja nie tyle ostrożnościowa, co paniczna. Naukowcom podważającym ten paradygmat nie poświęcono należytej uwagi lub po prostu ich uciszano (np. przez rozciągnięty do granic możliwości proces recenzji ich prac badawczych lub całkiem wprost, oznaczając rezultaty ich pracy jako „dezinformację”).

8) Strategia (a raczej ideologia, bo nie mająca pokrycia w wiedzy naukowej) „zeroCOVID” jest niemożliwym do zrealizowania rozwiązaniem, podobnie jak osiągnięcie trwałej „odporności stadnej”. Koronawirus pozostanie z nami prawdopodobnie na stałe.

9) Firmy farmaceutyczne od wielu lat wydają ogromne pieniądze na lobbing. Proponowane przez nie rozwiązanie – regularnych szczepień co 6 miesięcy – jawi się jako idealny biznesplan. W tej chwili ogół populacji (szczególnie młodej) nie jest zagrożony COVID-19. Przez wdrożenie masowych szczepień i mutację koronawirusa sytuacja może się jednak zmienić. Wtedy społeczeństwa zostaną uzależnione od regularnych szczepień.

10) Przypadek „pandemii” świńskiej grypy w latach 2009-2010 wskazuje na silne powiązania między WHO, światem nauki (przynajmniej jego częścią) oraz koncernami farmaceutycznymi. WHO będąc globalną organizacją odpowiedzialną za zdrowie zostało obdarzone w 2020 roku przez większość państw kredytem zaufania, stąd globalna „paniczna” reakcja na pojawienie się COVID-19. Z czasem jednak poszczególne kraje zaczęły wypracowywać własne rozwiązania.

Adam Szabelak

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Co tak naprawdę wydarzyło się w Pszczynie? Czy kobieta zmarła przez wyrok Trybunału Konstytucyjnego?

Czytaj Następny

„Murem za obrońcami granic” - manifestacje Młodzieży Wszechpolskiej w Warszawie, Gdańsku i Rzeszowie

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *