Wszyscy jesteśmy nacjonalistami

Śledząc media głównego nurtu oraz publikacje lewicowo-liberalnych ośrodków myśli politycznej, możemy czasami natknąć się na opinie, jakoby dzisiejsze czasy były „czasami nacjonalizmu”. Każda osoba o poglądach narodowych puka się w takiej sytuacji w głowę – przecież niemal każdego dnia jesteśmy zalewani strumieniem przekazu o wartościach krańcowo odległych od tych, które staramy się wyznawać. Paradoksalnie to stwierdzenie jest poniekąd prawdziwe, aby jednak oddać jego istotę, należy je rozwinąć: otóż żyjemy w czasach nacjonalizmu banalnego.

Autorem tego pojęcia jest amerykański socjolog, Michael Billig. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że nie należy on bynajmniej do sympatyków nacjonalizmu „gorącego”, czyli tego prezentowanego przez ruchy narodowe na całym świecie. Mimo to warto się pochylić nad treścią zawartą w książce jego autorstwa pt. „Banalny nacjonalizm”. Czym jest więc ów banalny nacjonalizm, niekiedy nazywany także nacjonalizmem „zimnym”?

Banalny nacjonalizm dziś i kiedyś

Obecnie termin „nacjonalizm” kojarzony jest przez społeczeństwo negatywnie. W Polsce nierzadko odcinają się od niego sami zwolennicy idei narodowej, a w krajach kultury zachodniej nazwanie kogoś nacjonalistą wiąże się ze społecznym i politycznym ostracyzmem. Jednak patrząc z tej perspektywy, nie myślimy o tym, co jest dla nas – mieszkańców krajów rozwiniętych – zupełnie naturalne. Dla ludzi XXI wieku oczywistym jest istnienie państw narodowych oraz hymnów, flag i najrozmaitszych symboli związanych z daną nacją. Nasza narodowość implikuje nasze postrzeganie rzeczywistości oraz determinuje polityczną tożsamość. Międzynarodowy porządek moralny, na który powołują się politycy, jest porządkiem opartym o istnienie suwerennych bytów narodowych. Zdecydowania większość ustaw zasadniczych współczesnych państw za źródło władzy przyjmuje naród. W życiu publicznym dominuje określenie „my”, w znaczeniu „naród” lub obywatele „państwa narodowego”, a w Polsce, Francji czy Niemczech słowa „Polacy, Francuzi, Niemcy” odmieniane są przez wszystkie przypadki. Wbrew utopijnym wizjom „globalnej wioski”, narodowość określa polityczny dyskurs, zarówno krajowy jak i międzynarodowy. Nawet gdy mówimy o globalizacji czy współpracy międzynarodowej, bezrefleksyjnie i automatycznie myślimy o tych zagadnieniach w kontekście poszczególnych narodów. Tutaj tkwi istota banalnego nacjonalizmu – jest on na tyle naturalny, że podważanie powyższych faktów wydaje się czymś absurdalnym, a artykułowanie – oczywistym. Nie zawsze jednak tak było.

Jeszcze w XIX wieku nowoczesna tożsamość narodowa była w fazie rozwoju. Przykładów nie musimy szukać daleko – Liga Narodowa wydawała „Polaka”, miesięcznik skierowany do mas ludowych na terenie zaboru rosyjskiego. Zresztą Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka” za jedną z największych bolączek młodego polskiego społeczeństwa uważał indyferentyzm narodowościowy warstwy chłopskiej. Co prawda, „lud zdobywając oświatę i uświadamiając się narodowo” czerpał ze „skarbnicy narodowej inteligentnej warstwy społeczeństwa”, ale proces unaradawiania jeszcze trwał, a coś, co współcześnie dla przeciętnego Polaka jest kwestią zdrowego rozsądku, było dopiero na etapie poznawania. Mało tego, w XIX wieku nacjonalizm miał poważnego wroga, jakim był komunizm. Ideologia ta, ogólnie rzecz ujmując, zamiast tożsamości narodowej, która nota bene była już w Europie Zachodniej rozpowszechniona, proponowała tożsamość klasową. „My” miało oznaczać proletariat, nie naród. Klasyczna koncepcja nacjonalizmu zakładająca istnienie naturalnych sprzeczności między narodami miała być wyparta przez walkę klas, która ostatecznie doprowadziłaby do zaniku antagonizmów narodowych. Słynne zdanie Karola Marksa, że „robotnicy nie mają ojczyzny” nie wytrzymało jednak starcia z rzeczywistością; komunizm musiał uznać wyższość nacjonalizmu. Idee socjalistyczne zostały „znacjonalizowane” albo mówiąc precyzyjniej – to socjalizm został zmuszony do odwoływania się do narodowych mitów. W obliczu wojny z III Rzeszą, Stalin ogłosił „Wielką Wojnę Ojczyźnianą”, a kilka lat wcześniej wielkim sukcesem w Związku Sowieckim okazał się film „Aleksander Newski”, opowiadający o konflikcie z XIII wieku między Rusią a Teutonami (Rosjanami a Niemcami). Polska Ludowa pod względem pielęgnowania narodowych mitów była jeszcze bardziej wyrazista. Nawet zmarły niedawno Fidel Castro przez biografów oceniany jest jako przywódca narodu kubańskiego. Spośród wszystkich współczesnych ideologii politycznych będących niejako rezultatem Rewolucji Francuskiej, nacjonalizm okazał się ideologią najbardziej skuteczną w zdobywaniu mas. Nawet jeśli obecnie występuje on w formie banalnej.

Reprodukcja i „oflagowanie”

Tak jak już wspomniano, banalny nacjonalizm występuje w formie na tyle naturalnej, że trudno jest go zauważyć. We współczesnym świecie wręcz niemożliwe jest znalezienie kogoś, kto by nie posiadał jakiejś narodowości. Posiadanie narodowości rzecz jasna z niczym się jeszcze nie wiąże, ale sam fakt, że ją posiadamy i jesteśmy tego świadomi, jest największym sukcesem nacjonalizmu jako szeroko rozumianej ideologii. Z kolei ta świadomość jest możliwa dzięki permanentnej „reprodukcji” państw narodowych i narodów je tworzących. To kolejne bardzo istotne pojęcie, kluczowe do zrozumienia banalnego nacjonalizmu. W sposób obrazowy ujął to Billig, nazywając reprodukcję „oflagowaniem”. Wiąże to się – a jakże – z banalnymi symbolami i czynnościami, które nieustannie każdego dnia po cichu przypominają nam, że należymy do danego narodu. Spektrum jest bardzo szerokie: od wiszących flag na urzędach, na które nie zwracamy uwagi – chociaż ich zniknięcie na pewno wywołałoby poruszenie – po mecze reprezentacji w piłce nożnej, podczas których setki tysięcy ludzi przyodzianych w barwy narodowe kibicuje „swoim”. Do „oflagowania” możemy przykładowo zaliczyć jeszcze herby narodowe wiszące w placówkach publicznych, odgrywanie hymnów podczas uroczystości państwowych czy nawet symbole narodowe umieszczone na banknotach i monetach. Jednak zdecydowanie najistotniejszym elementem „oflagowania” jest język. Nie chodzi tylko o to, że mówimy po polsku, a inni mówią w „swoim” języku, co zresztą też jest bardzo ważne. Chodzi przede wszystkim o sposób komunikowania się w społeczeństwie. Obecny dyskurs nie tylko narzuca nam formy dychotomiczne („my” – nasz naród i „oni” – inne narody), ale również powoduje, że nawet pojęcie społeczeństwa często bezwiednie utożsamiamy z narodem. „Pojęcia, które wydają się nam tak bardzo banalne, okazują się ideologicznymi tworami nacjonalizmu” - podsumowuje Billig.

W teorii tej występuje jednak zasadniczy problem. Musimy zadać sobie pytanie, czym jest właściwie naród i co decyduje o przynależności do niego? Klasyczna teoria mówi, że naród to pewna wspólnota ludzi, mówiąca najczęściej tym samym językiem, połączona wspólną historią i kulturą oraz zamieszkującą dany teren, natomiast o przynależności decyduje osobiste przywiązanie jednostki do tejże wspólnoty. Definicja jest związana z tzw. nacjonalizmem obywatelskim, który największą rolę przywiązuje do państwa oraz funkcji nadawania obywatelstwa. Nie znajdujemy jednak tutaj ani słowa o wspólnym pochodzeniu. Niestety, często kiedy mowa jest o wspólnym pochodzeniu, można spotkać się z równią pochyłą i wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków, że takie myślenie prowadzi do rasizmu. Prawidłowo wspólnotę pochodzenia należy traktować tak, jak traktuje się wspólnotę historii – na zasadzie mitu, który z natury jest nieracjonalny.

Rzeczą niedorzeczną jest sama próba sprawdzania, czy moi przodkowie sprzed kilkuset lat mieli wspólny udział w historii narodu, z którym się utożsamiam. Podobnie jest ze wspólnotą pochodzenia. Idealnym obrazem mitu o wspólnym pochodzeniu jest legenda o Lechu, Czechu i Rusie. W rzeczywistości nie ma ona nic wspólnego z prawdą, natomiast tworzy wyobrażenie, które wpływa na poczucie tożsamości z ponadczasową, również wyobrażoną wspólnotą narodową i tak samo powoduje poczucie odrębności z innymi wspólnotami. Warto zauważyć, że nasze myślenie, dzięki współczesnemu procesowi nieustannej reprodukcji narodu, wzmacnia mit o wspólnym pochodzeniu. Jestem Polakiem, a więc moimi przodkami byli Polacy – bo kto inny? Istnieją oczywiście wyjątki od tej reguły, np. zasymilowani Polacy, którzy są tego świadomi, ale generalnie nasze obecne narodowe kalki myślowe są na tyle naturalne, że trudno jest nam sobie wyobrazić kim naprawdę mogli być nasi przodkowie. Co najwyżej, moglibyśmy stwierdzić, że byli członkami innego narodu bądź grupy etnicznej.

Banalny nacjonalizm a nacjonalizm „gorący”

Mówienie o (banalnym) nacjonalizmie w tym kontekście musi rodzić w klasycznym nacjonaliście małą konsternację. Jak można mówić o nacjonalizmie w Niemczech albo we Francji, biorąc pod uwagę sytuację społeczną tam panującą? Czy rysowanie kredkami po ziemi jako odpowiedź na zamachy terrorystyczne ma cokolwiek wspólnego z nacjonalizmem? Po raz kolejny musimy wznieść się ponad nasze „naturalne” myślenie i zauważyć jeszcze raz istotę banalnego nacjonalizmu. Możemy posłużyć się przykładem kredek. Po zamachach niektórzy Francuzi mówili: pokażmy, że jesteśmy tolerancyjnym narodem i nie damy zniszczyć naszych wspólnych wartości. W tym prostym zdaniu nastąpiła reprodukcja - mamy odwołanie się do wspólnoty narodowej („my”, „naród”) i do wartości, które są „nam” (Francuzom) tożsame. W Polsce środowiska lewicowo-liberalne często powołują się na XVI wiek, próbując udowodnić, że jednak Polacy mogą być tolerancyjni, bo przecież mamy takie umocowanie w tradycji. Krótko mówiąc, w banalnym nacjonalizmie wartości nie grają istotnej roli. Ważne jest to, że w kontekście historycznym i społecznym, ciągle operuje się pojęciem narodu, rozumianego nawet jako wspólnotę obywatelską. Nota bene, wspomniane środowiska lewicowo-liberalne nieustannie straszą widmem „gorącego” nacjonalizmu, nie zauważając przy okazji, że same są – czy tego chcą, czy nie – zakładnikiem nacjonalizmu banalnego, który z kolei jest podstawą dla nacjonalizmu „gorącego”.

Wyjaśnienia wymaga jeszcze rozróżnienie między patriotyzmem a banalnym nacjonalizmem. Kluczowe jest zrozumienie przedmiotu tych dwóch pojęć. W przypadku patriotyzmu – jest to ziemia, ojczyzna, pewien teren oraz cechy z tym związane, m.in. historia czy kultura. Natomiast w przypadku banalnego nacjonalizmu mamy do czynienia z narodem. Oba pojęcia są płynne i nawzajem się przenikają, jednak różnica jest czytelna. W polskiej Konstytucji suwerenem nie jest ojczyzna, ale naród, podobnie jak w większości ustaw zasadniczych innych państw. Mamy więc skonkretyzowany substrat osobowy. Esencją nacjonalizmu, jak już zostało wspomniane kilkakrotnie, jest podział na „nas” - członków „naszego” narodu oraz „innych” - członków „innego” narodu. Kreowane jest poczucie więzi ze wspólnotą ludzi, jaką jest naród, a nie z ojczyzną. Oczywiście można mówić o „mieszkańcach” danej ojczyzny, ale zdaje się, że w przypadku określania cech charakterystycznych dla ludzi – ich języka, myślenia, stereotypów, wspólnych wartości – prędzej przypiszemy je właśnie do narodu, a nie ojczyzny. Skutki reprodukcji narodu, które osiągane są dzięki „oflagowaniu”, oddziałują bezpośrednio na ludzi, nie na „ojczyznę”.

Banalny nacjonalizm – i co dalej

Patrząc na degrengoladę moralną Zachodu, można mylnie stwierdzić, że istnienie banalnego nacjonalizmu nie ma większego znaczenia. Po pierwsze, banalny nacjonalizm jest zawsze punktem wyjścia dla „gorącego” nacjonalizmu. Dzięki nieustannej reprodukcji narodu, podwaliny nacjonalizmu będą zachowane. Wbrew postmodernistycznym teoriom, narody nie przestaną istnieć, a wręcz przeciwnie. Brexit, wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych oraz związany z napływem imigrantów wzrost poparcia dla prawicowych ugrupowań w Europie Zachodniej świadczą zgoła o czymś innym. Na naszych oczach dokonuje się zmiana paradygmatu lewicowo-liberalnego na paradygmat konserwatywny, co bardzo mocno odczuwa się również w Polsce.

Po drugie, sukces nacjonalizmu na przestrzeni ostatnich dwustu lat pokazuje, że nie można lekceważyć i sprowadzać do roli folkloru politycznego ruchów narodowych, które dzięki procesowi reprodukcji stale mają okazję do poszerzania bazy społecznej. Reductio ad Hitlerum w tym miejscu pokazuje tylko niezrozumienie obecnych elit społeczno-politycznych dla tego fenomenu. Banalny nacjonalizm jest ideologią uniwersalistyczną – powstawanie i reprodukcja narodów następuje na całym świecie, bez względu na wyznanie czy kulturę. Obecnie każde państwo kreuje dyskurs „banalny” dyskurs narodowy, bez względu na to, ile nacji je zamieszkuje.

Banalny nacjonalizm może być w końcu także jednym ze źródeł refleksji dla polskiego ruchu narodowego, który często odwołuje się do koncepcji opracowanych kilkadziesiąt lat temu i pobieżnie traktuje procesy zachodzące w nowoczesnych społeczeństwach. Nie należy z góry zakładać, że obecne koncepcje, oparte głównie na koncepcjach starych, są złe, jednak zdecydowanie brakuje dzisiaj pogłębionej analizy współczesności z punktu widzenia nacjonalistycznego. Zamiast szukać odpowiedzi na skomplikowane pytania w dziełach klasyków polskiej myśli narodowej, trzeba brać z nich przykład podobnie jak oni z intelektualną odwagą szukać nowych rozwiązań.

WN

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Marsz Zwycięstwa w 100-lecie Bitwy Warszawskiej [+FOTO]

Czytaj Następny

Orban: Narody Europy Środkowej powinny zjednoczyć się wokół Polski, by zachować swoje chrześcijańskie korzenie

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *