Zwyczajny wietrzny dzień listopada. Zwyczajne drzewa z resztkami żółtych i brązowych liści. Zwyczajne drzewa iglaste, żywopłoty, trawniki. Zwyczajna temperatura i wilgotność. Zwyczajne twarze, zwyczajna powaga. Zwyczajny smutek i zwyczajna czerń garniturów, butów, płaszczy, kapeluszy, rękawiczek. Zwyczajne siwe włosy starszych. Zwyczajna elegancja. Zwyczajny ksiądz. Zwyczajna trumna, zwyczajna ziemia. Zwyczajny katolicki pogrzeb. Zwyczajny wiek żegnanej kobiety. Może i cała historia jest zwyczajna. Mimo wszystko zostanie opowiedziana.
Wśród tej zwyczajności znalazł się zwyczajny dominikański mnich, o może mniej zwyczajnym imieniu, przynajmniej w Polsce. To ojciec Maksym. Wśród żałobników wyróżniał się chociażby tym, że jego habit był biały, jak to habity Dominikanów. Poza tym nie zwracałby zapewne niczyjej uwagi. W końcu na pogrzebach często pojawiają się właśnie starsi ludzie, a ojciec Maksym dochodził do dziewięćdziesiątki. Miał to szczęście, a może łaskę, że wciąż poruszał się samodzielnie, cieszył się umysłową sprawnością, a pamięć zawodziła go raczej odnośnie niedawnych wydarzeń. Swoją młodość pamiętał jednak doskonale. Szczególnie wszystkie przeżycia, które skrzyżowały jego los z kobietą, która właśnie leżała w trumnie i na którą miejscowy ksiądz rzucił grudkę ziemi, przypominając o kruchości ludzkiego ciała i skończoności ludzkiej natury. Bez wątpienia wpłynęli na swoje życie. Czy uratowali siebie nawzajem? Maksym wielokrotnie o tym myślał. Może niekoniecznie. Mogli zginąć gdyby się nie spotkali, ale mogli i żyć. Wszystko potoczyłoby się całkiem inaczej, najprawdopodobniej. Tak się ojcu Maksymowi wydawało, chociaż głęboko wierzył w Bożą Opatrzność. Nie był jednak fatalistą czy deterministą. Wierzył, że Bóg do niczego nie zmusza. Tak jak nie zmusił go, żeby zrobił to wszystko, co w życiu zrobił. Dobre czy złe. Małgorzatę poznał, gdyż umożliwiły mu to jego decyzje, a także decyzje ludzi dookoła i pewne Boże plany, na które ludzie jakoś odpowiadają. To było siedemdziesiąt lat wcześniej, nie, siedemdziesiąt jeden. Nie pamiętał w jakim miesiącu. To chyba był wrzesień. Było trochę cieplej, ale noce bywały mroźne. To musiał być wrzesień. Końcówka września. Warszawa dogorywała, tak to musiało być wtedy. Poznali się właśnie wtedy, gdzieś bardzo niedaleko od miejsca, gdzie był teraz, a ona miała na zawsze spocząć. Miał jej listy przy sobie. Tylko kilkanaście. Większość z nich pisanych zaraz po tym, jak się ostatecznie rozstali. I ten jeden, ostatni, który dostał już od jej córki na dwa dni przed pogrzebem. Będzie musiał podejść po ceremonii i jej podziękować. Może będzie chciała porozmawiać. Na to był gotów. Nawet wziął te listy, gdyby chciała dowiedzieć się jak najwięcej.
Nie musiał do niej podchodzić po wszystkim. Modlił się spokojnie mimo chłodu i wiatru i nawet nie zauważył, że większość gości już się zabrała. Została praktycznie tylko ona, Basia. Podobna do matki w jakiś sposób, choć jej matka miała osiemnaście lat kiedy się rozstawali, a Basia musiała mieć teraz siedemdziesiąt. A jednak te oczy, te uszy. Nie dało się nie zauważyć tego samego błękitnego koloru tęczówek, tych małych, przyklejonych niemal do głowy, uszu. Poza tym Basia pewnie nie wyróżniała się wśród rówieśnic. Miała siwe włosy i albo je kręciła albo to była trwała ondulacja. Ojciec Maksym nie był ekspertem. Sam zapuszczał swoje siwe włosy tylko tak długo aż nie musiał ich zawijać za uszy i czesał od niepamiętnych czasów na prawy bok. Miał mocno pomarszczoną twarz i serdeczne spojrzenie. Był zawsze spokojny. Może nie od zawsze, ale przyszło mu to z wiekiem. Poza tym miał lekką nadwagę i może 175 centymetrów wzrostu, ale wydawał się niższy z uwagi na przygarbioną sylwetkę. Wracając do Basi, była dość wysoka. Również nie była wysuszona, ale szczuplejsza od zakonnika. Sympatycznie się uśmiechnęła gdy podeszła.
- Ojciec Maksym? – zagadnęła – Nie ma Ojca z kim pomylić. Dziękuję za przybycie. – dodała z uśmiechem, na który trochę się siliła. W końcu chowała matkę.
- Szczęść Boże. – odpowiedział serdecznie Dominikanin – To ja, rzeczywiście. Bardzo dziękuję za list. I bardzo się cieszę, że mogłem przyjechać. – dopowiedział i schował różaniec do kurtki, która przykrywała górną część habitu.
- Bardzo proszę. Zapraszam Ojca na obiad. Przejechał Ojciec kawałek drogi z Łodzi. – ręką wskazywała alejkę, którą można było wyjść z cmentarza – Mam miejsce w samochodzie. – zaproponowała.
- Bardzo dziękuję. Nie chciałbym przeszkadzać w spotkaniu z rodziną. – odparł ojciec Maksym.
- Ależ nalegam. Był Ojciec kimś ważnym dla mojej mamy. Choć wspominała rzadko i bardzo ogólnie. – Basia nie ustępowała. Zamyśliła się nad ostatnim, czy nie popełniła gafy.
- Może i nie ma się co dziwić. Poznaliśmy się w ciężkich okolicznościach. – przytaknął starszy ksiądz.
- Kiedy to było? Pod koniec wojny, prawda? – Basia się zainteresowała.
- Tak, na początku jesieni czterdziestego czwartego. Gdzieś niedaleko stąd. – uśmiechnął się na myśl o tym spotkaniu i zaraz spochmurniał.
- Chętnie bym o tym posłuchała. – powiedziała uprzejmie, ale i szczerze córka pani Małgorzaty.
- To długa historia. – odparł i zobaczył, że Basia także spochmurniała – Ale chętnie opowiem. Po prostu przy reszcie gości nie będzie jak. Wolałbym zresztą to opowiedzieć na osobności. – wyjaśnił. Cały czas powoli posuwali się alejką i byli już blisko bramy.
- Będzie ojciec w stanie zostać trochę dłużej? Rodzina się rozejdzie po jakimś czasie. Wtedy spokojnie porozmawiamy. – zaproponowała. Widać, że miała ochotę poznać tę historię.
- Cóż. Mam na wieczór wrócić do Lublina do tamtejszych Dominikanów. Jakby miała Pani czas, może spotkamy się tam. Samochodem to niecała godzina. Ale oczywiście mogę zostać na miejscu. W tych czasach łatwo zgłosić komuś, że się przyjedzie później. – ojciec serdecznie się uśmiechnął.
- Spokojnie mogę podjechać do Lublina. I tak mam zamiar pozwiedzać póki jestem w Polsce. – odparła zgodnie Basia. A dochodzili już do samochodu.
- No tak. Nigdy nie wróciliście przecież. – kiwnął głową.
- Dalej mieszkam w Kanadzie. Chociaż to dziwny kraj. Ale innego w zasadzie nie znam. Miałam niecały roczek, kiedy się tam przenieśliśmy. Do tej pory nie mam polskiego obywatelstwa. Ale jestem Polką. To na pewno. – powiedziała, jakby już miała to przemyślane.
- To jesteśmy umówieni. – Skwitował ojciec Maksym – Klasztor Dominikanów w Lublinie jest przy ulicy Złotej w Starym Mieście. – dodał.
- A jak Ojciec dojedzie do Lublina? – zatroskała się.
- Pociągiem. Z miejsca, gdzie jest obiad nie jest to chyba daleko? – odparł i zapytał zaraz.
- Nie. – odparła Basia po chwili namysłu – To bliżej niż z cmentarza będzie. – dodała jakby cały czas sobie przypominając.
Samochodem jechali może ze dwie minuty do świetlicy wiejskiej, gdzie Basia zamówiła wcześniej pomieszczenie i obiad od miejscowych gospodyń. Nie wyszło drogo. Na miejscu rozsiedli się i ojciec Maksym rozmawiał z dalszymi krewnymi Basi, których i ona w większości dopiero poznała. Po godzinie podziękował i poszedł spokojnie na stację i złapał najbliższy pociąg do Lublina. Tam spokojnie czekał u Dominikanów w swojej celi na przyjazd córki Małgorzaty. Na zmianę modlił się i odpoczywał. Potrzebował zawsze godzinnej drzemki, a zwłaszcza po wyprawie najpierw z Łodzi do Lublina dzień wcześniej i tego dnia na wieś na pogrzeb i z powrotem. Przespał ponad dwie godziny i zszedł na wspólny posiłek, a potem znów czekał na gościa, o którym oczywiście powiadomił swoich dominikańskich gospodarzy. Porozmawiał trochę z młodymi zakonnikami i tymi, których kiedyś poznał zaraz po kolacji zanim wrócił do siebie. I zastanawiał się jeszcze. Czy mógł wtedy sam poprosić Gosię o rękę i wybrać taką drogę? Oczywiście, że tak. Ale wiedział, że dobrze wybrał. Do tego był wezwany. I odpowiedział na wezwanie. Uśmiechnął się do siebie.
- Pan chciał bym był jego psem i oto jestem szczęśliwym starym kundlem. – powiedział do siebie, a robił to średnio raz na pół roku.
Trochę się denerwował i cieszył. Wreszcie miał komu opowiedzieć swoją historię. Nie zrobił tego wiele razy. Pierwszą część opowiedział Małgorzacie i zaraz potem przeorowi. Potem już nie było okazji. Nie było po co. To nie była reklama, nie musiał innym przekazywać swojej historii życia, czy tylko historii, jak doszło do tego, że teraz jest starszym dominikańskim księdzem i gdyby zmienił imię, nikt by nawet nie podejrzewał, że może nie być Polakiem. Dobrze przeżył życie, tak czuł. Jeszcze coś chciał z niego wyciągnąć, ale praktycznie zawsze był gotów na rozstanie. A teraz czekał go bardzo ważny moment. Przekazać tę historię. Małgorzata jej pewnie nie opowiedziała. Było jej z tym strasznie ciężko i nie chciała męczyć córki tym. Udało się uciec w jakąś normalność i nie chciała wracać. A Maksym się temu nie dziwił. Ale teraz należało przekazać to wszystko Basi. Był o tym przekonany. Dlatego cieszył się, że dożył tego momentu. Momentu, w którym opowie całą historię po raz ostatni. I to komuś, kto chce i powinien ją usłyszeć.
Basia zjawiła się u Dominikanów na Starym Mieście Lublina chwilę po dwudziestej. Wprowadzono ją do celi, gdzie przebywał ojciec Maksym.
- Szczęść Boże! – powiedziała dość nieśmiało w progu.
- Szczęść Boże, zapraszam. – Maksym wstał uśmiechnięty i wskazał Basi krzesło.
- Myślałam, że może pójdziemy gdzieś do miasta. Jeśli ojciec może, oczywiście. – powiedziała delikatnie, jakby bała się go urazić.
- Dobrze, dobrze. – przytaknął jakby nieobecny – To nie jest jakiś surowy zakon. Mogę wyjść. Nawet zdejmę habit. – dodał z szerokim uśmiechem.
- Poczekam na korytarzu aż się ojciec przebierze. – zaproponowała i zaczęła się cofać.
- Przepraszam za kłopot. To nie potrwa długo. – usprawiedliwiał się. I faktycznie już po trzech czy czterech minutach po wyjściu Basi, Maksym wyszedł również w czarnych bojówkach i swetrze zapinanym na błyskawiczny zamek i w rozpiętej kurtce.
- Od razu mówię, że zapłacę. – zastrzegła Basia.
- No dobrze. – kiwnął głową Maksym – Tylko nie idźmy do zbyt drogiego miejsca. – dodał z wesołością.
Przeszli ze dwie ulice wciąż w obrębie ścisłej starówki i zaszli do kawiarni, która jeszcze była otwarta. Zamówili po kawie, ale Basia zastrzegła, że ojciec może domawiać kiedy i co chce.
- Nie chciałabym być niegrzeczna, ale przejdę do rzeczy. Proszę mi opowiedzieć ojca historię znajomości z moją mamą. – zachęciła. Sama była ubrana w garsonkę, wciąż czarną po pogrzebie i Maksym myślał, że mógł lepiej się ubrać.
- Nic z tych rzeczy. Cieszę się, że mam tę okazję. Starzy ludzie lubią opowiadać, zwłaszcza kiedy młodzi chcą słuchać. – powiedział spokojnie i uśmiechnął się nawet bardziej wzrokiem niż ustami.
- Młodzi. – zaśmiała się – Przepraszam. Niech Ojciec opowiada.
- Zacznę trochę wcześniej. Znacznie wcześniej, ale postaram się nie przeciągać. – powiedział powściągliwie i podwinął rękawy do połowy przedramion – Urodziłem się w połowie lat dwudziestych, we wsi niedaleko miasteczka, które później stało się sławne. Pewnie także przez nazwę. Zabawne, jak rzeczywistość można wykreować, pewnie nieopatrznie. To było na południu Związku Sowieckiego. – zobaczył, że Basia zrobiła zdziwioną minę – Tak, nie jestem Polakiem i domyślam się, że nie słychać tego, kiedy mówię. Tylko imię mnie zdradza.
- Nawet na to nie wpadłam. – pokiwała głową, uśmiechając się do swojego braku spostrzegawczości.
- Tak więc, urodziłem się w tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym w okolicy Stalingradu. Już nie pamiętam, czy wtedy tak się to miasto nazywało. Chyba nie, bo Stalin dopiero się rozkręcał. Moi rodzice to byli religijni ludzie, którzy długo nie mogli się pogodzić z tym wszystkim, co się działo. Ojciec zdążył się jeszcze wykształcić jako syn zarządcy i mi też przekazał sporo. Czytywałem Tołstoja, Dostojewskiego i raczej wychowałem się w atmosferze tęsknoty za dawnymi czasami, zdecydowanie nie idealnymi. Ale jednak za jakimś porządkiem, który długo działał. No nic, zna Pani historię. Biali ulegli czerwonym, Polska się na szczęście obroniła, może i na szczęście dla wszystkich. Ale nie na długo. Kiedy zaczęła się wojna, przynajmniej tutaj, byłem młodzieniaszkiem, a kiedy dotarła do nas ciągle jeszcze byłem nieletni. Już mnie wtedy ciągnęło do kapłaństwa. Myślałem, żeby zostać popem. Ale potem zaczęła się wielka bitwa i nawet nie musiałem się prosić na ochotnika. Nie dało się uniknąć wojaczki. Na szczęście odepchnęliśmy Niemców i potem parliśmy na zachód. I już nie mogłem odejść. Więc szliśmy, najpierw za ojczyznę. Wtedy byłem jeszcze z siebie dumny, spychaliśmy Niemców z naszej ziemi. Przypominałem sobie „Wojnę i pokój” i było coś wielkiego w powtarzaniu tego wszystkiego, wyrzucaniu najeźdźcy. Ale potem poszliśmy dalej. Wyzwalać Polskę. I wie Pani, jak myśmy ją wyzwolili. – zasmucił się. Chyba wzruszył. Powoli sięgnął po łyk kawy.
- Przepraszam. To wciąż trudne. Jaka wojna jest straszna. – łza potoczyła mu się po policzku – To maszerowanie w każdych warunkach, trudy. To było w porządku, to było po coś. Ale kiedy zaprzeczaliśmy temu, że jesteśmy tymi dobrymi, to już nie. Jak Pani wie, bardzo dużo wysiłku wkłada się we wmawianie żołnierzom, że ich wrogowie są bardzo źli i każde zabójstwo na wojnie staje się nagle bohaterstwem, kiedy w czasie pokoju jest czymś niewybaczalnym i tylko w szczególnych okolicznościach można mówić o jakimkolwiek usprawiedliwieniu. To jest jakieś wariactwo, że wszystkie zasady przestają obowiązywać. To nawet nie jest najgorsze, że się zabija. Gorsze jest, że wszyscy nawzajem się usprawiedliwiają, że robią okropne rzeczy później już nie w ramach walki o życie, ale tak po prostu z zemsty, albo nawet i dla przyjemności. Ciężko o tym myśleć. – dodał patrząc na Basię, ale jakimś nieobecnym wzrokiem.
A ona milczała. Bo i co powiedzieć.
- I tak szliśmy. I już niedaleko stąd wydarzyło się coś, co sprawiło, że nie potrafiłem dłużej po prostu iść z moim oddziałem. I zdecydowałem się zrobić coś na własną rękę. A to wszystko zmieniło. To było trochę na południe od wsi, gdzie pochowano Pani mamę. Chyba ze dwadzieścia kilometrów. Szliśmy już chyba ze dwa dni od ostatniej większej wsi. Nie miałem za wiele sił. Denerwowało mnie też towarzystwo wielu z moich towarzyszy broni. Trzymałem się spokojnego sierżanta, zresztą pochodził z tej samej wsi, co ja.
- Daleko do następnej wsi, panie Aleksandrze? – na osobności mówiłem mu na pan.
- Powinniśmy zaraz dotrzeć. Przez las, o ile mapa jest dobra, a zwiadowca się nie pomylił. – odpowiedział mój sąsiad. Uśmiechnąłem się wtedy i tak szliśmy. Dosłyszeliśmy pokrzykiwania i przechwałki młodych żołnierzy, którzy wciąż mieli resztki wódki. Typowe rzeczy, jakich to oni dziewczyn nie mieli i jak to sobie z nimi nie działali. Przykro mi się robiło, że tak to wygląda. Mówili nam, że dobry Niemiec to martwy Niemiec. I już to było czymś nienormalnym, ale zabijanie Niemców było jakoś jednak logiczne. Osłabiało przeciwną armię. Ale to jak traktowano Polki, które przecież szliśmy ratować przed Niemcami… Nie wiem, czy nie wolałyby, żeby już tam Niemcy zostali. I ja szedłem w tym oddziale, jednym z wielu. Ale w następnej wsi nie wytrzymałem. Mieliśmy się zatrzymać. Ogarnąć jakieś jedzenie, przenocować i ruszyć dalej. Ale jak zawsze, dowództwo specjalnie nie siliło się na utrzymywanie rygoru. Więc rabunki i gwałty zaczęły się niemal błyskawicznie. Nawet niewiele dało się ukraść. I wtedy nie wytrzymałem. Zobaczyłem, jak trzech naszych rzuciło się na jedną kobietę. Szybko odarli ją z ubrań. Nagle coś we mnie pękło i nic się nie liczyło, kopnąłem jednego w nogę aż się przewrócił, drugiego uderzyłem kolbą pistoletu w żuchwę i też się zatoczył. Trzeci trafił mnie w szczękę i potem już gładko sobie ze mną poradzili. Porządnie mnie skopali. Na szczęście sąsiad ich powstrzymał, bo może i bym tego nie przetrwał. Dziewczyna uciekła w zamieszaniu, i miałem nadzieję, że dobrze się ukryła. Naśmiewali się ze mnie. Nie pierwszy raz. Krzyczeli, że rośnie drugi Hryniewka. Tyle pamiętałem. Straciłem zaraz przytomność.
- Maksym, żeby przetrwać Stalingrad i ledwo przeżyć w bójce ze swoimi. – pan Aleksander kręcił głową, kiedy się przebudzałem. Chwilę mi zajęło dojście do siebie i zebranie się do mówienia.
- A co ja mogłem innego zrobić? – zapytałem żałośnie. Aleksander mnie wtedy przytulił.
- Nie daj się zabić, Maksym. Obiecałem twojej mamie, że zrobię co mogę, żebyś wrócił. Nie powstrzymasz wszystkich okropieństw. – miałem wrażenie, że z trudem powstrzymywał płacz.
- Panie, Aleksandrze. To jest nieludzkie. Jak wrócimy do domu i będziemy mogli żyć, jeżeli nie spróbujemy zachować honoru. Jeżeli będziemy się godzić na takie zachowania, to jak możemy wymagać wierności od naszych przyszłych żon. Jak będziemy nad sobą panować, kiedy wojna się skończy? Wymyślimy sobie nowe wymówki na to, żeby robić cokolwiek będziemy chcieli? – byłem wtedy okropnie wzburzony.
- Maksym, ja jestem prosty chłop. Ty nie. Jeszcze będziesz robić dobre rzeczy. Może pozawracasz tych bandytów. Ale musimy przetrwać tę wojnę. – uspokajał mnie starszy sierżant. To był poczciwy, siwy, wąsaty człowiek. Dbał o mnie, ale nie mogłem go wtedy zrozumieć.
- Tak, wrócimy, a jeszcze medale nam dadzą i wszystko, co tu się stało będzie nieważne. Stalin będzie rządzić połową Europy. A my w tym pomagamy. – żachnąłem się.
- Ciszej, Maksym. Może nie wszyscy się spili i śpią. Nie chcę, żebyś miał kłopoty za słowa. – szeptał.
- No dobrze, przepraszam. – odparłem cicho – Kto to jest Hryniewka? – zapytałem nagle.
- Hryniewka? To oficer. Komunista, ale zasadniczy. – powiedział zaskoczony – Teraz jest pułkownikiem. Za wojny domowej szybko awansował. Twardo trzyma swój oddział.
- A dlaczego tak mnie nazwali? Chcieli mi chyba dokuczyć, ale nie rozumiem, w jaki sposób?
- Pewnie chodzi o tę anegdotę. – kiwnął głową pan Aleksander i popatrzył w dal, podrapał się po łysej części czaszki i założył czapkę – Mówią, że Hryniewka zastrzelił swojego żołnierza, kiedy dobierał się do jakiejś dziewczyny we wsi. I podobno jego żołnierze są przez to spokojniejsi, jeśli można tak powiedzieć.
- I teraz on też dowodzi? – zainteresowałem się.
- Z tego co wiem, całkiem niedaleko stąd. Mówią, że powinien być dwadzieścia kilometrów na północ stąd. Mniej więcej.
- No to chodźmy do niego. Nie chcę już na to patrzeć. – rzuciłem pomysłem i nabrałem energii do drogi.
- Maksym, daj spokój. Nie można sobie wybierać oddziału.
- Powiemy, że zabłądziliśmy, albo, że uciekliśmy z niewoli albo cokolwiek. – namawiałem go uczepiwszy się swojego pomysłu.
- Po prostu idźmy naprzód. Mogą nas rozstrzelać za odejście w swoją drogę. – uspokajał mnie.
- Więc pójdę sam. – powiedziałem twardo.
- Maksym, uważaj tylko. – powiedział i wyglądał, jakby miał się rozpłakać – Weź mój chleb. I nie daj się nikomu złapać ani zabić.
Rzuciłem mu się na szyję.
- Dziękuję, panie Saszo. – powiedziałem z wdzięcznością.
- Idź nie całkiem na północ, oni też się poruszają, więc zbaczaj na zachód. I obserwuj co się da. A teraz szczególnie uważaj. Jak Cię złapią, to koniec. A może i mój też. – ostrzegł mnie jeszcze. Zaraz potem przygotowałem plecak i wymknąłem się ze wsi i ruszyłem lasem na północny zachód.
Maksym sięgnął po kawę. Zaschło mu w gardle, a poza tym to było dobre miejsce na przerwę w opowieści.
- I co było dalej? – zapytała ochoczo Basia. Miała siedemdziesiąt lat, a słuchała jak wnuczka dziadka – Spotkał Ojciec tego pułkownika?
- Dalej, to przeszedłem noc prawie bez postoju. W końcu przysnąłem na może dwie godziny. Zacząłem mocniej odczuwać skutki starcia z moimi towarzyszami broni. Możliwe, że miałem jakiś wewnętrzny krwotok. Ale szedłem, w dzień było łatwiej. W jakiejś wsi nawet swoimi paroma słowami po polsku i gestykulacją czegoś się dowiedziałem. Mniej więcej wskazano mi jak daleko i w jakim kierunku mogę znaleźć kolejny oddział. Zajęło mi to jeszcze ten dzień, noc i kawałek następnego dnia, ale w końcu dotarłem do wsi, gdzie mignęły mi mundury radzieckie. Wszedłem do wsi i najpierw zacząłem się rozglądać. Byłem głodny i zaszedłem do stodoły popatrzeć czy nie znajdę czegokolwiek. I zobaczyłem coś innego. Znów byłem świadkiem tego, co doprowadziło do moich obrażeń. Teraz był tylko jeden napastnik i było już za późno. Podnosił się już z biednej, młodej Polki. A ja niesiony jakimś uniesieniem i myślą o sprawiedliwości i przekonaniu, że nie spotka mnie za to kara od zasadniczego pułkownika, strzeliłem mu w serce. Gdy tylko mnie spostrzegł. Zaskoczyło mnie to, że byłem zdolny i moja celność i to, że upadł wciąż z niezakrytym członkiem. Wszystko było nierealne. Dziewczyna się schowała za słupem, a ja podszedłem do zwłok. Najpierw zrobiło mi się słabo. Po raz pierwszy zabiłem nie w samej bitwie. A potem się przeraziłem, bo zabiłem człowieka, którego pagony mówiły same za siebie. Zastrzeliłem pułkownika.
- Jezu! – głośno powiedziała Basia. Z nieodległego stolika spojrzano się na nią.
- Wszystko legło w gruzach. Legenda pułkownika, który dba o miejscową ludność, moja szansa na marsz z ludzkim oddziałem. Musiałem uciekać. Jak nie za dezercję, to za to już mogłem stawać pod murem.
Krzyknąłem do dziewczyny, żeby uciekać. Mniej więcej „uciekać, gdzie bezpieczeństwo”. Sam już nie pamiętam. Coś pokazała ręką. Chwyciłem ją i pobiegliśmy w las. Kiedy trochę ochłonęliśmy, pomyślałem, że trzeba biec jakoś na zachód i szukać azylu, ale ona powiedziała, że Lublin coś. I pobiegliśmy do miasta. Tam faktycznie łatwiej byłoby się schować nawet jakby było już wzięte przez moich rodaków. Dopiero w trakcie marszu, głodni i zziębnięci, przedstawiliśmy się sobie… I tak poznałem Pani matkę.
Teraz Basia powstrzymała się przed kolejnym okrzykiem. Uspokoiła się po paru sekundach.
- Teraz rozumiem, że nie miała ochoty o tym opowiadać. – kiwnęła głową i westchnęła. Podniosła rękę i powiedziała do kelnerki – Coś słodkiego i coś z alkoholem poproszę.
- Ciasto czekoladowe i czerwone wino? – zasugerowała prawdopodobnie studentka w fartuchu, białej koszuli i czarnej spódnicy.
- Może być. – Basia machnęła ręką.
- Dla Pana? – zapytała młoda kobieta Maksyma. Basia zachęciła go kiwnięciem głowy.
- Samo ciasto. – uśmiechnął się. Dziewczyna wróciła za minutę i gdy odeszła wznowili rozmowę. Basia wzięła łyk wina.
- Przepraszam. Jestem absolutnie zaskoczona. – córka Małgorzaty powiedziała zawstydzona.
- Absolutnie rozumiem. Ciężko nawet to opowiadać. – przyznał ze zrozumieniem.
- I co było dalej? – zapytała.
- Trafiliśmy jakoś do samego serca Lublina, do kościoła, z którego mnie Pani dziś odebrała. Przeor nas tam przechował. Znał dobrze rosyjski. Opowiedziałem mu, co mogłem i Gosia chyba też. A on powiedział, że nie da nam zginąć.
- I tak już dotrwaliście do końca wojny? – dopytywała Basia.
- Niezupełnie. Zaraz jeszcze mieliśmy wizytę paru moich kolegów. Chcieli coś ukraść chyba. W każdym razie bardzo podejrzliwie na mnie patrzyli. Zwłaszcza, kiedy zobaczyli, że przeżegnałem się jak prawosławny, a przecież specjalnie dali mi habit, żebym się zaszył.
- I co się stało? – ta historia robiła wrażenie na słuchaczce.
- Podeszli do mnie wtedy i zaczęli do mnie po rosyjsku. To udawałem, że nie rozumiem. Ale nie dawali za wygraną i wtedy zaczęli pojawiać się bracia i mówić do mnie „Bracie Andrzeju”, klepać mnie po plecach i mówić, że właśnie dobiegły końca zobowiązania z mojego tymczasowego ślubu milczenia. Wyglądało na to, że jeden z żołnierzy znał trochę polski, więc krzyknąłem po polsku, co akurat wiedziałem, a żołnierze machnęli ręką i sobie poszli. Potem strasznie się z tego śmialiśmy, jaki to sprytny fortel wymyślił przeor, żeby mnie wyciągnąć. Pani mama ukrywała się w najgorszej celi pod łóżkiem. I tak przetrwaliśmy. Potem uczyła mnie polskiego i zaczęliśmy rozmawiać. Strasznie się męczyła po tych wydarzeniach. Ja zacząłem czytać Biblię po grecku i przebywać z mnichami i zacząłem poważnie się zastanawiać, czy katolicy nie mają racji. Aż z czasem byłem już przekonany. Wstąpiłem naprawdę do zakonu i potem nawet przyjąłem święcenia kapłańskie. Załatwili mi szybko lewe dokumenty i żyję tu jako Andrzej Brzyski, a niby tylko przyjąłem imię Maksym.
- A co było dalej z moją mamą? Jak wylądowała we Francji? Wie Ojciec jak poznała tatę? – zeszła na temat swojej rodziny.
- Pani mama ukrywała się ze mną jeszcze ze dwa miesiące w klasztorze. Na początku października pojawił się Witold, porucznik Armii Krajowej.
- Mój tata. – uśmiechnęła się ze wzruszeniem.
- Tak, to był odważny człowiek. Przyjechał z wieściami. Warszawa skapitulowała. To było straszne co się stało z tym miastem. Od razu zainteresował się Gosią. Z wzajemnością. To było zabawne, bo chyba był o mnie zazdrosny. I ja o niego poniekąd. Gosia oddalała się siłą rzeczy ode mnie zakochując się w Witoldzie. Pamiętam naszą ostatnią rozmowę na żywo. Zapytałem, czy wszystko postanowione.
- Tak. – powiedziała mi wtedy - Witek chce zostać, ale już nie ma tu o co walczyć. Sześć lat walk, żeby oddać Kacapom nasz kraj. – złapała się wtedy za usta – Przepraszam.
- Nie ma za co. Rozumiem to. A komunistą nigdy nie byłem. – uśmiechnąłem się kryjąc ból rozstania.
- Mamy szansę wyjechać do Francji. Nie chcę tu dziecka wychowywać. Zresztą kto wie czy Witka by nie ścigali. A może by poszedł do lasu jeszcze i co wtedy z niego za pożytek. – powiedziała zmęczona. Tak była wtedy zmęczona.
- Chwila. – przerwała Basia – Jak to dziecka? Czemu nie dzieci? Przecież ja się… - wystraszyła się – Ja się urodziłam w czerwcu czterdziestego piątego. – dodała po chwili.
- Tak, powiedziała dziecka, bo już wtedy wiedziała, że spodziewa się dziecka. – przytaknął Maksym.
- Myślałam, że oni się tak poznali na spokojnie. Mówili, że zawsze byli blisko Kościoła i tato był taki zawsze… dobry dla kobiet, miał taki szacunek, oni chyba nie… - zatrzymała się – Chciałabym się mylić.
- Eh. – Dominikanin westchnął – Z moich rozmów z Pani mamą mogę wynuć wniosek, który nie jest zbyt przyjemny. Pani mama to dla mnie ogromnie ważna osoba, choć tak krótko się znaliśmy. I Pani też, choć nie znaliśmy się w ogóle. – łyknął kawę, żeby opóźnić ten moment – Wszystko wskazuje na to, że pani biologiczny ojciec był radzieckim oficerem i rozmawia Pani z jego zabójcą. – znów westchnął - Przepraszam. To okrutne. Mogłem tego oszczędzić, ale uważam, że należy stanąć w tej strasznej prawdzie.
Basia wychyliła kieliszek wina.
- To dużo informacji. Przepraszam. – schowała twarz w dłoniach.
- Nie ma za co przepraszać. – Maksym z trudem wstrzymał łzy. Basia odsłoniła twarz i spojrzała poważnie na zakonnika.
- Witold zawsze będzie moim ojcem. – powiedziała pewnie. Właściwie zdecydowała.
- Nikt inny nie ma prawa się tak nazwać. – przytaknął – Nikt na Ziemi.
Basia się uśmiechnęła. – Dziękuję, że mi to Ojciec opowiedział. – oparła się.
- Tak należało. To jest Pani historia. – jego twarz wyrażała spokój i radość.
- Tak, to moja historia. Czy mama chciała, by Ojciec mi to opowiedział? – zapytała otwarcie.
- Proszę przeczytać. – podał jej kopertę. Ostatni list od Małgorzaty – Sama mi go Pani przesłała.
Basia po chwili wahania wzięła kopertę i wyjęła list. Czytała co następuje:
„Drogi Maksymie,
Minęło wiele lat odkąd ostatni raz się z Tobą kontaktowałam. Ale należy się pożegnać. Wiem, że rozumiesz ciszę z mojej strony. Jesteś i zawsze będziesz moim wielkim przyjacielem. Kto wie, czy nie uratowałeś mnie przed kolejnymi upokorzeniami i krzywdami. Kto wie, czy nie targnęłabym się na swoje życie, gdybyś się wtedy nie pojawił. Okropnie się z tym czuję, że mogłabym coś takiego zrobić, ale nie mogę udawać, że nie miałam takich myśli.
Jeśli to czytasz, to już nie żyję. Nie wiem, ile przyjdzie mi czekać od napisania tego listu do odejścia z tego świata. Jednak dostaniesz ten list zaraz po mojej śmierci i mam nadzieję, że spotkasz się z moją córką. Jedyną córką. Moją Basią.
Nigdy nie opowiedziałam jej całej historii naszej znajomości. Zbyt to dla mnie bolesne, mimo tego, jak bardzo cieszę się, że byłeś wtedy przy mnie. Jeśli chcesz, możesz wszystko jej wyjawić. Wszystko.
Witold był wspaniałym mężem, zawsze. Bez Ciebie i jego bym nie poznała. Mam nadzieję, że spotkamy się w Niebie. Ty będziesz tam na pewno, a ja może już się wygramolę z czyśćca do tego czasu. A jak nie, to poczekasz.
I nie zapomnę tego, co mi powiedziałeś, kiedy wyjeżdżaliśmy na zawsze. Powiedziałeś: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Powtarzałam to Witoldowi przez lata. Ciągle wierząc.
To samo krzyknąłeś tamtym żołnierzom w klasztorze. Szkoda, że nie było mnie przy tym. I to samo można powtarzać wciąż. Zwłaszcza w dzisiejszą rocznicę.
Jesteś najlepszym Rosjaninem, jakiego poznałam. Jeszcze raz dziękuję. Za wszystko.
Małgorzata
Toronto, 11.11.2011”
- To takie coś krzyknął Ojciec po polsku. – uśmiechnęła się i oddała list. Popatrzyła dłużej i ze spokojem na Maksyma – Więc to wszystko?
- Tak, wszystko, co ważne w tej historii. Mam nadzieję, że nie przeciągałem. – powiedział najpierw poważnie, ale potem trochę weselej.
- Kiedy Ojciec wraca do Łodzi? – zapytała zmieniając temat.
- Jutro. Pewnie koło południa. – odparł zwyczajnie.
- Może Ojca odwiozę. Porozmawiamy sobie na spokojnie. Poznamy się trochę. Jestem winna swoją historię. Zwyczajniejszą, ale może chciałby Ojciec posłuchać. – zaproponowała spontanicznie.
- Nie widzę powodu, żeby się nie zgodzić. – zaśmiał się Dominikanin.
- Myśli Ojciec, że mogłabym obejrzeć klasztor i celę, gdzie moja mama się ukrywała? Niekoniecznie teraz. Może jutro przed wyjazdem. – trochę mniej śmiało zapytała.
- Jestem pewien, że nikt nie będzie robił problemów. – ojciec Maksym wesoło skosztował ciasta.
CZYTAJ TAKŻE: Miliard - opowiadanie o przyszłej Europie
I tak wyglądało spotkanie Basi i Ojca Maksyma. W zwyczajnej kawiarni, ze zwyczajnym ciastem. W zwyczajnym mieście w Polsce.




