Miliard - opowiadanie o przyszłej Europie, cz. 2

- Zapoznałem się z wszystkimi danymi, Renato. – te słowa wypowiedział Rossi na stojąco pół roku później, zaraz po tym jak Collodi pojawił się w jego mieszkaniu – Obawiałem się, że efekty nie będą wystarczające. Wymyśliłem więc poprawki. – przerwał i wskazał gościowi miejsce, obaj usiedli.

CZYTAJ TAKŻE: Miliard - opowiadanie o przyszłej Europie, cz. 1

Miliard - opowiadanie o przyszłej Europie, cz. 3

- Zamieniam się w słuch. – zachęcił go jasnowłosy gość.

- Jak wynika z badań, które zleciłeś, dzietność wzrosła niezbyt mocno z porównaniem z ubiegłymi latami. Jest też widoczny, acz nie oszałamiający wzrost w liczbie zawartych małżeństw, jak widzę. W części z badaniami socjologicznymi widziałem, że ludzie głównie skarżą się na biedę i nie widzą sensu w posiadaniu dzieci. Postanowiłem więc, że warto uruchomić bodziec ekonomiczny. Co o tym sądzisz? – Giorgio Augusto pokrótce opisał sytuację, którą Collodi doskonale znał.

- Nie sądzę absolutnie nic. Wdrożę, cokolwiek zostanie zlecone. – ten ostatni zaśmiał się – A na poważnie, wydaje się to logicznym posunięciem, skoro skargi dotyczą tego aspektu. – dopowiedział już tylko z uśmiechem.

- Pomyślałem, że można by sypnąć gotówką każdemu, kto ma dziecko, ale potem stwierdziłem, że trzeba przemówić do wyobraźni ludzi czymś większym, długoterminowym, ale też ich zobowiązać do czegoś. Z tego powodu postanowiłem dać każdemu, kto zadeklaruje, że wychowa co najmniej dwójkę własnych dzieci, mieszkanie na własność. – wyjawił swój plan szef Komisji. Przez ostatnie miesiące zapuścił trochę włosy, więc widoczniej się kręciły. Rossi dopiero to zauważył. Postanowił udać się do fryzjera w ciągu tygodnia. Collodi przerwał mu te myśli.

- Da się załatwić. Tylko, czy nie będzie za dużych oporów w Partii? Sam rozumiesz, własność. Od lat upowszechniamy transport publiczny, hulajnogi na godziny, wynajmowane mieszkania. Wspólne to w końcu dobre. – mówił Turyńczyk z lekką ironią.

- Nie będzie problemu z obroną tego pomysłu. Powołam się na rodzinę. – Rossi odparł lekkim tonem i jednocześnie machnął ręką jak na problem niewart uwagi. – Za tydzień podrzucę Ci trochę więcej szczegółów, jak to widzę. Powiedzmy, za trzy miesiące od rozpoczęcia programu zdasz mi kolejny raport, ok? – zasugerował.

- Żaden problem. Do zobaczenia. – Collodi nie potrzebował, żeby wypraszać go wprost. Wstał, podał Rossiemu rękę i się ulotnił. Miał rację ze swoimi obawami. Kilka dni po ogłoszeniu nowego planu przewodniczącego Komisji, komitet Zjednoczonej Partii Europy zwołał tajne posiedzenie, gdzie sprzeciwiono się rozdawaniu mieszkań. Sekretarz komitetu Francois Leclerc sformułował swoje (i nie tylko swoje) obawy.

- Szanowny panie Przewodniczący. Jak Pan wie, zwołałem z prezydium to spotkanie, aby omówić nowy plan, który został ogłoszony bez konsultacji z nami, a którego poprzeć nie możemy. Rozumiemy chęć realizacji długofalowego planu, ale środki, które mają zostać podjęte, nie mogą zostać zaakceptowane. Jestem osobiście bardzo mocno zdziwiony przedstawieniem takiego planu przez reprezentujące Pana osoby. Wzywamy tutaj, jednogłośnie, do wycofania się z projektu przekazania mieszkań na własność. Skutki realizacji takiego planu nie mogą przynieść pożądanych efektów. Proszę o zabranie głosu, Panie Przewodniczący. – Leclerc trzymał się oficjalnych form. Wydawał się autentycznie poruszony całą kwestią. Rossi nie był skrępowany.

- Szanowny Panie Sekretarzu, - Giorgio Augusto też nie spoufalał się na posiedzeniu komitetu – Bardzo dziękuję za troskę. Efekty zobaczymy z czasem. Jest Pan pewien, że jednogłośnie komitet wzywa mnie do wycofania się z planu mieszkaniowego? Może zagłosujecie w tej sprawie teraz, Panie i Panowie? Wnoszę o jawne głosowanie. – zaproponował Rossi na koniec uśmiechając się z prawej strony ust. Leclerc stracił trochę rezon. Zarządził głosowanie. Z pięćdziesięciu zebranych osób dwadzieścia pięć zagłosowało za wycofaniem planu, dziesięć przeciw, piętnaście się wstrzymało.

- Wzywamy do wycofania się z planu mieszkaniowego, jak Pan to ujął. – podsumował głosowanie niemal łysy sekretarz.

- Rozumiem. Niemniej, pozwolę sobie wytknąć Wam, Moi Drodzy, krótkowzroczność Waszego pomysłu. Widocznie nie rozumiecie, po co nam więcej urodzeń i stabilne warunki wychowania dzieci. Otóż, będą musiały pracować w przyszłości. Ktoś musi to robić. To jeden z powodów. – Rossi nie wspomniał oczywiście o planie „miliarda” na tym posiedzeniu. – Miałem wrażenie, że komitet dał mi zielone światło we wdrażaniu moich pomysłów poprzez przedłużenie mojej kadencji w zeszłym roku, jak również kilka miesięcy temu, kiedy zmieniliśmy podejście do kwestii rodzinnych, seksualnych i obyczajowych, a nie wezwaliście mnie jak teraz. Nie rozumiem więc, jak możecie jednocześnie mi ufać i torpedować pomysły, które są komplementarne z poprzednimi, które, mimo swego radykalnego charakteru, zatwierdziliście, nawet jeśli tylko milczeniem. – Giorgio Augusto przeszedł do ataku, aczkolwiek bardzo spokojnie – Proszę więc, przestańcie się ośmieszać i dajcie mi pracować dla naszego wspólnego dobra. – powiedział dosadniej, patrząc kolejno po wszystkich. Głównie spuszczali głowy. Zupełnie jakby dopiero teraz przypomnieli sobie, że Rossi jest „Augustem”. Na koniec spojrzał na Leclerca. Z niby serdecznym uśmiechem.

- Jestem w stanie zrozumieć część uwag. – odparł francuski polityk – Jednakże, upowszechnianie wartości prywatnej, zwłaszcza w tak nieegalitarny sposób, nie może zostać poparte. Wiadomo do czego prowadzi kapitalizm. – mówił niepewnie, ale składnie. Rossi niemal zaśmiał się w głos na te słowa. Bawiło go to strojenie się Leclerca w szaty ideowca-altruisty, nawet w zamkniętym gronie aparatczyków, którzy przecież musieli rozumieć, o co toczy się gra.

- Panie Sekretarzu, nie odrobił Pan lekcji. Rozumiem Pana troskę o maluczkich i lęk przed dzikimi kapitalistami. Jednakże powiem to, co napisał kiedyś między innymi mój krewny w pewnym manifeście sto lat temu. – Giorgio Augusto już ostrzyżony wyjął kartkę i przeczytał – „Prywatna własność ma być likwidowana, ograniczana, korygowana albo rozszerzana w zależności od sytuacji, nie zaś dogmatycznie, dla zasady”. Proszę o ponowne przegłosowanie wniosku o wycofanie planu. – Po przeczytaniu mówił w czasie składania i chowania kartki do kieszeni. Nikt już nie zagłosował za wycofaniem projektu. Nawet Leclerc tylko się wstrzymał, jak dziesięciu innych.

- Wniosek odrzucono. – powiedział pokonany sekretarz.

- Czy jeszcze jakaś kwestia wymaga mojej obecności? – zapytał przewodniczący Komisji ukrywając zadowolenie i patrząc na zegarek. Leclerc spojrzał na innych i zaprzeczył.

- Nie, dziękujemy za przybycie, Panie Przewodniczący. – te słowa Francuza Włoch ledwo dosłyszał.

- Miłego dnia! – Giorgio Augusto lekko się ukłonił i wyszedł z sali nie zamykając za sobą drzwi. Że też musiał osobiście załatwiać takie sprawy. Trudno. Musiał ten raz pokazać siłę. Od tej pory przewidywał spokój. A ten mógł się przydać, gdyby kolejne działania nie wystarczyły. Tak mogło być. I to oczywiście brał pod uwagę, jako odpowiedzialny przywódca. Jednak, mimo pewności siebie, planowania i przekonania do swoich racji, Rossi też miał gorsze momenty. Nie wiedzieć czemu, zebranie, na którym postawił wszystkich do pionu jednym zdaniem z „Manifestu z Ventotene”, był szczególnie zdenerwowany. Dlatego wtedy, po zebraniu wsiadł w samolot i odwiedził małą wioskę pod Neapolem, żeby w spokoju pospacerować i pomyśleć. To go zawsze uspokajało. Także tym razem. Chociaż naszły go poważne wątpliwości co do towarzyszy z centralnego komitetu. W jego obecności jeszcze byli tacy, którzy zagłosowali za wycofaniem mieszkaniowego projektu. Potem zniknęli, ale czy nie mogli spiskować pod jego nieobecność? Należało powierzyć obserwację zaufanym ludziom, by zapobiec ewentualnemu przewrotowi. Wtedy on zareagowałby bez zahamowania. Dopuszczał możliwość czystki na szczycie partii, ale nie planował jej, przynajmniej dopóki nie przeszkadzano mu we wdrażaniu jego planu. Jednak ewentualna akcja wymierzona w jego projekt nie mogła liczyć na taryfę ulgową. To była brutalna gra i nie można było udawać, że jest inaczej.

*

Jeszcze przed upływem trzech miesięcy i kolejnym raportem na temat realizacji planu Rossiego, Collodi przeprowadził wnikliwą obserwację członków centralnego Komitetu. Na wszelki wypadek dwadzieścia osób pożegnało się ze stanowiskami i pozycją, a część z nich z wolnością. Od tej pory nie powtarzały się podobne wystąpienia, jak to, na którym próbowano przekonać go do zmiany kursu. Giorgio Augusto był rozczarowany, że musiał dokonać czystki, a nie uszanowano jego woli od początku do końca z samego faktu, że była jego wolą. Cóż, był „Augustem”, a nie Allahem. Niemniej, jego ego cierpiało od tego czasu na myśl, że mogło dojść do puczu. Gratulował sobie jednak pomysłu, by oszczędzić Leclerca, który stał się mu całkowicie oddany w ramach wdzięczności za pozostawienie go na stołku. A skoro w ten sposób zabezpieczył swoje tyły, mógł przewodniczący Komisji zająć się ważnymi sprawami. Swoim wielkim planem.

- Twój raport jest jak zawsze świetny do czytania. – wyjawił z zadowoleniem Collodiemu, gdy spotkali się jak zawsze w jego mieszkaniu. Co prawda Rossi nie miał paranoi, ale dźwiękoszczelne, sprawdzone pomieszczenie dodawało spokoju ducha.

- Bardzo dziękuję. Robię swoją robotę. – gość przyjął komplement skromnie.

- Żeby wszyscy tylko tym się zajmowali. – westchnął gospodarz – Ale do rzeczy. Widzę, że program mieszkaniowy był dobrą decyzją. Wpłynęło ponad dwa miliony wniosków/deklaracji. To cieszy, a jednak nie wystarczy. Dlaczego nie jest to powszechnie pożądane, żeby dostać za darmo mieszkanie? Masz może jakieś analizy w tej sprawie? – powiedział bez emocji.

- Na razie jakieś szczątkowe dane. Wciąż hamulcem jest przekonanie, że dzieci to zbyt duży kłopot lub stwierdzenie, że ich posiadanie nie ma widocznego celu. Myślę, że dalsze badania i obserwacje potwierdzą właśnie te powody. – Collodi zapalił papierosa i się zaciągnął. Rossi nie palił, ale jakoś cieszył go dym w pokoju i jego zapach.

- Musimy zrobić coś jeszcze. Potrzebujemy sojusznika. Widocznie ludziom nie wystarcza, że prowadzimy odpowiednią narrację. Dlatego spotkasz się z Rottingerem w Rzymie. Tym razem jest to wyjątkowo ważne, żeby nikt się o tym nie dowiedział. – podał Collodiemu kopertę. W środku zostawił ręcznie wypisaną instrukcję.

- Rozumie się. To znaczy, nie rozumiem, po co mam się z nim spotykać, ale zrobię, co trzeba. – Renato Collodi istotnie nie rozumiał. Rottinger był zupełnie nieistotny z jego punktu widzenia. Jednak skoro Giorgio uważał, że warto, to wykonywał polecenie. W końcu sprawę mieszkań załatwił szybciutko i z gracją.

- A jak on się miewa? – to pytanie przewodniczącego zaskoczyło jego człowieka od zadań specjalnych. Oczywiście nie okazywał tego dłużej niż przez ułamek sekundy i to tylko wyrazem twarzy.

- Podobno kiepsko. Powie mi, jak go zapytam. W sumie tym bardziej nie rozumiem całej akcji z tym spotkaniem. Skoro długo nie pociągnie. – Collodi nie pytał, ale był tego zaskakująco bliski. Aż Rossi poczuł się poproszony o odpowiedź.

- Wszystko masz w instrukcji. To bardzo ważne, żeby załatwił sprawę póki żyje. Resztą zajmiesz się osobiście. Nie powinno być problemów, ale zajmie Ci to trochę czasu, więc dobrze, jakby Rottinger nie umarł też w ciągu miesiąca. Chociaż z tym sobie poradzimy jak będzie trzeba. Masz całkowią carte blanche w tej sprawie. Ten plan musi się powieść i to jest absolutny priorytet. Możesz się zdziwić, jak już przeczytasz instrukcję, dlaczego przykładam do tego aż tak wielką wagę, ale muszę mieć pewność, że po prostu wykonasz zadanie, jak zawsze. – Giorgio Augusto patrzył głęboko w oczy swojego człowieka. Chciał potwierdzenia, choć ani profesjonalizm ani lojalność Collodiego nigdy nie były dla niego podważalne.

- Zrobię wszystko, co trzeba. – Renato delikatnie się uśmiechnął – Możesz na mnie polegać.

-To chciałem usłyszeć. Dziękuję. – gospodarz odwzajemnił uśmiech – Jesteś niezastąpiony. Jeśli istnieje piekło, tam też mi się przydasz.

- Postaram się być do dyspozycji. – Turyńczyk z długim nosem zaśmiał się w głos. Tym razem spotkanie potrwało trochę dłużej. Wypili po drinku i rozmawiali jeszcze trochę o mniej ważnych sprawach. Umówili się na za rok na raport o dzietności i temu podobnych kwestiach. Collodi miał być w międzyczasie dość zajęty.

*

- Na pewno masz wszystko pod kontrolą? – to pytanie zadał Huber, kiedy przyszedł do Rossiego po uprzednim telefonie. Było to pół roku po ostatniej rozmowie Rossiego z Collodim.

- Co masz na myśli? Nigdy nie można przewidzieć wszystkiego. Jednak jestem przekonany, że kontroluję sytuację. Zaufaj mi. – odparł gospodarz. Huber jednak był widocznie zdenerwowany. Giorgio Augusto nalał mu szkockiej, a gość szybko ją wypił.

- Pewnie masz rację i przesadzam. Sprawy jednak mnie niepokoją. Teoretycznie mogą pójść bardzo nie po linii naszej Partii. – Austriak wystawił szklankę po dolewkę. Włoch nie miał problemu z uzupełnieniem szkła.

- Dalej nie wiem, co Cię tak niepokoi, Gerhardzie. – Giorgio był istotnie ciekaw i faktycznie zakładał, że Huber przesadza.

- Rottinger umarł. A Schmidt teoretycznie może go zastąpić. To by była jakaś tragedia. – wypił duszkiem drugą szklankę ze szkocką.

- To teoretycznie możliwe, ale nawet jakby miało się stać, to co to dla nas. – Rossi poklepał gościa po plecach – Masz moje słowo, że będzie dobrze.

- Dziękuję. Wiem, Giorgio, że zawsze sobie radzisz. Tylko martwię się. Byłem kiedyś zaangażowany. Znałem Marxa i Shoenborna. Nie chciałbym, żeby teraz te wysiłki zostały zaprzepaszczone i wrócono na starą absurdalną drogę. Nawet jeśli to nie ma znaczenia dla naszej Federacji. – Huber wstał – Przepraszam, że zająłem Ci czas. – dodał nagle.

- Nie masz za co przepraszać. Nic już nie zrobię w sprawie Schmidta w tym momencie, ale jestem dobrej myśli. Nawet Schmidt nie jest w stanie zawrócić rzeki kijem. Może my byśmy mogli. – zażartował Rossi na koniec.

- Tak, pewnie masz rację. Do zobaczenia. – Huber wyszedł zawstydzony. Giorgio Augusto pozostał sam, zaskoczony zachowaniem kolegi od finansów. W sumie słyszał kiedyś o jego działalności poza polityką i światem wielkich pieniędzy, ale nie sądził, że odcisnęło to na nim takie piętno. Jak to ujął kilka minut wcześniej, nigdy nie można wszystkiego przewidzieć. Na szczęście to była nieistotna sprawa. W ciągu maksymalnie trzech tygodni miało się okazać, czy Renato sprostał zadaniu.

*

Minęły dwa tygodnie. W mieszkaniu Giorgio Augusto przyjemnie buchał ogień w kominku. Zaprosił Collodiego na obiad, a potem rozmawiali już w salonie na poważne tematy. Tym razem towarzyszyły im przekąski - włoskie wędliny i wino.

- Wygląda to obiecująco. – podsumował Rossi po dłuższej opowieści Collodiego – Częstuj się, oczywiście, bez skrępowania. – wskazał półmiski.

- Też tak myślę. Zjechałem kawałek świata, porozsyłałem ludzi. Nie przewiduję problemów. Raczej wszyscy byli zdziwieni moją prośbą. Starałem się być przekonujący jakby ktoś miał pomysł, żeby mi przytaknąć, a potem zrobić inaczej. – coś błysnęło w jego oku. Rossi był przekonany, że groźby czy szantaż nie stanowiły dla Collodiego problemu. Jeśli uznał, że trzeba, korzystał z nich.

- Mówiłem, że jesteś niezastąpiony i to potwierdzam. – Giorgio Augusto uśmiechnął się, ale w bardzo przytłumiony sposób. Poczęstował się parmeńską szynką.

- A ja dziękuję jeszcze raz. – automatycznie odparł Renato – Ale nawet bardziej nie rozumiem tego planu odkąd go realizuję. Oczywiście nie wymagam odpowiedzi, ale z mojej perspektywy wygląda to tak: mamy pełną kontrolę. Szefem jest nasz człowiek, który zresztą bez wahania spełnił twoją pierwszą prośbę. Jego następca najpewniej byłby podobnie nastawiony. Jeżeli potrzebujemy zmiany kursu także tam, dlaczego po prostu nie przedstawić wytycznych, które mają być realizowane? Dlaczego jeździłem po świecie i przekonywałem mniej lub bardziej naszych ludzi, żeby nam tę kontrolę zabrali? Nie jestem w stanie tego pojąć. – żywo gestykulował przy tych pytaniach. Rossi wyciągnął butelkę wina, odkorkował i polał im obu.

- To Carlo… Rossi. – zaśmiał się. Po chwili usiadł, wziął malutki łyk i powiedział spokojnie – Cóż, po części chodzi o to, że kontrola jest niepotrzebna. Chcę, żeby obrano tam inną drogę, taką jak dawno temu. Ale to musi wyjść nie od nas. Po namyśle zdecydowałem, że pozorowanie mogłoby nie wystarczyć, możliwe, że przejrzano by naszą grę. Ja potrzebuję poniekąd wsparcia i opozycji jednocześnie. A jeżeli Schmidt się nas nie boi, a na to wygląda, to mogę przewidzieć jego przyszłe działania, przynajmniej ogólnie. Po części będą zbieżne z moimi założeniami. Myślę, że ludzie potrzebują też innej motywacji niż tylko pieniądze, czy mieszkanie. A skoro nie działa nasza propaganda, to może posłuchają innego typu autorytetu. Może to nic nie da. Może da w perspektywie dwudziestu czy trzydziestu lat, ale warto spróbować. A w kwestii tak długofalowej tym bardziej nie chcę, by realizowali to nasi „agenci”, tylko, żeby byli faktycznie niezależni. My możemy umrzeć i ktoś może obrócić politykę, którą zaproponowałem, ale wtedy pozostanie ta druga linia, która częściowo przyczyni się do realizacji moich celów. Więc to kolejny plus. – mówił otwarcie. Patrzył w jeden punkt na ścianie, co rzadko mu się zdarzało. Collodi widział w wytłumaczeniu jakiś sens – Chociaż może moi następcy obrócą też te zmiany, tego nie wiem. Warto spróbować. – dodał i machnął ręką, po czym napił się wina.

- Myślę, że rozumiem, jako tako. Dlatego nie jestem szefem. – podsumował to Collodi i podrapał się po głowie – Chyba musisz wychować sobie następcę, który to będzie ogarniał. – też się napił – Ale jeszcze czas. Młody jesteś.

- Tak, muszę się nad tym zastanowić. – przytaknął Giorgio i rozsiadł się w fotelu. Było to warte zastanowienia. Zwłaszcza, że plan mógł zostać zrealizowany zdecydowanie wolniej niż nawet tyle, ile Giorgio mógł przeżyć. Takiego dylematu nie miał kto inny.

*

Tydzień po rozmowie przewodniczącego i jego prawej ręki w końcu rozwiązała się kwestia, którą Giorgio Augusto uważał za kluczową. Wciąż jeszcze liczni wierni zebrani na placu Świętego Piotra zobaczyli, po ponad tygodniu ciemnej barwy, biały dym. Nowy papież został w końcu wybrany. W napięciu oczekiwano, kto będzie przewodził Kościołowi po Pawle VII, który przerwał passę Franciszków po trzech kolejnych papieżach o tym imieniu. Minęło kilkanaście minut i kardynał Pazzi wyszedł na balkon by ogłosić. Na Stolicy Piotrowej miał od tej pory zasiadać kardynał Georg. Rossi patrzył w ekran w swoim salonie. Udało się. Collodi ustawił konklawe, jak tego chciał Giorgio. Za chwilę ukazał się ostateczny dowód. Kardynał Georg Uwe Schmidt nie był już więcej kardynałem. Rozpoczynał się pontyfikat Leona XIV. W tym miejscu wypada wyjaśnić pewne rzeczy, które wydają się jaśniejsze niż wcześniej, jednakże wymagają dopowiedzenia. Kilkakrotnie wspomniana operacja „Ahmed” sprawiła, że spacyfikowana została ostatnia wyłamująca się grupa, tj. muzułmanie. Tak brutalna akcja nie dotknęła katolików tylko z tego powodu, że spacyfikowali się wcześniej sami. Kościół w Niemczech poprzez „drogę synodalną” postawił na głowie całe katolickie nauczanie na temat moralności. A jednak nie doszło do schizmy, ekskomunik czy złożenia z urzędu nawet najbardziej postępowych biskupów. Działo się to już w pierwszej połowie lat dwudziestych. W związku z brakiem zdecydowanej reakcji Watykanu, szybko reszta Europy Zachodniej i potem kolejne episkopaty na świecie podążały ścieżką wyznaczoną przez Niemców. Oficjalny Kościół stał się swoją karykaturą, której nauczanie nie stanowiło już przekazywania depozytu wiary, ale ciągłe dostosowywanie się do „ducha czasów”. W związku z tym Federacja potraktowała Kościół łagodnie i zostawiła w spokoju jego finanse, kontrolując często poszczególnych hierarchów, by linia Kościoła pokrywała się w dużej mierze z linią Partii. W związku z tym kolejni postępowi Papieże, którzy rządzili w ostatnich dwudziestu latach przed realizacją przewrotu Rossiego, idealnie „leżało” europejskim politykom. Ostatnim z tych papieży był dawny kardynał Ernst Rottinger, czyli Paweł VII, Niemiec z urodzenia. W tym czasie biskup Schmidt stał się twarzą tradycyjnego Kościoła, głosił moralność sprzed „drogi synodalnej” i twierdził, że przekazuje odwieczne nauczanie Kościoła. Był marginalizowany, ale miał pewną popularność w niektórych kręgach wiernych. Partia dała mu spokój, gdyż nie miał znaczenia na tyle, by stanowić zagrożenie. Dopiero zbliżająca się śmierć Pawła VII stała się dla Giorgio Augusto okazją, by wypromować Georga Schmidta. Wysłał więc Collodiego do Watykanu w celu uzyskania dla Schmidta nominacji kardynalskiej, co dało mu możliwość wzięcia udziału w kolejnym konklawe. Następnie Collodi „lobbował” u pozostałych kardynałów wybór Schmidta na kolejnego papieża, jak się okazało, skutecznie. Wyglądało na to, że już samo imię Leona XIV zapowiadało zmiany, a może bardziej odwrócenie zmian ostatnich lat. Rossi był więc dobrej myśli. Jego pomysł był zatem dość prosty. To autorytet papiestwa miał pomóc w promowaniu tradycyjnej rodziny i rodzicielstwa. Do tego Rossi potrzebował nowego Ojca Świętego.

I tak właśnie było. Nowy Biskup Rzymu rozpoczął iście kontrrewolucyjną ofensywę. Obsadził kluczowe stanowiska ludźmi, którzy myśleli jak on i rozpoczął się okres potępiania błędów, wyjaśniania najbardziej podstawowych prawd wiary i nauki o moralności. W swojej działalności „literackiej” zaczął od encykliki poświęconej małżeństwu i rodzinie, nawiązując do zapomnianych już wtedy „Humana Vitae” Pawła VI, „Evangelium Vitae” Jana Pawła II i „Casti Connubi” Piusa XI. Zaczęła się wtedy walka z episkopatami, w ruch poszły najsilniejsze argumenty. Wydawało się, że Stolica Apostolska nie będzie w stanie przełamać oporu i dojdzie do schizmy w kilku miejscach Europy. Rossi jednak trzymał rękę na pulsie i przekonał zbuntowanych hierarchów, że albo się podporządkują papieżowi, albo utracą swoje subsydia z Federacji. Czego nie osiągnęła groźba ekskomuniki czy potępienia, osiągnęła groźba braku środków do dalszego życia na stałym poziomie. Współpracownicy Giorgio Augusto byli co najmniej zaniepokojeni przebiegiem zdarzeń. Huber zrezygnował wręcz ze swojej funkcji i wyjechał z Brukseli. Jednak niewiele można było zrobić. Skoro oficjalna narracja była bliska z nauczaniem, które przypomniał Leon XIV, ciężko było zareagować adekwatnie. A nikt nie śmiał tego sugerować przewodniczącemu Komisji po tym, jak skończyła się ostatnia próba skorygowania jego kursu. Podobnie Rossi mógł się rozprawić z tymi, którzy próbowali przekonać społeczeństwo o tym, że papież prezentuje „powrót do średniowiecza” i zamordystyczne metody. Powołał się na tolerancję, którą zawsze tak hołubili. Nawet nie próbowano dyskutować. Oficjalny przekaz mówił więc raczej w formie frazesów o możliwości współpracy dla dobra wszystkich ludzi, skoro wszyscy chcą dobrze.

*

Leclerc leżał na szpitalnym łóżku, podłączony do kroplówki i licznych urządzeń pomiarowych. Był przytomny, ale słaby. Rossi nie planował go odwiedzać, ale poczuł, że tak będzie uprzejmie. Starszy francuski polityk był blady i jakby jeszcze pulchniejszy na twarzy. „Czyżby spuchł?”, zastanawiał się Giorgio Augusto. Sam wyglądał dobrze. Włosy dopiero co przystrzyżone. Siwe włosy pojawiały się bardzo sporadycznie. Minęły niecałe dwa lata od wyboru Leona XIV na papieża, kiedy doszło do spotkania w szpitalu.

- Jesteś. – westchnął Francois i chwilę kaszlał – Rak płuc. Zabawne, prawda? Nigdy nie paliłem, do tego zgłaszałem ustawy ograniczające palenie. – śmiał się i kaszlał znowu.

- Bywa i tak. – Rossi uśmiechnął się delikatnie z pewną dozą empatii.

- Dobrze, że przyszedłeś. Dziękuję Ci. Lekarze dają mi jeszcze parę dni, ale nie wiem, czy ich nie rozczaruję. Jestem bardzo słaby. – jakby na dowód tego zamknął oczy i zdawał się usypiać. Było to jednak złudne. Mówił dalej z zamkniętymi oczami – A skoro nie mam już nic do stracenia, to chciałem z Tobą pomówić, Giorgio. Mam pewne wątpliwości… Ogromne wątpliwości co do twoich działań. Mam wrażenie, że prowadzisz naszą Federację na dno. – otworzył oczy na ostatnie zdanie, które było oskarżycielskie. Rossi miał powiedzieć „Nic nie rozumiesz”, ale coś kazało mu ugryźć się w język. Było to dziwne, ale tym razem postanowił oszczędzić docinków Leclercowi.

- Będzie dobrze. Zaufaj mi. – powiedział szef Komisji zamiast tego.

- Staram się, naprawdę, ale zrobiłeś tyle kroków w tył, że czasem myślę, że to nie środek do celu, a cel. Nawet dopuściłeś, żeby nowy papież się tak panoszył. Jak to w ogóle się stało, że go wybrali? – mówił sapiąc Francuz.

- To naprawdę długofalowy plan, Francois. Mówiłem Wam. Dotarły do mnie wieści, że mogą go wybrać, ale postanowiłem to wykorzystać na korzyść naszego kraju. – odparował spokojnie Giorgio Augusto. Stanął bliżej chorego.

- Żeby tylko ten Leon, czy też Schmidt, Cię nie ograł. – Leclerc pogroził palcem.

- Bez przesady. Zjadłem zęby na takich gierkach. – Rossi wyszczerzył zęby.

- Tak, może źle się wyraziłem. Widzisz, parę razy mnie zbeształeś, że czegoś nie rozumiem, ale nawet jak miałeś wtedy rację, to czasem ja coś rozumiem, a Ty niekoniecznie. Ten cały Leon XIV ma w pewnym sensie przewagę nad nami. Daje mu ją ten jego zabobon, a raczej to, że on w to naprawdę wierzy. – przerwał i kaszlał znów dłużej – Ja jutro albo za tydzień będę gryzł piach. Zostawię po sobie tę Federację, może jakąś pamięć. Ty tak samo. A on twierdzi, że albo pójdzie do nieba albo nie, ale zrobi wszystko, żeby pójść. Jeśli jest wystarczająco twardy, nie cofnie się absolutnie przed niczym. – westchnął i jakoś uniknął kaszlu.

- Może to i prawda, ale zawsze mam ostateczne środki. – powiedział Giorgio bez uśmiechu.

- Wiesz, że męczennicy mogą ich tylko utwierdzić w tym, co robią? – zauważył Francois.

- Tak, ale jak będzie trzeba, wszyscy zostaną męczennikami. Raz a dobrze. Mam miliard w planie, pamiętasz? – przewodniczący Komisji powiedział spokojnie, ale na Leclerca padł blady strach.

- Do teraz nie wierzyłem, że naprawdę jesteś do tego zdolny. – wystękał jedynie.

- Zrobię, co będę musiał. – wyjaśnił Rossi bez zbędnych ozdobników – Federacja przetrwa, gwarantuję.

- Idź już, Giorgio. Zmęczyłem się. – stwierdził nagle Leclerc. Obu to pasowało. Giorgio Augusto rzucił coś na pożegnanie i wyszedł powoli z sali, a potem ze szpitala. Zapalił na zewnątrz papierosa. Nawet przyjął mandat za to. Nie chciało mu się pokazywać kim jest, żeby tego uniknąć. Leclerc go zaskoczył. Coś niecoś rozumiał. Zadzwonił do Collodiego. Wydał krótkie zlecenie i umówił się na za miesiąc.

Amadeusz Putzlacher

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Tęczowa rewolucja toaletowa

Czytaj Następny

Przełom w USA. Sąd Najwyższy: Konstytucja nie przyznaje prawa do aborcji

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *