Propaganda to nie jest zwyczajne kłamstwo. Dobrze zrobiona propaganda to mieszanka manipulacji, umiejętnego kierowania nastrojami, wzbudzania zaufania do konkretnych polityków, komentatorów lub dziennikarzy, a dyskredytowaniu innych. Propaganda obcego państwa w oczywisty sposób prowadzi do podziałów w społeczeństwie przeciwnika, może podkopywać fundamenty spajające naród, skłaniać do wiecznego malkontenctwa i braku wysuwania konstruktywnych postulatów w aktywniejszych środowiskach. Może też jednak grać na realnych i uzasadnionych wątpliwościach grup społecznych i katalizować ich, często słuszny opór wobec własnego rządu, o ile jest to zbieżne z interesem siewców tej propagandy.
Ostatnio na portalu pojawił się tekst informacyjny „Żaryn: Sykulski infekuje przestrzeń informacyjną tezami zbieżnymi z przekazem Kremla”. Była to relacja nt. tweeta pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa przestrzeni informacyjnej RP Stanisława Żaryna. Pełen tekst zamieszczony w popularnym komunikatorze brzmiał:
„Leszek Sykulski jest jednym z komentatorów infekujących polską przestrzeń informacyjną tezami zbieżnymi z przekazem rosyjskiej propagandy przeciwko Polsce. To bardzo szkodliwe działania.
Nadawanie rozgłosu takim treściom jest niebezpieczne dla Polski.
@TV_Trwam pod rozwagę.”
(wpis nawiązał do tweeta wymienionej stacji zapraszającej na program z drem Leszkiem Sykulskim)
Nie zgadzam się z częścią tez dra Sykulskiego, z niektórymi poglądami zgadzam się częściowo, a niektóre jego uwagi uważam za cenne. Stanisław Żaryn może nawet mieć rację twierdząc, że doktor Sykulski stawia tezy zbieżne z propagandą rosyjską. Może nawet „infekcja” dużej grupy miałaby jakiś wpływ pośredni na bezpieczeństwo w kraju. Jednakże chciałem poczynić dwie uwagi:
- Apel pana Żaryna do TV Trwam jest wszystkim na co pełnomocnik rządu może sobie pozwolić. Próba blokady audycji byłaby już próbą cenzury. W tym wypadku należałoby postawić zarzuty Leszkowi Sykulskiemu o szpiegostwo na rzecz obcego kraju albo dać mu spokój. Można zbijać jego argumenty w jakiejś formie debaty.
- Fakt, że czyjeś wypowiedzi są zbieżne z treściami wrogiej propagandy, nie oznacza, że automatycznie wszystkie uwagi zawarte w wystąpieniu są szkodliwe dla własnego kraju.
Co do pierwszego punktu, można dodać, że zdarzają się debaty na temat tego, jaką politykę należy prowadzić. Interes narodowy nie jest w każdej sytuacji oczywisty do zdefiniowania. Największe ogólniki pozostają stałe, ale szczegóły się zmieniają. Potrzeba wysiłku umysłowego analityków, wymiany poglądów ekspertów, by wyłapać niuanse i wybrać najlepszą ścieżkę działania, która zresztą z czasem może przestać być optymalną. Zatem praca umysłowa musi być stale wykonywana. Bez tego uwagi takie jak ta Stanisława Żaryna (nawet jeśli słusznie krytykuje stanowisko Sykulskiego) wygląda na próbę cenzury nieformalnej i stygmatyzacji przeciwnika. Wbrew intencjom, może to wywołać poczucie, że to pełnomocnik rządu nie ma argumentów i z tego powodu zarzuca coś komuś kto nie powiela z kolei rządowej narracji i wręcz przechylić część obserwatorów do sympatyzowania z Leszkiem Sykulskim nawet jeśli ten ostatni nie będzie w stanie uargumentować swoich tez dostatecznie dobrze.
Co do punktu drugiego, należy i tę myśl rozwinąć. Propaganda, którą kierujemy do przeciwnika ma za zadanie skłonić go do wykonywania działań w naszym interesie. Pośrednio wpływając na nastroje można utrudnić rządowi podejmowanie sensownych decyzji. Można wpływać na emocje, tak oddziałuje się najsilniej. Trzeba jednak robić to umiejętnie. Propaganda nie jest jednoznaczna z kłamstwem. Manipulacje stosowane są w różny sposób. Podaje się fakty pasujące do narracji, zwiększa znaczenie jednych, a inne marginalizuje. Na przykład faktem jest, że nie toczymy z Rosją wojny. Kwestią ocenną jest czy wspieranie Ukrainy, albo jaki stopień wsparcia leży w naszym interesie. W oczywisty sposób Rosja chciałaby to wsparcie ograniczyć albo wręcz, żeby ustało. Jasne jest też to, że wsparcie to kosztuje nas pieniądze. Dużo pieniędzy. Rozsądna debata toczyłaby się wokół tego czy nie wydajemy za dużo, czy koszty nie przewyższają zysków. W końcu nawet jeżeli uważamy, że brak zwycięstwa Ukrainy to groźba rosyjskiej inwazji, możemy dojść do wniosku, że lepiej nie inwestować w Ukrainę, a zbroić się bez uprzedniego rozdawania sprzętu wojskowego. Możemy też dojść do wniosku, że lepiej rozdawać sprzęt i kupować nowy, gdyż ten oddany przedłuży wojnę i może odepchnie ją od nas albo co najmniej osłabi Rosję i ostatecznie da nam więcej czasu na zbrojenie własnej armii. Nierozsądna debata pcha nas do pompatycznych stwierdzeń, że Ukraińcy walczą za naszą wolność i naszym obowiązkiem jest im pomagać, a z drugiej strony do prostych kalkulacji, że kosztuje to za dużo albo wyciąga się jakieś incydenty z uchodźcami, kwestię Wołynia by nie pomagać. Jedno i drugie to emocjonalne, łatwe do wzniecenia podrygi nie mające nic wspólnego z głębszym namysłem. Na tym łatwiej grać przeciwnikowi. Może rozgrywać prawdziwe polsko-ukraińskie zaszłości zamiast kłamać w żywe oczy. Niestety, jest to moje zdanie, rządowe sugerowanie agenturalności bądź bycia „pozytywnym idiotą” ludziom, którzy do przedstawienia odrębnych wniosków doszli po głębszej analizie i potrafią argumentować na rzecz swojej wizji polityki wobec wojny na Ukrainie, tylko rozwija emocjonalne podejście społeczeństwa, o które i tak łatwo. Nie daje się ludziom rozsądnej dyskusji czy nawet wykładu dlaczego linia rządu jest na dłuższą metę korzystna. Daje się im własną propagandę o moralnej słuszności i walce ze złem. Niechęć do rządowej strategii może ułatwić grubymi nićmi szyte zrzucanie winy za gospodarcze niepowodzenia na wojnę (putinflacja) i próby przepychania ustaw naruszających prywatność obywateli pod osłoną natłoku newsów o wojnie. To może spowodować przechył na rzecz „tez zbieżnych z przekazem rosyjskiej propagandy”.
W czasie drugiej wojny światowej Niemcy prowadzili radiowe audycje skierowane do amerykańskiego społeczeństwa. Spikerką była Amerykanka Mildred Gillars, występująca jako Axis Sally. Po wojnie była sądzona za zdradę. Programy radiowe z jej udziałem służyły przekonywaniu Amerykanów, że nie ma sensu, żeby walczyli z Niemcami, bo to nie ich wojna, a niemiecka armia jest niezwyciężona. Jednak poza tymi „oczywistościami”, Amerykanie mogli się też dowiedzieć o tym, że ktoś z ich żołnierzy został ranny albo dostał się do niewoli. Bliscy oddychali z ulgą wiedząc, że ich krewny żyje. Dzięki temu lepszym wzrokiem patrzyli na samą Gillars i nabierali do niej zaufania. Czekali na audycję, gdzie mogli się dowiedzieć czegoś ważnego, a przy okazji chłonęli inne propagandowe treści. Niemiecka propaganda dawała amerykańskim rodzinom informacje o losie ich krewnych, czego nie byli w stanie uzyskać od własnego państwa.
Zmierzam do tego, że nawet faktycznie mówiąc coś, co jest zbieżne z wrogą propagandą, możemy przedstawiać uprawniony pogląd na sytuację. Jak pisałem w poprzednim tekście „Opcje – wokół wojny na Ukrainie”, uważam, że warto pomagać Ukrainie, bo długoterminowo może (nie musi) się to opłacić do uwiarygodnienia się jako regionalnego lidera i przyciągnąć do siebie zainteresowane sojuszem kraje bałtyckie i może nawet stworzyć podwaliny pod Międzymorze. Możliwie maksymalne osłabienie Rosji rękami Ukraińców daje też czas na przygotowanie się na potyczkę, która będzie dotyczyć nas bezpośrednio. A w lepszym razie, zbudować silną armię, która nie będzie musiała od razu sprawdzać się w boju, ale poprawi naszą pozycję wyjściową. Mimo tych poglądów rozumiem, że pokój jest lepszą opcją od wojny i hasła typu „nie dla wojny” są jak najbardziej zrozumiałe. Nie chcemy przecież iść na wojnę. Ja też nie chcę. Wydaje mi się jednak, że może nie dać się jej uniknąć. Gdybym uważał, że wspieranie Ukrainy należy odpuścić, wciąż byłbym za zbrojeniem Polski.
Niebezpieczne w wypowiedziach takich jak ta Stanisława Żaryna jest dla mnie sprowadzanie sporu o szczegóły do niebytu i szufladkowanie przeciwników rządowej opcji jako (świadomych czy nie) agentów wroga, sprawianie wrażenia, że (mówiąc jak dziennikarka TVN) prawda została ustalona i żadne fakty jej nie zmienią. Umiarkowani wcześniej sceptycy mogą się zacietrzewić i w czambuł potępiać wszystko, co rząd proponuje. Może to jeszcze powiększyć polaryzację i podzielić społeczeństwo, które coraz łatwiej może szukać winnych np. wśród uchodźców. Do tego udawanie, że wszystko jest super w związku z wojną, uchodźcami i gospodarką, będzie tylko przysparzało popularności także faktycznym „pożytecznym idiotom”, kiedy będą wyciekać informacje o problemach, które przecież muszą się pojawiać. Taka stygmatyzacja, ale jeszcze nie cenzura, sprawia, że wyborcy czują się traktowani jak głupi i manipulowani w prostacki sposób. Przez to mogą dać sobą manipulować tym, którzy wszystko negują (odsyłam do tekstu o agenturze wpływu, który nie jest mój), czyli także rzeczywistym agentom wpływu. Rozsądna debata byłaby mniej groźna niż emocjonalne krzyki i obwinianie się o agenturalność rosyjską, ukraińską czy amerykańską.



