Opcje – wokół wojny na Ukrainie

Wojna na Ukrainie to wciąż temat nr 1 w mediach. Nie dominuje aż tak wyraźnie jak na samym początku, co zrozumiałe, jednak wciąż najważniejsze newsy orbitują wokół walk, wsparcia sprzętowego z Zachodu, ewentualnie zapowiadanego poszerzenia NATO o Szwecję i Finlandię. Mimo to, a może także przez to, ciężko się połapać, jak wygląda sytuacja, jakie są perspektywy zakończenia konfliktu, na jakich warunkach i co to może oznaczać dla żywo zainteresowanych tymi kwestiami pozostałymi sąsiadami Rosji z Zachodu jak Litwa, Łotwa, Estonia i oczywiście Polska. Chcielibyśmy wiedzieć czy czeka nas szczęśliwa przyszłość z Rosją w rozkładzie i może nawet faktyczną budową Międzymorza, a może wręcz przeciwnie, katastrofa i wojna na naszym terytorium. Mam w tym temacie garść przemyśleń, które postaram się przedstawić najmniej chaotycznie, jak to możliwe. Ostrzegam jednak, że odpowiedzi o przyszłość nie udzielę.

Kulejąca debata

Zdarzyło mi się obejrzeć kilka wydań „Panoramy” w TVP2 na początku wojny na Ukrainie. W zasadzie wszystkie tworzyły jeden schemat. Nie mogło się obejść w żadnym wydaniu bez tak mniej więcej rozrysowanej sytuacji/stałych punktów: Dzielni Ukraińcy, nieporadni Rosjanie, jednocześnie bestialscy Rosjanie, Rosja przegra wojnę, Polacy pomagają najlepiej, zły Donald Tusk. Zapanowała zresztą jakaś niemal euforia. Oto Rosja weszła w wojnę, w której sobie nie radzi, Zachód jednoczy się w nakładaniu sankcji, jeszcze trochę i Federacja Rosyjska zostanie odcięta od rynków zbytu, a militarna kompromitacja doprowadzi do jakiegoś zamachu stanu albo wręcz kolejnej kolorowej rewolucji.

Sankcje jakiś efekt dają, ale nawet ciężko powiedzieć jaki dokładnie. Prognozy co do spadku rosyjskiego PKB wahają się między 10 a 30 procent, a zdarzają się analitycy, którzy podają jeszcze niższe liczby. Wspominają o tym autorzy „Wielkiej gry o Ukrainę”[1] wydanej we wrześniu 2022 roku. Także mimo oficjalnego optymizmu z programów informacyjnych, w tej samej książce Marek Budzisz wyraża swoje sceptyczne zapatrywania co do jedności Zachodu.[2]

Również analityk portalu Nowy Ład, który relacjonuje działania na froncie od początku konfliktu, Michał Nowak, wyraża przekonanie, że do pokoju nie dojdzie poprzez złamanie którejkolwiek ze stron na polu bitwy.[3] Gra ma toczyć się o to, kto usiądzie do stołu w dobrej pozycji. Prawdopodobne jest jednak, że Ukraina nie odzyska kontroli nad całym swoim terytorium sprzed aneksji Krymu i wojny 2014 roku. W ogólnym rozrachunku może więc wojnę przegrać, nawet jeśli Rosja odniesie zwycięstwo ograniczone i kosztowne.

Zapał studzi też Łukasz Warzecha, czy to na własnym kanale Youtube czy łamach magazynu Kontra. Krytykuje jednowymiarowe spojrzenie polskich decydentów i podporządkowywanie wszystkiego propagandzie. Niepokojące jest również dla niego to, że wojna stała się kolejnym po Covid-19 narzędziem do wyciszania debaty na wiele tematów. Teraz „antyszczepionkowców” (prawdziwych i wydumanych, z czego ci drudzy byli zdecydowanie bardziej niewygodni) zastąpiły wszechobecne „ruskie onuce” (choć ten epitet bywał już używany z mniejszą intensywnością od czasu do czasu).

Przytoczenie tych przykładów miało na celu pokazanie, że mimo braku większej systemowej debaty w mainstreamowych mediach z najlepszymi możliwościami dotarcia do masowego odbiorcy, zdarzają się rzeczowe dyskusje i poglądy. Niestety jednak są to nisze, ale dobrze, że istnieją.

Możliwe opcje

Jak mówił Kazimierz Górski „Mecz można wygrać, przegrać, albo zremisować”. Wydaje się, że wojnę też można wygrać, przegrać, albo dogadać się ograniczając straty albo nie uzyskując zakładanych zysków. Jednak przez miesiące słyszymy wprost lub nie, jakby tylko zwycięski scenariusz był możliwy. Do tego zła Rosja cały czas kłamie, w przeciwieństwie do Ukrainy. Wieści wychodzące z ukraińskiego sztabu są traktowane jako pewne, z rosyjskiego jako równie pewnie nieprawdziwe. Nie pamiętam niestety dokładnie informacji, która przekonała mnie jak prostacko jest czasem sprzedawana nam wiedza (może w cudzysłowie o wojnie). W pewnym radiu podano informację, że Władimir Putin ogłosił, że Rosjanie opanowali jakieś miasto (było to jakoś latem 2022). Słowom Putina zaprzeczył prezydent Zełenski, mówiąc, że Rosjanie nie opanowali miasta. Na co dziennikarz podsumował mniej więcej tak: „Zatem miasto (niestety nie pamiętam nazwy – A.P.) jest w rękach ukraińskich”. Nie było to prawdą. Od kilku dni było wiadomo, że część miasta rzeczywiście opanowali najeźdźcy. Dziennikarz z jakiegoś powodu nawet poszerzył zakres dementi prezydenta Ukrainy. Absolutnie jawnie pokazał przy tym, że prezydent Ukrainy stanowi dla niego źródło, prezydent Rosji nie. Zupełnie jakby Ukraina nie była stroną sporu i nie miała interesu w sianiu dezinformacji, a poniekąd w jakimś sensie prawa do tego w czasie wojny.

Przy tak bezkrytycznym przyjmowaniu wieści od jednej strony można rzeczywiście powielać narrację o nieodzownym zwycięstwie, czasem zbyt natarczywie, przez co można doprowadzić do podziału odbiorców na tych, którzy sami wierzą we wszystko bezkrytycznie i tych którzy oburzeni nachalnością jedynej słusznej wersji uwierzą we wszystko co tej wersji przeczy. Dla dociekliwych i mniej gorących głów zostaną nisze. Dość standardowy układ przy dzisiejszym przesiąkniętym emocjami przekazem informacji i innych treści.

Przejdę jednak do rzeczy. Wojnę Ukraina może wygrać lub przegrać. W większym lub mniejszym stopniu. Co oznaczałoby zwycięstwo? Zapewne odzyskanie kontroli nad całym terytorium (Krym, Donieck, Ługańsk) przy wyparciu Rosji, najlepiej przy takim starciu jej potencjału, by nie mogła długo lub wcale myśleć o kolejnej wojnie z Ukrainą. Potem w zasadzie są ograniczone porażki: uznanie granicy sprzed 24. Lutego 2022 lub gdzieś pomiędzy obecną linią frontu a liną sprzed obecnej wojny. Dla Rosji odwrotnie, zwycięstwem pełnym byłoby opanowanie Ukrainy w blitzkriegu i przejęcie jej potencjału (nie udało się), potem ograniczone zwycięstwo - jakieś zdobycze ponad stan z 24.02.22, zwłaszcza z zajęciem Donbasu. Potem kolejne gorsze scenariusze aż do utraty jakiejkolwiek kontroli nad ukraińskimi ziemiami.

Nie planuję omawiać prawdopodobieństwa scenariuszy. Odsyłam w celu poznania możliwości do artykułu Michała Nowaka i książki „Wielka Gra o Ukrainę” przywołanych już w tym tekście. Chciałem tylko zauważyć, że niepowodzenie planu wojny błyskawicznej, nie sprawia, że Ukraina obroniła swoją suwerenność, jak niektórzy głoszą. Co prawda zgadzam się, że najpewniej Rosja nie narzuci Ukrainie swojego dyktatu, jednak a) pozostanie de facto włodarzem części jej ziem (przy scenariuszach innych niż całkowita porażka) b) zniszczy lub przejmie bogactwo Ukrainy znajdujące się w Donbasie oraz dokona wielkich zniszczeń na ziemiach, których nie opanuje. Śmiem twierdzić, że Ukraina nie będzie niezależnym państwem z powodów powyższych, ale nie tylko. Ukraina już potrzebuje pomocy finansowej do ratowania budżetu. Przy przedłużającym się konflikcie to uzależnienie będzie tylko narastać. Wiem, że wielu ludzi widzi sprawę tak, że dobra Ukraina przy pomocy dobrego Zachodu odpiera złą Rosję. Jednak pozostali wiedzą, że kraje realizują swoje interesy i w ten czy inny sposób dostaną od Ukrainy coś za swoją pomoc. Zwłaszcza Niemcy mają potencjał by pomóc w odbudowie Ukrainy, dać pieniądze, zyskując przestrzeń dla działalności dla swoich firm, ale też jakieś wpływy.

CZYTAJ TAKŻE: Polska między Wschodem a Zachodem. Co z Ukrainą?

Sprawa polska

Postawa i retoryka polskiego rządu zdaje się jednak częściowo przeczyć temu co właśnie napisałem. Polska daje uciekającym Ukraińcom schronienie, a ich wojsku broń. Padają wręcz żenujące słowa o byciu „sługami ukraińskiego narodu”, przy urzędach wiesza się ukraińskie flagi, ukraińskie znaki czy objaśnienia obok polskich to też dość powszechny widok. Zupełnie jakby celem polskiej polityki było zadowolenie uchodźców priorytetowo, nawet przed zadowoleniem obywateli. Jakakolwiek próba wykorzystania sytuacji do nacisków do przeproszenia za zbrodnie UPA na Wołyniu i we wschodniej Małopolsce wydaje się nie do pomyślenia, jakby to było nieetyczne korzystać z sytuacji gdy sąsiad jest pod ścianą i przeprosiłby w zamian za zachowanie możliwości dalszej polskiej pomocy w czasie konfliktu. Tym bardziej dziwi to w sytuacji, gdy inne państwa zachodnie, ponoszące przecież mniejszy koszt wspierania Ukrainy, wymuszają zmiany prawne wobec tzw. osób LGBT (nie wiem na ile doszły do skutku te zmiany). Wydaje się więc, że będąc w sytuacji podbramkowej, Ukraińcy powinni ustępować w kwestiach symbolicznych, które doraźnie nic nie kosztują.

Z drugiej strony może być zrozumiały opór w kwestii Wołynia i kultu Stepana Bandery. Ostatecznie sporo zainwestowano propagandowo w tworzenie mitu tego ostatniego. Możliwe, że, co dla nas straszne, dzięki mitowi bojowników UPA walczących głównie z ZSRR i Niemcami o niepodległą Ukrainę, udało się skonsolidować społeczeństwo i poniekąd umożliwiło to skuteczniejszy opór i wciąż utrzymującą się determinację ludności do kontynuowania wojny. Nie powinno to jednak zmieniać naszej perspektywy i prawdy oraz przeprosin za zbrodnie UPA powinniśmy wyegzekwować. Nie jest to temat dla dyplomacji tylko na czas wojny, zaniedbania w tej sprawie muszą sięgać dalej w przeszłość.

Wróćmy jednak do samych opcji. Ogólnie przyjęte wydaje się założenie (prawdopodobnie słusznie) mówiące: porażka Ukrainy to szansa dla Rosji na dalszą ekspansję. Zatem zagrożone będą Litwa, Łotwa, Estonia, a także Polska. Wpisuje się to w ocenę śp. Lecha Kaczyńskiego z 2008 roku „…dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może czas i na mój kraj, na Polskę”. Tym większe jest to zagrożenie jeżeli uświadomimy sobie status Białorusi i niemożliwość jej emancypacji spod rosyjskich wpływów przy powodzeniu Kremla w inwazji na Ukrainę. Abstrahując od aspektów czysto militarnych, sytuacja geostrategiczna przy opanowaniu Ukrainy dla Polski byłaby tragiczna. Tylko granica z Litwą na wschodzie mogłaby być traktowana jako bezpieczna. Przy mniejszym sukcesie Rosji, wygląda to trochę lepiej, jednak wciąż zagrożona pozostaje granica z Białorusią i Obwodem Kaliningradzkim. W skrócie, zwycięstwo Ukrainy to dobre rozwiązanie dla Polski. Pełne zwycięstwo Ukrainy, niosłoby szansę na „wybicie Rosji zębów”, a może nawet budowę Międzymorza. Jeszcze do tego wrócimy.

Wydaje się jednak bardziej prawdopodobne, że Rosja nie poniesie całkowitej klęski, a może nawet dojdzie do dalszych cesji terytorialnych na jej rzecz. Tak można wnioskować na podstawie niezależnych od siebie ocen wspomnianych wcześniej Marka Budzisza i Michała Nowaka. Co w takiej sytuacji? Może lepiej przestać dozbrajać Ukrainę, skoro sprawa jest przegrana i skupić się na własnym wojsku? Skoro, jak mówi Jacek Bartosiak, Polska jest w wojnie z Rosją funkcjonalnie, może starcie jest nieuniknione? Na oba pytania odpowiem przecząco. Mimo wszystko lepiej jest wspierać Ukrainę licząc na możliwie pozytywne zakończenie konfliktu, a także możliwie maksymalne starcie potencjału militarnego Rosji i po prostu zyskanie czasu na własne przygotowania armii na wojnę. Co do nieodzowności wojny, myślę, że nie musi do niej dojść, ale jest to opcja realna i nie ma już ucieczki od zbrojenia się. Zresztą dobra, silna armia to zawsze element odstraszania, więc czy do wojny dojdzie czy nie, dobrze się na nią przygotować. Nawiązując do starożytnej maksymy, można powiedzieć, że wojny można uniknąć tylko pod warunkiem, że się jest do niej przygotowanym.

W ogólności zgadzam się ze stwierdzeniem Adama Szabelaka: „To w naszym interesie jest maksymalne osłabienie Rosji i maksymalne „wydojenie” Zachodu z tej okazji. Bo Rosja to przede wszystkim nasz wróg, nie krajów zachodnich. Mamy dziejową szansę wykorzystania hiszpańskich czołgów czy holenderskich haubic do jego neutralizacji. I to trzeba zrobić (dodatkowo nie narażając bezpośrednio własnej ludności!), bo Polska będzie dalej zagrożona brutalną siłą wschodniego sąsiada. I to trzeba zrobić (dodatkowo nie narażając bezpośrednio własnej ludności!), bo Polska będzie dalej zagrożona brutalną siłą wschodniego sąsiada.” Problem w wykonaniu tego (co nie oznacza, że nie warto próbować) jest jednak widoczny. Skoro Rosja nie jest zagrożeniem dla Zachodu, ciężko będzie przekonać ich do jakiejś wymiernej pomocy. Oczywiście bezpardonowy atak Rosji i przejście do wojny na wyniszczenie, atakowanie cywilnych obiektów i mimo wszystko bliskość konfliktu dają szansę na wywieranie szantażu emocjonalnego na społeczeństwa zachodniej Europy, ale nawet skuteczne trafienie do serc Holendrów czy Hiszpanów nie oznacza, że ich rządy dla uspokojenia sumień obywateli będą od razu wspierać Ukrainę dużymi ilościami sprzętu i to potrzebnego, a nie takiego, którego chętnie się pozbędą. Między jednym a drugim jest jeszcze dużo miejsca. Zwłaszcza, że każdy kraj uprawia zarówno propagandę jak i realniejszą politykę. Niemcy chętnie podkreślają swoją rolę we wspieraniu Ukrainy, ale starają się „nie przesadzać” z pomocą, a jednocześnie zadowolić opinię publiczną domagającą się, by jej udzielać. Takie kalkulacje na pewno istnieją w wielu rządach, które chcą zyskać wizerunkowo, ale też nie za wielkim kosztem. Polska jako taki prymus pomocy może właśnie wywierać presję, ale czy będzie to wystarczające, by samemu wydać mniej, a utrzymać Ukrainę w wojnie z opcją zwycięstwa? Można mieć wątpliwości i powiedzieć cynicznie, że to i tak zależy od Amerykanów, ich możliwości nacisków zwłaszcza na Niemcy itp. Może się okazać, że większość dostarczonych Ukrainie czołgów pochodzi z Polski i z jednej strony pomagamy przeciągnąć konflikt, ale dużym kosztem, rozbrajając się do tego do odnowienia potencjału nowym sprzętem.

CZYTAJ TAKŻE: „To nie nasza wojna, ale to wojna w której rozgrywają się nasze istotne interesy”. Oświadczenie Młodzieży Wszechpolskiej

Pchanie się do wojny a kwestia Międzymorza

Wojny może nie udać się uniknąć, ale nie można wejść do niej bez przemyślenia, nieprzygotowanym i w złym momencie. O ile w wypadku ewentualnej rosyjskiej agresji na Polskę powinniśmy móc liczyć na zdecydowane wsparcie sojuszników z NATO, o tyle wejście do wojny aktywnie może być potencjalnie niebezpieczne. Odsuwanie konfliktu, rozbudowa armii, modernizacja, wszelkie usprawnienia (zostawiam szczegóły ekspertom), ale też budowa schronów, organizacja obrony cywilnej i takich aspektów niezbędnych w czasie wojny na naszym terytorium jest konieczne, jeżeli ten konflikt mamy mieć szansę wygrać.  A wejście do wojny np. przez wysłanie wojsk na Ukrainę jest niebezpieczne z tego względu, że wtedy gwarancje w ramach na to mogą nie obowiązywać, a już na pewno mogą nie zostać wypełnione. Słynna „sprawa z MIG-ami” pokazała wyraźnie, że USA nie będzie się za nas bić, jeżeli wyjdziemy zbyt wyraźnie przed szereg. Rodzi to też obawę, że ewentualny konflikt z naszym udziałem, który szybko i wyraźnie zaczęlibyśmy przegrywać może być dobrą wymówką by odmówić nam wsparcia. Jakby nie patrzeć, musimy być silni, żeby prowadzić własną politykę. Musimy być wiarygodni we wspieraniu Ukrainy, żeby scementować sojusz z państwami bałtyckimi, ale też możliwie z członkami Grupy Wyszehradzkiej, krajami byłej Jugosławii, Rumunią, Bułgarią, a i Białorusią. To wszystko może być realne przy faktycznym pokonaniu Rosji na polu bitwy i to w taki sposób, by już nie mogła skutecznie atakować. Jest to zadanie bardzo trudne, ale zgodzę się, że to jedyna opcja na upodmiotowienie Polski na arenie międzynarodowej.

Przeciwko nam są niemieckie interesy, francuskie interesy, brak zagrożenia Rosji dla zachodniej Europy, możliwa niechęć Amerykanów do zbytniego pobicia Rosji, silne kraje Azji, które mogą pomóc obejść sankcje, kupić surowce. Możliwości kryzysu energetycznego przez „zakręcenie kurków”, co spowoduje naciski na Kijów, by usiąść do stołu. Gra toczy się o wielką stawkę. Dla Ukrainy, Polski, Rosji, Niemiec, Chin, USA i wielu innych. Dziwne gdyby łatwo było uzyskać coś takiego jak stworzenie Międzymorza.

Jest możliwe, że stworzenie go jest jednak nierealne. Kraje, które miałyby stanowić Międzymorze mogą się różnie orientować w momencie próby. Każdy może być inaczej zagrożony, mniej lub więcej ryzykować albo mniej stracić przy kapitulacji. Pozostawieni sami sobie możemy stanąć przed wyborem jednej z trzech tragedii: krwawą wojną, trudną do wygrania, wejścia w orbitę Niemiec w ramach federacyjnej UE, podporządkowanie się Rosji. Ewentualnie jakąś hybrydę dwóch ostatnich (kondominium rosyjsko-niemieckie). Sytuacja jest dynamiczna, nic nie dzieje się w próżni, inne kraje mają swoje interesy, niektóre z nich są silniejsze od nas. Możemy musieć odpowiedzieć na pytania czy w ogóle stać nas na suwerenność, jak wiele możemy dla niej poświęcić, czy gra jest warta świeczki, a może po prostu warto ustąpić, by nie narażać ludzi na śmierć. To czasy, gdzie może już nie być decyzji bez ważkich konsekwencji. Może to ostatnie lata, gdzie jeszcze możemy obrać jakiś kurs zanim zostaniemy postawieni pod ścianą. A może nawet jest za późno na grę i nie da się wyjść obronną ręką. Do końca będzie trzeba próbować. Może siła Niemiec, decyzje Amerykanów, utrzymanie się Rosji na nogach nie dadzą nam pola manewru, ale jeżeli nie spróbujemy to przegramy naszą niezależność już na pewno.

CZYTAJ TAKŻE: Nasz imperializm. Wielka idea narodu polskiego

[1] Budzisz M., Góralczyk B., Radziejewski B. - „Wielka gra o Ukrainę”, Wydawnictwo Nowej Konfederacji, 2022. S. 190-191.

[2] Tamże, s. 191-193.

[3] Tekst do przeczytania na: https://nlad.pl/nie-bedzie-decydujacego-zwyciestwa/

Amadeusz Putzlacher

Czytaj Wcześniejszy

Większość uchodźców z Ukrainy planuje wrócić do kraju

Czytaj Następny

Działaczka aborcyjna skazana przez sąd

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *