Polski mit | Narodowcy.net

Polski mit

Przyszłość należy do tych, co mają ideę, wiarę w nią i zdolność poświęcenia.

Roman Dmowski

Truizmem będzie z pewnością stwierdzenie, że ruch narodowy jest niejednolity. Dzielić można go na wiele sposobów, akcentując problemy dotyczące ekonomii, polityki zagranicznej, a nawet historycznej. Wydaje się jednak, że większe znaczenie ma podział biegnący wzdłuż osi innego rodzaju. Składają się nań rozbieżności w rozumieniu pojęć fundamentalnych.

Artykuł opublikowany został pierwotnie w czwartym numerze pisma “Wszechpolak” z 2019 roku.

Dość często bowiem można spotkać się z rozdźwiękiem pomiędzy radykalnymi wizjami przebudowy państwa, przykładowo w duchu narodowo-radykalnym, a nieśmiałymi nieraz próbami reformowania stanu obecnego. Dla jednych narodowców ideałem jest Katolickie Państwo Narodu Polskiego bądź Narodowe Państwo Pracy, powstałe najlepiej w wyniku narodowej rewolucji – innym wystarczyłaby aktualna III Rzeczpospolita, gdyby ją „unarodowić”, co nieraz sprowadza się do uznania prymatu interesu narodowego w polityce zagranicznej oraz wzmocnienia elementów narodowych i katolickich w polityce tożsamościowej państwa. Ci pierwsi chcieliby walczyć z systemem, bliskie są im hasła wywrotowe – ci drudzy najchętniej tworzyliby sojusze polityczne z ruchami prawicy i układali listy wyborcze.

Obie drogi, jeśli traktować je w kategoriach całościowego programu politycznego, są błędne, u źródeł obu leży niewłaściwe zrozumienie podstawowych pojęć politycznych – idealizmu i realizmu.

Fałszywa dychotomia

Słusznie gloryfikowany w tradycji ruchu narodowego realizm polityczny zasadza się na kalkulacji czynników takich jak siła czy interes. Zaznaczmy przy tym, że realizm zakładać musi uwzględnianie w kalkulacji także tych czynników, które mogą wcale nie być racjonalne, takich jak emocje, psychologia tłumów, nawyki, narodowe wyobrażenia. Realistami nie są więc słusznie wyśmiewani przez nas „endekomuniści” spod znaku „Myśli Polskiej” czy konserwatyści od prof. Wielomskiego. Realistą nie był chyba do końca nawet przerastający ich nieskończenie margrabia Wielopolski, który nie tyle nie potrafił, co wręcz nie chciał objąć swym umysłem tego jakie skutki może przynieść zarządzona przezeń branka. Realizm polityczny, ten stanowiący jeden z filarów dorobku Dmowskiego, zakłada szukanie takich środków, które po możliwie szerokiej, wieloaspektowej analizie w sposób najbardziej prawdopodobny przybliżają do osiągnięcia celu. Nie jest realizm synonimem legalizmu. Można być realistą politycznym i popierać powstania, wywoływanie zamieszek, etos rewolucyjny, heroizm, ponoszenie ofiar. Istotne jest to czemu służą podjęte działania.

Podobnie mający swe korzenie w pismach Platona idealizm bywa opacznie rozumiany. Nie jest na pewno idealizm (także ten w ujęciu nas interesującym, bardziej potocznym) synonimem bezrefleksyjnej, koniecznie straceńczej walki przeciw wszystkim, choć w pewnych warunkach może taki wymiar przybrać. Istotą będzie tu raczej postawienie na piedestale ideału, do którego realizacji należy bezinteresownie, na przekór materii, dążyć.

Tak jak sam realizm polityczny, w oderwaniu od wielkich celów, nie stanowi żadnej dodatniej wartości, tak samo dbanie o przyziemne potrzeby narodu nie wyczerpuje zadań jakie spoczywają na nacjonaliście. Nie da się myśleć o narodzie bez odwołania do wielkich bohaterów czy doniosłych haseł takich jak gotowość walki w obronie niepodległości.

Abstrahując od podejmowanych narzędzi, trudno szukać w historii ruchu, który dokonałby wielkich zmian nie odwołując się do uczuć wyższych, nie starając się obudzić w człowieku idealistycznych dążeń. Georges Sorel pisał: „W czasach zupełnie nam bliskich Mazzini gonił za czymś, co ludzie roztropni jego epoki nazwali wariacką chimerą. Dziś jednak nie można już wątpić, że bez Mazziniego Włochy nigdy nie stałyby się wielką potęgą i że Mazzini dokonał dużo więcej dla włoskiej jedności niż Cavour i wszyscy politycy z jego szkoły”. W podobne tony uderzał Dmowski, po ziemi stąpający przecież twardo jak mało kto: „(…) realny polityk Bismarck nie byłby stworzył cesarstwa niemieckiego, gdyby legion idealistów nie był rozwijał od początku stulecia idei zjednoczenia Niemiec. Gdyby nie było idealistów włoskich, nie istniałby wielki Cavour i zjednoczone Włochy, a Deak i jego następcy nie pozyskaliby dzisiejszego stanowiska dla Węgier, gdyby przed nimi nie pracowali idealiści węgierscy. (…) A zresztą, czyż sam Bismarck, Deak, a tym bardziej Cavour nie byli sami idealistami?”. Chyba być nimi musieli, mimo że prowadzona przez wymienionych mężów stanu Realpolitik nie przypomina tego co staje nam przed oczami gdy rozważamy przykłady walki o wielkie ideały.

Niczym jest bowiem idealizm bez systematycznej pracy, bez umiejętnego wykorzystywania sytuacji, bez mądrości politycznej, tak jak pouczał Oswald Spengler w godnej polecenia broszurce „Powinności polityczne młodzieży niemieckiej”. Nie należy popadać w fascynację nurtami głoszącymi hasła zupełnie nie przystające do rzeczywistości, jak to w artykule „Potrzeba utopizmu” postuluje będący ostatnio w marnej formie Adam Danek. Wielkie idee nie mają sensu nie tylko jeśli nie ma żelaznej woli i ukształtowanych kadr do ich wdrażania, ale i jeśli te kadry nie są w stanie konstruktywnie podejść do faktów. Cele, o które się walczy mogą wydawać się trudne do realizacji, ale nie powinny zdradzać przejawów totalnego oderwania od realiów.

Nieco przesadny może sceptycyzm jednego z ojców rewolucji konserwatywnej nie przesłoni nam jednak prawdy jaka wybija ze słów Dmowskiego i Sorela. Zadać należy pytanie, co ożywiało wyobraźnię wymienianych przez nich polityków, owych realistów-idealistów? Pojęcie kluczowe: mit.

Teoria mitu

Trudno wyobrazić sobie idealizm bez mitu. W kręgach antysystemowych najbardziej popularną jego koncepcją zawsze była ta opracowana przez Georgesa Sorela. „Ludzie, którzy uczestniczą w wielkich ruchach społecznych, wyobrażają sobie swoje przyszłe działania w formie obrazów bitewnych zapewniających zwycięstwo ich sprawie” – te konstrukcje proponował Sorel nazwać mitami. Opisujący zagadnienie Alain de Benoist definiował Sorelowski mit jako „motyw, który ani nie musi być prawdziwy, ani też fałszywy, ale który będzie silnie oddziaływał na umysł, mobilizował i podburzał do działania”. Mity przewijają się przez całą historię ludzkości, pobudzając masy do aktywności. Mitem pierwszych chrześcijan było rychłe nastanie Królestwa Chrystusa na ziemi, mitem komunistów, 19 wieków później była nadchodząca rewolucja bolszewicka, która miała wywrócić świat do góry nogami. W łonie przedwojennych ruchów nacjonalistycznych popularny był mit radykalnej przebudowy państwa i narodu. Przełom, jakiego chciała Falanga, Mit Zadrużny Jana Stachniuka – to typowo Sorelowskie projekty realnych, szeroko zakrojonych i rewolucyjnych przemian, ubrane w oddziałujące na wyobraźnię symbole. To one miały służyć obudzeniu narodu z bierności, przydaniu mu energii do przebudowy narodowego charakteru. Elementy tego myślenia, choć mniej widowiskowo formułowane, widzimy także wcześniej, u samego Dmowskiego, który w odniesieniu do narodu polskiego przejawiał ambicje podobnego rodzaju.

W historii funkcjonują oczywiście mity różnego rodzaju. Do pewnego stopnia podobną co powyższe funkcję pełniły ożywiane w XIX wieku mity innego typu, takie jak serbskie wspomnienie Kosowego pola, polski mit Racławic czy niemiecki mit średniowiecznego Cesarstwa Ottonów i Barbarossy. Odwołanie do heroicznych wydarzeń z historii miało obudzić u współczesnych dążenia do czynów podobnej miary. W zamyśle kreującej te mity inteligencji, miało budzić (tworzyć?) narody. Bez mitu byłoby to nierealne.

Zauważmy przeto, że nieraz nawet te środowiska, które oskarżamy o ideową nijakość starają się swoje mdłe pomysły ubierać w szaty wielkich nawiązań historycznych, powoływać na uwspółcześnione wzorce, które dziedziczymy po wielkich przodkach. W dobie wchodzenia Polski do UE bezideowi w zasadzie liberałowie raczyli nas odwołaniami do wielkiego dziedzictwa demokracji greckiej, rzymskiej republiki, a gdzieniegdzie pojawiał się nawet Otton III i jego wizja jednoczenia Europy we współpracy z Chrobrym. Widocznie sama zachęta bogacenia się i otwarcia granic nie wystarczała nawet w ich mniemaniu. Innym (choć po części pokrywającym się personalnie z wymienionym) przykładem są tu giedroyciowcy – ale ci prawdziwi, nie z etykietki przyklejanej bezrozumnie na zasadzie podobnej do reductio ad Hitlerum. Na te liberalne przecież, dalekie od jakiegokolwiek radykalizmu kręgi intelektualne oddziaływał wielki mit dawnej Rzeczypospolitej, który w czasach współczesnych interpretować można na bardzo wiele sposobów – o tym jednak później.

Oczywiście mit może nieść ze sobą niebezpieczeństwo oderwania wspólnoty od realnych potrzeb. Jeden ze zdolnych interpretatorów myśli Sorela posunął się nawet do twierdzenia, że mit wręcz powinien być irracjonalny, niemożliwy do realizacji. Pozwolimy sobie tu stanąć na odmiennych pozycjach. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach mit powinien nosić przynajmniej znamiona prawdziwości, gdyż dostęp do informacji jest tak szeroki, że daleko łatwiej niż w poprzednich epokach obalać mity oparte na całkowitym fałszu.

Mit musi ożywiać wyobraźnię, ale nie powinien być też oderwany od rzeczywistości. Nie dlatego, że realizacja jego założeń winna być osiągalna w możliwie szybkim terminie i niewielkim wysiłkiem (co to byłby za mit?), ale dlatego, że walka o cele zupełnie nierealne skutkować musi marnowaniem potencjału narodowego, zwodzeniem narodu na manowce, zajmowaniem go problemami sztucznymi – bo sprawy najzupełniej nieosiągalne takimi problemami są. Pomiędzy czynnikiem idealistycznym a realizmem środków powinna zachodzić równowaga, której brak uniemożliwia efektywne działanie. Nie zmienia to faktu, że nawet dziś, pod różnymi szerokościami geograficznymi znajdziemy niejeden dobrze trzymający się mit o cechach utopijnych, być może nawet przez to silniejszy, bo niuansowanie na ogół osłabia przekaz – ale przecież nie tylko siła wyrazu jest istotna.

Polska bastionem Europy”. Misja Polski

Terminem leżącym niedaleko mitu jest pojęcie misji. Narody często widziały swoją egzystencję jako element Bożego planu, przypisywały sobie misję dziejową. Nawet dziś Polskę stać na swoją misję. Ktoś może uznać, że mowa tu o prometeizmie, recydywie z XIX-wiecznego mesjanizmu. Nic bardziej błędnego.

Nie chodzi ani o zbawianie świata na siłę, ani dawanie pięknych przykładów, moralizowanie. Mowa o tym, że nie powinniśmy bać się misjonizmu (nie mesjanizmu!) – takiego, który popychał najbardziej energiczne narody do działania, ekspansji, rozwoju. Zauważmy, że wszystkie te byty narodowo-państwowe, które lubimy sobie stawiać za wzór, będące nieraz przeciwieństwem polskiej ospałości, kierowały się głębokim przeświadczeniem o potrzebie realizacji dziejowej misji – splecionej w sposób nierozdzielny z motywami dążenia do czystej realizacji interesu narodowego. W II Rzeszy było to pojęcie Kulturträger, w Imperium Brytyjskim „brzemię białego człowieka”, w Rosji idea III Rzymu. Czy Hiszpanie w XVI wieku podbiliby Amerykę bez dążenia do zdobycia świata dla katolicyzmu? Nie da się tej epopei sprowadzić do awanturnictwa konkwistadorów i żądzy złota. Czy Treitschke, Rhodes albo Danilewski byli nacjonalistami niepełnowartościowymi tudzież niepotrafiącymi rozpoznać potrzeb swoich nacji dlatego, że ich myślenie o narodzie wykraczało w niektórych punktach poza sam ciasno pojęty egoizm narodowy? „Rzym starożytny stworzył swą potęgę i choć jako państwo – pisze Stanisław Piasecki – dawno rozsypał się w gruzy, żyje po dziś dzień w wszystkich krajach cywilizacji zachodniej. Taką wiarą powstało chrześcijańskie średniowiecze. Takie poczucie misji cywilizacyjnej pozwoliło Anglosasom zawojować pół świata. Takie napięcie haseł przebudowy społecznej, wysunęło Francję na, przełomie XVIII-go i XIX-go wieku na czoło Europy. Taką ideę cywilizacyjną widzą hitlerowcy w głosie krwi nordyckiego człowieka. Namiastkę takiej idei pragną sobie stworzyć Włochy faszystowskie w nawiązywaniu do rzymskich tradycyj. Wokoło takiego wreszcie gigantycznego programu przebudowy społecznej tworzy się na terytorium wielojęzycznego imperium radzieckiego, nowy naród sowiecki”. Nawet Stany Zjednoczone realizują swoje interesy niosąc jednocześnie światu wolność i demokrację – abstrahując od oceny słuszności tego modelu, jak i refleksji nad stanem rozkładu tamtejszego społeczeństwa, nie mamy powodu by wątpić w intencje samych Amerykanów. Według Piaseckiego, „naród naprawdę godny tego imienia – to piastun, idei cywilizacyjnej, idei przebudowy społecznej, idei o cechach możliwie uniwersalnych. Wiara w taką ideę, wiara w misję, jaką ma się do spełnienia w świecie, wiara w konieczność zdobywania wyznawców – tworzy wielkość narodu i daje mu postawę moralną wobec innych”. Ostatecznie, jak pisał w rozważaniach nad duchowym aspektem dziedzictwa narodowego Corneliu Codreanu, nie można przeliczać interesu narodowego jedynie na chleb.

Jaki mit mógłby stać się częścią idei narodowej? Czyż w nadchodzących czasach faktyczną misją Polski nie będzie obrona i promocja tradycji chrześcijańskiej, tej o której zapomniał Zachód, a która wciąż jeszcze pulsuje w krajach Europy Środkowo-Wschodniej? Jesteśmy tu narodem najsilniejszym, wygląda na to, że stoją przed naszym krajem dobre perspektywy, naturalnie więc powinny nasuwać się nam myśli jeśli nie o przewodzeniu, to nadawaniu tonu tym tendencjom pośród narodów regionu. Takie formułowanie problemu może wywoływać skojarzenia z romantycznymi wynurzeniami sprzed dwóch wieków i tą typowo polską paplaniną o „moralnych zwycięstwach”, ale – jak wspomniano wyżej – zupełnie nie o to chodzi.

Nie byłoby to zresztą bardzo oryginalne – można widzieć w tym wątku rozwinięcie, uwspółcześnienie koncepcji „młodych” endecji i obu odłamów ONR, którzy w latach 30-tych i 40-tych tak właśnie chcieli widzieć misję Polski promieniującej katolicyzmem na sąsiednie kraje, ale i laicyzującą się już wówczas Europę. Marian Reutt z RNR pisał w 1938 r.: „Misja dziejowa Polski w aspekcie religijnym występuje jako postulat kształtowania, urabiania i pielęgnowania katolickiej świadomości religijnej i opartej na świadomości moralnej o prawdzie. Ma to przygotować człowieka do osiągnięcia celu ostatecznego, jakim jest Bóg. (…) Zdobyć i zorganizować Wschód i Środkową Europę przeciw protestancko-germańskiemu Zachodowi, tak by wyglądał aspekt polityczny misji dziejowej Polski. Aspekt natomiast społeczny polega na utworzeniu takiego ustroju społecznego, w którym obok istotnego zniknięcia różnic kulturalnych, obok rzeczywistego upowszechnienia kultury, nastąpi prawdziwe zjednoczenie Narodu we wspólnotę duchową, kulturalną i towarzyską, we wspólnotę wiążącą członków Narodu czynną i silną więzią miłości wzajemnej”. Nawet patrząc z dzisiejszej perspektywy, znajdziemy w tym toku myślenia wątki godne podjęcia, krytycznego rozwinięcia.

Model taki, w odpowiednim dla dzisiejszych czasów rozumieniu, realizować można w różnych konstelacjach geopolitycznych, choć właśnie pokrewne nam kulturowo i mentalnie, dzielące podobne doświadczenia historyczne, a jednocześnie wciąż jeszcze nieprzegniłe demoliberalizmem narody sąsiednie jawią się tu jako sprzymierzeńcy. Wydarzenia ostatnich lat pokazują, że także w formacie Grupy Wyszehradzkiej, w jakimś stopniu, jest dziś realizowany ten paradygmat. Bo czym jak nie obroną europejskiego, opartego na chrześcijaństwie modelu kulturowego był opór wobec wpuszczania na nasze tereny rzesz obcych nam cywilizacyjnie imigrantów? Motywy wspólnoty nie tylko interesów, ale i podzielanego niewyłącznie nad Wisłą oparcia swojego wyobrażenia o świecie o chrześcijaństwo i wyrosłą na jego gruncie kulturę łączą dzisiejsze Węgry z Polską, i nietrudno przewidzieć, że tendencje te mogą narastać szerzej – właśnie w skali regionalnej. Szczególnie jeśli w siłę będą w krajach ościennych rosnąć ruchy promujące chrześcijański nacjonalizm, a to się przecież właśnie dzieje.

Czy dobrego podłoża dla tej narracji nie dałyby nam nawiązania do zredefiniowanego mitu dawnej Rzeczypospolitej, tak jak postulowaliśmy to w artykule „Megalomania zwana nacjonalizmem”, kilka lat temu na łamach „Szturmu”? Mit zbliżający do nas (jak przed wiekami) sąsiednie narody, Polska sprawnie rozgrywająca swoje interesy w regionie, a ponadto silna swoją tożsamością, awangarda prawdziwej Europy na wschodnich jej rubieżach. Czy nasza wielowiekowa obecność na wschód od Bugu, której pozostałości stanowią obecni tam wciąż kresowi Polacy oraz materialny dorobek naszej kultury, to sprawy, o których mamy zapomnieć? To także część spuścizny dawnej Rzeczypospolitej – nie składa się na nią jedynie anarchia, która na pewnym etapie zdominowała jej życie polityczne. Nawet polski republikanizm, nadmiernie (nachalnie wręcz) idealizowany przez współczesną centroprawicę, nie od razu nosił znamiona degeneracji. Korzeniami sięga on znacznie głębiej niż w czasy ostatnich kilkunastu dekad Rzeczpospolitej. Może więc warto zacząć myśleć o tym dziedzictwie inaczej niż w kontekście rysowania takich czy innych granic na mapie? Może warto pokusić się o odbicie tego mitu skręcającym niebezpiecznie w liberalizm, niechętnym nacjonalizmowi republikanom? Walczmy z pogardą dla etnosu i jego doczesnych interesów, żywioną w tych kręgach, ale nie zapominajmy, że naród to nie tylko materia, ale i duch, który musi znaleźć odpowiednią drogę realizacji.

Którędy droga?

Na marginesie wywodu wypada zauważyć, że w ostateczności nie jesteśmy przecież jedynie nacjonalistami. Na naszą tożsamość ideową składają się – jak już było przypomniane – również czynniki takie jak katolicyzm, kulturowy konserwatyzm czy przynależność do cywilizacji europejskiej-zachodniej-łacińskiej, do których przywiązania nie uzasadniamy przecież jedynie dbałością o narodowy interes. Stanowią one dla nas wartości same w sobie, autoteliczne – zaznaczmy przeto, że z nacjonalizmem niesprzeczne. To również wątek głęboko zakorzeniony w historii ruchu narodowego. W tym tonie wypowiadali się nie tylko „młodzi”, ale i sam Dmowski.

Polakom, a w pierwszym rzędzie nacjonalistom należałoby przywrócić głód postrzegania Ojczyzny w kategoriach wielkości. Polska może być nie tylko podmiotem na arenie międzynarodowej, ale może również dążyć do tego by promować na niej swoje wartości – im będzie silniejsza, tym skuteczniej. W czasach głębokiego upadku państw zachodnioeuropejskich, szalejącej laicyzacji, winno to być dla nas, katolików, szczególnie istotne. Polska powinna być krajem niezależnym i silnym, tak swoim potencjałem ekonomicznym i politycznym, jak i moralnym. Na nas spoczywa podjęcie i rozwinięcie idei, której elementy – doceńmy to – wybrzmiewają nawet w niektórych aspektach polityki obecnych rządów.

Zauważmy przy tym, że samym pojęciem realizmu trudno jest mobilizować aktyw do pełnego poświęcenia. Wszystkie wielkie ruchy polityczne koncentrowały się wokół haseł oddziałujących na wyobraźnię, bazowały na bezkompromisowości i idealizmie – nawet jeśli ich przywódcy kierowali się chłodnym i realistycznym podejściem. Samo hasło Wielkiej Polski, mimo że tak ogólne i niesprecyzowane, nosi w sobie spory potencjał. „Idea potęgi narodu przez wypełnienie jego wielkich zadań, idea wielkości moralnej i politycznej winna być owym potężnym mitem, który porwie i zespoli w heroicznym wysiłku całość społeczną, złożoną z podniesionych moralnie i materialnie jednostek”, pisał Jan Mosdorf. Wypełnić hasło treścią – taką, w której można widzieć alternatywę dla dzisiejszej demoliberalnej Polski, oto nasz cel.

Od czasów Platona wiemy, że człowiek winien mierzyć wysoko, dążyć do doskonalenia się, kreować porządek, który będzie ogół obywateli podnosił. Równolegle wiemy jednak, że środki podejmowane do realizacji wielkich celów muszą być nieraz bardzo przyziemne. Realizm, który stanowi bezsprzecznie naszą metodę walki politycznej, nie jest celem sam w sobie. Służyć musi ideałowi, który zostanie najbardziej wartościowym jednostkom zarysowany na tyle atrakcyjnie, że będą one skłonne oddać pokłady swojej energii i poświęcenia dla stałego wdrażania tego ideału w życie. Bez etosu pracy, wytrwałości i konsekwencji, najbardziej doniośle sformułowane hasła pozostają jedynie na papierze.

JS


Wybrana bibliografia:

Alain de Benoist, Georges Sorel, http://xportal.pl/?p=6944 (Dostęp: 15.10.2017);

Lucian Boia, Rumuni. Świadomość, mity, historia, Kraków 2013;

Corneliu Zelea Codreanu, Droga legionisty, Wrocław 2007;

Adam Danek, Potrzeba utopizmu, http://xportal.pl/?p=30772 (Dostęp: 15.10.2017) ;

Dmytro Doncow, Nacjonalizm, Kraków 2008;

Roman Dmowski, Duch Europy, Biała Podlaska 2004;

Roman Dmowski, Nam się nie spieszy, „Przegląd Wszechpolski”, nr 4, 1902;

Wojciech Kwasieborski, Podstawy narodowego poglądu na świat, Warszawa 2015;

Jan Mosdorf, Wczoraj i jutro, Warszawa 2012;

Herfried Münkler, Mity Niemców, Warszawa 2013;

Stanisław Piasecki, Imperializm idei, „Prosto z Mostu”, nr 16, 1935;

Platon, Państwo, Kęty 2009;

Kevin M. F. Platt, Terror i wielkość. Iwan i Piotr jako rosyjskie mity, Warszawa 2013;

Marian Reutt, Misja dziejowa Polski, „Ruch Młodych”, nr 1, 1938;

Paweł Rojek, Awangardowy konserwatyzm. Idea polska w późnej nowoczesności, Kraków 2016;

Georges Sorel, Rozważania o przemocy, Warszawa 2014;

Oswald Spengler, Powinności polityczne młodzieży niemieckiej [w:] Tenże, Historia, kultura, polityka. Wybór pism, Warszawa 1990;

Jan Stachniuk, Mit słowiański, Wrocław 2006.

 

Komentarze