- Pan się nie śmiej, ale ja bardzo daleko widzę. Jak Kurowski zakładał fabrykę, przeczułem, co z tego będzie, i mówiłem Glancmanowi: „Załóż taką samą, załóż zaraz, bo on cię zje” – nie słuchał mnie i dzisiaj co? Stracił wszystko i jest w kantorze u Szai, bo Kurowski bierze tylko swoich i tak stanął, że z nim nie może być konkurencji, a za rok, ile zechce brać, tyle będzie brał za swoje farby. Ale to nie o to idzie, idzie o to, że jak się jednemu Polakowi uda, to zaraz całą kupą przychodzą inni. Pan myślisz, Że Trawiński nie robi konkurencji Blachmanowi i Kesslerowi, co? On im psuje interesy. Sam nie zarabia nic, dokłada co rok, ale psuje wszystkim, bo zniża cenę za towar i podnosi płace majstrów i robotników! On się bawi w filantropię, za którą inni drogo płacą; wczoraj u Kesslerów cała przędzalnia stanęła. Dlaczego? Dlatego, że majstrowie i robotnicy powiedzieli, że robić dotąd nie będą, dopóki im nie zapłacą tak, jak w fabryce Trawińskiego płacą! Ładne położenie dla fabryki, która jest tak skrępowana terminowymi obstalunkami, że na wszystko zgodzić się musiała! Jak Kessler będzie miał w tym roku o dziesięć procent mniej, to musi podziękować za to Trawińskiemu! Tfy, to jest już nie tylko świństwo, ale to jest sto razy głupie! A teraz powstaje Borowiecki i także obiecuje „uszlachetnić produkcję”, ha, ha, ha! Mnie się bardzo chce śmiać. Jak Borowieckiemu pójdzie, to za dwa lata założy znowu jakiś Sosnowski interes do „uszlachetnienia”, za cztery lata będzie ich ośmiu uszlachetniało i psuło ceny, a za dziesięć to cała Łódź będzie ich!
Ten dość długi cytat pochodzi z „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta i stanowi wywód żydowskiego bankiera Grosglika wygłoszony do młodego ambitnego Moryca, jednego z głównych bohaterów. Moryc Welt również był Żydem, który w powieści wchodzi do spółki z Polakiem (Borowieckim) i Niemcem (Baumem). Nie chciałbym jednak analizować całej fabuły ani nawet postaci, a przedstawiony w „Ziemi obiecanej” model prowadzenia biznesu. Do pewnego stopnia przynależność etniczna czy narodowa wpływa na postępowanie ludzi interesu z odpowiednich kręgów w Łodzi XIX wieku.
Trzy żywioły
Czytelnik dowiaduje się, że w mieście prężnie rozwija się przemysł włókienniczy, a dobre interesy robią tam wszystkie trzy większe żywiołu, czyli mimochodem wspomniani wcześniej Żydzi, Niemcy i Polacy. W największym skrócie, można powiedzieć, że Żydzi kierowali się czystym interesem. Jeżeli godzili się tracić, to żeby później zyskać albo tak, żeby minimalizować straty. Opisane są podpalenia w celu wyłudzania odszkodowań i spłaty weksli za 25% czy 50%, co ratowało przed finansową katastrofą. Łódzcy Żydzi z „Ziemi obiecanej” sami o sobie mówią, że chodzi im o robienie jak najkorzystniejszych interesów i bogacenie się jest w zasadzie celem samym w sobie.
Niemcy są opisani mniej jaskrawo. Osobowościowo są bardzo różni. Na przykład stary Baum (ojciec Maksa, wspólnika Moryca) prowadzi fabrykę ręczną, która powoli zmierza do upadku przy silnej konkurencji, jest jednak nawet gotowy żyrować weksle Trawińskiemu, żeby ten nie musiał plajtować. Z kolei Mueller jest bardzo bogaty, ale o jego etyce wiadomo mniej. Natomiast Bucholc jest typem małostkowym i czasem wręcz żałosnym w okazywaniu swojej władzy służącemu lub pracownikom.
Polacy stanowią inny typ. Co najmniej dwóch z nich działa inaczej niż żydowscy fabrykanci. Zarówno Kurowski jak i Trawiński nie starają się na każdym kroku zarobić jak najwięcej, a nawet przez lepsze warunki pracy wymuszają na konkurencji ograniczenie wyzysku pracowników, przynajmniej w momentach, gdy pracownicy mogą pracodawcę postawić w trudnej sytuacji i solidarnie zastrajkować. Sam główny bohater, Karol Borowiecki, również planuje założyć fabrykę, której dewizą ma być jakość. Nie oszczędza na materiałach budowlanych, barwnikach, materiale do druku. Jednakże jego motywacja nie jest zupełnie etyczna, a raczej biznesowa. Borowiecki uważa, że zatrzyma klienta dłużej oferując lepszy produkt i tym samym „więcej włoży i więcej wyciągnie”. W przeciwieństwie do tego co nazywał tandetą, jego produkt miał zostać zapamiętany i chwalony przez odbiorców, a nie jedynie kusić ceną w nadziei na ciągle nowych konsumentów. Grosglik jednak może słusznie obawiał się takiej konkurencji dla swoich współbraci Żydów (sam był bankierem, nie fabrykantem) i stąd jego mowa do Moryca i późniejsze sabotowanie nowopowstającej fabryki przez cofnięcie Borowieckiemu kredytu (co przecież na krótką metę się bankierowi na pewno opłacało). Wszyscy bowiem trzej: ekscentryczny Kurowski, który jednak był katolikiem; idealista Trawiński, czy wizjoner-biznesmen Borowiecki prowadząc swoje interesy inaczej niż łódzcy Żydzi, mogli pośrednio utrudniać im maksymalizację zysków przez wyzysk pracownika czy obniżanie jakości towaru.
CZYTAJ TAKŻE: Kard. Stefan Wyszyński: Kościół a duch kapitalizmu
Dwie etyki Krzysztofa Karonia
To wszystko wydaje mi się dobrze współgrać z myślą Krzysztofa Karonia na temat etyki protestanckiej i katolickiej wśród biznesmenów drugiej połowy dziewiętnastego wieku i początku dwudziestego. Istota tej myśli wywiedziona jest z pracy Maksa Webera „Etyka protestancka a duch kapitalizmu”, w której Weber tłumaczy, dlaczego protestanccy przedsiębiorcy osiągali większy sukces niż katolicy. Karoń natomiast tłumaczy dlaczego katolicy odnosili mniejsze sukcesy.
Z uwagi na to, że pan Karoń tłumaczył swoją wizję już nie raz, opiszę możliwie krótko założenia jego koncepcji. Protestanci, zwłaszcza kalwini, wywodzili swoje zachowania z teorii predestynacji. Ich wiara w to, że zbawienie lub potępienie każdego zostało ustalone przed urodzeniem i że nie ma on na swój pośmiertny los wpływu poprzez uczynki, pozostawiała im tylko możliwość przekonania się o tym czy są zbawieni poprzez to jak ich życie wygląda. Jeżeli przedsiębiorca osiągał sukces, można to było traktować jako błogosławieństwo i oznakę przyszłego zbawienia. Zatem, taki przedsiębiorca mając religijny obowiązek pracy i potrzebę sukcesu, pracował na ten sukces nie oglądając się na swoich pracowników. Kiedy już osiągnął pozycję i bogactwo, pomagał biednym do czego również religia go zobowiązywała. Dokładnie tak został opisany jeden z fabrykantów z „Ziemi obiecanej” w jej epilogu. Po latach założył bodajże szpital dla pracowników, którzy zaharowali się pracując u niego.
Katolicy, odwrotnie do protestantów, mając obowiązki wobec bliźnich nie mogli ich bezkarnie wykorzystywać nie spodziewając się za to kary w życiu po śmierci. W ich wierze było miejsce na uczynki, które przybliżały do zbawienia lub od niego oddalały, a sukces niczego nie gwarantował na sądzie ostatecznym. Z tego względu katoliccy przedsiębiorcy nie odnosili aż takich sukcesów, ale ich pracownicy mieli trochę lepiej.
CZYTAJ TAKŻE: Jan Mosdorf: Chleb i twórczość
Kapitalizm, socjalizm i co jeszcze
Po przeczytaniu „Ziemi obiecanej” można się wzdrygnąć na myśl o robotnikach pracujących w niegodnych warunkach, zmuszonych do akceptowania głodowych pensji skoro „dziesięciu innych czeka na to miejsce”. Naturalnym odruchem może być niechęć wobec kapitalizmu jako takiego. Co to bowiem za system, który pozwala na wyzysk człowieka? Może państwo powinno w jakiś sposób pracownika chronić?
Może socjalizm byłby lepszy z produkcją w rękach państwa i kontrolą nad nią? Gdybyśmy nie znali z historii skutków tego systemu, można by się nad tym zastanowić. Jednak skompromitował on się w różnych miejscach i nie ma sensu traktować go jako realnej alternatywy.
Zatem może po prostu warto byłoby zapewnić pracownikom prawną ochronę? Prawnie wymóc na pracodawcy niewyzyskiwanie pracowników? Zapewne warto. Jednak zarówno obserwacje pana Karonia jak i proza Reymonta doprowadziły mnie do wniosku, że prawo to za mało, a potrzebna jest jeszcze ugruntowana moralność. Niemieccy przedsiębiorcy katoliccy w drugiej połowie dziewiętnastego wieku nie musieli stwarzać lepszych warunków pracy, zwłaszcza przy konkurencji protestantów, którym wyzysk pracowników dawał przewagę, a jednak je tworzyli. Kurowski i Trawiński nie musieli dawać wyższych pensji, a jednocześnie obniżać ceny towaru (jak Grosglik mówi o Trawińskim), a jednak to robili.
Bez tej chęci wynikającej z moralnej potrzeby, nie byłoby to możliwe. Bez tego Kurowski i Trawiński robiliby co mogli, żeby zarobić jak najwięcej, a ustępowaliby pracownikom tylko o tyle, o ile czuliby się zmuszeni (np. nie byłoby chętnych do pracy albo niewystarczająco wykwalifikowanych). Tak poniekąd wygląda w dużej mierze współczesny rynek pracy. Ludzie z rzadkimi, ale potrzebnymi umiejętnościami mogą stawiać warunki, inni nie. Wpływ ma na to również lokalna sytuacja, percepcja tej sytuacji przed przedsiębiorców (np. pracodawca może myśleć, że zawsze ktoś chętnie się zatrudni, a w sytuacji, gdy ktoś jest potrzebny okazuje się, że się mylił), indywidualne możliwości zmiany pracy, sytuacja życiowa, mieszkaniowa. Można by długo wymieniać. Bez moralności jest tylko interes, jak w stosunkach międzynarodowych. Pracownik i pracodawca myślą wtedy tylko jak najbardziej wykorzystać drugą stronę, zarobić najwięcej i jak najmniejszym wysiłkiem. Warto prowadzić dyskusje nad organizacją systemu ekonomicznego, ale należy pamiętać, że system nie rozwiąże wszystkich problemów.
CZYTAJ TAKŻE: Własność prywatna, rola państwa w gospodarce i praca wg „Rerum novarum” papieża Leona XIII
Amadeusz Putzlacher




