Wrogami narodu są państwo z dykty i kapitalizm, nie uchodźcy

W obecnej sytuacji jak na dłoni widać, że państwo z dykty jest śmiertelnym zagrożeniem dla obywateli. Niesprawne instytucje, ograniczona dostępność usług publicznych (w szczególności w zakresie ochrony zdrowia!), antypracowniczy rynek pracy, brak zasobów mieszkaniowych czy obrony cywilnej – to jest nasza rzeczywistość. Ze wszystkimi tymi bolączkami mieliśmy do czynienia na długo przed wojną na Ukrainie, ale jakoś nie wywoływały one wielkiego poruszenia wśród Polaków (a wśród narodowców, zajętych fascynującą tematyką gejowską, szczególnie!). Takowe pojawiło się, gdy pojawił się element „obcy”, na który „zwalić” można odpowiedzialność za złą sytuację.

Coraz częściej słyszy się oburzające historie o „uprzywilejowaniu” przybywających do Polski Ukraińców, co ma sytuować Polaków jako obywateli drugiej kategorii we własnym kraju. Po pierwsze, znaczna część tych opowieści działa na zasadzie głuchego telefonu – „znajomy słyszał od znajomego, którego żona pracuje w biurze nieruchomości, że bogaci informatycy z Ukrainy chcą teraz wynajmować mieszkania niezależnie od ceny” – i są oczywistą nieprawdą, która jednak wyraża pewne lęki i frustracje tkwiące w ludziach.

Po drugie, zazwyczaj przedstawiają one (jeśli już są prawdziwe) jedynie część prawdy. Jak w przypadku np. pierwszeństwa w badaniach dla ukraińskich kobiet w ciąży. Mamy taką sytuację – Polka jest pod regularną opieką lekarza i przez napływ uchodźców przesuwa się jej termin kolejnej wizyty kontrolnej (co nie jest oczywiście dobre i wzbudza odruchowo oburzenie). Jednocześnie ten sam lekarz w tym czasie orientuje się w sytuacji kilku ciężarnych kobiet z Ukrainy (przyjętych poza kolejką), które straciły wszelką opiekę medyczną w związku z wojną. Polka jest więc w pewien sposób dyskryminowana. Później jednak, po rozpoznaniu sytuacji, pacjentki co do zasady przyjmowane są zgodnie z pilnością potrzeb. Zasada adekwatności, której w dalszej części tekstu poświęcimy więcej miejsca, wydaje się w takim przypadku spełniona.

Co nie zmienia faktu, że w niektórych przypadkach nadgorliwość rządzących prowadzi do faktycznego uprzywilejowania obcych. Jednak są to przypadki zasadniczo nieliczne, które oczywiście należy piętnować, ale nie należy przykuwać do nich nadmiernej uwagi, bo zaburzają całościową ocenę sytuacji.

Wobec faktu ograniczonego dostępu do dóbr, w pełni zrozumiała jest irytacja związana z częściowo zaostrzoną rywalizacją o dostęp do nich. Jakość pracy w Polsce należy do najgorszych w Europie, a niemal połowa młodych ludzi jest zmuszona mieszkać z rodzicami, bo zwyczajnie nie stać ich na wynajem mieszkania. Tyle że nie jest to wina tych kobiet z dziećmi, które uciekają do Polski przed wojną. Jest to przede wszystkim wina nasza i systemu, który stworzyliśmy i na który się przez długie lata godziliśmy.

CZYTAJ TAKŻE: Święta trójca współczesności 

Bieda, zła praca, brak mieszkań

W opublikowanym w grudniu ub. roku na portalu Nowy Ład artykule „Bieda, zła praca, brak mieszkań – to nasza rzeczywistość. Polska potrzebuje ludzi w czerni”, opisałem poważne materialne, systemowe braki, które występują w naszym kraju i są niemal zupełne niedostrzeganie przez Polaków. W 2020 roku poniżej minimum egzystencji żyło w Polsce łącznie ok. 2 mln osób. W Unii Europejskiej gorsze oceny od Polaków swojej służbie zdrowia wystawiali tylko Grecy. Koszt roboczogodziny wynosi w Polsce 11 euro i należy do najniższych pośród krajów unijnych, w których średnia wyniosła 28,5 euro. Polska jest jednym z dwóch państw (obok Słowacji) w UE, gdzie liczba mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców jest mniejsza niż 400. Wielu Polaków – ponad 6 mln – zamieszkuje obszary zmarginalizowane, peryferyjne, dotknięte szokiem transformacyjnym czy opóźnieniem urbanizacyjnym. Prawie 14 milionów ludzi w Polsce jest wykluczonych komunikacyjnie. I tak dalej, i tym podobne.

Wydawać by się mogło, że wszystkie te sprawy powinny się znajdować w centrum sporu politycznego. Tak jednak nie było. Ostatnie lata dominowały spory o „obyczajówkę”. Dlaczego?

To efekt ponad trzech dekad wszechogarniającej propagandy. Ideologią liberalną przesiąkły elity polityczne, medialne i ekonomiczne, a także „zwykły, szary człowiek”. Polacy najczęściej pośród 40 najbogatszych narodów świata dochodzą do wniosku, że nierówności ekonomiczne biorą się przede wszystkim z lenistwa, a dopiero w dalszej kolejności np. z niepowodzeń lub niesprawiedliwości systemu gospodarczego. Twierdzi tak jedna czwarta naszych rodaków. Stąd między innymi brak popularności haseł zmiany degresywnego systemu podatkowego. Polacy lubią postrzegać siebie jako ludzi sukcesu, „klasę średnią” – tak definiuje swoją pozycję społeczną ponad ¾ naszych rodaków. Nawet jeśli nie ma to pokrycia w rzeczywistości.

Oto polskie zaklęte koło – Polacy są biedni, bo system w wielu aspektach niedomaga, ale nie chcą być postrzegani jako przegrani czy pokrzywdzeni, tak więc nie czują potrzeby dążenia do zmiany systemu.

A teraz zyskują idealną okazję, aby zrzucić odpowiedzialność ze swoich barków oskarżając element obcy (uchodźców!) o „uprzywilejowanie”. I nagle Polak zacznie dostrzegać, że oczekiwanie na refundowaną operację to kilka miesięcy, czy że ceny wynajmu mieszkania są w dużych miastach wręcz kosmicznie wysokie.

Tyle że nie jest to sytuacja nowa, ani tym bardziej spowodowana (co najwyżej w pewnym stopniu, nawet dość znacznym, pogłębiona) przez napływ uchodźców z Ukrainy.

Wcześniej liberalny establishment robił wszystko, aby spór polityczny ogniskował się wokół kwestii, których rozwiązanie, niezależnie od tego, jak będzie wyglądało, nie naruszy jego pozycji. Teraz może otworzyć nowy, narodowościowy, front walki - w imię starej zasady „dziel i rządź”.

CZYTAJ TAKŻE: Wojna na Ukrainie - zagrożenia i szanse dla Polski

Psy systemu

Różnej maści socjaliści czy komuniści często słusznie zarzucali nacjonalistom pełnienie roli „psów systemu”. A to dlatego, że nacjonaliści skupiali swoją frustrację na ofiarach tegoż systemu, nie jego organizatorach.

Dużo łatwiej jest rozbudzić niechęć do „czarnucha” (czy „upaińca”), niż wziąć się za walkę z ludźmi, którzy mają wpływy oraz pieniądze i na takim, a nie innym ułożeniu stosunków społecznych korzystają kosztem „szaraczków”.

Sprzeciw wobec masowej imigracji, prymitywny nacjonalizm, który sprowadza się do ataków na imigrantów, jest szalenie płytki. Podkreślmy jednak – każda zdrowa wspólnota cechuje się pewnym poziomem ksenofobii, niechęci do obcych – i dlatego przetrwać może jako wspólnota właśnie. Gdy ludzie stymulujący imigrację są „poza zasięgiem” lub gdy obecność dużej liczby ludności obcej jest faktem, obowiązkiem ruchu narodowego jest zapewnić lepszą pozycję w państwie ludności rodzimej, nawet jeśli ma się to wiązać z dyskryminację obcych.

Jednak w obecnej sytuacji rozbudzanie sporów narodowościowych tego typu w Polsce byłoby niesłuszne i zwyczajnie niebezpieczne. Niesłuszne – bo nie mamy do czynienia z „imigrantami”, a z realnymi uchodźcami (temat ten za chwilę rozwiniemy). Niebezpieczne – bo obcokrajowcy w naszym kraju są rzeczywistością, a państwo posiadające liczną wrogo nastawioną mniejszość znajdować się będzie na nacjonalistycznej bombie.

Co mielibyśmy innego zrobić, żeby do takiej sytuacji nie doszło? Zamknąć granicę z Ukrainą? To byłby akt zbrodniczy, ludzie uciekają stamtąd przed bombami spadającymi na ich domy.

Oczywiście, mamy problem z rządem, który chce łatać lukę demograficzną z wykorzystaniem uchodźców. W związku z tym nie buduje dla nich specjalnych ośrodków, aby jak najszybciej „wmiksować” ich w nasze społeczeństwo, ani też nie stara się o jakąś sensowną ich relokację na szczeblu unijnym, aby zatrzymać jak największą ich ilość w Polsce. Ale znowu – to nie jest problem z uchodźcami, a z nieporadnym, „idącym na łatwiznę”, rządem.

Przed wojną sytuacja była inna. W 2019 roku naszą granicę przekroczyło 10 mln osób z Ukrainy, z czego stale w Polsce przebywało niemal 1,5 mln (z ogółem ponad 2 mln obcokrajowców). Krytyka tego zjawiska zbyt często jednak sprowadzała się jedynie do stwierdzenia o „psuciu rynku pracy przez imigrantów”. To oczywiście prawda, ale niepełna. W  UE ogólny poziom jakości pracy mierzy się a pomocą wskaźnika Job Quality Index. Według dostępnych danych za 2015 rok, gorzej niż w Polsce było jedynie w Hiszpanii, Rumunii i Grecji. A był to jeszcze czas przed masowym napływem pracowników z Ukrainy! Podkreślmy, że wedle wszelkich dostępnych badań imigranci generalnie wpasowali się w lukę na rynku pracy, która powstała po masowej emigracji z Polski po 2004 roku. Generalnie więc „nie zabierali Polakom pracy” i produkowali całkiem sporo polskiego bogactwa. A psucie rynku pracy („bierzesz robotę, albo mam pięciu Ukraińców na twoje miejsce”) było konsekwencją nieokiełznanego kapitalizmu, który panuje w naszym kraju. Zatrudnianie na czarno, złe warunki pracy, niższe płace, na co często godzili się pracownicy z Ukrainy, jest efektem co do zasady antypracowniczego, nastawionego na bezwarunkową maksymalizację zysku, systemu (temat szerzej opisywałem w tekście „Polski świat pracy wciąż nie ma czego świętować”).

Problemem tkwił więc nie tyle w imigrancie, co w państwie, które pozwalało na jego wyzysk i oparcie produkcji na taniej sile roboczej, utwierdzając tym samym nasz półperyferyjny status, przez co masowa imigracja była zwyczajnie dla posiadaczy kapitału opłacalna.

CZYTAJ TAKŻE: Wojciech Kwasieborski: Polska i Wschód

Człowieku, to są uchodźcy!

W zakresie wsparcia dla uchodźców kluczowa jest zasada adekwatności w stosunku do sytuacji, w której się znaleźli. Ogółem wspólnota przyjmująca uciekinierów może podzielić się częścią swoich zasobów, zmniejszając w ten sposób swój dobrobyt (w rozsądnych granicach), ponieważ ci znajdują się w bez porównania gorszej sytuacji wyjściowej. Stąd też się bierze pozytywna dyskryminacja wewnątrz wspólnoty narodowej, mająca na celu wyrównanie szans, likwidację patologii społecznych i uczynienie organizmu państwowego funkcjonalnym.

Dla osób, które uciekły przed wojną, niejednokrotnie tracąc majątek życia, są przemęczone, często schorowane i nie mają nawet pewności, gdzie spędzą noc – adekwatne wydaje się zapewnienie takich „przywilejów” jak darmowe przejazdy pociągami (w tym przypadku problem związany jest z nadaniem tego uprawnienia dla wszystkich obywateli Ukrainy, nie tylko uchodźców), prawo do opieki medycznej czy zakwaterowanie.

Problem pojawia się, gdy zasada adekwatności nie jest zapewniona, jak np. w przypadku przekazania dla uchodźców przez PFR 650 mieszkań, na które czekały polskie rodziny. W przypadku wszelkich transferów pieniężnych do uchodźców – nie byłoby z nimi problemu, gdyby pieniądze te wydawane były na produkty i usługi dostarczane przez państwo, a więc zostawały w krajowym ekonomicznym krwiobiegu. W tym momencie jednak wszystkie pieniądze przekazane uchodźcom będą pochodziły z podatków płaconych przez Polaków, zaspokoją potrzeby Ukraińców i trafią do niemieckich producentów oraz właścicieli sklepów, co nie jest sytuacją do końca optymalną.

Katolicka zasada „ordo caritatis” – porządku miłosierdzia – ma rzecz jasna również zastosowanie w stosunku do uchodźców. Najpierw pomagamy swoim, potem obcym. Wystrzegać się jednak trzeba, aby nie stała się ona usprawiedliwieniem postępowania niesprawiedliwego i niemoralnego. Nie mamy do czynienia z sytuacją czarno-białą, tzn. jeśli pomożemy „obcym”, to potrzeby „naszych” nie zostaną zaspokojone.

Działa to raczej zasadzie zaspokojenia pilnych potrzeb „obcych”, kosztem mniej pilnych potrzeb „naszych”. Opróżnienie oddziałów szpitalnych, aby przyjąć pacjentów z Ukrainy byłoby sytuacją skandaliczną. Jednak jeśli np. samorząd przeznaczy pewne środki na wyżywienie i zakwaterowanie uchodźców kosztem, dajmy na to, wybudowania nowego placu zabaw czy chodnika, to wydaje się to działaniem adekwatnym i słusznym.

Szacunki specjalistów mówiły, że Polska jest w stanie „bezpiecznie” przyjąć maksymalnie 700 tys. uchodźców. Obecnie jest ich znacznie więcej, a nasz rząd nie stara się specjalnie na arenie międzynarodowej o ich sensowną relokację. Spór o zasoby i usługi będzie się więc zaostrzał - tylko znowu, nie wyładowujmy naszych emocji na tych kobietach z dziećmi, a na rządzie, który robi sobie z Polaków okrutne kpiny.

Ponadto pamiętajmy, że Polska staje właśnie przed naprawdę dziejową szansą. Np. całe pokolenie ukraińskich dzieci de facto trafia właśnie do ośrodków polonizacyjnych, gdzie przez kilka miesięcy intensywnie będą uczyć się języka polskiego, który poznają szybciej niż angielski! Duża część z nich wróci na Ukrainę i będzie stanowić siłą rzeczy zorientowaną na Polskę przyszłą elitę. Międzymorze – wobec agresji Wschodu i obojętności Zachodu – staje się powoli namacalną rzeczywistością (na razie tylko w sferze duchowej, metapolitycznej). Tej szansy po prostu nie wolno zmarnować! Pieniądze przeznaczone na pomoc uchodźcom postrzegać należy jako strategiczną inwestycję, która przyniesie w dłuższej perspektywie obfite owoce dla naszego narodu.

Zobacz: Międzymorze staje się dziś faktem, a pomoc uchodźcom jest naszym obowiązkiem

Adam Szabelak

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Wojna na Ukrainie - zagrożenia i szanse dla Polski

Czytaj Następny

Wzrost cen za wynajem mieszkania i brak nieruchomości - efekt napływu uchodźców

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *