Stało się. 770 mld zł – na tyle została przez PiS wyceniona suwerenność Polski. I tak już mocno okrojona suwerenność...
Tekst, który przeczytacie Państwo poniżej, jest napisany przez osobę, która oddając swój głos w wyborach, najwięcej razy czyniła to, skreślając „X” przy Prawie i Sprawiedliwości lub kandydacie startującym z poparciem tej partii.
Na początku czyniłem to w zupełnej zgodzie ze swoim sumieniem. Co prawda nie wszystko wydawało mi się w partii J. Kaczyńskiego idealne, w szczególności podejście do Unii Europejskiej (nigdy nie byłem zwolennikiem wejścia Polski do UE), jednak na „prawej” stronie polskiej sceny politycznej nie było żadnego innego liczącego się ugrupowania.
W kolejnych latach głosowałem na zasadzie wyboru „mniejszego zła” – tam gdzie to możliwe oddając w pierwszej turze głos zgodnie ze swoim sumieniem, w drugiej natomiast na kandydata PiS. Podyktowane było to przede wszystkim wizją alternatywy w postaci powrotu do władzy PO (nieważne pod jakim szyldem).
CZYTAJ TAKŻE: Unia Europejska się nam zwyczajnie nie opłaca
Nie zmieniłem w okresie ostatnich 10-15 lat jakoś znacząco swoich poglądów. Mimo to PiS z partii, na którą głosowałem – bo chciałem – stał się dla mnie ugrupowaniem, na które nie zagłosuję nawet na zasadzie wspomnianego „mniejszego zła”. Tak też stałem się „ruskim agentem”...
Morawiecki w swoim stylu okłamał polską opinie publiczną, przekonując przed kilkoma miesiącami, że podczas lipcowego szczytu Unii Europejskiej osiągnął wspaniałe rezultaty negocjacyjne, zarówno w aspekcie finansowym, jak i obrony polskich interesów. „Taki sukces nigdy nie miał miejsca” – przekonywał.
Wmawiał nam, że nie ma mowy o uzależnianiu budżetu UE od praworządności.
Dzisiaj widzimy jaki jest finał akcji politycznej polskiego rządu i jak wiele znaczyły wypisywane przez prominentnych polityków Prawa i Sprawiedliwości frazesy o obronie suwerenności.
Chociaż z hasła „Veto albo śmierć”, które pojawiło się w obozie „Zjednoczonej Prawicy” pozostała już tylko śmierć, premier Morawiecki po raz kolejny na swoim facebookowym profilu odtrąbił wielkie zwycięstwo w negocjacjach na szczycie Rady Europejskiej, pisząc:
Tyle propaganda, a teraz fakty:
Konkluzje o których pisze premier, to nie mające żadnej mocy prawnej deklaracje, które pozostaną bez pokrycia. Znaczą one mniej więcej tyle, ile znaczyły sojusze Polski 1 września 1939 roku, a ich wartość jest podobna do tych z lipca, czyli żadna.
Liczy się tylko tekst rozporządzenia, który nie zmienił się „ani o przecinek”.
Jedne pieją z zachwytu dla pozorów, drugie – będąc bezrefleksyjnie oddanymi zwolennikami dalszej federalizacji wewnątrz Unii Europejskiej.
„Unia Europejska uzyskała skuteczny mechanizm kontroli praworządności” – tytuł jednego z artykułów na wyborczej nie pozostawia złudzeń, kto jest rzeczywistym zwycięzcą w tej politycznej batalii.
Ciężko też nie zgodzić się z zawartą w nim tezą:
„Stąd w Unii powstał kreatywny i inteligentny plan dania dwóm niegrzecznym Dyziom, czyli Kaczyńskiemu i Orbanowi takiej kolorowej kartki pocztowej – jaką jest deklaracja podpisana przez szefów państw, aby mieli się czym pochwalić po powrocie do domu. A tak naprawdę to, co oni obaj zyskali, ma znaczenie wyłącznie symboliczne.”
Wiemy już, na ile wycenili naszą niepodległość politycy PiS. Nie wiemy natomiast, jak wiele pieniędzy utracimy w przyszłości, kiedy Unia Europejska zacznie korzystać z mechanizmów warunkowania wypłaty funduszy...
Na szczycie UE padły jeszcze inne niekorzystne dla Polski ustalenia, o których rząd milczy.
Oznacza to, że Unia Europejska zdobyła zupełnie nową kompetencję, dzięki której zrobiła kolejny krok ku temu, by stać się bardziej czymś na kształt rządu federalnego państw członkowskich, aniżeli sojuszem suwerennych państw narodowych.
Jak widać ułańskie szable polityków partii rządzącej, skierowane w romantycznym zrywie w stronę Brukseli, szybko zostały skruszone o tarcze bezlitosnego pragmatyzmu unijnych wyjadaczy, dla których politycy pokroju Morawieckiego, stanowią co najwyżej obiekt za kuluarowych kpin.
Niezależnie od tego kto dziś stoi u władzy i jak bardzo różnimy się między sobą, jeśli chodzi o poglądy polityczne, musimy zdać sobie sprawę z tego, iż jako naród wciąż pokutujemy za wydarzenia nawet sprzed kilkuset lat...
Znacznie większą klęską okazuje się przerwanie, a w naszym przypadku stała utrata własnej myśli politycznej.
Oczywiście związane jest to z wycięciem naszych elit, najpierw w czasach powstań listopadowego i styczniowego, następnie podczas II Wojny Światowej.
Od 250 lat (z krótką przerwą, przypadającą na koniec XIX/początek XX wieku, kiedy to nasi Ojcowie wznieśli się na polityczne wyżyny, konsekwencją czego było odzyskanie przez Polskę Niepodległości) Polska praktycznie nie istnieje jako suwerenny podmiot na arenie międzynarodowej.
Dziś, po zaledwie 30 latach od osiągnięcia niezależności politycznej stwierdzić należy, że nadal nie odbudowaliśmy elit na miarę państwa zamieszkałego przez 38-milionowy naród.
CZYTAJ TAKŻE: Protekcja USA w jednym pakiecie z LGBT
Szczególnie zauważalne jest to w przypadku takich państw jak Polska.
Ciągła zmiana władzy, a co za tym idzie kierunku politycznego, nie pozwala myśleć o celach zawieszonych w długofalowej perspektywie.
Chęć utrzymania się u władzy za wszelką cenę, obsadzenia swoim ludźmi wszystkich państwowych spółek, przejęcie mediów publicznych – to cele, na których skupiają się nasze „elity” w pierwszej kolejności, bo tylko one pozwalają myśleć o zwycięstwie w kolejnych wyborach.
Najpierw opozycyjna machina propagandowa musi zostać pokonana, a potem można myśleć o czymś dla Polski – o ile starczy czasu i chęci...
Konsekwencją wszystkich wyżej opisanych mechanizmów jest fakt, iż partii, uważanej za „patriotyczną”, „prawicową” i „konserwatywną” oraz ludziom z nią związanych zawdzięczamy:
- Podpisanie „Traktatu Lizbońskiego”
- Masowy napływ imigrantów
- Zrzeczenie się kolejnej części suwerenności za pieniądze
- Masowe „Czarne Protesty” i „Strajki Kobiet”
- Stopniową likwidację górnictwa
- Wasalczy stosunek do USA
- Zdradę interesów Polaków na Kresach
- „Położenie się Rejtanem” w obronie ideologii gender na uczelniach.
Przyjdzie nam jeszcze poczekać, aż prawdziwe elity dojdą do władzy. Być może potrzeba jeszcze kilku lub kilkunastu lat. Być może paru pokoleń? Tego nie wiemy.
Na ten moment jesteśmy świadkami wielkiej improwizacji, która kiedyś musi się skończyć.
Unia Europejska zmierza już w sposób całkiem jawny do federalizmu. Mam cichą nadzieję, że przyniesie to skutek odwrotny od zamierzonego i w całkiem niedalekiej przyszłości będziemy świadkami procesu rozpadu europejskiego superpaństwa.
Czasem wystarczy tylko zrobić o jeden krok za daleko...
Bartosz Bochnia



