Jan Mosdorf: Chleb i twórczość

Tekst jest jednym z rozdziałów książki Jana Mosdorfa pt. „Wczoraj i jutro”, gdzie autor wykłada podstawy narodowo-radyklanego poglądu na świat. Książka, podobnie jak wiele innych pozycji, w całości i za darmo dostępna jest na stronie Cyfrowej Biblioteki Myśli Narodowej. Wszelkie śródtytuły pochodzą od redakcji.

Trzeba obalić wszelkie stosunki, w których człowiek jest upodlony, ujarzmiony, opuszczony i wzgardzony.

Karol Marx

Usunęłoby się najwyższą piękność rzeczy, gdyby się usunęło od nich porządek, polegający na rozróżnieniu i nierówności. 

Św. Tomasz z Akwinu

Kilka lat temu rozmawiałem z pewnym wybitnym uczonym francuskim. Niemłody już ten człowiek, dowiedziawszy się, iż studiuję filozofię, roześmiał się lekceważąco:
- Młodzieńcze - rzekł - pozwól, że dam Panu radę doświadczonego człowieka. W filozofii łatwo zabłądzić, uwierzyć w istnienie chimer. Pamiętaj Pan, że prawdziwa filozofia dotyczy jedynej rzeczywistości, to jest tego…
Tu wskazał na żołądek i na genitalia.

Trudno ująć brutalniej i lapidarniej ducha epoki kapitalistycznej. Instynkt zaspakajania głodu i instynkt rozrodczy są zapewne, ważnymi i niezbędnymi motorami życia ludzkiego: pierwszy utrzymuje przy życiu człowieka, drugi - generacje; ale życie ludzkie bynajmniej w nich się nie streszcza. Są to funkcje biologicznej natury ludzkiej, a chociaż fatalną siłą ciężkości natura nasza spycha nas w dół ustawicznie, choć kusi nas do zdrady i upadku, to jednak w duszy każdego człowieka tkwią siły oporu i sprzeciwu, tkwi poczucie wartości wyższych, będących wartościami prawdziwymi. Ten dualizm, powodujący dramatyczną walkę wewnątrz nas rodzi teorie, sprzyjające przeważeniu szali na rzecz jednej lub drugiej strony. Skrajny antynaturalizm, traktujący ciało jako więzienie duszy, prowadzi do ascetyzmu typu jogów indyjskich, ascetyzmu ponurego i bezpłodnego, gardzącego tym, co dla olbrzymiej większości winno stanowić cel życia na ziemi: doskonalenie siebie przez udoskonalanie świata, innymi słowy - twórczość duchową. Ale ten omam myśli ludzkiej przestał od czasu herezji gnostyckich gnębić cywilizację zachodnio-europejską, opanował ją natomiast naturalizm, stanowiący filozoficzne uzasadnienie zdrady duchowej Europy, wyładowującej swą energię w użyciu.

„Troskę o bezustanne doskonalenie się - mówi Daniel Rops - zastąpił człowiek brutalną żądzą zadowolenia materialnego. Bezład gospodarczy istnieje wskutek oparcia całego systemu na pierwiastku wyłącznie materialnym: na dążeniu do rozkoszy życiowych”. Zapewne, nawet w najbardziej idealistycznej epoce średniowiecza nie brakło ludzi, oddanych rozkoszom biologicznym; chciwość, pijaństwo i rozpusta kwitły w najlepsze nawet wśród duchownych, nawet wśród krzyżowców u stóp Jerozolimy, ale ci ludzie, grzesząc, posiadali poczucie upadku i nikt im nie tłumaczył, jak dziś freudyści, że wszelka „cenzura moralna” paczy rozwój duchowy, że człowiek, igraszka od pierwszych chwil życia swych popędów seksualnych, nie odpowiada moralnie za swe czyny, że „wyżycie się” jest najlepszą drogą do osiągnięcia pełni człowieczeństwa. Zapewne, pierwsi nowożytni kapitaliści, owi amsterdamscy Żydzi i londyńscy purytanie byli na ogół cnotliwsi od rycerstwa średniowiecznego, można ich nawet nazwać ascetami, ale ascetyzm ich był zazwyczaj postacią posuniętej do maksimum celowości, przy czym celem było gromadzenie bogactw i uzyskiwanie materialnej potęgi. Ascetyzm skąpca, konającego z wycieńczenia na barłogu, wypchanym złotem jest zwyrodniałą odmianą tego samego ducha, który spotykamy u używających życia utracjuszy na Rivierze czy Florydzie.

Żądza zysku i żądza użycia to dwa oblicza społeczeństw kapitalistycznych, a „homo oeconomicus” Smitha i „homo sexualis” Freuda są ich odbiciem w dziedzinie teorii. Spaczone zostało pojęcie głównych zadań człowieka na ziemi: twórczość zastąpił kapitalizm wytwórczością, a ciągły wzrost potrzeb duchowych czyli dążenie do doskonałości - ciągłym wzrostem potrzeb cielesnych czyli dążeniem do luksusu.

Mówiąc, że twórczość zastąpiono w hierarchii celów wytwórczością, nie chcę przez to bynajmniej rozróżniać w sposób jaskrawy i sztuczny tzw. pracy umysłowej od fizycznej, traktując tę drugą jako oznakę niższości duchowej, pochodzącej od zetknięcia się z materią. Ostatecznie bowiem każda praca - nie wyłączając nawet niezapisanych improwizacji Mickiewicza - jest odciskaniem swego ducha w tworzywie materii. Istotny jest przy tym nie stopień materialności tworzywa (malarstwo akwarelowe np. nie jest bardziej uduchowioną formą pracy od rzeźby w granicie), lecz stopień psychicznego stosunku twórcy do przedmiotu tworzonego, stopień wysiłku duchowego w realizowaniu wartości kulturalnych. Dlatego np. praca osadnika, karczującego prasłowiańską puszczę pod uprawę była pewnym - i to dość wysokim - gatunkiem twórczości, portrety zaś Tadeusza Styki reprezentują jedynie wytwórczość.

CZYTAJ TAKŻE: Nacjonalizm proletariacki Stanisława Brzozowskiego

Pogarda dla pracy fizycznej, jak to już Marx zauważył, wywodzi się z cywilizacji antycznej, opartej na niewolnictwie. Operujący słowem poeci byli szanowani i to tak dalece, że np. Sofoklesowi ofiarowano w dowód uznania za „Antygonę” dowództwo eskadry w wojnie samijskiej: wielki zaszczyt w wojskowo-żeglarskim społeczeństwie. Ale w tym samym czasie rzeźbiarze, operujący dłutem stali w hierarchii socjalnej niezmiernie nisko: Perykles, mimo całej swej życzliwości i przyjaźni dla Fidiasza nie mógł przyjmować go w swym domu. Ta pogarda pozamilitarnego wysiłku fizycznego istniała również w Rzymie i w całym świecie antycznym.

Utrzymała się ona po części i w średniowieczu, ale jako już bardzo blady odblask pogardy antycznej.

Chrześcijaństwo nobilitowało pracę rąk ludzkich, uznawszy Boga w cieśli, a władcę duchowego w rybaku; pamiętał o tym nie tylko chłop pańszczyźniany i czynszowy, nie tylko dumny ze swych wolności mieszczanin, ale (choć z trudem i niechęcią) również szlachcic i pan feudalny, a już najlepiej wiedział o tym ówczesny intelektualista, obowiązany obok studiów i modłów do pracy ręcznej w zakonie.

Nie znaczy to oczywiście, aby czasy te były idyllą: pycha ludzka istniała zawsze - ale nie miała podówczas poważnego argumentu teoretycznego, pozwalającego, jak dawniej, z dobrą wiarą pogardzać pracą fizyczną. Dopiero w epoce kapitalistycznej rozżarzył się na nowo przygasły płomień pogardy, a jeśli zawinił tu humanizm, wpatrzony ślepo we wzory starożytne, to równie silnie zaważył wpływ judaizmu, zrodzony z Talmudu i ukształcony w wiekowej szkole praktyki bankiersko-lichwiarskiej. I we współczesnej niechęci towarzyskiej do rąk grubych i twardych od pracy żyje może nie tyle duch feudała (który wśród bitwy równie znojnie obracał toporem jak prosty drwal w jego lesie), ile duch pierwszego barona Rotszylda, który w obawie strefnienia swych dłoni nigdy nie dotknął klamki, zanim nie wytarł jej (i nie odkaził rytualnie) biegły w tych sprawach lokaj-specjalista.

Ta pogarda pracy fizycznej uzyskiwała coraz głębsze podłoże w miarę postępów kapitalizmu.

W średniowieczu (mówiąc: średniowiecze - myślę o wieku XIII) trzy niezbędne elementy produkcji: przetwarzany materiał (i możność jego nabycia), fizyczny trud przetwarzania materiału i myślowy trud celowości tej pracy - jednoczyły się w jednym i tym samym człowieku. Kapitalizm rozbił ów proces między trzy odrębne grupy społeczne: pracowników fizycznych, obrabiających materiał, kierowników, troszczących się o celowość tej pracy i finansistów, umożliwiających zakup materiału, stosunki zaś między tymi grupami oparł na zasadzie wymiany towarowej. Maszyna parowa, koncentrująca produkcję i zmniejszająca zapotrzebowanie pracy fizycznej zakończyła ów proces gospodarczy i wytworzyła typ robotnika, skazanego na trud czysto wytwórczy, pozbawionego zarówno swobody urządzania sobie warunków pracy jak i swobody w pracy samej.

Z istoty tych przemian wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy. Na jednym ze zjazdów filozoficznych usłyszałem z ust pewnego socjalisty zdanie pełne goryczy: „Ceni się wysoko pracę artystów Renesansu, ale nikt nie ocenia współczesnego artysty-robotnika, tworzącego piękną linię karoserii samochodowej”. Otóż krzywda robotnika polega nie na niedocenianiu jego pracy, lecz na odebraniu mu możności pracy prawdziwie twórczej. Technika produkcji samochodowej nie pozwala robotnikowi nawet w najmniejszej mierze być artystą. Linię karoserii tworzy inżynier, architekt, technik; robotnik pilnuje tylko maszyn odlewniczych, a potem czysto mechanicznie montuje odlane części. Podobnie w fabryce mebli robotnik wytwarza z drzewa formy, które stworzył w swym mózgu nieznany mu, często odległy o cały kontynent - architekt. W tym utożsamieniu twórczości z pracą umysłową, a pracy fizycznej ze zwykłą wytwórczością leży siła trwania przesądu o niższości warstw oddanych tej pracy, wyższości zaś warstw nie oddających się jej1.

Podział ten idealnie wprost odpowiada nawykom, które ludzie wynieśli z wielowiekowego współżycia w ustroju, opartym na niewolnictwie i które nigdy - nawet w średniowieczu - nie przestały odgrywać roli. Spod ich sugestii nie wyzwolił się nawet ruch socjalistyczny, szczególnie w osobach swych reprezentantów, którzy społecznie rekrutują się z warstw „wyższych”. Myślę tu przede wszystkim o Bertrandzie Russelu i jego wizji socjalistycznego świata, w którym praca dzienna trwałaby cztery godziny, resztę zaś czasu poświęcałby człowiek zainteresowaniom kulturalnym, nie mającym nic wspólnego z jego czysto mechanicznym zajęciem. Trudno o bardziej arystokratyczną pogardę dla pracy niż ta, która przebija z dzieł potomka książąt Bedford, w szczególności z jego „Pochwały próżniactwa” i „Perspektyw cywilizacji przemysłowej”.

Obywatel przyszłości socjalistycznej dzieliłby swój dzień na godziny, poświęcone wytwórczości materialnej i (nierównie liczniejsze) godziny, poświęcone konsumpcji duchowej. Ale aby konsumować dobra kulturalne trzeba je przed tym tworzyć.

Bertranda Russela oburzyłoby, oczywiście, podobne streszczenie jego poglądów. Nie sądzi on, aby godziny wolne od pracy miały charakter konsumpcyjny. Sądzi, że wzrosną zamiłowania, pozwalające na inteligentne wyzyskanie wolnego czasu: ludzie zajęliby się „przyjemnościami, w których odgrywaliby rolę czynną”. Jako przykład daje on zanikające dziś tańce ludowe. Ale tańce ludowe powstały przy dniu pracy dłuższym nieco niż cztery godziny, dłuższym nawet niż dzisiejsze miejskie osiem godzin, a zabija je nie co innego, niż właśnie cywilizacja przemysłowa, z której Russel jest tak dumny.

Młodzież wiejska po osiemdziesięciogodzinnym tygodniu pracy znajduje w sobie siły do tańca i śpiewu, bo (powyżej pewnego minimum egzystencji) nawet ciężka, ale twórcza praca na swoim daje satysfakcję duchową i ochotę do czynnej zabawy. Robotnik wielkoprzemysłowy po dwunastu godzinach pracy wychodził śmiertelnie zmęczony, po ośmiu wychodzi ogłupiały, po czterech - będzie wychodził zirytowany i pójdzie najwyżej do kina, albo kopać piłkę na boisku.

Gdyby ograniczanie pracy wzmagało twórczość duchową - najbardziej twórczymi ludźmi byliby polscy arystokraci żyjący z zasiadania w radach nadzorczych na Śląsku. Dobra kulturalne tworzy się w trudzie i obowiązku, a człowiek wypowiada się duchowo w pracy, nie w kulturalnych rozrywkach i beztroskim dyletantyzmie.

Skąd pochodzi w człowieku wewnętrzny pęd do twórczości, pęd, który jest motorem dziejów i dźwigaczem cywilizacji? Myślę, że istotną jego pobudką jest przyrodzone człowiekowi niezadowolenie z siebie. Człowiek, istota upadła, posiada pojęcie doskonałości, nie umie zaś być doskonały. Stąd owe dramatyczne i piękne dążenie wzwyż, tęsknota do doskonałości i nakaz metafizyczny ustawicznego doskonalenia się. Jest to dążenie do harmonii wewnętrznej, której nigdy w pełni osiągnąć nie można. Owa męka ducha ludzkiego wypowiada się najpiękniej w sztuce, ale w każdej dziedzinie odnaleźć można jej ślady. Twórczość to doskonalenie siebie przez udoskonalanie świata zewnętrznego. Toteż praca jako zdobywanie chleba jest przekleństwem, ale praca jako twórczość ma w sobie coś ze świętości. „Praca - mówi pisarz z XIII wieku, Wincenty z Beauvais - wyzwala nas od konieczności, której poddane jest nasze ciało od chwili grzechu pierworodnego”. Rozumieli to jego współcześni: cechy średniowieczne były zarazem organizacjami gospodarczymi i bractwami religijnymi.

Pozbawiona cech twórczości praca jest istotnie przekleństwem i będzie nim zawsze, niezależnie od systemu ekonomicznego. Fakt ten posiada doniosłe konsekwencje w dziedzinie kultury społecznej. Kultura nie jest tylko spadkiem pokoleń, z którego się czerpie, lecz i wartością, którą musi tworzyć każde pokolenie. Tyle warte jest społeczeństwo, ile warta jest jego kultura. Społeczeństwo, w którym wszelka praca jest pracą wytwórczą, zaś charakter duchowy posiadają jedynie rozrywki i nieobowiązujący dyletantyzm (a do tego sprowadza się wizja russellowska) albo cofnęłoby się pod względem cywilizacyjnym, albo zmuszone by było zapożyczać się kulturalnie u obcych. Pewne cechy tego rodzaju posiadają Stany Zjednoczone Ameryki Północnej z ich stanem kultury odwrotnie proporcjonalnym do rozmachu technicznego, co łacno stwierdzić może każdy widz w kinematografie2. Fatalności tej ulega i Rosja sowiecka.

CZYTAJ TAKŻE: Kard. Stefan Wyszyński: Kościół a duch kapitalizmu

Powrót klasowości

Zwolennik Russella, polemizując ze mną może mi zarzucić złą wolę. Przecież nikt nie powiedział, że w socjalistycznym społeczeństwie przyszłości nie będzie produkcji dóbr kulturalnych. Obok uświadomionych proletariuszy - robotników istnieć będą uświadomieni proletariusze-inżynierowie, kierownicy produkcji, twórcy i kontrolerzy planu gospodarczego, teoretycy, publicyści, artyści. Zgoda.

Ale w takim razie zagraża inne, niemniej groźne niebezpieczeństwo: powrót klasowości. U podstaw jego bowiem leży nie tylko rozdział na własność bez pracy i pracę bez własności, ale w równym stopniu rozdział między intelektualną pracę kierownika i fizyczną pracę wykonawcy z nieodłącznym poniżeniem pracy fizycznej w hierarchii wartości kulturalnych.

Klasa twórców-intelektualistów mimo swego „proletariackiego” pochodzenia pocznie odcinać się od klasy wytwórców-wyrobników i albo zacznie boleśnie odczuwać równość proletariacką, albo (co na dalszą metę prawdopodobniejsze) wyzyska swe wpływy i swą niezbędność dla zapewnienia sobie i swym dzieciom wyższej stopy życiowej, a to jest możliwe tylko na drodze prawnych lub pieniężnych przywilejów. W ten sposób wytworzyć się musi albo stan neoszlachecki, albo klasa neoburżuazyjna. Widzimy to po części w Sowietach, gdzie mimo szczerych dążeń do bezklasowości, opartej o zbiorowy entuzjazm społeczny, porzucono system „urawniłowki” na rzecz wyodrębnienia klasy wyższej: kierowniczej.

Każdy ustrój, oparty o rozdział pracy na twórczą i wytwórczą, musi prowadzić do odrodzenia klas społecznych3. Ponurą wizję takiego ustroju dał Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”, gdzie rozgraniczenie już nie klas lecz kast przeprowadzone jest w sposób idealnie dokładny od twórczych Alfa Plusów, aż do czysto wytwórczych Ypsylonów półkretynów, którym wpojono zresztą wiarę, że ich klasa jest najszlachetniejsza, a ich zajęcie najważniejsze. Rozdział klasowy utrwala się, oczywiście przez złączenie wyższości socjalnej nie tylko z wyższymi dochodami, lecz i z prawami majątkowymi, ale ten ostatni składnik nie jest konieczny. Raz zaznaczone różnice socjalne i raz rozbudzona pogarda klasowa potrafi zbudować chiński mur w społeczeństwie bez wprawiania z powrotem w ruch machiny kapitalizmu. Wystarczy odrębny „façon d’être”, akcentujący wyższą kulturę środowiska, choćby tak bezwartościowy społecznie jak przedwojenna znajomość francuszczyzny i umiejętność gry fortepianowej mieszczańskich wyznawczyń Griega i Gypa.

Powtarzano mi niedawno charakterystyczną rozmowę zasłyszaną w czynszowej kamienicy warszawskiej. Rozmówczyniami były dwie siostry ze sfery, jakby marksiści powiedzieli: drobnomieszczańskiej; jedna była akuszerką, druga - żoną mechanika z warsztatów lotniczych. Akuszerka nacierała ostro na siostrę:

- Jak ci nie wstyd przyjaźnić się z tą służącą z drugiego piętra? Czy już nie masz innych sąsiadek do rozmowy?

- Czego ty chcesz od niej? Porządna kobieta i ja ją lubię…

- Tak, ale nie mieszka u siebie! Nie figuruje na liście lokatorów!

Powie ktoś: typowy przykład dla stosunków kapitalistycznych i ich wpływu na drobnomieszczaństwo. Zapewne... zapewne... Ale gdy czytam, że w Sowietach po skasowaniu „urawniłowki” intelektualiści wynajmują sobie wille podmiejskie, podczas gdy proletariat wyrobniczy (co tak zachwyca Russella) mieszka przy fabrykach, celowo tam koncentrowany dla usprawnienia pracy zespołowej - przychodzi mi na myśl, czy za lat kilka podobna rozmowa nie będzie możliwa w Moskwie?...

Tendencje odradzania się klasowości istnieć będą zawsze bez względu na ustrój, bo zawsze istnieć będą jej motory w indywidualnej duszy ludzkiej: pycha i próżność człowieka. Przywar tych nie usunie się środkami społecznymi; aby je wykorzenić, trzeba nie reformować ustrój, lecz leczyć dusze. Praca to dla kaznodziei i spowiednika. Ale istnieją warunki społeczne, faworyzujące rozwój owych przywar. Są nimi:

1. rozdział między siłami produkcyjnymi a własnością, ściślej mówiąc między ludźmi produkującymi i ludźmi posiadającymi narzędzia produkcji;

2. rozdział między pracą wytwórczą i twórczą, t. j. między ludźmi pracującymi wytwórczo i twórczo.

Socjalizm we wszelkich jego odmianach utrzymuje w całości rozdział drugiego typu, natomiast rozwarcie między siłami produkcyjnymi a własnością usunąć pragnie przez zniesienie własności prywatnej. Ale jest to reforma nie sięgająca istoty rzeczy, szczególnie przy takim rozwiązaniu, do jakiego doszła w wyniku dwudziestoletniego doświadczenia Rosja Sowiecka: przy kapitalizmie państwowym. Teoretycznie rozdział między siłami produkcyjnymi a własnością jest tam zniesiony, gdyż wszelka własność należy do państwa, państwo zaś - do sił wytwórczych (proletariuszy), ale w praktyce własnością tą dysponują przecież żywi ludzie, ludzie różni od produkujących proletariuszy. Zapewne, i ten rezultat jest zdobyczą niemałą, ponieważ przyrost wartości dokonuje się (co najmniej w teorii) na korzyść ogółu, nie - jak w kapitalizmie - pewnej liczby uprzywilejowanych ludzi, ale problem nie jest przez to rozwiązany. Skoro zaś jednocześnie utrzymuje się rozdział między pracą wytwórczą i twórczą, cała reforma wygląda dosyć nieszczególnie4.

CZYTAJ TAKŻE: Jan Mosdorf: Tradycja a duch narodu

Czyż więc na tej drodze nie można dojść do względnej chociaż bezklasowości? Owszem, można, ale za cenę komunizmu w jego najskrajniejszej postaci i najdalej posuniętych konsekwencjach. Musiałby to być ustrój, znoszący całkowicie łączność między pracą i dochodem, wprowadzający przymusową, darmową pracę i darmowy, niczym z nią nie związany, a równy dla każdego człowieka przydział przez państwo wszystkich bez wyjątku produktów. To z kolei wymagałoby przerzucenia na państwo całkowitej produkcji i zakazu wytwarzania własnymi rękoma najniewinniejszych nawet, na własny użytek przeznaczonych przedmiotów, poczynając od zabawek, struganych z drzewa przez dzieci. Jest to możliwe za cenę ścisłej kontroli, uniemożliwiającej jakąkolwiek wymianę między ludźmi przydzielonych produktów, co wymaga w pierwszym rzędzie wspólnego zamieszkiwania ludzi pod czujnym okiem władzy i zupełnego odseparowania dzieci od rodziców. Podobny ustrój nie jest bynajmniej utopią: zrealizowała go Rosja Sowiecka, niestety, w jednej tylko i to nieznacznej części swego terytorium, a ironia losu sprawiła, że jest on dostępny jedynie dla wrogów regime‘u. Myślę o Wyspach Sołowieckich.

Być może, że istnieją ludzie, których nie zraża tego rodzaju cena, płacona za ideał bezklasowości. Z takimi dyskusja jest w ogóle niemożliwa. Najostrzejsza nawet polemika wymaga bowiem zgodności przynajmniej w jednym punkcie, z którego się wspólnie wychodzi. A z jakiegokolwiek kryterium wyjdziemy: czy zadań moralnych, czy dobra społeczeństwa, czy szczęścia jednostki, nigdy nie dojdziemy do wizji obozu koncentracyjnego lub więzienia jako ideału społecznego5.

Skoro jednak odrzucamy tego rodzaju rozwiązanie, trwamy zaś w przeświadczeniu, że klasowość i płynąca z niej walka klas jest rzeczą moralnie i społecznie szkodliwą, musimy szukać innego wyjścia z trudności.

Dekoncentracja produkcji

Usunąć rozpięcie między siłami produkcyjnymi a własnością i zarazem między pracą twórczą a wytwórczą można jedynie przez skupienie w jednych i tych samych rękach wszystkich czterech elementów. Jeżeli ten sam człowiek będzie pracował produkcyjnie i posiadał narzędzia produkcji, jeżeli praca jego będzie zarazem twórcza i wytwórcza, jeżeli zniknie typ właściciela produkującego siłami innych ludzi oraz typ człowieka pracującego nietwórczo, mechanicznie na cudzym warsztacie pracy - wówczas ustrój klasowy przestanie istnieć, straci bowiem swe podstawy gospodarcze. Ale jak dojść do takiego stanu?

Stajemy tu przed zagadnieniem niesłychanie ważnym, które nie dość jest jeszcze w społeczeństwie zrozumiane: zagadnienie dekoncentracji produkcji. Wiąże się z nim problem maszynizmu i stworzonej przezeń współczesnej odmiany naszej cywilizacji europejskiej.

Poglądy w tej dziedzinie były i są sprzeczne. Po entuzjastycznym podziwie wobec maszynizmu przyszła szeroką falą reakcja: zwątpiono, czy postęp techniczny jest w konsekwencji pożyteczny dla ludzi. Prawda jednak, jak słusznie zauważył Daniel Rops, leży po środku. Niekoniecznie im maszyna mądrzejsza, tym człowiek głupszy. Maszyna jest wspaniałym okazem inteligencji ludzkiej. Trudno zaprzeczyć, że przez cały wiek XIX rozwój maszyn przyczyniał się do stałego wzrostu przeciętnej stopy życiowej i jest kwestią czy bez maszyn olbrzymi przyrost ludności Europy nie wytworzyłby nędzy podobnej do chińskiej.

Narzeka się i słusznie na standaryzację i spustoszenia duchowe, wywoływane przez maszynizm, ale nie każda różnolitość towarów jest dobra. Pomijając nawet kwestię normalizacji, zauważyć trzeba, że indywidualizowanie produktów bywa często i bywało - luksusem, możliwym za cenę nierówności, ba, przepaści między wyrafinowaną kulturalnie mniejszością a tonącą w nędzy, brudzie i ciemnocie olbrzymią większością.

Standaryzacja ma swoje granice, w których obrębie nie szkodzi kulturze i nie zabija twórczości: nikt nie ma żalu do grafików, że swe litografie lub drzeworyty odbijają mechanicznie w pewnej ilości egzemplarzy. W tego jednak rodzaju prymitywnej technicznie produkcji nie istnieje (i może nie istnieć) podział pracy. Tam, gdzie on już zachodzi, tam wraz z maszyną zjawia się koncentracja sił produkcyjnych tzn. skupienie żywych ludzi, z których jedni obejmują twórcze, inni zaś - nierównie liczniejsi - nietwórcze, mechaniczne funkcje produkowania.

Nie ma nic bardziej bezmyślnego niż odzywające się tu i tam rady powrotu do stanu przedmaszynowego. Tak jakby kto chciał wrócić do okresu przed wprowadzeniem kartofli, ponieważ ludzie, żywiący się wyłącznie kartoflami są słabi. Nic zwłaszcza bardziej bezmyślnego, gdy rady takie słyszy się na naszym, polskim gruncie, w kraju cierpiącym na niedoprodukcję, na prymitywizm techniczny, na żółwiowość tempa pracy, na nędzę, wynikającą nie tyle z niesprawiedliwego podziału bogactw, ile z braku tych bogactw w całym społeczeństwie. Mówienie o fatalnych skutkach postępu technicznego w kraju, w którym ogół pracowników (fizycznych i umysłowych) zatrudnionych w przemyśle i górnictwie nie przekracza 11% ludności, a w zakładach, zmechanizowanych na wzór amerykański, bodaj czy sięga 5% jest nieporozumieniem lub, co gorsza, schlebianiem narodowej gnuśności. Jeżeli chce się mówić z sensem, to chodzić może jedynie o to, aby przy postępie technicznym nie wpadać w błędy, typowe dla krajów przemysłowych zachodniej Europy i północnej Ameryki, aby ów postęp nie pociągał za sobą koncentracji produkcji.

Rzecz to nie łatwa. Szereg podstawowych materiałów produkcyjnych z góry przesądza skoncentrowaną technikę ich eksploatacji. Dotyczy to przede wszystkim surowców podziemnych, których wydobywanie (węgiel) lub przerabianie (metale) dyktuje z konieczności koncentrację przemysłową pod grozą cofnięcia się do niedołężnego prymitywu. W reszcie produkcji tę samą rolę koncentracyjną odgrywa maszyna parowa. Ale na szczęście, maszyna parowa powiedziała, zdaje się, swe ostatnie słowo i wszystko wskazuje na to, że jej epoka będzie w przyszłości nazwana niemowlęcym okresem maszynizmu.

Niestety, myśl ludzka nie dotrzymuje kroku możliwościom rozwoju technicznego, a, co gorsza, przejawia skłonność do deterministycznego, więcej, fatalistycznego ujmowania tego rodzaju zagadnień. Tymczasem uprzytomnić sobie trzeba, że warsztat poruszany parą jest tylko etapem rozwoju i to etapem bynajmniej nie koniecznym. Najlepiej świadczy o tym historia maszyny parowej. Nie wynaleźli jej fabrykanci dumający nad udoskonaleniem produkcji. Równie dawno jak para bo w starożytności, znana była i elektryczność, ale wieki minęły nim zwrócono na nie uwagę; pierwszeństwo zaś pary jako środka energii, pierwszeństwo bynajmniej nie konieczne, wynikło z przyczyn całkowicie drugorzędnych: oto w miarę wyczerpywania się wierzchnich pokładów węgla kamiennego i potrzeby pogłębiania kopalń zjawiła się woda zaskórna. Konieczność osuszania kopalń pobudziła myśl wznoszenia wody w górę za pomocą ognia. Następują prymitywne wynalazki w r. 1699 i 1705, ale dopiero Watt swymi udoskonaleniami zwraca w pół wieku później uwagę kapitalistów na możność szerokiego stosowania maszyny parowej do produkcji. Nie było bynajmniej rzeczą niemożliwą, aby w tego rodzaju karierze elektryczność wyprzedziła maszynę parową; gdyby nie woda w kopalniach angielskich, tak by się może i stało.

Trzeba jednak zwrócić uwagę na drugi, obok ściśle technicznego czynnik koncentracji produkcji: interes kapitalistów i wynikające z niego świadome działanie. Koncentracja produkcji rozpoczęła się wcześniej, niż zastosowanie maszyny parowej, tylko nie rozwinęła się na wielką skalę wobec ręcznego systemu produkcji. Historycznie pierwsza jest koncentracja kapitału finansowego, następnie powstają manufaktury, w których koncentracja robotników umożliwia podział pracy, oszczędności transportu i wzmożenie kontroli, wreszcie wraz z maszyną parową zjawia się oszczędność na siłach roboczych i zwiększenie możliwości produkcyjnych. Toteż wynalazki ułatwiające koncentrację są faworyzowane na niekorzyść innych. W produkcji tekstylnej np. powstają w Anglii w trzeciej ćwierci XVIII w. dwa wynalazki: tzw. „spinning jenny” i t. zw. „mulejenny”. Pierwszy z nich został zduszony przez skoncentrowany kapitał, ponieważ ułatwiał tkactwo ręczne, drugi - znalazł szerokie zastosowanie, ponieważ koncentrował produkcję. Nie ma tu, jak widać, żadnego fatalizmu technicznego, lecz działanie świadomej woli ludzkiej. A wola ludzka może działać i w innym, wręcz odwrotnym kierunku...

Działanie to utrudnia jedna rzecz: konserwatyzm ludzkiego myślenia. Dotychczas posługujemy się maszyną parową mimo jej niedoskonałości i nawet inne, nowsze typy energii zamiast szukać całkowicie odrębnych, właściwych swemu charakterowi rozwiązań technicznych, przeważnie wytwarzają warianty maszyn parowych, podobnie jak prymitywny samochód udawał konną dorożkę bez konia. Zamiast dróg elektrycznych np. mamy jedynie zelektryfikowane drogi kolejowe z zachowaniem prawie nieruszonej konstrukcji kolei parowozowej. Maszyna parowa modeluje wciąż jeszcze mózgi techników, inżynierów, wynalazców.

Działa tu jeszcze inna przyczyna. Interes kapitalistów przemysłowych popycha ich dziś, zarówno jak przed półtora wiekiem w kierunku koncentracji. Dziś jest to nie tylko kwestią zwiększenia zysku, ale wobec uwięzienia w maszynach olbrzymich kapitałów, nierzadko wręcz bytu kapitalistów. Tym silniej dusić muszą wszelki postęp techniczny, narażający na szwank ich monopol, przy czym najczęściej posługują się formą zakupu patentu niebezpiecznego wynalazku i schowania go pod sukno. Tak bywa nawet z wynalazkami nie bijącymi bezpośrednio w zasadę koncentracji jak np. film dźwiękowy lub „wieczna zapałka” - tym silniej dziać się to musi przy wynalazkach, ułatwiających produkcję małych warsztatów.

Aby więc postęp techniczny skierować ku dekoncentracji produkcji, musimy dokonać wysiłku myśli, wyzwolonej z konserwatyzmu myślenia i z opartych na nim teorii (m. in. marksizmu), musimy dokonać wysiłku woli, wyzwalającej się z pod przewagi interesów kapitalistycznych. Tylko niezależna myśl i silna wola może - nie „przybliżyć nas do społeczeństwa przyszłości”, bo nie istnieje żaden deterministycznym rozwojem wyznaczony stan przyszły - ale stworzyć przyszłość taką, jaką ją chcemy widzieć. Środki techniczne, umożliwiające dekoncentrację częściowo już istnieją (elektryczność), częściowo zarysowują się na widnokręgu (energia atomowa). Wymaga to jednak zupełnego przewrotu w systemie nauczania technicznego, w szczególności całkowitej zmiany programów politechnik, stojących pod sugestią coraz większych i potężniejszych maszyn. Należy pobudzać twórczość umysłów wynalazczych w kierunku wytwarzania małych, tanich i łatwo przenośnych warsztatów, które by wydajnością swą i opłacalnością pobiły wielkie maszyny. Dziś jest to jeszcze niemożliwe (współczesny kryzys wielkich fabryk jest skutkiem ich zbyt dużej, nie zbyt małej wydajności i ci, którzy się cieszą z triumfu małego producenta milcząco propagują cofnięcie się techniczne), lecz jutro - może się stać prawdopodobne, pojutrze - realne.

CZYTAJ TAKŻE: Czy endecja była wolnorynkowa?

Zapewne, perspektywy to jeszcze odległe, dziś jeszcze nie można powiedzieć czy wszelka produkcja da się skoncentrować, choćby dlatego, że nie wiemy, czy surowce, zdobywane dziś drogą kopalnianą dadzą się kiedykolwiek zastąpić lub produkować w inny sposób (np. na drodze przemiany atomowej). Jedno jest pewne: do dekoncentracji (jeśli nie całkowitej, to przynajmniej bardzo rozległej) dojść można tylko wówczas, jeżeli społeczeństwo całe mieć będzie stale przed oczami wizję ustroju zdekoncentrowanego. Jeżeli się wizji tej nie weźmie na serio, jeśli się nie rozpali nią wyobraźni i nie skrystalizuje w upartych wysiłkach - pozostanie ona utopią, niewyzyskaną możliwością, a wówczas przemiany gospodarcze doprowadzą albo do komunizmu, albo do cofnięcia się technicznego, co wróży w pierwszym wypadku niewolę duchową, w drugim - głód fizyczny, w obu zaś - upadek kultury i cywilizacji.

Dekoncentracja techniczna umożliwia usunięcie rozdziału między pracą twórczą i wytwórczą, między siłami produkcyjnymi a własnością środków produkcji, a nawet między współczesną wsią i współczesnym miastem. Miasto bowiem, które w starożytności istniało jako siedlisko targowe i warownia, z rozwojem komunikacji (trakcja samochodowa) i zmianą systemu wojowania - traci ten podwójny charakter i rację bytu swego potwornego rozrostu czerpie przede wszystkim z koncentracji przemysłowej. Nigdzie może bardziej niż w Polsce nie rzuca się w oczy bezsensowny kontrast między miastem przemysłowym jak Łódź, lub chociaż Warszawa, miastem duszącym się w dymie i sadzy, huczącym hałasem mechanicznych pojazdów, błyszczącym światłem żarowym i neonowym, a wsią cichą, senną, drewniano - słomianą, tonącą wieczorem w ciemnościach, a trzy czwarte roku w błocie.

Zniesienie fabryk, rozsypanie warsztatów motorowych równomiernie po całym kraju zaciera granicę między wsią a miastem, między psychiką wieśniaka i mieszczanina, urbanizuje wieś i dezurbanizuje miasto, nie rozrywa - tak jak obecnie - rodzinnych i sąsiedzkich stosunków między rolnikiem i pracownikiem przemysłowym i rozwiązuje w sposób najprostszy, a zarazem najskuteczniejszy problem braku ziemi dla narastającej ludności.

Realizm gospodarczy

Byłoby jednak wielkim błędem, gdyby, upajając się różowymi perspektywami dekoncentracji i jej olbrzymich plusów w dziedzinie duchowej, uważać przez to samo cały problem za rozwiązany. Pozostaje bowiem obok socjalnej strony zagadnienia jego strona gospodarcza, którą mało interesuje wartość duchowa producenta, bardzo natomiast - wartość materialna produktu. Ktokolwiek zaś w poglądach swych ogranicza się wyłącznie do strony socjalnej, ten ma może kwalifikacje na franciszkanina lub na poetę romantycznego, ale w dziedzinie politycznej byłby okazem szkodliwym.

Praca ludzka posiada tę właściwość, że powoduje przyrost dóbr materialnych, przyrost nie ilościowy wprawdzie, lecz jakościowy, wzrost tego, co określamy mianem wartości. Produkcja nie jest, oczywiście celem sama w sobie, ale jest środkiem umożliwiającym przez przyrost bogactwa zaspokojenie niezbędnych potrzeb materialnych coraz to większej liczbie ludzi, a tym samym stwarza pierwsze warunki twórczości duchowej. Brak minimum dobrobytu uniemożliwia wszelkie działanie poza szukaniem środków na przetrwanie do dnia następnego; nędza i niepewność jutra zabijają w człowieku wszelkie aspiracje, są czynnikami antyduchowymi i antyspołecznymi.

Aby spełnić swoje zadania produkcja musi tworzyć na zapas, musi być czynnikiem rozwoju, nie równowagi statycznej. Dlatego wyprzedzać musi ona zaspokojenie potrzeb. Jest to najistotniejsza cecha gospodarczej strony wytwarzania, cecha, która niezmiernie komplikuje problem sprawiedliwości społecznej. Dlatego pojawiają się czasem pokusy niezwracania uwagi na ów czynnik. „Wiele ludów - pisze prof. Koneczny - uważa za obowiązek etyczny czuwać, aby praca nie była wydatniejsza, by owoce jej nie sięgały ponad zaspokojenie potrzeb”. Skutek oczywiście taki, że cała społeczność grzęźnie na wieki w potrzebach minimalnych. W epoce Rousseau upudrowane markizy idealizowały podobny stan społeczny, dziś takie same sugestie narzuca nam - o ironio - zmechanizowana i przeinwestowana filmowa produkcja amerykańska. Ale są to w najlepszym wypadku snobistyczne wzdychania ludzi, pozbawionych poczucia odpowiedzialności za to, co głoszą. Kto sięga myślą poza współczesne pokolenie, kto pragnie tworzyć przyszłość, ten musi dążyć do takich warunków, w których tempo produkcyjne nie tylko nie będzie mniejsze niż w kapitalizmie, ale, przeciwnie, znacznie je przewyższy.

Dobro społeczne, które wytwarza produkcja gospodarcza powinno narastać w takim tempie, aby nie tylko w normalnych warunkach zapewniało każdemu minimum dobrobytu, nie tylko wzrastało proporcjonalnie do nieskrępowanego przyrostu ludności, ale ponadto odkładało pewien zapas dóbr na „czarną godzinę”, to znaczy, aby dzięki niemu społeczeństwo przetrwać mogło bez katastrofy okresy szczególnie trudne, jak wojny lub światowe kryzysy gospodarcze.

Jeżeli z tego punktu widzenia spojrzymy na dekoncentrację produkcji, nasuną się nowe zagadnienia i nowe wątpliwości. Była już mowa o tym, że drobne warsztaty przyszłości o tyle spełnią swe zadanie, o ile staną się wydajniejsze od wielkich zespołów maszynowych. Ale nie jest to tylko problem techniczny, ale i organizacyjny. Przy technice skoncentrowanej, takiej jaka istnieje w kapitalizmie współczesnym zarówno prywatnym jak państwowym (Rosja Sowiecka) duża część trudności odpada sama przez się: koncentracja techniczna jest w dużym stopniu również koncentracją organizacyjną. Resztę rozwiązuje kapitalizm państwowy systemem biurokratycznym, prywatny - systemem porozumień kartelowych. W ustroju dekoncentracji owa reszta wymagająca regulacji obejmować musi teren dużo szerszy. Dekoncentracja produkcji wymaga jako niezbędnego uzupełnienia - ostrej koncentracji aparatu wymiany, czyli handlu oraz kapitału czyli finansowości, wreszcie - rozumnego planu gospodarczego, kierującego całością produkcji. Bez tej korektywy wytworzylibyśmy tylko chaos o nieobliczalnych następstwach.

CZYTAJ TAKŻE: Jan Mosdorf: Czy jesteśmy demokratami?

Koncentracja handlowa polegać musi na wyrugowaniu pośrednictwa prywatnego wszędzie tam gdzie wprowadza ono bezład konkurencyjny i w konsekwencji - bo takie jest paradoksalne prawo walki konkurencyjnej - prowadzi do dzikiej koncentracji. Ostatecznie można nie upatrywać szkody w drobnych domokrążcach (pod warunkiem, że nie będą to Żydzi) docierających ruchliwie do najbardziej zapadłych zakątków kraju z drobnymi wyrobami rzemieślniczymi, choć i tutaj system spółdzielni wiejskich jest niewątpliwie dużo lepszy. Śmiesznym i szkodliwym don Kichotem byłby również każdy, kto by rozpoczynał reformę - nawet przy daleko już posuniętej dekoncentracji - od kasowania zawodu kupieckiego. Ale całe pośrednictwo hurtowe i znaczna część detalicznego muszą w ustroju przyszłości ustąpić handlowi spółdzielczemu, inaczej zresztą ujętemu, niż to dziś rozumieją kooperatywiści, w niektórych zaś dziedzinach - nawet państwowemu.

Jeszcze silniej rysuje się ta konieczność w dziedzinie finansów. Dekoncentracja produkcji przy utrzymaniu w rękach prywatnych kapitału finansowego zmieniłaby stan obecny na gorszy, nie na lepszy. Uniknęlibyśmy złych skutków mechanizacji przemysłowej, zabijającej twórczość duchową przez bezduszny podział pracy, lecz wrócilibyśmy do fatalnego systemu, zabijającego twórczość przez wyzysk materialny. Drobny wytwórca stałby się chałupnikiem, pozbawionym wszelkich możliwości obrony przed zatrudniającym go monopolistą, pozbawionym faktycznej możliwości zrzeszania się dla obrony swych interesów, zmuszonym obawą głodu do rujnującej zdrowie fizyczne i duchowe pracy akordowej. Toteż o ile uspołecznienie pośrednictwa jest koniecznym następstwem dekoncentracji technicznej, o tyle upaństwowienie prywatnego kapitału finansowego jest niezbędnym warunkiem wstępnym reformy ustroju gospodarczego w oczekiwaniu aż rozwój spółdzielczości pozwoli - kiedyś - na stopniowe zastępowanie banków państwowych zorganizowanymi kapitałami spółdzielczymi.

Ale zarówno proces przeprowadzania tych reform jak i dalszy proces funkcjonowania życia gospodarczego wymaga istnienia ośrodka kierowniczego, obejmującego całość gospodarki społecznej jednolitym planem, skierowanym celowo ku racjonalnemu rozwojowi społeczeństwa.

Oczywiście tego rodzaju planowość gospodarcza, mająca zadanie wzmagania produkcji, nie ma nic wspólnego z planowością skierowaną ku hamowaniu nadprodukcji, jak to czynił np. Roosevelt ze swoim „New Deal”. Plan gospodarczy wymaga podziału terenów produkcji oraz podziału zadań producentów, wymaga stawiania przez ośrodki kierownicze celowo obmyślanych wymagań, skierowanych do poszczególnych producentów.

Zarzuty wobec planowości produkcji

Ekonomistów ze szkoły liberalnej i półliberalnej program gospodarki planowej pobudza do pełnego ironii sceptycyzmu. Nie przeczą oni konieczności pewnego planu, uważają jednak politykę podatkową i celną za jedyne jego narzędzia. Ideę zorganizowania handlu w ramach spółdzielczości uważają za fikcję, wszelkie zaś upaństwowienie - za utrudnianie swobodnego narastania kapitałów, a tym samym - dochodu społecznego. „Zwolennik socjalizacji - pisze prof. Rybarski - powinien powoływać się na dotychczasowe wyniki przedsiębiorczości państwowej, powinien wykazać, że etatyzacja już dała dobre rezultaty... Socjalizacja nie jest zdolna w naszych warunkach do pomnożenia kapitalizacji”. Otóż powoływanie się na nasze stosunki dla zwalczania gospodarki planowej jest grubym nieporozumieniem. W tym, co się dzieje dziś w Polsce nie ma nawet śladu gospodarki planowej. Istnieje jakiś dziwaczny stan hybrydalny, równie daleki od konsekwentnej gospodarki etatystycznej jak gospodarki opartej o nieskrępowaną własność prywatną i prywatną inicjatywę, jakaś dzika mieszanina sprzecznych elementów. Ciągle i uparcie pragnie się budować na inicjatywie prywatnej, a zarazem podcina się ją przez uprzykrzanie życia fiskalizmem i biurokratyzmem. Prawda, że owa sławiona inicjatywa prywatna okazuje dziwny brak żywotności nawet tam, gdzie posiada warunki rozwoju: nie istnieje np. w Polsce wytwórnia kos, ponieważ rzekomo nasz konserwatywnie usposobiony chłop nie chce słyszeć o innych ostrzach, niż wiedeńskie. Zacofanie wsi naszej jest istotnie duże, ale gdzież owa rzekoma pionierskość inicjatywy prywatnej? U nas działa ona najlepiej w ramach... prywatnego monopolu, uzyskiwanego na drodze koncesji państwowej, o której przede wszystkim marzą nasi, pożal się Boże, „grynderzy”. Niemniej demoralizacja ta jest w dużej mierze wynikiem fatalnej gospodarki władz państwowych. I tak dzieje się we wszystkich dziedzinach.

Jak z jednej strony nałogi biurokratyczno-etatystyczne paraliżują gospodarkę prywatną, tak z drugiej - przesądy liberalno-kapitalistyczne obezwładniają gospodarkę państwową. Etatyzm nasz wstydzi się sam siebie. Przedsiębiorstwa państwowe nie interesują się swą wydajnością i sprawnością organizacyjną, lecz jej rzekomym objawem zewnętrznym: rentownością, ujmowaną całkiem po kapitalistycznemu. Zwraca na to uwagę dr. Tadeusz Bernadzikiewicz: „Przedsiębiorstwa państwowe - pisze - posiadają zdecydowanych przeciwników zarówno wśród przedstawicieli nauki jak i ogółu płacącego podatki. Stąd naturalna tendencja państwa, aby wyniki swych przedsiębiorstw przedstawić w możliwie jak najkorzystniejszym świetle”. Stąd poprawianie bilansów, jak obniżanie ex post ceny surowca dostarczanego własnym tartakom z własnych lasów przez Dyrekcję Lasów Państwowych, jak niedawno jeszcze stosowane przez Ministerstwo Komunikacji utrudnianie transportów wodnych na rzecz kolejowych, ponieważ transport wodny jako tańszy zmniejsza efektowność bilansów skomercjalizowanego przedsiębiorstwa P. K. P. Warto wreszcie zaznaczyć, że dobra połowa przedsiębiorstw prowadzona jest przez państwo nie z racji ustalonego uprzednio planu, lecz z przypadku: wali się przedsiębiorstwo naszpikowane bez sensu i celu kredytami państwowymi - trzeba je z musu przejmować, aby nie zwiększać zastoju, bezrobocia, nie zaogniać kwestii socjalnej. Od ustroju opartego na takim chaosie i bezmyślności lepszy jest dosłownie każdy. Nawet sowiecki. Nawet starokapitalistyczny, byle nie wywoził pieniędzy za granicę. Wyzyskiwany lichą płacą i wielogodzinną pracą robotnik mógłby mieć chociaż tę satysfakcję, że przyczynia się do przyrostu bogactw i nadzieję, że syn jego wobec wzmożonego dobrobytu społecznego wywalczy sobie lepsze warunki. Polski robotnik, chroniony ustawodawstwem pracy: dniem ośmiogodzinnym, umową zbiorową, ubezpieczeniami, ma w perspektywie wobec nieustannego ubożenia kraju - bezrobocie swoje, swego syna i wnuka. Obarczać zasadę gospodarki planowej odpowiedzialnością za nasz obecny stan rzeczy, to tyle co wojować z regulowaniem ruchu ulicznego przez policję z tej racji, że w Nowym Yorku jest wielka liczba przejechań, większa niż na całym obszarze naszego Polesia, gdzie nikt ruchu nie reguluje6.

CZYTAJ TAKŻE: Własność prywatna, rola państwa w gospodarce i praca wg „Rerum novarum” papieża Leona XIII

Przeciwnicy gospodarki planowej posiadają jednak argumenty bardziej istotne i głębiej sięgające niż powoływanie się na dzisiejszą rzeczywistość polską. Wskazują oni na biurokratyczną sztywność i formalistykę, nieodłączną w znacznej mierze od najsprawniejszego nawet aparatu państwowego. Twierdzą, że w bezplanowej gospodarce, regulowanej podażą i popytem rozprasza się wprawdzie wiele wysiłków pozytywnych, ale jednocześnie temu samemu rozproszeniu ulegają działania błędne. Zła kalkulacja wywraca szybko prywatnego przedsiębiorcę, pozbawia go możności dalszej produkcji, wycofuje z obiegu. Natomiast w gospodarce planowej błędy sumują się zamiast rozpraszać: kilka nieznacznych błędów kalkulacji sprowadziło na Sowiety już kilkakrotnie głód i nędzę.

Są to zarzuty istotne. Godzą one jednak głównie w ustrój etatystyczny, szczególnie zaś w połączenie etatyzmu z koncentracją techniczną. Ociężałość, brak inicjatywy, biurokratyzm okazują wszystkie prawie przedsiębiorstwa, w których koncentracja przekroczyła pewne granice. Nie ma jej tam tylko, gdzie na czele stoi wybitna jednostka, która własnymi siłami stworzyła zaród przedsiębiorstwa i od małego zaczynając samodzielnie, doszła do kolosa przemysłowego. Tak było z Fordem, tak było po części z Batą. Twórcy przedsiębiorstwa rozwijali się z nim razem i nie przestali nigdy panować nad swym dziełem. Czy z ich śmiercią sytuacja nie ulegnie zmianie? W innych skoncentrowanych przedsiębiorstwach, zwłaszcza opartych o kapitały anonimowe nie widać już tych zalet prywatnej inicjatywy, dążenie do zysku wyraża się raczej w rabunkowej gospodarce niż w rzetelnej twórczości przemysłowej (Żyrardów). Oczywiście w zakładach zetatyzowanych bywa jeszcze gorzej. Bywa, ale nie koniecznie być musi. A już szczególniej słaby jest ten zarzut w stosunku do planowego ustroju opartego na dekoncentracji.

Bardziej poważny jest zarzut sumowania się błędów. W ustroju, w którym z centrali gospodarczej wychodzić będą sugestie i wymagania, skierowane do producentów w celu przestawiania produkcji w określonym celu, straty gospodarcze, wynikające z błędnej kalkulacji mogą być dosyć duże. Ale już dzisiaj zachodzą tego rodzaju niebezpieczeństwa i to tam, gdzie władze państwowe dalekie są od ingerencji. Ich rolę spełniają giełda oraz prasa, tam zwłaszcza, gdzie w braku ustalonego planu nie może działać odpowiedzialnie. Gdy około roku 1926 w Europie zaznaczyło się zapotrzebowanie na chmiel, giełda rolnicza w Polsce zareagowała zwyżką cen, prasa rolnicza poczęła pisać o tym i pod wpływem wytworzonej sugestii większe rolnictwo rzuciło się masowo na produkcję chmielu. Zanim minął okres konieczny na uzyskanie pierwszych zdatnych do sprzedaży płodów, koniunktura minęła, gdyż dobrze poinformowani zawodowi producenci za granicą nie czekali aż wieści rozejdą się po całej Europie i o rok wcześniej pokryli zapotrzebowanie. Zmarnowała się duża ilość pracy ludzkiej zarówno przez nieumiejętność gorączkowej produkcji jak i przez zupełny brak zbytu; trzy czwarte chmielarni zaorano, prymitywne suszarnie rozebrano. Nie wiem czy planowa gospodarka powiększyłaby błędy. Sądzę raczej, że przyczyniłaby się do ich zmniejszenia7.

Wszystkie przytoczone argumenty przeciwników gospodarki planowej zaledwie ubocznie drasnąć mogą ustrój zdekoncentrowany. W sedno trafia jeden tylko, bardzo poważny, który wysunął ś. p. Jan Wortman. Twierdzi on, że ustrój ten nie zapewnia producentom warunków swobodnej twórczości, że tylko pozornie góruje nad ustrojem kolektywistycznym. Kolektywizm (w swym wydaniu rosyjskim zwłaszcza) stabilizuje raz na zawsze typ proletariusza pracującego niesamodzielnie na rachunek zbiorowego fabrykanta: władzy państwowej. Zaś program planowej gospodarki zdekoncentrowanej stabilizuje raz na zawsze typ chałupnika, pracującego równie niesamodzielnie na rachunek zbiorowego nakładcy: tych samych władz państwowych.

Istotnie niebezpieczeństwo takie może grozić. Ale jest dużo mniejsze niż w ustroju kolektywistycznym. Kto nie jest indywidualnością twórczą, ten w każdym ustroju wyglądać będzie dosyć beznadziejnie. Kwestia ustroju dotyczy przecież form społecznych, nie treści społecznej. Jeżeli ktoś minął się z powołaniem lub, co gorsza, nie ma powołania, tego najlepsze formy zbiorowości nie uczynią Giottem lub Quentin Massisem. Ale łatwiej wybić się człowiekowi twórczemu w ustroju zdekoncentrowanym niż skoncentrowanym, łatwiej stworzyć rzecz wartościową, wynalazek techniczny, dzieło artystyczne itp. drobnemu producentowi, łączącemu w rozsądny sposób swój warsztat ze swym mieszkaniem, czującym się u siebie, na własnych śmieciach i ogarniającemu umysłem całość swego narzędzia, niż robotnikowi ogłuszonemu łoskotem obcej i wrogiej maszyny, przy której czuje się zmechanizowaną cząstką, z którą styka się tylko w czasie gorączkowej, absorbującej pracy.

O problemie twórczości

Gdy rozmyślam nad problemem koncentracji, przypominają mi się słowa, kończące Sienkiewiczowskiego „Janka Muzykanta”. Państwo ze dworu rozmawiają o swym świeżym pobycie we Włoszech.

„ Quel beau pays que l’Italie! Et quel monde d’artistes! On est heureux de chercher là-bas des talents et de les protéger” (wł. – Jakże pięknym krajem są Włochy. I co to za lud artystów. Szczęściem jest wyszukiwać tam talenty i je popierać. [red.]).

Setki tysięcy ludzi czytały i czytają te słowa, dziesiątki tysięcy przejmują się dolą polskiego talentu muzycznego, ginącego w konkurencji z dalekimi cudzoziemcami, po czym idą do kina i w taki sam bez mała sposób jak to opisał Sienkiewicz popierają talenty z Illinois, Ohio, Luizjany czy Kalifornii ze szkodą dla polskich muzyków, a na swoje usprawiedliwienie mają bezsilność wobec wszechpotężnego kapitału.

Janko Muzykant dzisiejszej wsi polskiej nie różniłby się prawie niczym od Janka z epoki Sienkiewicza, Janko ustroju kolektywnego zatraciłby swą muzykalność, ogłupiały mechaniczną pracą, ogłuszony mechanicznym radiem. Janko Muzykant ustroju zdekoncentrowanego, żyjący we wsi zelektryfikowanej, pomagający przy ojcowskim warsztacie, wciągnięty zawczasu do organizacji młodzieży, później - do samorządu gospodarczego - będzie miał łatwiejszy wylot w świat twórczości kulturalnej niż w jakimkolwiek innym ustroju.

Dekoncentracja produkcji stwarza warunki gospodarcze rozwoju duchowego. Ale teraz trzeba odwrócić problem i poszukać warunków duchowych rozwoju gospodarczego.

Na dnie działania gospodarczego leży pęd człowieka do doskonalenia siebie przez doskonalenie świata, innymi słowy - przez twórczość duchową. Ale pęd ten jest przeważnie nieświadomy, wyładowujący się często w formach zwyrodniałych, często tak słaby, że wręcz niedostrzegalny pod zwałami przyrodzonego wszystkim ludziom lenistwa. I podobnie jak dochodząca do odbiorników energia radiowa musi być wzmacniana przez lampy, aby móc rozbrzmiewać w głośnikach, tak impuls tworzenia musi być wzmocniony dodatkowymi, potężnymi prądami, aby móc oddziałać na postępowanie ludzkie. Samo poczucie doskonalenia, sama rozkosz twórczości może wystarczać ludziom szczególnie czułym od strony estetycznej, ale nie wystarcza jako bodziec powszechny, szczególnie w produkcji gospodarczej. Gdzie więc szukać owych prądów wzmacniających?

CZYTAJ TAKŻE: Stanisław Piasecki: Prawo do twórczości

Wielu ekonomistów, nawet dalekich od materializmu i smithowskiej fikcji „homo oeconomicus” uważa za jedyny realny impuls gospodarczy - dążenie do zysku. Niektórzy sądzą, że każdy w ogóle człowiek kieruje się motywem zysku w działaniu gospodarczym. Jest to, obiektywnie biorąc, nieprawda. Nie tylko szereg ludzi działa z tzw. „motywów pozagospodarczych”, ale i większość motywów „ściśle gospodarczych” nie jest jednoznacznych z zyskiem. „Całe warstwy ludności - pisze słusznie Doboszyński - nie wiedzą o tym, że według terminologii ekonomicznej pracują jakoby dla zysku. Chłop, rzemieślnik, sklepikarz, lekarz czy inżynier, pracują na swe utrzymanie” i tylko towarowy pogląd na pracę (sformułowany przez szkołę kapitalistyczną a utrzymany przez Marxa) powoduje utożsamianie tych dwóch odrębnych motywów.

Nie dość na tym. Rozróżnianie motywów gospodarczych i pozagospodarczych, teoretycznie nieszkodliwe, w praktyce przyczynia się raczej do pomieszania pojęć niż do ich rozgraniczenia. Zapewne, w teorii jeden malarz tworzy z myślą o sztuce (motyw pozagospodarczy), drugi - z myślą o korzystnej sprzedaży obrazu (motyw gospodarczy). Ale w życiu motywy te nie są możliwe do oddzielenia, zazwyczaj bowiem występują jednocześnie. Bywa i tak, że malarz pracuje z zapałem, gdyż np. ukończenie i dostarczenie zamówionego za dobrą sumę cyklu umożliwi mu wyjazd do Włoch i udoskonalenie swej twórczości. Maluje tedy, a w marzeniach jawi mu się Florencja, Rzym, Wenecja i dopingują jego energię. Jakiż motyw wchodzi tu w grę? Gospodarczy czy pozagospodarczy? I jaki cel miałoby roztrząsanie tej kwestii?

Realnie biorąc wyróżnić można cztery motywy pracy ludzkiej i zależnie od nich cztery rodzaje ludzi:

1) pracujących dla zadowolenia swych osobistych aspiracji twórczych („sztuka dla sztuki”),

2) pracujących na utrzymanie w granicach pewnej stopy życiowej,

3) pracujących dla zysku,

4) pracujących dla idei.

Pierwsza kategoria obejmuje przeważnie artystów i uczonych, drugą reprezentują w najczystszej formie urzędnicy, trzecią - kupcy i finansiści. Czwarta kategoria słabo dziś występuje, ale ongiś ona to kształtowała fizjonomię naszego kraju kryjąc pod habitem benedyktyńskim lub cysterskim zdolności i umiejętności nieznane prymitywnym szczepom słowiańskim.

Ze wszystkich typów wytwórczości najmniej wydajną jest ta, której motorem jest utrzymanie stopy życiowej, wydajniejszą - ta, którą wprawia w ruch motor zysku. Najwydajniejsza staje się praca dla zadowolenia aspiracji twórczych oraz praca ideowa. Ta ostatnia zawiera zresztą prawie zawsze czynnik rozkoszy twórczej, zaś praca dla zadowolenia aspiracji twórczych często łączy się z czynnikami ideowymi, czego dowodem - problem sztuki narodowej, proletariackiej, nauki katolickiej itd.

Wiadomo z jakim nadludzkim wysiłkiem potrafią pracować uczeni i artyści, wiadomo jak nie oblicza swych godzin pracy człowiek opętany nakazem moralnym służenia ukochanej idei.

W zakonach, w pracy społecznej i politycznej nieznany jest ośmiogodzinny dzień pracy, nieznana zapłata lub zyski - i nikt nie uważa się za wyzyskiwanego, z zastrzeżeniem, że ci, którzy tej pracy wymagają sami pracują niemniej ofiarnie. W życiu gospodarczym cała trudność polega na tym, że praca ideowa możliwa jest tylko w zasięgu działania wielkiej idei. 

Motor pracy ludzkiej ruszy skoro mu się dostarczy źródła energii. Idee istnieją zawsze, ale są trudne do objęcia myślą. Podobnie elektryczność istnieje w powietrzu, ale nie umiemy jej chwytać i wprzęgać do pracy. Trudność polega na tym, że skoro się raz nauczymy więzić elektryczność, nikt nam tej umiejętności nie odbierze, natomiast do idei trzeba podchodzić z trudem i wciąż na nowo, trzeba rozbudowywać ją w system rozumowy i wizję uczuciową. I - w przeciwieństwie do elektryczności - nie można jej uważać za narzędzie.

Trzeba samemu w nią wierzyć, być gotowym do ofiar dla niej.

Byłoby oczywiście naiwnością sądzić, że całe społeczeństwo da się przesycić do głębi ideowością jako motywem postępowania w codziennych sprawach gospodarczych. Wielu ludzi pozbawionych zarówno wyobraźni jak wyższego polotu myśli, nawet zasugerowanych ideowo, nie potrafi związać wyznawanej idei ze swym postępowaniem, dla nich motyw stopy życiowej będzie zawsze decydujący. Ten duży odłam społeczeństwa da się wciągnąć w rytm produkcyjny przez szczególną odmianę ideowości jaką jest praca dla dobra rodziny i dla ambicji rodzinnej8.

Praca ta może być rozumiana bardzo rozmaicie i błędem byłoby sądzić, że miłość rodzinna sama przez się wystarczy. W naszym, słabo produkcyjnym i snobistycznym społeczeństwie dążenie do zapewnienia rodzinie tej samej lub wyższej stopy życiowej, a zwłaszcza pozycji życiowej wyraża się nie we wzmożeniu swej produkcyjności, lecz w ograniczaniu swych potrzeb w celu dania dzieciom teoretycznego szkolnego wykształcenia, co ma im umożliwić zdobycie posady urzędniczej. Mimo godnych szacunku objawów bohaterskiego samozaparcia, towarzyszących często takiemu postępowaniu, trudno nie uznać jego społecznej szkodliwości. Ideał urzędniczy, czysto konsumpcyjny, z reguły nietwórczy, niesamodzielność myślenia i działania - wszystkie te cechy pogłębiają nasze zasadnicze wady społeczne.

Inny, ale również w głębi konsumpcyjny typ pracy dla rodziny przedstawiają stosunki zachodnio i północno - europejskie. Zdawałoby się, iż jest paradoksem mówić o słabej produkcyjności i spadku energii twórczej u francuskiego drobnomieszczanina, a tym bardziej u duńskiego, lub szwedzkiego chłopa. Ale nie zawsze wysoki poziom gospodarczy jest wiernym objawem prężności duchowej współczesnego pokolenia, nierzadko jest on kuponem od pracy przodków. Duński warsztat pracy rolnej - wspominam o Danii, gdyż szerzy się u nas tu i ówdzie przekonanie, że stosunki duńskie są jakimś ideałem - produkuje wprawdzie niezmiernie wydajnie, ale kapitalizacja jest stosunkowo niewielka z powodu wysokiej stopy życiowej. Zadowolony ze swego losu rolnik duński traci swą energię twórczą bez widomych oznak tej utraty w życiu gospodarczym kraju, ale z niepokojącymi objawami na manometrze demograficznym. Przeciętna roczna liczba urodzin na 100 kobiet duńskich wynosiła w roku 1878 - 13; w 1920 - 9,3; w 1934 - 6,7, czyli spada szybciej niż we Francji (r. 1896 - 8,6; 1925 - 6,9; 1934 - 6,7) i tylko niska śmiertelność pozwala na niedocenianie powagi sytuacji. Okazuje się, że chłop duński, podobnie jak Francuz miłość rodzinną pojmuje bardzo wygodnym sposobem: pragnienie dobrobytu dla dziecka rozwiązuje nie przez wysiłek produkcyjny, lecz przez ograniczenie ilości dzieci. Występują tu wszystkie ujemne objawy ideologii stopy życiowej.

Jedynym korzystnym społecznie typem pracy dla dobra rodziny jest ten, który nie myśli o przystosowywaniu swej rodziny do warunków społecznych, lecz warunków społecznych do swej rodziny, to znaczy nieskrępowanego jej rozrostu i wyprzedzającej ją kapitalizacji. W ustroju wczesnokapitalistycznym charakteryzującym się swobodną grą podaży i popytu oraz walką konkurencyjną, ta odmiana rodzinnego motywu produkcji zbliżała się do motywu zysku osobistego ze wszystkimi jego ujemnymi pod względem moralnym i społecznym konsekwencjami. W ustroju zdekoncentrowanym i planowym jedyną drogą do zwiększania tempa kapitalizacji ponad tempo przyrostu rodziny będzie wzmożenie wysiłku produkcyjnego bądź przez przedłużanie sobie samemu i współpracującej rodzinie dnia pracy i jego uwydajnianie, bądź przez ulepszanie narzędzi produkcji. System dopingu społecznego czy to pod postacią premii czy odznaczeń, podniecających współzawodnictwo ma tu również dużą rolę do odegrania.

Ale aby ten zdrowy typ pracy dla rodziny nie wyrodniał w filisterski typ pracy dla utrzymania stopy życiowej - potrzeba i tu haseł i sugestii ideowych, tak aby w społeczeństwie wytworzyły się dwie warstwy ludzi, obie wydajne produkcyjnie: warstwa o cechach elitarnych, kierująca się w dynamice pracy miłością dobra narodowego i warstwa o mniej rozległych horyzontach, kierująca się w życiu codziennym miłością rodzinną, ale kierowana i dopingowana w swej pracy ideą narodową. Obie te warstwy, nawzajem zresztą na siebie zachodzące należy traktować jako jedynie wartościowe, dążąc do likwidowania wszystkich innych typów psychicznych.

Jeżeli teraz spojrzeć na zagadnienie nie od strony psychologii poszczególnych ludzi czy typów ludzkich, lecz od strony całości społecznej, ustrój zdekoncentrowanej gospodarki planowej okaże się stosunkowo najbardziej bliski kryteriom harmonijnego społeczeństwa. Harmonia społeczna - przypominam - to jedność w wielości, to zwarta całość, złożona z bogactwa i pełni składników, a więc - bogatych duchowo ludzi. Swą pełnię i bogactwo duchowe osiąga człowiek przez twórczość samodzielną.

Mechaniczne stworzenie możliwości dla organicznego rozwoju twórczości jest zadaniem ustroju społecznego, który zarazem mechanicznie (bo ustrój jest tylko mechanizmem i niczym innym być nie może) zespala ludzkie elementy duchowe w całość społeczną. Ale prawdziwą trwałość temu złączeniu, prawdziwą więź i spójnię duchową nadaje miłość społeczna. Bez miłości i bez rozpalającej miłość idei najlepiej zmontowana całość rozpaść się musi. Odkrycie to nie jest nowością, ale nowością jest zrozumienie, że odnosi się ono również do życia gospodarczego.

Trzeba więc rozbudzać w duszach tęsknotę za niedościgłym, rzucić hasło doskonalenia się przez twórczość, skierować tęsknoty metafizyczne człowieka w stronę tętniącego życiem aktywizmu. Tylko wielka idea może tego dokonać, idea służby dla narodu i idea służby narodu. Człowiek twórczy musi zdawać sobie sprawę z tego, co wnosi przez swoją twórczość do dorobku narodowego i co w konsekwencji, na skutek jego i jego rodaków twórczości - wnosi naród do dorobku świata. Idea służby przeniknąć musi całe życie nasze.

Musimy wiedzieć, że nie ma czynności moralnie obojętnych, że każda czynność nasza jest w konsekwencji dobra lub zła, udoskonala nas lub rozkłada. Idea potęgi narodu przez wypełnienie jego wielkich zadań, idea wielkości moralnej i politycznej winna być owym potężnym mitem, który porwie i zespoli w heroicznym wysiłku całość społeczną, złożoną z podniesionych moralnie i materialnie jednostek.

Trzeba zestroić szare życie codzienne poszczególnego człowieka z rytmem społeczności. Trzeba z narodu całego utworzyć zakon rycerski, podobny do tych, które ogarnięte wizją olbrzymią szły krew przelewać na pustyniach syryjskich, poświęcenie i heroizm równy temu, jaki pozwolił Żółkiewskiemu klęskę cecorską przemienić w najdumniejszą rocznicę!

Jan Mosdorf


1„Inwencja twórcza - pisze Stanisław Piasecki - w sporządzaniu najzwyklejszego drobiazgu użytkowego stawała się coraz bardziej wyłączną domeną garstki speców od projektowania maszyn i stanc, z których maszyny odbijały w setkach tysięcy standaryzowane, jednakowe przedmioty”.

2Prof A. Heydel w swych „Myślach o kulturze” robi ciekawe spostrzeżenie, że Jankesi, posiadając u siebie wspaniałą przyrodę, nie wytworzyli dotąd niczego godnego uwagi w dziedzinie pejzażu.

3Henryk de Man w „L‘Idee socialiste” pisze: „W ustroju kapitalistycznym rozdział pracy na kierowniczą, pracę umysłową i wykonawczą pracę fizyczną przemienia się w podział klasowy”. Sądzę, że proces taki nieuchronny jest w każdym ustroju.

4Stanisław Piasecki, którego książka: „Prawo do twórczości” nauczyła mnie wiele, stwierdza wprost, iż „stworzony przez ustrój zarówno prywatno-kapitalistyczny jak i państwowo-kapitalistyczny podział na twórców i wytwórców jest równie wielką krzywdą społeczną, jak podział na bogatych i biednych”.

5Można wprawdzie twierdzić, że ustrój ściśle komunistyczny ze wszystkimi przytoczonymi przeze mnie cechami urzeczywistniają klasztory chrześcijańskie. Ustrój klasztorny polega jednak na dobrowolnym spełnianiu obowiązków. Ustrój społeczny natomiast nigdy nie jest w pełni dobrowolny: do społeczeństwa nie wstępuje się, tylko się w nim rodzi.

6„Planowość - pisze Rybarski - która by usunęła wszelkie ryzyko, która by wykluczyła wszelkie marnotrawstwo energii i uwolniła gospodarstwo od strat, jest mitem”. Oczywiście. Ale równym mitem jest społeczeństwo, rozwijające się harmonijnie na podstawie swobodnej gry podaży i popytu. Cała bezpłodność dyskusji przedstawicieli przeciwstawnych sobie kierunków polega na tym, że walczą oni z tymi właśnie mitami i wykazują ich nieżywotność, przez co zdaje się im, że zapewnili triumf swemu stanowisku. A tymczasem chodzi tu tylko o to, aby z dwóch niedoskonałych rozwiązań wybrać to, które w konkretnych warunkach geograficznych, historycznych, politycznych i psychicznych będzie możliwie najlepsze dla gospodarczych i pozagospodarczych celów zbiorowości.

7Mimo wielu błędów gospodarczych, okupionych strasznymi ofiarami, Sowiety kapitalizują więcej, niż kraje zachodnie, przynajmniej w dziedzinie przemysłowej. Przy- jąwszy stan z 1928 r. za 100, wskaźnik produkcji przemysłowej w 1936 r. przedstawia się: dla Anglii - 123, Francji - 78, Polski - 72, ZSSR - 481. Aczkolwiek dynamika produkcji rolnej obniża tę dysproporcję, to jednak nie zmienia jej na niekorzyść Sowietów, mimo różnicy w kosztach utrzymania.

8Taką szczególną formą ideowości jest np. spotykana na Zachodzie duma producentów z solidności wyrobów firmy, która od wielu pokoleń jest w rękach tej samej rodziny

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Oświadczenie Młodzieży Wszechpolskiej ws. rządowych deklaracji udzielenia wsparcia Republice Ukrainy

Czytaj Następny

USA: Izba Reprezentantów poprała sankcje za krytykę LGBT

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *