Nie wykryto sprawców „ścieżki zdrowia” na Marszu Niepodległości. Śledztwo umorzone

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie bicia uczestników Marszu Niepodległości w 2020 roku przez policjantów z powodu niewykrycia sprawców.

W czwartek RMF FM podało, że prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie bicia przypadkowych ludzi przez policjantów prewencji w okolicach stacji Warszawa-Stadion po Marszu Niepodległości w 2020 roku. Śledczy stwierdzili, że doszło do przestępstwa przekroczenia uprawnień i naruszenia nietykalności, jednak nie udało im się zidentyfikować żadnego z bijących policjantów.

„Co wyjątkowo bulwersuje - żadna z kilkudziesięciu przesłuchanych osób nie przyznała się do udziału w zajściach, ani nie wskazała na konkretnych kolegów” - informuje RMF FM. „Podwładnych kryli też przełożeni, których przesłuchano” - czytamy.

Policjanci w trakcie wydarzeń byli ubrani w jednakowe mundury, a twarze mieli zasłonięte kaskami. Wewnętrzne postępowanie policji też niczego nie wykazało, ponieważ żaden z funkcjonariuszy nie przyznał się do winy ani nie wskazał na kolegów.

Policjantów nie można było rozpoznać także z powodu braku identyfikatorów numerycznych. Po zajściach w 2020 roku MSWiA zapowiedziało ich wprowadzenie, ale - jak informuje RMF FM - w dalszym ciągu ich nie ma. „Brak identyfikatorów sprawia, że funkcjonariusze prewencji łamiąc prawo pozostają bezkarni” - komentuje reporter stacji Krzysztof Zasada.

CZYTAJ TAKŻE: Marsz Niepodległości 2020 w obiektywie

Marsz Niepodległości 2021 w obiektywie [GALERIA ZDJĘĆ]

Brutalne działania policji na Marszu Niepodległości

Na Marszu Niepodległości w 2020 roku policja zachowywała się zupełnie inaczej niż w latach poprzednich. Uniemożliwiła sprawne przeprowadzenie wydarzenia w pierwotnie zakładanej formie – rajdu samochodowego i motocyklowego – a następnie podejmowała brutalne działania wobec uczestników manifestacji oraz dziennikarzy.

CZYTAJ TAKŻE: Brutalne działania policji wobec uczestników Marszu Niepodległości i dziennikarzy [+WIDEO/+FOTO]

Marsz Niepodległości ze względu na zagrożenie epidemiczne miał odbyć się w formie rajdu po określonej trasie: Rondo Dmowskiego – Rondo Waszyngtona – Rondo 40-latka - Rondo Dmowskiego.

Założenie to udało się zrealizować jednak jedynie częściowo. Tuż przed rozpoczęciem manifestacji funkcjonariusze policji nie dopuszczali kierowców do miejsca rozpoczęcia wydarzenia, nakazując im zawrócić lub zaparkować pojazd. M.in. w wyniku takiego działania w centrum miasta zgromadziło się wielu manifestujących pieszo.

Mimo wszystko cały dzień po Warszawie krążyły pojazdy przystrojone w biało-czerwone barwy. Nie udało się jednak przeprowadzić jednej zorganizowanej parady.

Oprócz tego tysiące patriotów ruszyło w stronę Stadionu Narodowego. W okolicy ronda de Gaulle’a zamaskowani mężczyźni mieli prowokować uczestników manifestacji – pojawiają się głosy, że mogli być policjanci w cywilnych ubraniach. W mediach społecznościowych opublikowano wiele nagrać i zdjęć przedstawiających podobnie ubrane osoby stojące niedaleko umundurowanych funkcjonariuszy.

CZYTAJ TAKŻE: Psy zerwały się ze smyczy i zaczęły kąsać

Onet.pl relacjonując wydarzenia na żywo zarejestrował bezmyśly atak policjanta, który podbiegł do spacerującego młodego mężczyzny i od tyłu uderzył go pałką służbową w nogi. Mężczyzna w odpowiedzi rzucił w stronę funkcjonariuszy prawdopodobnie kawałkiem kostki brukowej.

- Szanowna @PolskaPolicja czy panowie którzy atakowali policję pod #empik to ci sami panowie którzy po chwili założyli policyjne opaski i zatrzymywali ludzi czy obraz jest zbyt mało ostry by wyciągać takie wnioski? - skomentował nagranie Rafał Otoka Frąckiewicz.

Publicysta w swoim wpisie nawiązał do starcia w bramie nad którą wisiała reklama salonu Empik. Starcie miało zostać sprowokowane przez zamaskowanych mężczyzn znajdujących się po jej drugiej stronie i później ochranianych przez policję. Według części komentatorów była to Antifa, lecz wydaje się to mało prawdopodbne, jednak nie niemożliwe - warto odnotować, że na tym samym podwórzu gdzie stała policja, znajduje się siedziba Lewicy, która z pewnością chętnie udzieliłaby schronienia lewackim bojówkarzom.

Na nagraniu z monitoringu opublikowanym przez MSWiA widać grupę mężczyzn w podobnie założonych opaskach, którzy po zniszczeniu barierek wtapiają się w tłum (po 6 minucie nagrania), co wygląda na działanie obliczone na eskalację napięcia.

Na innych nagraniach widać grupę wyposażonych w pałki teleskopowe „tajniaków”, którzy zaatakowali tłum.

Na miejesce bardzo szybko wprowadzono „polewaczkę”. Policja nie działała w ten sposób od 2015 roku.

Użyto również broni gładkolufowej – w twarz postrzelono  fotoreportera „Tygodnika Solidarność” Tomasza Gutrego. On sam twierdzi, jak relacjonuje portal Tysol.pl, że strzał został oddany z odległości zaledwie kilku metrów. Oprócz fotoreporrtera w twarz postrzelono również na pewno jeszcze jednego niezidentyfikowanego mężczyznę.

Do brutalnej interwencji policji doszło także na  dworcu Warszawa Stadion, gdzie kordon funkcjonariuszy użył pałek i gazu przeciw wszystkim zgromadzonym tam osobom, w tym dziennikarzom.

- Uczestnicy marszu obstawili peron stacji kolejowej. Ruszyli za nimi policjanci. Chciałem pokazać, co się tam działo i wchodząc po schodach, zauważyłem schodzących policjantów. Zszedłem im z drogi, podniosłem ręce i krzyczałem „media”. Policjanci okładali mnie pałami w nogi i po plecach. Na odchodne dostałem w oczy gazem pieprzowym - stwierdził reporter „Gazety Wyborczej” Dominik Łowicki.

- Byłem na dziesiątkach takich wydarzeń jako reporter i nigdy nie spotkałem się z taką agresją ze strony policji wymierzoną w media. Myślę, że oberwawszy wieloma kamieniami, usłyszawszy o sobie wszystko co najgorsze, niektórych policjantów poniosło - ocenił w rozmowie z „Wyborczą”.

Ranna została też dziennikarka „Newsweeka” Renata Kim. „Nie pomogło to, że krzyczeliśmy, że jesteśmy z prasy, zaczęli nas pałować. Miałam na sobie niebieską kamizelkę z napisem PRESS, podniosłam do góry ręce i krzyczałam, że jestem tu służbowo, ale policjanci, teraz już naprawdę rozwścieczeni, bili nas pałkami. Mnie po nerkach, ale fotoreporter Adam Tuchliński oberwał po głowie i został zrzucony ze schodów” - relacjonowała.

Najbardziej bezczelnym kłamstwem policji było twierdzenie o „obronie respiratorów” dostarczanych do szpitala tymczasowego na Stadionie Narodowym.

Tajniacy poniżali jednego z zatrzymanych każąc mu przed sobą klęczeć.

Wcześniej wrzucono racę do jednego z mieszkań w kamienicy stojącej przy Moście Poniatowskiego. Doszło do zaprószenia ognia. Temat podchwyciły media lewicowo-liberalne i zdominował on początkowy przekaz o Marszu. W mediach społecznościowych opublikowano film, na którym widać jak prezez Stowarzyszenia Marsz Niepodległości próbuje uspokoić rzucających race.

Przed 2015 rokiem uczestnicy Marszu Niepodległości wielokrotnie padali ofiarą policyjnych prowokacji, co ukazano m.in. na dostępnym w serwisie YouTube filmie „Historia jednego marszu”. Na taśmach ujawnionych w ramach tzw. afery taśmowej Paweł Wojtunik, ówczesny szef CBA, mówił o zleceniu przez Bartłomieja Sienkiewicza, ówczesnego szefa MSW, budki pod rosyjską ambasadą: Znaczy Bartek ma ze mną taki problem, że Bartek się nauczył zarządzać wszystkim przez telefon. Nawet jak siedzieliśmy na tej trybunie, to szef BOR-u do niego telefonem, czy śmigłowiec nie może dalej latać. No ja pierniczę. No to minister. Jak on do mnie zadzwonił, czy może śmigłowiec dalej latać,czy nie. Jakbym go pierdyknął telefonem. (…) Widzisz, ale facet nauczył ich, że on dzwoni i on im rozkazuje. I tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką… wiesz z takiego…

Narodowcy.net / RMF

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Większość młodych Polaków w przypadku wojny... uciekłaby za granicę [SONDAŻ]

Czytaj Następny

„Piłka nożna dla kibiców!” - sprzeciw wszechpolaków wobec decyzji Trzaskowskiego [AKTUALIZACJA]

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *