Kobiety kontra komuniści

Oto historia strajku kobiet z roku 1971, który odbył się w zakładach włókienniczych w Łodzi.

Jest początek 1971 roku, Łódź. Od 10 lutego w mieście nasila się strajk pracowników zakładów włókienniczych. Zdecydowana większość z nich to kobiety. Domagają się tego, czego w grudniu 1970 roku chcieli stoczniowcy – cofnięcia drastycznych podwyżek cen żywności.
Wtedy, na Wybrzeżu, polała się krew. Wojsko i milicja zabiły ponad 40 osób. Były setki rannych. Mimo tego, władze PRL ani myślały o wycofaniu się z podwyżek. Jak zachowają się teraz?
Opór zdesperowanych kobiet wzmaga się, a strajk obejmuje kolejne łódzkie zakłady włókiennicze, łącznie z tymi największym w Polsce. Komuniści szykują się na najgorsze. W pogotowiu jest ponad 4000 milicjantów i 1000 żołnierzy. W powietrzu wisi powtórka z Wybrzeża.
Budynek Wojewódzkiego PZPR zamienia się w twierdzę, gromadzony jest sprzęt pożarniczy. W grudniu 1970 roku w Gdańsku i Szczecinie zapłonęły budynki partii komunistycznej. Czy teraz będzie tak samo?
Władze stawiają na negocjacje. Strzelania do kobiet, nawet w komunistycznym państwie, nie uda się rozegrać propagandowo, tym bardziej, że o przerwie w pracy zakładów pisze już prasa.
Do włókniarek strajkujących na terenie dwóch największych zakładów w Łodzi: im. Marchlewskiego i im. Obrońców Pokoju udaje się delegacja
z samej Warszawy. To pierwsze prawdziwe spotkanie pracownic łódzkiego „włókna” z przedstawicielami władz centralnych. Bez udziału „aktywu” i innych podstawionych osób.
Premier PRL Piotr Jaroszewicz próbuje przekonać włókniarki, że nie ma żadnej możliwości podniesienia ich płac i prosi, by kobiety zakończyły strajk. Jaką słyszy odpowiedź? Zdecydowane „nie”. Polityka zalewa potok skarg na warunki pracy, niskie płace, niesprawiedliwy podział miejsc na koloniach dla dzieci, na lekarzy zakładowych i na to, że ludzi stać tylko na kaszankę, którą jedzą na śniadanie, obiad i kolację, bo reszta żywności jest za droga.
Kobiety płaczą, wyklinają swój los i przedstawicieli władz. Aż jedna trzecia z nich to samotne matki. Jak mają utrzymać swoje dzieci? Emocje sięgają zenitu. Jedna z włókniarek nie wytrzymuje i próbuje wyrwać premierowi mikrofon.
Wczoraj, w niedzielę byłem w Łodzi, w tym w zakładach im. Marchlewskiego, gdzie trwa strajk kobiet. Piekło. Eksplozja nagromadzonego niezadowolenia, goryczy, niezałatwianych od lat spraw i potrzeb – notuje jeden z uczestników rządowej delegacji.
Spotkanie z „Warszawą” kończy się, ale nie ma żadnych ustaleń. Panowie z PZPR, by zrzucić z siebie odpowiedzialność przypominają kobietom, że podwyżki cen to wina ekipy Gomułki, a teraz mamy Gierka, który serdecznie pozdrawia załogi zakładów. Urzędnicy zapewniają, że wszystko będzie dobrze. Czy to coś zmienia? Nie.
Strajkuje już 55 000 łódzkich robotnic i robotników. Czy to dużo? W całej Polsce w Czerwcu 1976 roku zastrajkowało mniej więcej tyle osób. Całe miasto mówi tylko o strajku. Na ulicach, przystankach, w kolejkach do sklepu. Takiego buntu powojenna Łódź jeszcze nie widziała. Część osób chce przerwać strajk, ale „łamistrajkom” protestujący grożą pobiciem. Wokół zakładów im. Marchlewskiego gromadzą się ludzie – gapie i rodziny załóg. Ktoś próbuje budować barykadę. Zaczynają się nawoływania do manifestacji na ulicach.
Włókniarki postanawiają nie opuszczać murów zakładu. Tłum pod „Marchlewskim” rusza pod siedzibę Prezydium Rady Narodowej. Budynek obrzucony jest kamieniami, z okien lecą szyby. Gdy manifestacja zmierza pod siedzibę łódzkiej PZPR interweniuje ZOMO. Rozpoczynają się kilkugodzinne walki uliczne.
Władza nie wie co robić. Podwyżki dla włókniarek staną się pretekstem do strajków w innych gałęziach przemysłu, a na to rządzący pozwolić nie może. Co robią komuniści? Ulegają ponad 60 000 strajkujących. Cofają podwyżki cen. Podwyżki, które tuż przed Bożym Narodzeniem 1970 roku zmusiły stoczniowców do wyjścia na ulice. Podwyżki, w obronie których na Wybrzeżu wojsko i milicja zastrzeliły ponad 40 osób, a kilkaset raniły.
Wieczorem 15 lutego 1971 roku cała Polska słucha komunikatu radiowego o cofnięciu podwyżek. Włókniarki zwyciężają! Stojące od pięciu dni zakłady wznawiają produkcję.
Pracownice zakładów im. Marchlewskiego fundują chorągiew kościelną ze słowami: Dziękujemy Ci Matko Najświętsza za opiekę w dniach 10–15 II 1971. Dziękują za to, że się udało, za to, że nie było powtórki z Wybrzeża.
Wkrótce, ku ich zdziwieniu, dostają dodatek do pensji i... przerwę śniadaniową. Coś co dla Was jest normą, dla nich było zupełną nowością. Wreszcie można było zjeść śniadanie, nie narażając się na obcięcie pensji za przerwę w pracy.
Po strajku włókniarek lokalne władze rozpoczynają kontrole warunków pracy w łódzkich zakładach. To nie koniec efektów zwycięstwa. Rząd opracowuje plan rozwoju i modernizacji miasta, w które nikt do tej pory nie inwestował. To dużo?
Biorąc pod uwagę, ze w tamtym czasie Łódź to wielkie kilkusettysięczne, wojewódzkie miasto:
▪ze szczątkową kanalizacją,
▪wodą ze studni
▪fatalną komunikacją
to bardzo dużo.
Powstają nowe dzielnice i osiedla, modernizowane są kolejne fabryki, pamiętające jeszcze poprzednie stulecie. Wszystko dzięki determinacji zwykłych kobiet, które postanowiły walczyć o lepsze jutro.
W 50 rocznicę zwycięstwa zwykłych kobiet, odsłonimy tablicę pamiątkową na budynku Manufaktury (dawne zakłady im. Marchlewskiego) i zaprezentujemy wystawy plenerowe. - napisali przedstawiciele Instytutu Pamięci Narodowej na Facebooku.
Narodowcy.net / przystanekhistoria.pl

Miłosz Nowakowski

Czytaj Wcześniejszy

Pożar kościoła w Lublinie. Policja: duże prawdopodobieństwo podpalenia

Czytaj Następny

Dr Tomasz Greniuch został zwolniony z IPN

Komentarze

  • Ciekawe, co tamte włókniarki powiedziałyby, gdyby musiały przepracować choć jeden dzień w dzisiejszej szwalni, w wolnej i demokratycznej Polsce? Co więcej, gdyby dzisiaj same miały się utrzymać w mieście z łaskawie im wypłacanej minimalnej, to nawet na tę kaszankę by im nie starczyło...

Odpowiedz anonim Anuluj odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *