Krzysztof Tyszka-Drozdowski: Alain de Benoist. Ponad lewicą i prawicą | Narodowcy.net

Krzysztof Tyszka-Drozdowski: Alain de Benoist. Ponad lewicą i prawicą

Podział na lewicę i prawicę zanika. Czy to koniec nowoczesności? Tak uważa Alain de Benoist. W dobie przeobrażeń, które prowadzą nas w nieznane, potrzebujemy myślicieli nonkonformistycznych.

Emmanuel Berl powiedział kiedyś, że w człowieku prawicy czasem najistotniejsze jest to, iż zaprzecza, że jest człowiekiem prawicy. Alain de Benoist nie lubi określać się mianem prawicowego myśliciela. Jest zdania, że współczesny świat polityczny wyszedł z orbity podziału politycznego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. To być może jedyny intelektualista naszej doby z takim wyczuleniem na nowe zjawiska, wyróżniający się całkowitym brakiem przywiązania do szablonów intelektualnych.

Schemat, nieważne jak dopracowany, staje się zbędny, gdy zamiast odsłaniać rzeczywistość, zaczyna ją deformować. I choć de Benoist nie jest myślicielem francuskim, tylko europejskim, to wyróżnia go zaleta rasowo francuska: lucidité. Widzieć jasno w otaczającym świecie – to jego znak rozpoznawczy. W perspektywie, którą nam przedstawia, pewien świat odchodzi w przeszłość, razem z nim podziały i pojęcia, które już tylko mącą nam wzrok. Oś, która rozbiła politykę na lewicę i prawicę, narodziła się wraz z nowoczesnością i, tłumaczy nam Francuz, przemija wraz z nią.

Poza lewicą i prawicą

Ujmując rzecz historycznie, to na prawicy najczęściej podważano tę oś. De Benoist przytacza słowa José Antonio Primo de Rivery, który miał stwierdzić, że być na lewicy albo na prawicy to wybrać jedynie połowę wrażliwości, a czasem „odrzucić całość, aby zastąpić ją karykaturą połowy”.

Podziały polityczne są płynne. Przykład francuski może posłużyć tu za dowód. Na początku XIX wieku nacjonalizm, trójkolorowy sztandar i „Marsylianka” należały do skrajnej lewicy, a pod koniec tego samego wieku przesunęły się na skraj prawicy. Wiele kwestii i teorii, które bierzemy za prawicowe, narodziło się na lewicy; tak było ze społecznym darwinizmem, z eugeniką, nowoczesnym nacjonalizmem czy kolonializmem. Historia wyjaśnia, że nasze odruchy – kojarzenie tych pojęć z prawicą – są uwarunkowane.

Podobnie z wielkimi postaciami, jak Napoleon, Clemenceau czy de Gaulle, do których odwoływali się raz jedni, raz drudzy. U nas kimś, kto uwalnia się od wszystkich podziałów, jest Piłsudski. Socjalista, potem autorytarny wódz, który fascynuje młodych narodowców (chodzi mi o takich ludzi jak Zdzisław Stahl, Ryszard Piestrzyński czy Zygmunt Wojciechowski) –  widzących w nim potężne wcielenie ideałów, którym endecja pozwoliła spróchnieć –  a po drodze wywołujący podziw wszystkich, bez względu na to, gdzie rozsiano ich na politycznym spektrum.

Istnieje jednak ważniejsze rozróżnienie. De Benoist podpisuje się pod uwagą Alaisdaire’a MacIntyre: dzisiaj dyskusja toczy się w zamkniętym kole. Uczestniczą w niej konserwatywni liberałowie, centrowi liberałowie i lewicowi liberałowie. Francuz jest przede wszystkim antyliberałem. Jest przekonany, że to od sporu liberałów z antyliberałami zależeć będzie kształt świata.

Liberalizm, czyli złudzenie

Najkrócej mówiąc, liberalizm to błąd antropologiczny. De Benoist wymienia zjawiska, które rodzi ten błąd: kultura narcyzmu, deregulacja ekonomiczna, religia praw człowieka, rozpad wspólnoty, teoria gender, apologia hybryd wszelkiej maści, wyłonienie się „sztuki nowoczesnej”, podporządkowanie wszystkiego logice rynku, panowanie tego, co efemeryczne i zmienne. Do tego właśnie ma prowadzić wyniesienie jednostki na ołtarz.

Liberalizm nie stanowi pochwały wolności jako takiej, lecz wolności czysto indywidualnej. Tutaj to nie narody rozporządzają swoją wolnością, wolne są wyłącznie jednostki. Jednostka jest suwerenna, niezależna od wszystkich układów odniesień, nieskrępowana wartościami wspólnoty. Liberalizm to indywidualizm.

Ideologia liberalna zakłada, że jednostka nie rodzi się we wspólnocie, lecz dopiero ją wybiera. Pojedynczy ludzie podejmują decyzję, umawiają się na społeczeństwo i tak powstaje nowy byt oparty o kontrakt. Nie ma żadnego rodzaju przynależności, która współtworzy jednostkę, która określa, czym jest – to byłby zamach na wolność. Z natury indywiduum wynikają prawa i nie obciążają go żadne obowiązki, chyba że sztucznie narzucone przez wspólnotę. Prawa nie służą temu, aby spełniać dobro, raczej tworzą ramy, w których człowiek wybiera własne wartości, prawomocne o tyle, o ile nie zderzają się z wyborami innych. Jednostka powinna kierować się rachunkiem, co przyniesie jej najlepszy interes, odsuwając na bok historię i tło społeczne, z którego wyrasta, a sugerowanie się przeszłością, wsłuchiwanie w tradycję, mąci wolność wyboru. Człowiek liberalny zatyka sobie uszy jak Odyseusz, aby nie dotarły do niego żadne wezwania moralne. Te mogłyby pokrzyżować jego racjonalną kalkulację.

Na tym polega liberalne złudzenie. Przecież człowiek nie może wybrać, czy chce być Polakiem, mężczyzną czy kobietą, nie może wybrać rodziny, w której się urodził, ani odrzucić jej historii. Jednostka może nadać znaczenie swojemu życiu w kontrze do tych przynależności, lecz nie bez tych przynależności. Jeżeli wytniemy jednostkę ze wszystkich więzi, nie ocalimy wcale jakiejś istoty, tego, czym człowiek jest naprawdę. Zamiast tego ujrzymy pustkę. Liberalizm porusza się w abstrakcji, zamykając oczy na konkretne uwikłanie każdego z nas.

Państwo liberalne to niezwykły twór. To pierwsza w dziejach konstrukcja polityczna, która wyklucza ponoszenie ofiary dla wspólnoty, stawiając się w tym niesłychanym położeniu: w razie zagrożenia swojego istnienia nie może liczyć na własnych obywateli. Nikt nie poświęci życia, aby je ocalić. Nikt nie odda życia za ojczyznę, bo w perspektywie liberalnej ojczyzna to fikcja.

Genealogia państwa liberalnego każe patrzeć wstecz aż na wojny religijne. To ten wstrząs wywołał narodziny liberalizmu, który rozwinął się z przeświadczenia, że jedyny sposób, aby uniknąć wojen domowych, to zabronić państwu odwoływania się do wspólnego układu wartości. Gdy wykastrujemy państwo z wartości, uratujemy społeczeństwo przed konfliktami. Druga wojna światowa stanowiła podobny wstrząs. Środek, jaki zaproponowano tym razem, to wyłączenie narodów z historii.

Wolność jednak to nie abstrakcja. Wyrasta ona ze splotu historycznych warunków, jest zawsze osadzona w tkance związków z innymi ludźmi i wyłania się ze wspólnoty, z konkretnej formy życia, poprzedzającej wolność. Człowiek nie dokonuje wyborów w pustce, lecz w pewnym otoczeniu historycznym i kulturowym.  Przeciwnie, sednem współczesnego liberalizmu jest pogląd, że wolność zaczyna się od wykorzenienia.

Demokracja oznaczała zdolność wspólnoty do kształtowania własnego losu. Dzisiaj oznacza zazdrosną obronę praw jednostek, poszerzanie i rozbudowywanie indywidualnej wolności. Gdy cały nacisk kładziemy na wymiar indywidualny, podkopujemy warunki, które pozwalają na zaistnienie wolności zbiorowej.

Liberalizm to choroba demokracji

„Nowoczesność”, tłumaczy de Benoist, „można rozumieć jako epokę, w której społeczeństwo traci pierwsze miejsce, a na czoło wysuwa się jednostka, zaś samo społeczeństwo zaczyna być postrzegane jako suma jednostek”. Można powiedzieć inaczej, że to czas, gdy wszystko, co osadza jednostkę i co ją wiąże, zostaje rozpuszczone i usunięte. Trzeba się zastanowić, czy mówienie o ponowoczesności jest zasadne, skoro ruch odrywania jednostek od przeszłości nadal trwa. Czy może ponowoczesność to chwila, kiedy nowoczesność zostaje zakwestionowana? A jeśli tak, to co to znaczy „zakwestionowana”? Czy miarą ma być liczba jej krytyków, czy może pojawienie się prób odwrócenia skutków nowoczesności? Nigdzie w świecie zachodnim taka próba się nie pojawiła (nie liczę zagarniania coraz większych kawałków Europy przez muzułmanów).

Indywidualizm to zjawisko zachodnie. To punkt, w którym jednostka odmawia – nie chce już ustalać, kim jest, na podstawie tego, co odziedziczyła. Spadek ogranicza jej pole manewru. Dopóki nie uwolnimy się od przeszłości, dopóki nie odepchniemy od siebie tradycji, taki jest nowoczesny wniosek, dopóty nie wyzwolimy swojego pełnego potencjału. Po tej pracy rozbiórkowej, jednostka staje się probierzem wszystkiego, a ostatecznie przeobraża się w homo oeconomicus. Produkuje i konsumuje, oblicza, co wyjdzie jej na dobre, wykluczając wszystko, co nie daje korzystnego wyniku.

Ten nowy człowiek, jakiego wprowadza w historię nowoczesność, to egoista pochłonięty własnym interesem. To typ ludzki, który ma mentalność i odruchy handlarza. W społeczeństwie, w którym taki rodzaj człowieka zdobywa przewagę, wszystkie stosunki przeradzają się w relacje rynkowe.

Przyczyną kryzysu demokracji jest liberalizm. Tutaj de Benoist zgadza się z Marcelem Gauchet, który uważa, że zrastanie się demokracji z liberalizmem jest nienaturalne i uruchamia permanentne napięcie. Jego natężenie spotęgowało się na naszych oczach i wydrążyło zarówno lewicę, jak i prawicę, czyniąc rozróżnienia pomiędzy nimi – przynajmniej w świecie zachodnim – zbędnymi.

Lewica, czyli kulturowa awangarda liberalizmu

De Benoist przygląda się zmianom, jakie przez ostatnie dekady zaszły na lewicy. Najbardziej uderzające jest porzucenie walki o sprawiedliwość społeczną i rozpoczęcie krucjaty przeciw wszelkim możliwym dyskryminacjom. Kawiorowa lewica żyła z dala od robotników, a na dobitkę postanowiła jeszcze odciąć się od nich politycznie. We Francji odwróciła się otwarcie plecami do klas ludowych wtedy, gdy okazało się, że większość jej dawnego elektoratu głosuje teraz na Front Narodowy (dzisiaj to nadal prawda i partia, którą najchętniej popierają robotnicy, to Zjednoczenie Narodowe). Czerwony mesjanizm wypalił się, zastąpiła go pogarda do ludu, nasilająca się w miarę przechodzenia lewicowych polityków do wyższych warstw klasy średniej. Rozziew między zwykłymi ludźmi a lewicą jest dla niej boleśniejszy niż dla prawicy, bo to ona zawsze – przynajmniej tak utarło się myśleć – lepiej wyrażała interesy ludu.

Lewica stała się libertyńska, socjalizm porzuciła dla hedonizmu, przesuwając swoją uwagę ze spraw społecznych na obyczajowe. Małżeństwa homoseksualne, wzywanie do zalegalizowania pobytu wszystkich nielegalnych imigrantów, domaganie się praw dla mniejszości, zachłystywanie się sztuką współczesną –wszystko to oznaczało kulturową secesję, przejście do wrażliwości obcej skromnym ludziom, do których lewica wcześniej się odwoływała. Secesji kulturowej towarzyszyła secesja w dziedzinie polityki ekonomicznej.

Lewicowa polityka gospodarcza niewiele różni się pod tym względem od prawicowej polityki gospodarczej. Rozbieranie osłon socjalnych, prywatyzacje, dezindustrializacja, te wszystkie zjawiska, które kojarzą się głównie z liberałami, są równie trafne w odniesieniu do rządów lewicowych. Serge Halimi z „Le Monde diplomatique” użył sformułowania „wielki skok w tył”. Po obu stronach podziału mamy do czynienia z regresem w polityce społecznej.

Dla de Benoist, który sięga tutaj po Jean-Claude’a Michéę, powód jest prosty, choć długo pozostawał nieuchwytny. Winą trzeba tu obarczyć przejście lewicy do obozu postępu, czyli do obozu nowoczesności. Oświeceniowy ideał wydarcia jednostki z tradycji, historii i obyczajów, krótko: ze wspólnoty, ponieważ tylko na tej drodze stanie się ona samodzielna, przyniósł krzywdę ludowi. Rozerwał siatkę organicznych więzi, w której żył człowiek, siatkę tradycyjnej solidarności, w której jednostka znajdywała oparcie.

U swoich początków socjalizm i oświecenie to dwa odrębne kierunki. Pierwszym socjalistom nie przyszłoby do głowy, żeby mówić o sobie jako o lewicy. Ani Proudhon, ani Marks, ani Bakunin, ani Sorel nie chcieli, aby tak ich nazywano, bo socjalizm był poza lewicą i prawicą. De Benoist zauważa, że dzielenie polityki na lewicę i prawicę nabiera prawomocności dopiero pod koniec XIX, a właściwie na początku XX w. Francuscy socjaliści nie czuli nostalgii za Ancien Régimem, ale postrzegali tradycyjną solidarność, która wyrosła pod władzą monarchów jako coś dodatniego. Pierre Leroux – to on puścił w obieg słowo „socjalizm” – mógł twierdzić, że nie tylko społeczeństwo nie wzięło się z umowy, lecz że „człowiekowi daleko jest do niezależności od społeczeństwa i wszelkiej tradycji, żyje on dopiero dzięki społeczeństwu i tradycji”.

Lewica, jako kulturowa awangarda liberalizmu, stanęła po stronie sił, które ogołociły człowieka ze wsparcia płynącego od wspólnoty. To te tradycyjne więzi, usuwane przez rewolucję francuską i wszystko, co z niej potem wyszło, osamotniły człowieka w walce o byt. Płaszczyzna kontaktu ze wspólnotą skurczyła się. Michéa, którego de Benoist przywołuje z upodobaniem, wyjaśnia, że jednostka została w ten sposób okaleczona. Ten ubytek wypełnia sztucznymi protezami, modą, konsumpcją i spektaklem lejącym się z ekranów. Wrogiem przestał być kapitalista, stał się nim „reakcjonista”, biały heteroseksualny mężczyzna, którego największą zbrodnią jest tęsknota za czasami, gdy coś znaczył. Z chwilą jednak, gdy lewica wchodzi w kontakt z liberalizmem, podpisuje na siebie wyrok. Ten drugi ją wchłania.

Liberalny konserwatyzm jest niemożliwy

Tak samo jest z prawicą albo dokładniej z konserwatyzmem. Liberalny konserwatyzm to oksymoron. W świecie politycznej algebry jedno twierdzenie, według de Benoist, jest nieubłagane: liberalna ekonomia prowadzi nieuchronnie do lewicowej kultury. Ekonomiczny liberalizm zawsze rozwija swoje dopełnienie, liberalizm obyczajowy. Slogany Maja 68’, takie jak „rozkosz bez granic” albo „zakazuje się zakazywać”, to przecież slogany liberalne.

Jak można z uporem twierdzić, że jest się na raz konserwatystą i liberałem? Jak można opowiadać się za zatrzymaniem imigracji, a przy tym opowiadać się za liberalnym porządkiem ekonomicznym, którego ideałem jest mobilność i elastyczność, otwarte granice – laissez faire, laissez passer – i pochwała nomadyzmu? Jak można bronić narodów, a przy tym zakładać, że społeczeństwa to tylko skupiska jednostek, oddzielnych atomów? Jak ubolewać nad zamykaniem rodzinnych interesów, a przy tym popierać wolny handel? Jak, dodaje de Benoist, dążyć do zachowania dziedzictwa przeszłości, a przy tym zachwycać się liberalnym kapitalizmem, który mieli to dziedzictwo na pył?

W ujęciu liberalnym jednostka ma prawo wybrać takie życie, jakie uznaje za dobre i nie ma tu złego wyboru, o ile nie szkodzi on innym. Żaden konserwatysta nie zgodzi się z poglądem, że wszystkie wartości warte są tyle samo. Kto mówi jednak w świecie liberalnym o wspólnych wartościach czy zasadach, ten podnosi rękę na wolność jednostki.

Liberalizm jest skazany na konflikt z konserwatyzmem, bo jeden napędza ruch, który wyniszcza tradycyjny ład, a drugi stara się uratować z tego ładu, co tylko może. Ten pierwszy zmierza do tego, aby unicestwić wszystkie zapory, jakie przed rynkiem stawia społeczeństwo. Tymi barykadami przed logiką zysku i pieniądza są najczęściej tradycyjne style życie i wzorce, które służyły za drogowskazy naszym przodkom. Porządek liberalny musi je zmieść, tak jak wszystkie światopoglądy i wyznania, które potępiają chciwość i egoizm. Każdy system poglądów, który stawia barierę przed natychmiastowym spełnieniem pragnienia, musi upaść.

Liberalizm jest nihilizmem. Jeżeli nie ma wartości powszechnie uznawanych, umocowanych w jakimś porządku, a są za to tylko jednostki i jej wybory, skoro wspólnota jest fikcją, w którą można się zaangażować lub z której można wystąpić, jeżeli świat nie posiada żadnego znaczenia, oprócz tego, które wypływa z decyzji jednostek, to gdy konserwatyzm paruje się z taką ideologią, sam staje się nihilizmem. Liberalizm to rewolucja, siejąca największe spustoszenia w dziedzinie moralności.

Kapitalizm prowadzi do całkowitego odwrócenia tradycyjnej hierarchii wartości. Wartości merkantylne zawsz stały najniżej, bo wynikały z konieczności, dzisiaj wciągnięto je na sam szczyt. Społeczeństwa tradycyjne, dowodzi de Benoist, zawsze ceniły zachowania bezinteresowne, które obecnie strąca się na niższe szczeble w imię pochwały egoizmu. Liberalizm wprowadza atmosferę hybris, utraty miar. Te miary, które świat antyczny i chrześcijański uznawał za niepodważalne, w świecie liberalnym stają się przedmiotem negocjacji.

Być może Friedrich von Hayek zamknął tę dyskusję swoim słynnym „Czemu nie jestem konserwatystą”. Austriak uzasadnia swoje stanowisko w ten sposób: konserwatyzm zalicza się do „konstruktywizmu”, podczas gdy liberalizm nie zakłada żadnego projektu społecznego. Postawa zachowawcza stoi w sprzeczności z „porządkiem spontanicznym”, który wyłania się bez nadzoru i bez planu, a tradycje i wartości są usiłowaniem nadania życiu pewnego kształtu.  W oczach szczerego liberała, konserwatyści są planistami w dziedzinie kultury.

De Benoist karci prawicę za to, że chce bronić dziedzictwa przednowoczesnego, opowiadając się jednocześnie po stronie sił nowoczesności, które to dziedzictwo rugują. Biją się o system, którego rdzeniem jest oświeceniowy uniwersalizm, śmiertelny wróg narodowych tradycji. „Po tej prawicy”, podsumowuje Francuz, „nie ma się już czego spodziewać”. Prawica stała się tak samo materialistyczna jak lewica. Obie złączył kult pieniądza.

Czym jest populizm?

W Europie Zachodniej narody przestają interesować się rozgraniczeniami między lewicą i prawicą. Tamto rozróżnienie przyćmiewają nowe, przede wszystkim ciągle powiększający się rozziew między społeczeństwem a klasą polityczną. Sięgnijmy znów po przykład francuski. Sondaż z 2016 r. wykazał, że 85% Francuzów będzie rozczarowanych wynikami wyborów prezydenckich w 2017 r., bez względu na to, kto je wygra. W przeciągu ostatnich dziesięcioleci rozpadły się „rodziny socjologiczne”, to znaczy zniknęły pewne stałe wyborcze. Kiedyś całe rodziny głosowały tak samo z pokolenia na pokolenie, im bardziej wierzący, tym bardziej na prawo, im bardziej robotniczy, tym bardziej na lewo. Skończyły się trwałe orientacje wyborcze, płynność elektoratu narasta, coraz więcej jest ludzi, którzy w swoim dorosłym życiu głosowali na wszystkie partie. We Francji widać to jasno, bo 60% z tych, którzy wybrali w 1988 r. na prezydenta kandydata socjalistów François Mitteranda, już w 1993 r. nie poparło jego partii. Badania Instytutu Elabe z 2016 r. pokazały, że tylko 16,4% wyborców utożsamia się z Les Républicains i tylko 14,1% z Partią Socjalistyczną. A więc zaledwie 30,5% Francuzów odnajdywało się w dwóch największych partiach, które nieprzerwanie rządziły krajem od 50 lat.

Zwykli ludzie nie potrzebują złożonych analiz, aby spostrzec to, co widać gołym okiem. „Społeczeństwo ma poczucie”, wykłada de Benoist, „że partie prawicowe prowadzą lewicową politykę, a partie lewicowe – politykę prawicową”. Gdy tylko dojdą do władzy, upodabniają się do siebie, lecz to ujednolicenie kosztuje. Jego ceną jest z jednej strony porzucenie narodu przez prawicę, a z drugiej porzucenie ludu przez lewicę. To odrzucenie narodu i ludu doprowadziło najpierw do absencji wyborczej, potem do głosowania na znak protestu, w końcu do głosu oddanego na populistów.

Przez ostatnie dekady lud doświadczył przemian, które gruntownie przekształciły warunki jego życia. Te zmiany wprowadzono bez zgody społeczeństwa, bez żadnej dyskusji. Francja peryferyjna – to termin zbudowany przez socjologa i geografa Christophe’a Guilluy – a więc ci, którzy nie mieszkają w metropoliach, utraciła bezpieczeństwo ekonomiczne, a także bezpieczeństwo kulturowe, czyli przestała czuć się we własnym kraju jak u siebie. Klasa polityczna była głucha na niepokój, jaki budziły w głębokim narodzie konsekwencje globalizacji. Głosowanie nad Traktatem Konstytucyjnym z 2005 r. okazało się przełomem. Wtedy wyszło na jaw, że establishment idzie w kierunku, w którym nie chce podążać szeroki kawał francuskiego społeczeństwa. Pod demokratyczną frazeologią kryła się pogarda do tych, do których powinno należeć ostatnie słowo. „Nie włączono narodów do konstrukcji europejskiej”, pisze de Benoist, „a w tych rzadkich przypadkach, gdy pytano narody o zdanie, lekceważono ich opinię”.

Masowa imigracja to kolejna kwestia, w której naród nie miał nic do powiedzenia. Żadna partia, żaden przywódca nie zatroszczył się o to, aby przekonać się, czy Francuzi – ale też Niemcy, Belgowie, Anglicy, bo to zjawisko dotyczące całej Europy Zachodniej – życzą sobie przekształcenia podstawy kulturowej swoich państw. Piętrzący się strumień imigracji i wprowadzenie polityki łączenia rodzin sprawiły, że tymczasowa imigracja przerodziła się w zaludnianie obcą populacją. Rzeka nowych ludzi, w przeważającej mierze bez jakiejkolwiek bliskości kulturowej z krajem, do którego przybywali, wlała się do Europy, czego skutki rdzenni mieszkańcy odczuli w każdej sferze życia: w życiu codziennym, w pracy, w szkole, w służbie zdrowia i na ulicach, gdzie wskaźniki przestępczości biją rekordy. Państwa narodowe przeobrażono w państwa wielokulturowe. Odpowiedzialni za tę zmianę o historycznym rozmachu nie zamierzali prosić społeczeństwa o zgodę.

Demokracja liberalna zdegenerowała się w oligarchię finansowo-medialną, której zasadę stanowi pogarda dla ludu. W 2005 r. zarysowało się pęknięcie, które zorganizuje politykę: po jednej stronie ci, którzy na globalizacji zyskali, a po drugiej ci, którzy stali się jej ofiarami.

Wyłoniła się nowa klasa nomadów, wyróżniająca się od innych klas swoją ruchliwością –geograficzną, intelektualną i zawodową –  i odrzucająca wszystkie osłony społeczne, wszystkie formy stabilności, które chronią przeciętnych ludzi przed zmiennymi kolejami losu. To klasa dążąca do zniesienia granic, uznająca programy społeczne za podtrzymywanie roszczeniowej patologii, traktująca narody jako groźny anachronizm, z którego znów może wylęgnąć się faszyzm, przesiąknięta permisywizmem i odrzucająca moralność tradycyjną jako zlepek uprzedzeń. Imigracja to dla nich żaden problem, bo z jej ujemnymi konsekwencjami muszą mierzyć się ludzie z przedmieść albo z mniejszych miast, nomadzi z kolei cenią sobie wielokulturowość, bo mogą zjeść sushi. Tych, którzy chcą przywrócić bezpieczeństwo ekonomiczne i kulturowe, piętnują mianem populistów.

Populizm to rekonstrukcja podziału politycznego. To koniec horyzontalnego rozróżnienia na lewicę i prawicę, teraz rzeczywisty podział jest wertykalny, na górze elity, na dole lud, na górze wykorzenieni kosmopolici, na dole ci, którzy nie mają dokąd uciec. De Benoist kładzie nacisk na to, że współcześnie nie mamy do czynienia z ochlokracją, władza nie wpadła wcale w ręce hołoty, jak głoszą konserwatyści. Nie, rządzi nami oligarchia. To przed tą oligarchią trzeba bronić lud, na tym polega populizm.

Brexit stanowił drugie – po referendum z 2005 r. – wielkie starcie między kosmopolityczną arystokracją a ludem. Francuski ekonomista Jacques Attali stwierdził wtedy, że Brytyjczycy chcą odwrócić postęp i niektóre kwestie należy umieścić pod kloszem i chronić przed demokracją.. Laurent Cohen-Tangui, adwokat o międzynarodowej renomie, wezwał do zakazania referendum w traktatach, inni proponowali, aby przy tak ważnych zagadnieniach pułap niezbędnej większości podnieść do 60% albo i wyżej. Jean-Claude Juncker już wcześniej przedstawił stanowisko podzielane przez nową klasę: nie ma zgody na taki demokratyczny wybór, który uderzałby w traktaty. Tym wszystkim wypowiedziom towarzyszył zmasowany atak mediów na tych, którzy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej. Zwolenników Brexitu przedstawiano jako niewykształconych chamów, ksenofobów nie rozumiejących wspaniałego świata, w którym żyją, prymitywów trzymających się kurczowo nacjonalistycznych złogów. Oligarchia coraz częściej daje wyraz temu, jakie obrzydzenie budzi w niej podklasa przywiązana do ojczyzny. Dlatego gorąco wierzy, że zamiast ludu, który o niczym nie ma pojęcia, to eksperci powinni o wszystkim decydować.

De Benoist to wielki czytelnik Schmitta, co tłumaczy jego wyczulenie na neutralizujące działanie współczesnego liberalizmu. Ten dąży, co jest jego trwałą cechą, do zastąpienia polityki zarządzaniem. W przekonaniu francuskiego myśliciela domaganie się władzy ekspertów to domaganie się zaniku polityki. Technokratyczna liberalna ideologia wygasza politykę twierdzeniem, że istnieje tylko jedno właściwie rozwiązanie. Wiedza ekspercka rozstrzyga tu bez wątpliwości na korzyść jednego słusznego wariantu, a reszta jest nieporozumieniem, za które należy obarczyć ludzi niekompetentnych. Ludem trzeba nieustannie się opiekować, aby przypadkiem nie hamował postępu i nie szedł pod prąd historii. Populizm to odrzucenie tej kurateli.

Populizm to nie zwarta ideologia, to pewien styl polityczny. To nie faszyzm odrodzony pod nową postacią, bo ani nie marzy o nowym człowieku, ani nie opowiada się przeciw demokracji.

Populizm może łączyć się z suwerenizmem, ale nie musi, podkreśla de Benoist, może mieć wymiar tożsamościowy, ale nie jest to konieczne. Istnieje cały nurt lewicowego populizmu, którego fundament teoretyczny wyłożyli Chantal Mouffe i Ernesto Laclau. Mouffe, belgijska filozof polityki, zauważyła – i z tym spostrzeżeniem zgadzają się wszystkie odcienie populizmu – że aby demokracja się odrodziła, trzeba najpierw zrozumieć, iż jej liberalna odmiana nie stanowi spełnienia dziejów. To na Węgrzech wyrósł jej rywal.

Politolog Sylvain Kahn w swojej historii konstrukcji europejskiej pisze, że na naszych oczach doszło do „orbanizacji Europy”. Orban świadomie rzucił wyzwanie liberalizmowi, wpuszczając trochę ożywczego powietrza w ideologiczną atmosferę naszej epoki. W 2014 r. w ramach letniego wyjazdu partii Fidesz oznajmił, że naród to nie zbieranina jednostek, lecz wspólnota, „którą trzeba organizować, wzmacniać i rozwijać. W tym znaczeniu nowe państwo, które budujemy, nie jest państwem liberalnym, tylko nieliberalnym”. Demokracje liberalne pozbawiły narody narzędzi, którymi można bronić własnego interesu, bo, jak wyjaśnia de Benoist, to „demokracje bez demosu, bez ludu”. Nieliberalne demokracje oddają te instrumenty na powrót w ręce narodów. Jeżeli narody chcą przetrwać, muszą wybrać: liberalizm albo demokracja. Weszliśmy w lata rozstrzygnięć.

Myśliciele ponad barykadami

Jeżeli przyjmiemy, że de Benoist to prawicowy pisarz polityczny, to rzuci nam się w oczy, że my takiej prawicy nie mamy. Nie mamy nonkonformistycznej prawicy, idącej na przełaj przez zastygłe podziały, do których spycha się u nas refleksję polityczną, prawicy antynowoczesnej i krytycznej wobec kapitalizmu. Francuz ma słabość do Proudhona, Sorela czy młodego Maurrasa, do tych, którzy sprzeciwiali się z równą mocą zarówno marksizmowi, jak i  liberalnemu kapitalizmowi. Potrzeba nam po prawej stronie myślicieli, którzy chodzą luzem, gotowych zrobić wyłom w ideach.

Czy de Benoist jest myślicielem prawicowym? On sam uważa, że metki „prawica” i „lewica” niczemu już nie służą. Przed wojną inny francuski pisarz, Alain, stwierdził: „gdy stawia mi się pytanie, czy podział na partie prawicowe i lewicowe, na ludzi prawicy i lewicy nadal ma sens, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to że ten, kto stawia mi to pytanie, nie jest człowiekiem lewicy”. De Benoist nie wybrał jednak żadnej ze stron barykady. Patrzy na nią z góry.\

Przedruk za Klub Jagielloński.

Esej pochodzi z numeru czasopisma „Pressje” pt. „Konserwatysta w odczarowanym świecie”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w jednym z trzech formatów elektronicznych.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.

Komentarze