Marek Kawa: Dziedzictwo klasyków

Wywiad ukazał się w 2-3 numerze kwartalnika ,,Polityka Narodowa” (Lipiec-Sierpień, 2007)

Do postmodernistycznych mitów należy coraz bardziej niebezpieczna tendencja w humanistyce, iż dzieł wszelakiej sztuki czy literatury nie powinno się oceniać i wartościować. W tym duchu zaleca się jedynie weryfikację czytelniczą ergo rynkową.

Wtedy mówi się, że każdy przecież czytelnik może się w jakiś sposób odnaleźć w tej lub innej artystycznej propozycji i nie wolno mu tego zabronić, „dyskryminując” go fachowymi ocenami krytyków czy znawców. A już – broń Boże – ustalonymi kanonami klasyki, czegoś, co winno stać się warunkiem sine qua non jakiejkolwiek dyskusji intelektualnej. Niestety dziś doszliśmy do takiego momentu zarówno w sztukach wizualnych czy sztuce literackiej, że samokreujący się na „artystów-pisarzy” różnej maści prowokatorzy i gniewni kontestatorzy – często żyjący na koszt mamy, taty – stąpają w aurze (fałszywej) sławy. Łechtani przez media, które są dziełem podobnej często przypadkowości i podobnej natury „profesjonalistów”, jedyne co mają do zaproponowania światu to, co cechuje większości nawiedzonych egotyków: Poniedziałek – Ja, Wtorek – Ja, Środa – Ja, Czwartek – Ja,….itd. Tak mówił o sobie Gombrowicz, ale on przynajmniej miał świadomość swojego narcyzmu.

Dziś z kolei kusi wszystkich poruszających się, gdzieś tam w orbicie humanistyki, zrezygnowanie z każdego niemal kształtującego kanonu i depozytu wartości niezbędnych do normalnego funkcjonowania i rozwijania się. Wystarczy spojrzeć choćby na ten elementarny szczebel edukacji literackiej, jaki odbywa się w polskiej szkole; to tutaj właśnie powinien mieć miejsce ów najszlachetniejszy proces wychowania i kształcenia człowieka w oparciu o oszlifowane tradycją perły polskiej literatury, które to będą w uczniu zasiewać ziarno estetycznego piękna, harmonii i ładu naszych wartości, a nie czynić z niego hormonalny śmietnik i truć dawką dewiacyjnych, a przede wszystkim jakże destrukcyjnych treści. Jeden z polskich literaturoznawców po wojnie uprościł podział tradycji literackiej, redukując historię literatury do trzech słów-kluczy: klasycyzm, romantyzm, awangarda. Jak widzimy przewaga nurtów antyklasycyzujących jest widoczna: 1:2 dla chaosu i przypadkowości. Niestety jak popatrzymy na tendencje w twórczości literackiej, co najmniej od dwóch stuleci podobne proporcje przeważają. Nie możemy jednak zapominać, iż Opatrzność sprawia, iż nawet w najgorszych czasach degrengolady estetycznej czy moralnej pojawiają się „klasycy”, którzy niczym najważniejsze gwiazdy na firmamencie są drogowskazami dla błąkających się czy zagubionych. Jak sami piszą, rozpoznać ich niekiedy łatwiej, aniżeli myślimy:

Kim stałbym się gdybym Cię nie spotkał […]

Do którego po raz pierwszy zwracam się po imieniu

Z pietyzmem czcią jaka należy się –

Wysokim Cieniom

Byłbym do końca życia śmiesznym chłopcem

Który szuka

Zadyszanym małomównym zawstydzonym własnym istnieniem

Chłopcem który nie wie…

Z. Herbert, List do Henryka Elzenberga

Można by rzec, iż błogosławiona to chwila, kiedy przeżywa się takie literacko-duchowe katharsis w zetknięciu z artystą, poetą, pisarzem, który dokonuje swoistego przewrotu kopernikańskiego w naszej estetyce, wrażliwości, wyobraźni, spojrzeniu na świat. Z pewnością wielu z nas ma już za sobą takie chłopięce po trosze odkrycia… Przyznanie się do takich odkryć nie jest rzeczą pewnie łatwą, to przecież dość intymna chwila, którą rejestrujemy i do której powracamy już przez całe życie.

W moim przypadku spoglądając na lata lektur i kanonu szkolnego, takich olśnień było przynajmniej kilka. Co ważniejsze te zauroczenia arcydziełami literatury polskiej trwają do dziś. Na pewno nie mógłbym dziś przejść spokojnie obok szkolnego kanonu, gdybym nie znalazł tam Bogurodzicy, niektórych żałobnych Trenów czy podniosłych Pieśni Kochanowskiego; ksiąg Pana Tadeusza, a zwłaszcza relacji i opisów np. śmierci księdza Robaka; kunsztownych dygresji Słowackiego w Beniowskim, niesamowicie wyrafinowanego jak na czas romantyzmu Fortepianu Szopena Norwida, proroczego ostrzeżenia Krasińskiego przed lewactwem i mechanizmem rewolucyjnego buntu w NieBoskiej Komedii. Polska powieść pozytywistyczna – rzekłbym – jako niemalże samodzielny gatunek literacki – osiągnęła swój szczyt pod piórem mistrza Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa. Później już, choć z mniejszym rozmachem, kontynuowana przez Żeromskiego, Reymonta, Jeske-Choińskiego. To chyba wtedy też patriotyzm miał swoje najbardziej trwałe i przejrzyste miejsce: śmiem twierdzić, iż dziś najmłodszy polski czytelnik będzie kimś całkiem innym, obcym dla polskiej kultury, bez wiedzy i lektury choćby Władysława Bełzy, Artura Oppmana, Marii Konopnickiej czy później nieco Kornela Makuszyńskiego. Nadzieją dla naszej narodowej literatury było niewątpliwie pokolenie wyrosłe i wychowane w okresie XX-lecia międzywojennego, choćby ta najbardziej świadoma swej roli grupa pokoleniowa „Sztuki i Narodu”. Piękne liryki Gajcego, Trzebińskiego, Bąka czy Baczyńskiego otwierały przed naszą literaturą kolejny świetlany czas; niestety na krótko, gdyż tragedia wojny go przekreśliła. Tym, którym udało się przeżyć ten jakże niszczący dla polskiego ducha i kultury czas zapłacili swoim talentem i przetrąconym charakterem (Gałczyński, Broniewski), tułaczką (Pietrkiewicz, Lechoń, Sergiusz Piasecki…), niektórzy jednak okazali się „nadmocnymi” siłaczami klasycyzmu i przetrwali w najgorszych warunkach promieniując i rzucając odradzające się światło na współczesną polską literaturę. Oczywiście chodzi mi o Zbigniewa Herberta. Najkrócej by rzec – to Polak, wielki poeta, pisarz, a przede wszystkim ocalony w tej całej zgrai literatów zapatrzonych w siebie i swój cień. Aby nie pisać noty biograficznej Herberta, bo to zadanie domowe, które każdy rzetelny uczeń winien mieć już za sobą, przypomnijmy kilka jego słów, które już przeszły do skarbca prawdziwie światłej i wychowującej literatury polskiej.

Nigdy nie zapomnę, gdy jako uczeń szkoły podstawowej przeczytałem Pana od przyrody, a później dla pewności wczytywałem się jeszcze kilka razy w ten wiersz. Mimo pewnego smutku naznaczonego delikatnie przez przywołanie śmierci i wojny z piękną jednak perspektywą eschatologiczną, utwór ten daje chyba każdemu czytelnikowi ładunek „wyprostowanej postawy”. Już nie wspominając, jak silnie wychowawczy, zdrowy i świeży dla dzisiejszego „zamemłania” jest ten niepozorny utwór. Przereklamowany przy nim Różewicz okazuje się zasmarkanym nihilistą, który tylko szuka kąta i pretekstu – czasami, nie powiem, bardzo wyrafinowanego – żeby sobie strzelić w łeb. Herbert jest diametralnie inny – nawet wydawałoby się z najbardziej beznadziejnej sytuacji wskazuje kierunek – wychodzi godnie wyprostowany i prze do przodu. Dlaczego? Bo posiadł, przechował, nie zgubił gdzieś i nie schował pod korzec czy rumieniec wstydu tego, co dała i daje nam zachodnia, łacińska cywilizacja – a więc dziedzictwo klasyki. Chyba najlepiej niech zobrazuje to fraza, gdzie porównuje dwie postawy, wcale nie historyczne mimo kontekstu rzymskiego, ale jakże i dzisiaj współczesne – dwa wzorce zachowań: z jednej strony nadpobudliwi, robiący mnóstwo hałasu wokół siebie egotycy, a z drugiej strony dowódca Tukidydes – chłodny, powściągliwy, ale honorowy i przede wszystkim autentyczny:

generałowie ostatnich wojen

jeśli zdarzy się podobna afera

skomlą na kolanach przed potomnością

zachwalając swoje bohaterstwo

i niewinność

oskarżają podwładnych

zawistnych kolegów

nieprzyjazne wiatry

Tukidydes mówi tylko

że miał siedem okrętów

była zima

i płynął szybko

Z. Herbert, Dlaczego klasycy

To jest właśnie dziedzictwo wielkiego, majestatycznego nurtu, który dała kultura europejska i który tak mocno wybrzmiewa u naszych wielkich twórców literatury. Klasycyzm oczywiście dziś budzi odrazę i zemstę u różnych postępowców i quasi-twórców. Naturalnie przeszkadza im w opisywanej przez nich szaletowej retoryce ich liczne panseksualne zgryzoty; to oni stanowią ten brak, o którym pisał Norwid, który z zawiści, że ktoś jest bardziej doskonały i w dodatku geniusz, gdyż prawdziwe dzieło jest spełnione i dopełnione. Podobnie jak teologiczne, Tomaszowe zło, które jest brakiem dobra, tak kiepska i chałturowała literatura jest tym masowym brakiem klasycznej doskonałości i wypełnienia. Stąd prawdziwe piękno zachwyca, pociąga i oczarowuje, nakazując wierność sobie – tak jak Norwid, Herbert, Sienkiewicz, Mickiewicz i inni, oby znaleźli się ich uważni czytelnicy, ale i wierni uczniowie.

O Ty! co jesteś Miłości-profilem,

Któremu na imię Dopełnienie;

Te – co w Sztuce mianują Stylem,

Iż przenika pieśń, kształci kamienie…

O! Ty – co się w Dziejach zowiesz Erą,

Gdzie zaś ani historii zenit jest,

Zwiesz się razem: Duchem i Literą,

I „Consummatum est”…

O! Ty – Doskonałe – wypełnienie,

Jakikolwiek jest Twój, i gdzie?… znak…

Czy w Fidiaszu? Dawidzie? czy w Szopenie?

Czy w Eschylesowej scenie ?…

Zawsze – zemści się na tobie: BRAK!…

– Piętnem globu tego – niedostatek…

C.K. Norwid, Fortepian Szopena

Marek Kawa

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

„Nie odpuścimy w walce o prawdę”. Pod głogowskim sądem miała miejsce pikieta ws. śmierci Pawła Chruszcza

Czytaj Następny

Abp Jędraszewski w 76. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego: Nie depczcie przeszłości naszych ołtarzy

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *