Budowa Międzymorza to projekt, który może sprawić, że Polska stanie się przeciwwagą dla niemieckiej dominacji w Europie. Mitteleuropa to projekt, który ją umocni. Z tego punktu widzenia oczywistym jest do czego lepiej byłoby Polsce dążyć. Tylko czy jeszcze jest czas na realizację Międzymorza? Czy fiasko tej koncepcji nie przyniesie gorszych skutków niż podporządkowanie się silniejszemu z własnej woli? To są pytania, które (nie tylko ja) sobie zadaję w gorszych chwilach. Czy da się ocenić sytuację na tyle jednoznacznie, żeby nie obstawić „złego konia”? Cokolwiek wybierzemy (a raczej nasze władze), nie będzie można sprawdzić jak potoczyłaby się historia alternatywna.
Coraz głośniej mówi się o tym, że Ukraina postawiła na Niemcy, USA postawiły na Niemcy. Mimo początkowych problemów wizerunkowych związanych z opieszałą pomocą RFN dla Ukrainy, kluczeniem w sprawie sankcji dla Rosji i wymuszonym zwrotem w kierunku atlantyckim, Niemcy po dwudziestu miesiącach od rosyjskiej agresji z 24.02.2022 wyglądają na jednego z beneficjentów konfliktu. Ich pozycja nie wygląda już na osłabioną. Koniunktura wydawała się korzystna dla Polski, ale niewiele z tego wynikło. Byliśmy z początku beneficjentem sytuacji stając bezkompromisowo po stronie ofiary i stając się jej orędownikiem. Nie udało się tego przełożyć na polityczny kapitał. Z czasem okazało się nawet, że szykujemy teatr dla moskiewskiego aktora, a rząd który próbował być przyjacielem Ukrainy nie sprawił, że Polska stała się jednym z rozgrywających w Europie. Jest też niemal pewne, że ten rząd nie utrzyma nawet władzy we własnym kraju.
CZYTAJ TAKŻE: Brytyjskość i jej odblaski - Brexit a Polexit
Nie ma się co obrażać na sytuację. Niemcy są większe, bogatsze, tylko ich część znajdowała się pod butem ZSRR po wojnie. Ma ukształtowane elity, sprawniejszą dyplomację, przemysł. Latami udało im się stać „moralnym” mocarstwem, nie wypomina im się rozpętania II Wojny Światowej czy Holocaustu. Niemcom nie wypomina się tych wielkich zbrodni, a my co jakiś czas tłumaczymy się z „polskich obozów” i to nie tylko przed krajami, gdzie wiedza o tym może nie być powszechna ze względu na położenie geograficzne, ale nawet przed Izraelem czy Niemcami właśnie. A przecież i na własnym podwórku nie brakuje wojowników o „prawdę” o rzekomym polskim udziale w Holocauście, demonach polskiego nacjonalizmu, które już zaraz wrócą itp. Piszę to tylko, żeby podkreślić dwie banalne kwestie. Po pierwsze, jak wynika z najnowszych stosunków polsko-ukraińskich – wdzięczność nie stanowi żadnej waluty w stosunkach międzynarodowych. Po drugie, prawda historyczna nie jest czymś, co skutecznie krępuje ruchy dyplomacji. Z jednej strony można zrzucić z siebie odium zbrodni, jeżeli cierpliwie uprawia się propagandę i wystara o odpowiedni „glejt” na przykład na nie bycie antysemitą. Z drugiej strony, nawet szlachetna przeszłość nie sprawi, że stosowny „glejt” dostanie się za darmo.
Smutny jest obraz, który sugeruje, że polscy decydenci wierzą we własną propagandę oraz to, że prawda sama się obroni, inni będą nam wdzięczni jeśli bezwarunkowo im pomożemy, a świat będzie nas słuchał, bo kiedy mogliśmy zachować się źle, byliśmy ponad to. To może działać w stosunkach między ludźmi i to nie wszystkimi, ale nie między państwami. Podporządkowywanie wszystkiego wyłącznie polityce wewnętrznej, rozhuśtanie nastrojów, nie przysłużyło się państwu jako takiemu. Jak pokazują wyniki wyborów, w polityce wewnętrznej też to nie pomogło.
CZYTAJ TAKŻE: Nasz imperializm. Wielka idea narodu polskiego
Zajęcie miejsca Niemiec jako głównego rozgrywającego to coś nierealnego i wygląda na to, że nie staje się to mniej realne z czasem. Mimo problemów niemieckiej gospodarki i tego, że polska gospodarka faktycznie nadgania, polityczne znaczenie naszych zachodnich sąsiadów jest wciąż zdecydowanie większe od naszego. I wygląda na to, że Niemcy będą chcieli to niedługo zdyskontować federalizując Unię Europejską. Propozycje Niemiec i Francji, a także podobną inicjatywę niemieckich europosłów (plus Guy Verhofstadt) omawia profesor Grosse na łamach „Nowego Ładu”[1]. I tak wg propozycji niemiecko-francuskich miałoby dojść do likwidacji prawa weta w kwestiach budżetowych lub podatków europejskich (federalizm fiskalny), zwiększenia liczby krajów uczestniczących w prezydencji (co wg. Autora miałoby zmniejszyć wpływ na UE mniejszych państw w czasie ich prezydencji). Alternatywą jest jeszcze hierarchizacja wśród komisarzy, gdzie tylko mniejsza część z nich miałaby wpływ na legislację. Proponuje się też ułatwienie stosowania sankcji za brak praworządności.
Grupa z PE proponuje z kolei nawet więcej. Szef Komisji Europejskiej miałby stać się prezydentem. Europol miałby móc działać na terenie państwa członkowskiego nawet bez wiedzy lokalnych służb. Polityka klimatyczna i ochrona środowiska miałyby stać się domeną UE, a nie państw. Inne osiem obszarów miałoby z kolei stać się przedmiotem kompetencji dzielonych. Profesor Grosse pisze tak:
Dla ograniczenia narodowej suwerenności szczególnie istotne byłoby uznanie za „kompetencje dzielone” polityki zagranicznej, polityki ochrony granic zewnętrznych, bezpieczeństwa zewnętrznego, polityki obrony i obrony cywilnej. W art. 79 TFUE wprost wpisuje się imigrację ekonomiczną jako kompetencję UE. Do tej pory była to wyłączna kompetencja państw członkowskich, stąd tak duże kontrowersje prawne wokół proponowanego przez Brukselę przymusowego mechanizmu relokacji. Najbardziej dobitnym przykładem, jak daleko idzie centralizacja w omawianym projekcie jest uznanie, że wszystkie państwa UE muszą przyjąć walutę euro. Muszą to zrobić bez względu na to, jak bardzo byłoby to nieopłacalne dla nich ekonomicznie albo sprzeczne z preferencjami lokalnych wyborców.
CZYTAJ TAKŻE: Międzymorze? Tak, ale...
Odsyłam do całości po więcej konkretów. Oczywiście te rozwiązania mogą nie zostać przyjęte. Mówi się o tym (jak np. dr Krzysztof Rak), że Niemcy mogą uzależnić akcesję Ukrainy do UE od poparcia przez Polskę zmian traktatowych albo tych propozycji wysuniętych przez członków PE. Można to uznać za ciekawą pułapkę. Polska jako największy orędownik przyjęcia Ukrainy do UE, aby chronić własną suwerenność musiałaby wziąć na siebie winę za to, że do przyjęcia Ukrainy nie dojdzie. Obiektywnie przyjęcie Ukrainy do UE nie jest warte pozbawiania się suwerenności. I chyba nie tylko Polska nie głosowałaby przeciwko temu. Propozycje jednak są przedstawione śmiało i są daleko idące. Pytanie na ile silne będą naciski na państwa, które chciałyby się sprzeciwić, a na ile to jeszcze sondowanie i oswajanie z pomysłem super-państwa, a w wypadku niepowodzenia zmiany będą wprowadzane wolniej i mniej formalnie.
Nie ulega jednak wątpliwości, że budowa super-państwa europejskiego w duchu „Manifestu z Ventotene” jest celem brukselskich elit. Jeszcze kilka lat temu było to traktowane jako teoria spiskowa, ale z kolejnych mównic i dokumentów dowiadywaliśmy się, że federalny kraj zamiast wspólnoty to stan pożądany (choćby umowa koalicyjna rządu RFN o tym wspomina). Oczywiście chęć formalnego zdominowania UE przez Niemcy, a budowa komunistycznej utopii to inne motywacje, jednakże świetnie współgrają w tej sytuacji. Ideologiczne zapatrywania ludzi takich jak Guy Verhofstadt i jego koledzy z grupy „Spinelli” są bardzo użyteczni dla realizacji w tym wypadku niemieckiego interesu. Pozostanie pewnie jeszcze kilku graczy, którzy na tym raczej zyskają jak Francja, niemniej dla większości oznaczać to będzie podporządkowanie silniejszym i bogatszym.
CZYTAJ TAKŻE: Polska między Wschodem a Zachodem. Co z Ukrainą?
Kilka tygodni temu, jakoś dzień czy dwa przed wyborami parlamentarnymi w Polsce pomyślałem sobie, co nam pozostało w tej sytuacji? I nie byłem zadowolony z odpowiedzi jakiej sobie udzieliłem. Stwierdziłem, że do grania w jakąś własną grę, potrzebujemy mieć możliwość nacisku na naszego zachodniego sąsiada. A nasza sytuacja jest coraz gorsza. Po ustępstwach w sprawie KPO dającym unijnym dygnitarzom możliwość szantażowania Polski i wymuszaniu konkretnej legislacji wygląda na to, że możemy już tylko chodzić na smyczy Brukseli. A skoro daliśmy się sprowadzić do takiej roli, czego nie przewidział nawet Traktat Lizboński, to nasze pole manewru zawęża się. Mimo buńczucznej retoryki polityków rządu Zjednoczonej Prawicy, nie udało się zbudować niezależnego (nawet pozornie), ale silnego ośrodka medialnego, który przygotowywałby opinię publiczną na „Polexit”. Nie pamiętam nawet rzucanych haseł, które mogłyby coś takiego sugerować z ust premiera czy ministra spraw zagranicznych. A to chyba jedyne co nam pozostało, zagrozić, że zabieramy „zabawki” i idziemy się bawić bez kolegów z Unii. Niestety nastroje są jakie są. Każdy polityk musi tłumaczyć, że nie wyprowadzi polski z UE. Taki szantaż musiałby być zbyty śmiechem Ursuli von der Leyen czy kogoś z jej współpracowników. (więcej w moim starszym tekście o Polexicie)
To sprawia, że nie możemy po prostu tą kartą grać. Jeżeli mamy coś uzyskać, musimy poprowadzić sprawy dość daleko. Rozpocząć procedurę i negocjować, a może nawet trzeba byłoby sprawę doprowadzić do końca, bo ciężko liczyć, że wytargujemy jakiś realny powrót do „Europy suwerennych państw”. Innymi słowy, jeżeli nie da się zmienić kursu UE, Polexit pozostanie jedyną opcją. Zakładając na chwilę, że udałoby się taki scenariusz zrealizować, nie można zakładać, że mimo odzyskania suwerenności i możliwości uniknięcia wielu ideologicznych absurdów, nie staniemy się nagle szczęśliwsi i bogatsi. Musielibyśmy przygotować umowy z sąsiadami i krajami regionu. Infrastrukturalne i gospodarcze związki w Międzymorzu i Trójmorzu musiałyby być rozwijane w dalszym ciągu intensywnie. Stanie się regionalnym liderem i jakąś przeciwwagą dla Niemiec jest koniecznością w każdej sytuacji.
Jeżeli chodzi o kwestie militarne, tutaj sytuacja jak zawsze jest zła. Siłą rzeczy i tak musimy polegać na sobie. Przebieg wojny na Ukrainie i nowa wojna na Bliskim Wschodzie mogą doprowadzić do tego, że Ukrainy nie będzie stać na dalsze prowadzenie wojny, co rozwiąże Rosji ręce na tym odcinku, a Ukrainę pozostawi zmniejszoną o kolejne terytoria, z kryzysem gospodarczym i demograficznym. Musimy się przygotować do wojny. I jeżeli Rosja będzie dążyła do konfrontacji z Polską, to obawiam się, że nie zbudujemy armii, która zdoła ją skutecznie odstraszyć. A to oznacza wojnę.
Nie wykluczam scenariusza, że jest źle i może nie jesteśmy w stanie wybić się na realną suwerenność bez pobicia Rosji. Jeżeli to prawda, może warto jednak rozważyć stanie się częścią Mitteleuropy, Stanów Zjednoczonych Europy, Związku Socjalistycznych Republik Europejskich czy jakkolwiek to nazwać? Może jest tak, że nasza pozycja jest tak zła, że to najlepsze co możemy zrobić. Wytargować od Niemców jakieś ważne dla nas sprawy, ale de facto dać się im prowadzić w sprawach najważniejszych (polityka zagraniczna, wspólna armia). Może wtedy będziemy pewni, że nie będzie gorącej wojny. Na łamach „Magazynu Kontra” Łukasz Warzecha stawia wprost takie pytanie.[2] W skrócie: Czy warto próbować z Międzymorzem, by i tak potem przegrać rywalizację z Niemcami czy lepiej się z nimi dogadać, podporządkować, ale coś jednak z tego mieć?
Jeżeli sytuacja jest tak zła i zbliża się wielkimi krokami czas wielkich decyzji, oznaczałoby to, że przespaliśmy już za długi okres i stajemy ewentualnie przed ucieczką z przysłowiowego deszczu pod rynnę. Stalibyśmy w zasadzie przed tym, co nazywam alternatywą Mellera. Marcin Meller chciał w takiej sytuacji do Niemiec. Czy my jesteśmy jeszcze w stanie wybrać Niemcy, ale nie dać się zwasalizować? Być może. Gdybyśmy w jakiś sposób sformowali koalicję przeciwników europejskiej federacji i wysunęli kontrpropozycję, która wręcz cofnęłaby Unię do faktycznej wspólnoty suwerennych państw. To by wymagało zręczności i też jasnego sformułowania swojego stanowiska, a także konkretnych propozycji. Tego brakowało w lepszych czasach, ale te się najpewniej skończyły. Może jesteśmy już w sytuacji Józefa Becka, który musi się zdecydować czy jeszcze warto grać na niepodległość. On tak zrobił, ale poniósł klęskę. Ja teraz wróżę z fusów, zwłaszcza, że przeczuwam, że prędzej czy później damy się Niemcom zwasalizować i może nie tak drastycznie, ale z wolna utracimy suwerenność. Bo czy można spodziewać się po jakimkolwiek polskim rządzie, że poszedłby na otwartą wojnę z Unią Europejską? Wyniki wyborów świadczą o tym, że poparcie dla członkostwa w UE (jakkolwiek wyobrażają ją sobie wyborcy) są niezmiennie wysokie. Kolejne ustępstwa jakoś się wyjaśni, będziemy sobie wmawiać, że to co nam nie pasuje to tylko retoryka, to co jest jawną propagandą to dobre intencje itd. Można tak wypierać w nieskończoność. Więc pewnie dopóki nie będzie u nas wojny i nie zmuszą nas do mówienia w obcym języku to może nawet nie zauważymy jako społeczeństwo, że już nie mamy swojego państwa. Mówiąc pół-żartem: może lepiej, żeby Tusk sprzedał nas (byle drogo) zamiast zostawić tę niemal pewną transakcję Morawieckiemu, tyle, że przyprawioną sosem patriotycznym (bez dodatku ani guzika w tym sosie).
Przepraszam za pesymistyczny ton tego tekstu. Liczę, że są eksperci, którzy w odróżnieniu ode mnie są w stanie dokładnie ocenić naszą sytuację i że czarne scenariusze, które kreślę okażą się przesadą. Niestety, nawet jeśli sytuacja jest lepsza, nie będzie aż takiego „parcia” na szybkie stworzenie super-państwa z UE, to i tak musimy prowadzić własną mądrą politykę, która da nam pole manewru, gdy już staniemy przed zero-jedynkowym wyborem. Czego sobie i Państwu życzę.
[1] W kierunku super-państwa europejskiego | Nowy Ład (nlad.pl)
[2] https://magazynkontra.pl/warzecha-mitteleuropa-czyli-langsam-langsam-aber-sicher/




Komentarze
Kochani, czy to wydaje się nieuniknione czy też nie, błagam na Boga, nie siejcie defetyzmu że „prędzej czy później damy się Niemcom zwasalizować” i że przyłączenie się do Mitteleuropy będzie korzystne dla Narodu Polskiego, bowiem nie wiem czy Szanowny Autor wie o zapiskach z konstytucji RFN dotyczących granic, a tam Hakata wskazuje bardzo wyraźnie - wszystko co w 1937 roku było w granicach Rzeszy jest własnością niemiecką, już nie wspominając na temat odradzania się dawnych tradycji w stylu Drang nach Osten aka Lebensraum u szkopskiej wersji konfederacji czytaj Alternatywy dla Niemiec oraz co fanatyczniejszych sympatyków NPD/Heimatu, co nie wróży nic dobrego, szczególnie jeżeli na to patrzy ktoś mieszkający na terenach które jego przodkowie wyrwali z rąk prusackim bandziorom pod koniec grudnia 1918 roku lub osamotnieni bili się na Śląsku przez trzy lata, w trakcie których szkopy były gotowe ściągnąć napływowych oraz swoich najlepszych agentów cytując kanclerza Bismarcka - wszystko byle tylko nie oddać tego co zagrabili...
Mam przypomnieć szykowane już za ostatniego kajzera plany zagłodzenia Polaków czy też wcześniej organizowaną germanizację oraz bezprawne odbieranie Polakom ziemi przodków które dzisiaj zastąpiły europeizacja, ideologia lpg i dominacja szwabskich monopoli, szczególnie widoczne w mojej ukochanej Wielkopolsce?
Ktoś może powiedzieć że czasy się zmieniły lub że rodowite szkopy nie są już w stanie zagrozić Polsce ze względu na swoje problemy z muzułmanami, bez wahania odpowiem że czas płynie a wróg pozostaje wrogiem ZAWSZE, jeżeli nie ma wojny oficjalnej to jest walka na podłożu kulturowym, edukacyjnym, gospodarczym i wywiadowczym, a po moim własnym miasteczku widzę z przerażeniem że akurat w prowadzeniu takiej wojny fryce się uczyli od swoich najlepszych przyjaciół tak jak uważania siebie za naród wyb..., przepraszam, rasę panów, a wracając do wątku - upadają niewielkie sklepy spożywcze, nierzadko prowadzone kilka pokoleń wstecz przez prawdziwych z krwi i kości Polaków, już nie mówiąc o małych zakładach usługowych czy też o wpływie germanofilskich (żeby tylko) szkodników na kształtowanie „prawdy” o historii swoich okolic do 1945 roku czyli wiadomo jaka narracja idzie w świat i trafia do umysłów moich rówieśników oraz młodszego pokolenia, oczywiście pod warunkiem że coś ich jeszcze interesują korzenie...
A muzułmanów już można spotkać w takim zadupiu jak np. Połajewo, co najmniej kilkunastu nielegalnie już siedzi, no ale bejmy płyną z Berlina, Kijowa, Moskwy i Brukseli to co tam... nie mówiąc już o przybyszach ze wschodu, nie tylko narodowości ukraińskiej bo Rosjanie też się zjeżdżają coraz liczniej...
Tak zaś na koniec przypomnę że jeśli teoretyczne państwo „polskie” ugnie się przed Niemcami to są już tylko dwa wyjścia akceptowalne dla prawdziwego Polaka - opór cywilny i modlić się do końca świata albo zaryzykować wszystko i powtórzyć heroizm bohaterów 27.XII.1918 roku wiedząc dobrze o ustawie 1066 i przewadze wroga która nie daje zbyt dużych szans na zwycięstwo materialne, ale jak mówił mój ś.p. przyjaciel z Budzynia, „tylko zdechłe ryby płyną z prądem”.
Chwała Wielkiej Polsce!
Pamiętajmy że Piłsudski(rodzina arystokratyczna)reaktywując te założenie,wzorował się na pomyśle unii trzech narodów której fundament zawdzięczamy części arystokracji.
Założenie w swojej przewodniej myśli,miało stanowić przeciwwagę do dwóch a nie jednego adwersarza w polityce środkowo-europejskiej.