„Moim celem było podjęcie dalej walki o niepodległość Polski”. Wywiad z Piotrem Radowskim

Rozmowa miała miejsce przy okazji wizyty w Wiedniu we wrześniu 2020 roku. Piotr Radowski (ur. 14 stycznia 1946 w Łodzi), kombatant opozycji antykomunistycznej i wieloletni działacz polonijny, przedstawił swoją historię - poczynając od uwięzienia w czasie stanu wojennego, przez emigrację i działalność w Konfederacji Polski Niepodległej, kończąc na próbach zorganizowania austriackiej Polonii - fascynującą opowieść o przeszłości i teraźniejszości widzianych oczami człowieka, który nie tyle rzeczywistość obserwował, co starał się ją kreować.

Adam Szabelak: Powiedzieć o Panu, jako o zasłużonym opozycjoniście to tak jakby nie powiedzieć nic. Kilkadziesiąt lat działalności na rzecz Polski w kraju i za granicą mówi samo za siebie. Czy mógłby Pan opowiedzieć naszym czytelnikom o sobie coś więcej?

Piotr Radowski: Najważniejsze ze społecznego punktu widzenia wspomniałeś. A z innego, prywatnego obszaru - jestem absolwentem wydziału mechanicznego Politechniki Łódzkiej, skończyłem studia będąc już tutaj [w Wiedniu – A. Sz], podczas siedzenia w więzieniu zostałem ze studiów relegowany.

Od początku 1980 roku czynnie działam, w sensie przynależności formalnej, w Konfederacji Polski Niepodległej. Przypomnę, że Konfederacja powstała 1 września 1979 roku. Po wprowadzeniu stanu wojennego zostałem aresztowany i internowany, najpierw w Sieradzu, a potem w Łowiczu. Warunkiem opuszczenia więzienia była moja emigracja, na co się, po 5-ciu miesiącach siedzenia, zgodziłem.

Wyemigrowałem zgodnie z tym, co sobie postanowiłem, moim celem było podjęcie dalej walki o niepodległość Polski. Dla mnie jedyną możliwością, żeby Polska wróciła na normalne tory rozwoju, to było to, aby Polska była niepodległa, aby uwolniła się od powiązań ze Związkiem Sowieckim i całym jego blokiem.

Jedyną taką organizacją, która odpowiadała temu założeniu, była Konfederacja Polski Niepodległej. Miałem też kontakty z Komitetem Obrony Robotników, ale to było całkiem coś innego, współpraca wydawnicza, tego typu rzeczy, ale jednak sposób spojrzenia na Polskę w KOR był całkiem inny od tego, co reprezentowała KPN.

Tuż przed samym opuszczeniem więzienia były próby zwerbowania mnie, to była taka metoda – jak już wszystko miałem dopięte do wyjazdu: wizyta pułkownika SB i najpierw pytanie „czy wszystko do wyjazdu gotowe?” a potem „panie Piotrze, paszport jest, pan wyjeżdża, ale wie pan, teraz mógłby nam pan coś pomóc”. Odpowiadam im, że ja w takim razie zostaję w więzieniu, nie ma, o czym mówić, i w końcu odpuścili. Te namowy były raczej lekkie – „no wie pan, nie będzie pan żadnym szpiegiem, jak ktoś się do pana zgłosi to porozmawiacie” i tak dalej. Ale kiedy było moje kategoryczne „nie”, łącznie ze wstaniem z krzesła, to dał spokój. To chyba było stosowane tak na wszelki wypadek. Oni być może tak każdemu proponowali, a nuż się uda.

Między wyjściem a wyjazdem miałem jakiś miesiąc przerwy. Opuściłem kraj samolotem, jeszcze nam zrobiono gorące pożegnanie, bo już samolot miał odlatywać, a oni zaczęli nas rewidować. Byliśmy czyści, zadbałem o to, żeby nie brać nic takiego, przez co zgarną mnie na Rakowiecką, a rodzinę z płaczem nie wiadomo dokąd, bo wszystko straciliśmy, na czele z mieszkaniem. Gdy pani z załogi samolotu przeszła i zapytała „czy ci państwo lecą czy zostają?” puścili nas do samolotu.

Może powiedzieć Pan coś więcej o czasie spędzonym w więzieniu i o powodach decyzji co emigracji?

Pierwsze przesłuchanie, a raczej spotkanie z pracownikiem SB, miałem po ok. czterech miesiącach, bo tak to wypuszczali ludzi. Przypadkowo zgarniętych czy tych co coś podpisali to wypuszczali dosyć szybko. Spotkania z pracownikami SB, a były ich dwa, tematycznie były o niczym. Esbek nawet usprawiedliwiał się, że przed wojną to był od drobnych złodziei i powiedział, być może nawet na tym pierwszym spotkaniu: „proszę pana, ja bym panu radził, żeby pan jednak wyjechał z Polski” - bo wtedy ogłosił Rakowski albo Jaruzelski, że nie będą stwarzali przy wyjeździe dla więźniów politycznych, dla internowanych szczególnie, problemów, a jeszcze sprawę ułatwią. „Ja bym panu proponował, żeby pan zdecydował się na wyjazd, bo inaczej będzie pan siedział do końca wojny, a wojna to będzie wie pan, może, tak jak na Kubie, kilka lat trwać”.

Wtedy też dowiedziałem się, że zostałem relegowany ze studiów. Byłem na trzecim roku Politechniki Łódzkiej. Studiowałem na studiach dla pracujących. Podczas pobytu w więzieniu żona otrzymywała pieniądze, bo pracowałem jako konstruktor w zakładach odlewniczych w Łodzi, ale to była kwestia czasu kiedy mnie i z pracy zwolnią. Tak powiedziała kobitka, która przynosiła moją pensję do mnie do domu. Żona była na rencie po ciężkiej chorobie nowotworowej. I to też miało wpływ na moją wyjazdową decyzję. Widziałem też, co zaczynało się dziać w więzieniu, oni próbowali ludzi zmiękczyć. Proszę sobie wyobrazić, że wybudowali wtedy nawet boisko do gry dla internowanych, ja nie brałem w tym udziału, co większy hierarcha Kościoła przyjeżdżał to lepsze paczki były. Swoje paczki właściwie oddawałem dla kryminalnych na inne bloki, bo wiedziałem, że w razie czego jak wrzasnę przez okno, to oni narobią rabanu. Myślałem sobie wtady, nie siedzę tutaj, żeby jeść salami, którego nawiasem mówiąc nie lubiłem, czy czekoladę wcinać. No nie. Tym bardziej, że się słyszało, że Londyn, Rząd RP i tak dalej. To mówię, moja rola jako męczennika kończy się i trzeba wziąć i opuścić ten kurort. A jedynym wyjściem, jak wspomniałem, była emigracja. Zapytałem żonę, powiedziała jak postanowisz tak zrobimy, i zdecydowałem się na wyjazd.

W sensie materialnym wszystko straciłem. Miałem nowe mieszkanie, cztery pokoje z kuchnią, zarabiałem dobrze, jak mnie zamykali i zwalniali z więzienia miałem 11 tysięcy złotych, to były trzy dobre pensje wtedy. Kilka miesięcy wcześniej otrzymałem prywatne zlecenie od Instytutu Techniki Cieplnej na opracowanie narzędzi do wykonywanie łopatek do turbiny o napędzie atomowym dla mającej powstać elektrowni atomowej. Nie mogłem narzekać, że nie miałem pieniędzy, nie buntowałem się dlatego, że nie miałem co jeść, bo to całkiem inna sprawa była. Oczywiście, moja żona miała kłopoty, bo musiała stawać rano albo całą noc stać, żeby kupić kilogram kiełbasy. Ja tego tak bardzo nie odczuwałem. Mnie chodziło o to, że nie zgadzałem się na panujące w mojej Ojczyźnie stosunki społeczno-polityczne.

Pamiątki licznych aktywności społeczno-politycznych w mieszkaniu p. Radowskiego

Wracając do pytania. Wyjazd wyobrażałem sobie całkiem inaczej. Mogę to powiedzieć z czystym sumieniem – oczywiście, że jeżeli ktoś mnie zapyta czy tak stuprocentowo ja byłem taki wielki bojowiec, że leciałem tam na Zachód, żeby tylko walczyć – to nieprawda. Bo w każdym drzemie coś z podróżnika, coś z odkrywcy, prawda? Ten Zachód to był magiczny. Teraz nie ma problemu, wy tego nie zrozumiecie, ale dla nas wtedy Zachód, w ogóle zagranica, to było coś. Możecie sobie wyobrazić, że paszportów nie było w ogólnym posiadaniu społeczeństwa, że dostawało się je w szczególnych okolicznościach? Wy jeszcze możecie mieć przekazy od rodziców czy kogoś innego podobnego wiekiem, ale taki Austriak, Niemiec czy inna nacja nie może sobie wyobrazić, że można nie mieć paszportu w domu. A tak było w PRL-u. Jak to nie można kupić kiełbasy czy czegokolwiek? A tak właśnie było. Ale tak jak mówię, kwestie materialne to zupełnie coś innego. Najważniejsze było to, żebym jak już się zaangażowałem w działalność opozycyjną, to jakoś to kontynuował. Ja jeden z całego okręgu KPN-u byłem internowany w związku z przynależnością do Konfederacji, chociaż nie byłem na wierchuszce, byłem w sekcji informacyjnej i w Kierownictwie Akcji Bieżącej. Byłem w drugim, tajnym, garniturze kierownictwa i mnie jednego zaaresztowali. Może się poznali, że ja się nie bawię, ale naprawdę myślę, żeby walczyć o wolną Polskę. Chociaż nie dawałem nawet 5 procent temu, że zwyciężymy, to jednak uważałem, że należy tak robić. Zresztą dużo wcześniej też były różne, zabarwione politycznie, wyczyny na strajkach łódzkich, ale to było bardziej na zasadzie robienia sobie jaj z czerwonych. W więzieniu spotkałem oczywiście kilka osób z Konfederacji, ale zostali oni zamknięci w związku z działalnością związkową.

Po aresztowaniu na początek zrobili sobie na mnie materiał. Dali mi bardzo niespodziewanie pistolet do ręki, a ja go wziąłem jak głupi. Później myślę sobie - wezmą zarąbią kogoś z tego pistoletu i ja już nie będę siedział sobie tutaj jako internowany i patrzył przez kraty jak chłopcy grają sobie w piłkę, tylko wezmą mnie nawet pod ściankę, no i serwus po zawodach. Był to też jeden z czynników, a było ich kilka, które się złożyły, że zdecydowałem się na wyjazd, ale najważniejszy to był ten, żeby dalej prowadzić działalność na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości. Mam taką zasadę, że robię, co mogę. A że nieraz niewiele mogę zrobić, to jest całkiem inna sprawa, bo nieraz nie można wszystkich rzeczy zrobić, ale trzeba mieć czyste sumienie, żeby móc powiedzieć „zrobiłem wszystko, co mogłem”. Taką mam zasadę.

Jak wyglądał przyjazd do Austrii?

Muszę przyznać, że to co zastałem poważnie odbiegało od wcześniejszych wyobrażeń, bo myśmy słyszeli rząd londyński, a jak rząd londyński to walka musi nadal trwać. Tu nadaje Wolna Europa, tam Głos Ameryki… Muszę przyznać, że znalazłem to i jak gdyby się trochę, nie można powiedzieć, że zawiodłem, ale niemalże podłamałem. Choć to zbyt mocne słowo, do załamań nie jestem taki znowu skory.

Po pierwsze, w sprawach bytowych nie zostały spełnione żadne, dane nam w ambasadzie, obietnice. Być może ja bym nawet nie wyjechał, gdyby mi tylu bzdur w ambasadzie nie naopowiadano, co ja tu dostanę. Nie spełniło się absolutnie nic. Miałem specjalne pismo do rządu austriackiego, które miałem pokazać, ktoś miał na nas czekać na lotnisku – nie czekał. Powiedzieli, że to pismo mamy przedstawić gdzie będzie trzeba.

Na lotnisku podchodzę do mundurowego, pokazuję mu papier, ten nie wie o co chodzi. Ja po niemiecku tylko eins, zwei, drei i Heil Hilter znałem. Doprowadził nas do taksówki i trafiliśmy w końcu na komisariat. Wydaliśmy na przejazd, bo lotnisko było daleko od Wiednia, prawie całe 40 dolarów, które mieliśmy, bo tylko tyle wolno było zabrać (10 USD na osobę). Z komisariatu chcieli nas zawieźć do Ambasady PRL, ale po moim proteście zaprowadzili do przytułku, a z przytułku następnego dnia zabrali nas już do obozu w Traiskirchen.

Ponieważ my emigrowaliśmy, to kilkaset kilogramów bagażu czekało jako mienie przesiedlenia przez pół roku w Polsce u znajomych, potem zostało tutaj przetransportowane i czekało dalej. I ja to prawie wszystko wyrzuciłem, tylko sporo książek technicznych zostawiłem. Nic z obietnic się nie spełniło, umieścili nas w obozie dla uchodźców, o którym ja nawet nie wiedziałem w mojej naiwności, że istnieje coś takiego. Kto się interesował wyjazdami to wiedział o tym, ja natomiast zainteresowałem się wyjazdem w ostatniej chwil i to nie od takiej strony, gdzie się ewentualnie zaczepić, bo dla mnie to była prosta sprawa, tym bardziej, że konsul mówił, że „dostanie pan pieniądze, samochód sobie kupi”. Gdy się go pytałem, co wziąć ze sobą, odpowiadał, że „wszystko, co pan może”. A mogłem wszystko, całe mienie przesiedlenia, bo ja nie uciekałem z kraju, tylko dostałem paszport w jedną stronę.

Czy udało się rozpocząć w Austrii działalność niepodległościową? Znaleźli się chętni do współpracy?

W obozie pierwsze co zrobiłem to wysłałem na całą Europę odezwę do byłych więźniów politycznych, opozycjonistów i tak dalej, żeby się jakoś porozumieć i zorganizować. Jedyna odpowiedź, którą otrzymałem, była z Francji, z jakiegoś biura Solidarności, że chcą nawiązać współpracę. Absolutnie nikt więcej się nie odezwał. Jak się zresztą okazało, powiedzieli mi o tym po 7-8 latach, tam we Francji, ten, który się odezwał, był agentem, podpisał współpracę, Kowalczyk się chyba nazywał. Tak mi powiedziano po latach na jednym ze spotkań polonijnych. Może dlatego otrzymałem odpowiedź. Ale i tak nic z tego kontaktu nie wyszło.

Jak zobaczyłem, na tyle na ile mogłem, jak w Austrii jest pod względem działalności na rzecz Polski i atmosfery wśród Polaków w obozie, czy nawet warunków w jakich żyjemy, zacząłem myśleć o wyjeździe, ale już bogatszy o austriackie doświadczenie i nie na zasadzie, że jakoś tam będzie. Krajem, który przyjmował uchodźców z Polski była m.in. Republika Południowej Afryki. Było to wtedy jedno z nielicznych państw, gdzie działalność partii komunistycznej była prawnie zabroniona. A więc od tej strony RPA mi pasowało. Także warunki przyjmowania emigrantów były jak najbardziej odpowiednie. Nie jechało się do RPA w ciemno. Przyjmowali wtedy tylko takich, którzy mieli zagwarantowaną pracę.

Pojechaliśmy więc z żoną do ambasady RPA. Dali nam tam listę z firmami z branży metalowej z zaleceniem, żebym do nich napisał i jeżeli ktoś by mnie przyjął, to można było tam wyjechać. Napisałem do firm w całej RPA i najlepszą propozycję otrzymałem od firmy z Kapsztadu, nawet po polsku napisali. Ale w końcu jednak, na skutek pewnych nieprzewidzianych okoliczności, na które my nie mieliśmy wpływu, nie wyemigrowaliśmy i pozostaliśmy nad Dunajem z mocnym postanowieniem, że nigdzie się z Austrii nie ruszamy skoro nie wyszło z RPA, jako jedyną rozsądną możliwością, bo stąd do Ojczyzny blisko i nawet na pieszo można, jak się ktoś uprze, dotrzeć. Tyle w kwestii dalszej emigracji.

Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Francja w kwestii pomocy dla działaczy opozycji w PRL robiła tak, że dawała adresy działaczy w PRL. Dwie rodziny francuskie zgłosiły się do mnie, że chcą mi materialnie pomóc. Ale ja wtedy już byłem w Austrii. Zacząłem z nimi korespondować i przekazałem tę pomoc na rzecz ludzi w Kraju, o których wiedziałem, że są aktywni. Tutaj w Austrii na podobnej zasadzie, tylko z mniejszym rozmachem, działało Polen-Hilfe, ludzie chętni pomagać mogli się zgłaszać i wtedy otrzymywali odpowiednie adresy. Ale o tym dowiedziałem się później.

W obozie żyliśmy bardzo skromnie, proszę sobie wyobrazić, byłem wtedy palaczem i w Polsce paliłem najlepsze polskie papierosy, Karo i Carmeny. A tutaj musiałem palić nieraz siano w gazetę zawinięte, bo nie miałem na papierosy, tak głupio wyszło. W obozie dawali nam kieszonkowe, to było 100 parę szylingów, na dzisiejsze to będzie 10-15 euro i to na pierwsze dni starczało na te najtańsze fajki czy na tytoń. Moja żona paliła tak samo, pasierb, który wtedy już był w wieku 18 lat, też palił, to im kręciłem papierosy, dlatego jak dostawaliśmy te kieszonkowe to pierwsze co, to właśnie tytoń kupowałem. Ale to nie starczało i trzeba było trawę albo herbatę palić zawinięte w papier. Tak to wyglądało.

Tak się złożyło, że do tej samej filii podobozowej, dla nas już drugiej, trafił też pan Bronek z rodziną. On też był internowany, pochodził ze Szczecina, w stoczni pracował. Siedział we więzieniu chyba 3 czy 4 miesiące. Chociaż w założeniu ich krajem docelowym była Austria, to się jednak załamali ze względu na te warunki i wyemigrowali dalej - wyjechali do USA. Nawet im późnij paczki posyłaliśmy, bo niektórych rzeczy europejskich w USA nie uświadczysz. Na mnie też były duże naciski ze strony władz austriackich, żebym opuścił ten kraj. Cztery lata byłem w obozie i powiedziałem, że go nie opuszczę.

Myślę sobie, kurcze pieczone, oczywiście innych słów używałem, zacznę głodówkę protestacyjną. Pójdę pod ministerstwo i zacznę. Ale, mówię, komu ja w ten sposób zrobię przysługę? Czerwonym. Zaraz przylecą, zrobią materiał, patrzcie tutaj więzień polityczny i jak go potraktowali. To ja im takiej przyjemności nie zrobię, ale się stąd nie wyprowadzę.

Na początku pobytu napisałem skargę do prezydenta o tym co nas tu spotkało, a miało być całkiem inaczej. Odpowiedział nijak, a o tym piśmie przypominano mi przy każdej okazji. To mieszkanie, w którym teraz mieszkam, to mieszkanie służbowe, w końcu mi je przyznali, ale wcześniej były namowy, żebym wyemigrował dalej. A mieszkanie już wtedy miałem ponoć przyznane.

Na zdjęciu widoczne m.in. Order Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej i Krzyż Wolności i Solidarności

Z moją rodziną za karę zwiedziłem cztery czy pięć podobozów, tak nas przerzucali. Byliśmy dwa razy w Traiskirchen, gdzie były najgorsze warunki. Żona się przestraszyła jak nas tak zaczęli szykanować, to pismo co otrzymałem w Warszawie chcieli wziąć. Ale powiedziałem, że ja się z obozu nie ruszę.

Na początku wozili nas po Austrii, więc nie było za bardzo jak cokolwiek robić z moich bojowych planów. Nieraz nawet nie było wiadomo jak i za co dojechać do Wiednia. Były bardzo ograniczone możliwości.

W pierwszych miesiącach w obozie panował jeszcze stan wojenny w PRL, więc organizowaliśmy miesięcznice każdego 13. Układaliśmy krzyż, to w Baden to w Wiedniu, były modlitwy, śpiewy i tak dalej. Przypominaliśmy Austriakom o tym 13-tym grudnia. Zresztą wydaje mi się, że Austriacy zachowali się dosyć przyzwoicie wobec stanu w Polsce, chociaż Kreisky, który był wówczas kanclerzem, przed samym ogłoszeniem stanu wojennego mówił w parlamencie w Wiedniu, że w Polsce jest wszystko okej i nic się nie stanie.

Gdy nas na trochę zostawili w spokoju z tymi przenosinami, podjąłem pracę w podwiedeńskiej betoniarni. Na początku przerzucałem ok. 10 ton łopatą. Wtedy już zaczęło nam się bytowo lepiej powodzić. Przez cały czas miałem telefoniczny kontakt szczególnie łódzkim z KPN-em w Kraju. Pomagałem czynnym działaczom jak tylko mogłem i na ile mnie było stać. Gdy w 1984-85 roku została przewrócona zagraniczna działalność Konfederacji zostałem mianowany przedstawicielem KPN-u w Austrii i prowadziłem Terytorialne Biuro Zagraniczne. Biuro główne na Europę było w Szwecji i prowadził je dzisiaj już nie żyjący Paweł Wielechowski, jeden z nielicznych działaczy opozycyjnych, którzy podjęli na dłużej działalność na zachodzie.

Jak zaczęła się rozwijać działalność po wznowieniu zagranicznej aktywności KPN-u?

Głównym, najważniejszym według mnie, zadaniem biura była pomoc dla osób polecanych i z Kraju przybywających do Austrii. Pomoc m.in. w sprawach azylu, o którego otrzymanie było coraz trudniej oraz czysto praktyczne wskazówki. Wystawiłem dla władz azylowych kilka zaświadczeń, dla osób poleconych z Kraju, czy to miało jakiś efekt nie wiem, bo te osoby gdzieś, jak wiele innych, zniknęły. Poza tym spotkania i prelekcje oraz kolportaż, gdy przychodziły wydawnictwa londyńskie, „Orzeł Biały” i kilka innych periodyków, oraz ze Szwecji i Francji. Starałem się je wśród Polaków w obozie, i nie tylko, rozprowadzać oraz przesyłać do Kraju. Chociaż muszę powiedzieć, że jak kiedyś zacząłem politycznie uświadamiać ludzi w obozie, a był wśród nas taki profesor co później do Kanady wyjechał, to on mówi do mnie: „wie pan panie Piotrze, ich to wcale nie interesuje, oni się nawet z pana śmieją”. Przykro coś takiego słyszeć, ale tak było.

Ludzie zaczęli się zgłaszać do mnie dopiero później, jak w Polsce nastąpiła dosyć poważna odwilż pod koniec lat 80. Żeby zwiększyć możliwości oddziaływania nawiązałem kontakt z Klubem „Sierpień 80”, który powstał de facto w 1981 roku. To była ideowo najbardziej mi bliska organizacja.

Przy czym pierwszy kontakt, którym był prezes Klubu, i z którym się telefonicznie umawiałem, powiedział: „Proszę pana, ja tam sam nie będę, proszę pamiętać, że będą nas ludzie obserwowali”. Ja się do niego zgłaszam, a on mi takie teksty, że przyjdzie z obstawą, że mnie podejrzewa, że ja jestem jakiś nie bardzo. To było niesamowite. Ale uznałem, że lepiej będzie jak się gdzieś przyłączę, żeby zwiększyć swoje możliwości. Akurat to był dobry okres, Klub „S ’80” został reaktywowany, bo ostatnie kilka lat zajmował się tylko wydawnictwem. Zostałem wybrany na funkcję wiceprezesa, ale Klubowcy zastrzegli mi, żebym KPN-u nie robił z Klubu, a ja powiedziałem, że nie mam takiego zamiaru, kto będzie chciał działać, to mu to umożliwię. Zgłosiły się trzy czy cztery osoby. Klub miał swoje stoisko pod kościołem polskim, oficjalnie jako jedyna organizacja polonijna. To dawało duże możliwości kontaktu z ludźmi. Do mnie z kolei przysyłano ze Szwecji, Anglii i Francji bibułę, którą rozprowadzałem, gdzie i jak się dało, w tym także do Polski.

Była też tutaj w Wiedniu księgarnia polska, z którą nawiązałem kontakt, chciałem tam zrobić kilka spotkań, np. wtedy kiedy Moczulski do USA pojechał i się spotkał z Bushem czy o Januszu Szpotańskim. Miałem z tego relacje filmowe, ale nie było zainteresowania. Konfederację uznawano, nie wiem dlaczego, za jakoś bardzo radykalną, niemalże terrorystyczną, organizację. Starałem się tłumaczyć wszędzie, że my działamy w ramach prawa istniejącego, nie robimy nic niezgodnego z prawem. Ale opinia jest opinią. Ludzie z wygodnictwa raczej stronią od zdecydowanych jednoznacznych działań.

Coś się zmieniło po upadku komuny?

Wtedy był wielki społeczny wybuch. Klub „Sierpień ‘80” po Okrągłym Stole zorganizował pod ambasadą w dniu wyborów specjalne stoisko, mówiliśmy na kogo trzeba głosować, bo ludzie nie za bardzo wiedzieli. Wyszedł wtedy konsul i nawet się z nami sfotografował. Dostaliśmy wiatru w żagle, ludzie się przestali bać. Jeśli chodzi o Polonię, to był wybuch powstawania organizacji. O ile przed 1989 rokiem była Strzecha, najstarsza organizacja polonijna na świecie, był Klub „Sierpień ’80″, było Stowarzyszenie Polskiej Kultury, które było stowarzyszeniem polskich kombatantów. SPK to znana, światowa organizacja z siedzibą w Londynie. Tutaj mieli w Ramsau duży ośrodek. Nawiasem mówiąc Klub miał, jako ideowo najbliższy, to przejąć po nich. Teraz już nie istnieją, przynajmniej w Austrii, nie wiem czy cokolwiek na świecie działa, ci ludzie po prostu odeszli naturalnie. My byliśmy ich ideowymi spadkobiercami. Ja prowadziłem rozmowy, ale tak to zostało rozegrane, że nie wiadomo gdzie poszła biblioteka, tamto Ramsau zostało nie wiadomo przez kogo przejęte i sprzedane. Była jeszcze organizacja o nazwie Klub Polski z siedzibą przy Polskim Kościele w Wiedniu.

Po 89-tym zaczęły powstawać organizacje o różnym profilu. Klub „Sierpień ’80” sprofilowany był ideowo jednoznacznie. Zaczęły powstawać organizacje od branżowych typu Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Stowarzyszenie Aktorów, Stowarzyszenie Śpiewaków, chóry, po regionalne typu Podhalanie. I z czterech organizacji w Wiedniu po trzech latach zrobiło się przeszło 40. Trzeba przyznać, że to nie tylko ten powiew wolności, ale przede wszystkim przychylność władz w Polsce była. Wtedy do dobrego tonu wśród polityków należało, żeby wśród Polonii mówić o integracji.

Okazało się po kilku latach, że jednak integracja jest dla nich be-be, bo Polonia zaczęła mieć wobec rządów tak w Polsce, jak i w Austrii, pewne oczekiwania. Pamiętam jak burzliwie zareagowano na moje wystąpienie w latach 90, kiedy po raz pierwszy powiedziałem publicznie, żeby polskie władze nie traktowały nas tylko jako dobrych wujków, którzy sięgają do kieszeni i dają, bo my to zrobimy, ale chcielibyśmy mieć też jakiś realny wpływ na to co się dzieje w kraju. A możemy mieć taki wpływ przez to, że będziemy brali udział w pracach parlamentarnych i to nie jako widzowie. To nam się należy. Jak jedna trzecia narodu mieszka poza granicami państwa, to ta jedna trzecia powinna mieć jakiś wpływ na to co się w ich Ojczyźnie dzieje. I wtedy skończyła się integracja. Zobaczono, że silna Polonia nie jest dobra, bo ma niewygodne oczekiwania.

Tak to się wtedy zrobiło i tak do dnia dzisiejszego jest. Zintegrowana Polonia nie jest na rękę ani rządowi austriackiemu ani rządowi polskiemu. Jeszcze jak żeśmy się domagali, żeby nam na przykład polską telewizję zainstalowali to udawało się to zrobić, ale politycznie zabarwione sprawy to nie za bardzo. Mieliśmy bardzo duże poparcie ze strony Polski jak były prowadzone negocjacje z rządem austriackim odnośnie porozumienia emerytalno-socjalnego pomiędzy RP a Austrią. Wtedy Klub „Sierpień ’80”, a właściwie ja tę sprawę poruszyłem. Buzek w tamtym czasie był premierem i jego chyba pierwsza wizyta zagraniczna odbywała się w Austrii. Spotkaliśmy się z premierem Buzkiem w dosyć ścisłym gronie nad Dunajem, spotkanie zorganizowała ambasada, i ja do premiera powiedziałem, że trzeba tę sprawę załatwić. On przyjechał wtedy z żoną i ona jakoś wtedy się do niego pieszczotliwie zwróciła, że faktycznie trzeba to zrobić. Mówię do niego, że tutaj są ludzie, dla których te sprawy, otrzymywania emerytury za przepracowane lata w Polsce, to jest kwestia ich egzystencji. I wtedy jako Klub zrobiliśmy akcję, zebraliśmy kilka tysięcy podpisów wśród Polonii pod wnioskiem do rządu austriackiego i polskiego, żeby podpisali tę umowę i w końcu tak się stało.

W sprawie tego porozumienia zaprosili nas raz do parlamentu, kiedy KPN był u szczytu politycznego bytu. Pamiętam, że Krzysztof Król, który jako poseł przyjechał wtedy do Austrii na rozmowy, powiedział do mnie, żebyśmy się we trzech-czterech zjawili, jako widzowie oczywiście, w parlamencie. A później wszystko robione było już bez nas i ponoć ta umowa jest kiepska dla Polaków. Załatwili, bo załatwili i serwus. Wszystkie akcje, które mają choć trochę politycznego zabarwienia są nie tylko ignorowane, ale i torpedowane.

Co się z czasem stało z tymi wszystkimi organizacjami?

W jaki sposób można zdezintegrować Polonię? Ano przez to, że będzie się wprowadzać rozbijackie elementy, to jest normalne skuteczne działanie. I działo się jak się działo. Przecież w Klubie w pierwszych latach 90 były bardzo duże tendencje odśrodkowe, nawet chciano zmieniać nazwę. Ja już wtedy byłem wtedy prezesem Klubu i powiedziałem, że na to nie pozwolę. Na początku nasze zebrania odbywały się w kręgu kilkudziesięciu osób. Wszyscy co byli w KPN-ie byli też w Klubie, ale nie wszyscy co byli w Klubie byli w KPN-ie. Teraz praktycznie Klub to tylko zarząd, ale to i tak bardzo dobrze na tle innych.

Niektóre organizacje poupadały z przyczyn naturalnych, jak SPK na przykład. W innych brakowało lidera, aktywu. Jeżeli tego nie ma, nie ma spotkań, organizacja nie działa. Minęły już czasy, że jak coś się robiło to były tłumy. Jak stan wojenny ogłoszono to bez mała cała Polonia z Austrii się zjechała do Wiednia, czy jak była wiosna ludów w Europie i inne kraje zaczęły się oswobadzać, Rumunia, Bułgaria i tak dalej, to robiliśmy spotkania przy aplauzie władz austriackich. Nawet wicekanclerz był na organizowanym przez nas wiecu, na który przyszło kilka tysięcy ludzi. Teraz są masowe demonstracje, ale to demonstracje pedalskie. Jak szliśmy w Wiedniu w obronie rodziny to nas było 180, a w tym samym czasie tamtych, jak media podały, 180 tysięcy. W pewnej chwili policja powiedziała, że nie gwarantuje nam bezpieczeństwa i po prostu musieliśmy zawrócić z trasy. Tak to społeczeństwo zostało zdemoralizowane, za dobrze mu się żyje, przyszła dekadencja.

Jak wyglądały te działania rozbijackie, dezintegrujące?

Tak jak np. w Klubie próbowano zmienić nazwę. Jak ktoś jest dobrym prowokatorem to można się pokłócić nawet o otwarcie okna. A są ludzie, którzy w takiej sytuacji zrażą się i odpuszczą działalność społeczną. To jest metoda z podręcznika małego esbeka. To mogą być błahostki. Zazwyczaj dyskusje ideowe mało przynoszą złego, tutaj można się sprzeczać, nawet gwałtownie. Ale najważniejsze jest, żeby z tej dyskusji nie wyjść zagniewanym na siebie. Jak ja nie mogę przekonać ciebie, a ty nie możesz przekonać mnie, to skończmy temat i zostańmy przy swoich poglądach.

Są trzy rodzaje działań dezintegrujących. Sterowane, kiedy ktoś przychodzi do organizacji z zadaniem jej rozbicia. Są działania, wynikłe z nieświadomości, gdy ktoś myśli, że dobrze robi, a niekoniecznie tak jest. I są po prostu pożyteczni idioci. Najszczęśliwsza może być ta organizacja, która ma zdrowy aktyw, który nie dopuści do dezintegracyjnych działań, tak jak teraz w Klubie.

Przez pewien czas można powiedzieć, że byłem szefem Polonii austriackiej, bo byłem prezesem organizacji, mam na myśli Forum Polonii w Austrii, która skupiała prawie wszystkie polonijne organizacje w Austrii, nie obejmowała tylko dwóch. Ja i zarząd reprezentowaliśmy zdrową linię patriotyczno-ideową, więc naciski zewnętrzne i wewnętrzne były ogromne. Były prowokacje, zwoływano ogólnokrajowe walne zebrania (dwa razy), aby nas obalić. Zarzucano mi, że mam polityczne wystąpienia mówiąc o udziale Polonii w pracach parlamentu czy później doszły sprawy zadośćuczynienia weteranom walk z komunizmem. Wreszcie doszło do tego, że uzyskali przewagę jednego głosu w zarządzie i przejęli organizację. Wtedy jedność Polonii austriackiej przestała istnieć.

Jeśli organizacja dobrze finansowo stoi, to na początek trzeba zrobić tak, żeby była pod względem finansowym zależna od kogoś. Czyli ją zubożyć. I tak się stało w przypadku Polonii austriackiej. Mieliśmy kilkaset tysięcy szylingów austriackich, to jak przestałem być prezesem i odszedł skarbnik, który zajmował się finansami, to zaczęto wydawać pieniądze na lewo i prawo i kasa zaświeciła pustkami. A pieniądze trzeba skądś brać, bo bez nich nie ma działalności. Najlepiej od sponsorów, ale sponsorzy nie dają nic za darmo, mają jakieś oczekiwania. Ja wychodziłem z założenia, że tylko niezależność finansowa pozwoli na niezależność myśli i poczynań. Jak zostałem prezesem to pierwsze co zrobiłem to opodatkowałem członków zarządu, miesięcznie każdy sto szylingów wpłacał do specjalnej kasy, a z drugiej strony byłem za dobrowolnymi składkami organizacyjnymi. Było nie do pomyślenia, żeby ktoś z członków zarządu jechał w podróż do jakiejś Polonii, w Austrii czy poza nią, i wziął z organizacyjnej kasy pieniądze, musiał z własnych płacić. Albo cię stać na zabawę w działacza społecznego albo nim nie jesteś. Niektórym to nie odpowiadało, jak ktoś mówił, że może czas poświęcić, ale pieniędzy nie, to miał swoje miejsce w szeregu.

P. Radowski wraz z autorem rozmowy na chwilę przed złożeniem kwiatów pod pomnikiem Jana III Sobieskiego podczas uroczystości polonijnych 13.09.2020 r. z okazji 337 rocznicy Wiktorii Wiedeńskiej

Następna metoda to skłócenie ludzi ze sobą. Opowiadanie pierdół na zebraniach. Roznoszenie plotek. Uciąłem to, wyznaczyliśmy w zarządzie osoby, żeby zajmowały się konkretnymi sprawami. Jeśli są jakieś niesnaski czy ktoś nas opluwa to jedna osoba będzie się tym zajmowała i później zda sprawozdanie. Nie będziemy co rusz roztrząsali, bo całe spotkania zejdą na tym i nic z tego nie wyniknie, nie mogą wszyscy zajmować się wszystkim i w rezultacie niczym. W siedmioosobowym zarządzie cztery osoby związane były z Kościołem, to też bardzo nie pasowało przeciwnikom. Wybieranym członkiem zarządu był na przykład rektor Polskiej Misji Katolickiej, bośmy przyjęli zasadę, że w naszym gronie powinien być ksiądz, który będzie tym katalizatorem uspokajającym emocje. Jako obowiązek wprowadziliśmy dla członków zarządu obecność na zebraniach, a ksiądz akurat nie mógł przychodzić. Trzy nieobecności i członek zarządu automatycznie zostaje przesunięty do trzyosobowej rezerwy zarządu. Dla księdza zrobiłem wyjątek, bo rozmawiałem z nim i powiedział, że nie będzie mógł przychodzić na każde spotkanie, ale zgadza się na wszystko co zostanie uchwalone. Ale poszła plotka, że Radowski skurczybyk nawet księdza wyrzucił z zarządu.

W środowisku polonijnym w 2010 roku miał miejsce poważny rozłam, jak do tego doszło? Co było nie tak z Forum Polonii?

Powyżej jest pewne wytłumaczenie tego. Powtórzę – wreszcie uzyskano upragnioną przewagę w zarządzie i dalej już poszło gładko.

Porozumienie Patriotyczno-Chrześcijańskie powstało z mojej inicjatywy. Spotykając się z różnymi osobami z kręgów polityki, zarzucałem tym niby politykom z naszej strony, że przyjeżdżają tutaj, a się bratają z tym ideowym tałatajstwem. Mówili, że skąd mają o tym wiedzieć. To takie niepoważne tłumaczenie. Do mnie tylko dwa razy się zgłosili posłowie z pytaniem nt. Polonii, która ich zapraszała i ja się wtedy dzieliłem z nimi moją wiedzą. A tak to nigdy się nikt nie zgłaszał. Jechali, obcałowywali się, wymieniali wizytówki. Pomyślałem, że czas z tym skończyć. Trzeba zorganizować się w grupie, której nawet nazwa będzie wskazywała co to jest, i w 2008 roku, było to wtedy kiedy już Polonia austriacka była integracyjnie w dosyć kiepskim stanie, powołaliśmy Porozumienie Patriotyczno-Chrześcijańskie, którego sygnatariuszami zostały tylko organizacje o ideowym profilu. PP-Ch wciąż istnieje jako nieformalne środowisko patriotycznej Polonii austriackiej. W jego skład wchodzą m.in. takie organizacje jak Klub „Sierpień ’80”, Stowarzyszenie Polskich Rodzin Katolickich w Austrii, Sokół Polski 1896 w Austrii, Wiedeńska Inicjatywa Narodowa. Są to organizacje wyraźnie sprofilowane ideowo. Sygnatariuszami PP-Ch są też znani działacze niezależni, którzy nie chcą należeć do żadnych organizacji. Mamy też kapelana.

Z Forum Polonii po odejściu z zarządu osób, dla których hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” były naczelne, stworzono po prostu organizację, która niby za tym też była, ale trochę inaczej. Ich zadaniem było to, aby z pomocą władz istniejące patriotyczne środowiska marginalizować. Dla nich patriotyzm to wyjść już nie pierwszego maja, ale jakiegoś innego dnia, odtańczyć krakowiaka, położyć kwiatki, zrobić wystawę i to jest wszystko, to jest patriotyzm. Czyli patriotyzm odświętny, nic więcej. I taka Polonia była na rękę władzom zarówno polskim, jak i austriackim.

Te wszystkie imprezy odbywają się we własnym polskim gronie, a robi się z tego wielkie międzynarodowe halo. Ja nie jestem przeciw takim imprezom, bo one z pewnością posiadają spore integracyjne walory, ale protestuję przeciw zakłamaniu rzeczywistości. Dla polityków najlepsze są takie organizacje, i do takich najchętniej przyjeżdżają, których oczekiwania są zazwyczaj natury socjalnej.

Organizacje z dawnych demoludów nie były raczej narażone na zewnętrzne działania destrukcyjne, jak niezależne Forum Polonii, bo one z natury rzeczy były dobrymi Poloniami, istniały za PRL-u i się tylko trochę przepotwarzyły w innej atmosferze politycznej, ale ludzie ci sami zostali. Pamiętam jak na europejskim zjeździe polonijnym w Wilnie podnieśliśmy temat lustracji Polonii i przeforsowaliśmy go. Okazało się, że jeden pracował tu i tam, drugi współpracował, takie historie. Ale jak mówię, moim głównym zadaniem było by Polonię postrzegano nie tylko w roli dobrego wujka, który tylko płaci, przecież jak była na przykład powódź w Polsce, ile stąd pieniędzy poszło, sam Klub zebrał bardzo duże kwoty, ile razy osobiście woziłem wyposażenie do szpitali, domów dziecka, parafii. Pomagaliśmy ile mogliśmy. Ale chcieliśmy dla siebie nie tylko roli dobrego wujka, ale żeby mieć jakiś realny wpływ na to co się w Polsce dzieje. Szczególnie, że mamy przykład z Niemcami. Niemcy mają swoje przedstawicielstwo w parlamencie polskim, a Polaków jest za granicą 20 milionów i nic. To jest nienormalne.

Forum Polonii było oficjalnym przedstawicielem i miało nie tylko prawo, ale i obowiązek występowania wobec państwowych instytucji jako jedyny przedstawiciel Polonii austriackiej. Ale z Forum zaczęły występować organizacje i ono przestało pełnić rolę przedstawicielską, w związku z tym na zjeździe w 2010 roku zapytałem się obecnych czy delegaci uważają, że potrzebny jest prawdziwy przedstawiciel całej Polonii austriackiej wobec władz i instytucji polskich i austriackich. Wypowiedzieli się ludzie, że tak. To zrobiliśmy listę chętnych do formalnego zorganizowania tego środowiska. I w ten sposób powstała Federacja Polaków w Austrii. Wtedy też powiedziałem jednoznacznie, że tu nie chodzi o powołanie kolejnej organizacji dla niektórych, bo już zaczęły się odzywać głosy, że ten czy tamten się nie nadaje. To miało być coś takiego jak blok mieszkalny, w którym mieszka na parterze ksiądz, a powyżej niego np. złodziej. Ta organizacja polonijna ma mieć charakter blokowy, wszyscy mogą do niej dołączyć, i nie może być żadnych ograniczeń. Jedynie przestaje się być członkiem takiej wspólnoty, jeśli się popełniło wykroczenie wobec statutu czy prawa. Innej zasady nie może być przy ciele przedstawicielskim. Tu chodziło o to, żeby ta organizacja miała charakter reprezentacyjny, a reprezentacji potrzebują i złodziej i ksiądz. Dla niektórych jest do nie do pojęcia.

Jaka jest różnica między PP-Ch a FPA?

Zasadnicza. Do FPA mogą dołączyć wszyscy, a do PP-Ch tylko organizacje i znani działacze o profilu jak w nazwie.

Czym się zajmuje FPA?

Dosyć długo trwało opracowanie i przyjęcie statutu i określenie przepisów wykonawczych. Cały szkielet tych dokumentów opracowywał Piotrek Leśniak, który jest niezależnym działaczem w PP-Ch, później razem wspólnie ustaliliśmy finalny kształt tych najważniejszych dla organizacji aktów. Tak Statut jak i Przepisy Wykonawcze do Statutu zostały przyjęte w głosowaniu. FPA jest pod względem strukturalnym dosyć nowatorskim tworem. Przyjęto, żeby nazwać ciało organizacyjnie przewodzące nie zarządem, a prezydencją i żeby prezydencję sprawowała w miarę możliwości jedna organizacja przez stosunkowo krótki czas. I jak to w takich przypadkach bywa, ta miotła, która akurat sprawuje organizacyjną funkcje, zamiata w taki sposób jak chce. Jako Klub nie chcemy przejmować na siebie roli prezydencji, bo wiemy jak to działa. Chciałbym, żebyśmy brali udział w tym co jakieś szanse ma, a to moim zdaniem zbyt dużych szans nie ma, ciągle są jakieś przepychanki. Była prezydencja, gdzie był WIN (Wiedeńska Inicjatywa Narodowa) i niezależni, teraz jest prezydencja inna i zamiata tak jak chce, już jest znacznie posprzątane. Jak to się wykształci to może obejmiemy, ale Klub „Sierpień ’80” jest jak SPK na tej równi pochyłej, miejmy nadzieję tylko, że ta równia ma mały kąt.

Czyli FPA de facto się dopiero kształtuje?

Tak, powiedziałbym, że jest troszeczkę więcej niż w fazie larwalnej. Dla naszej Polonii stwarza się nadzieja nowego otwarcia. W Austrii będą niedługo wybory do władz lokalnych i tam będzie kandydował z pochodzenia Polak, Jan Ledóchowski, on reprezentuje bardzo określoną linię, jest związany z chrześcijańskimi organizacjami (Jan Ledóchowski ostatecznie nie został radnym Wiednia - A. Sz.). Nazwisko dosyć znane, aczkolwiek są różne, niekoniecznie korzystne, skojarzenia z jego dziadkiem.

To znaczy?

Chodzi o „Dom Polski” w Wiedniu. Polonia w 1908 roku zakupiła dużej wartości dom w III dzielnicy i ś.p. Mieczysław Ledóchowski był w gronie osób, które na początku lat 80 sprawiły, że ten dom o wartości kilkudziesięciu milionów dolarów otrzymała za darmo Polska Akademia Nauk. Przy czym formalnie nie zostało zagwarantowane to, żeby Polonia miała tam swoje miejsce. To był trudny do zrozumienia błąd. Teraz sytuacja wygląda np. tak, że ja mam klucz do drzwi wejściowych, do bramy, ale do lokalu gdzie formalnie mamy siedzibę zamek wymienili i nam klucza nie dano. Kiedyś chciałem się Michalkiewiczowi pochwalić tym domem, a tu nie mogę wejść do biura. Mogłem pójść na policję, ale naprawdę już nie chcę się w to bawić i nie chcę mieć z tymi ludźmi styczności. Jeżeli Polonia nie chce walczyć o ten Dom to jej problem, mnie wiele nie zostało. Jeszcze 20 lat temu to jeździliśmy do Warszawy, spotykałem się z prezesem PAN-u, w senacie i sejmie były interpelacje na ten temat, bo porozmawiałem ze znajomymi senatorami i posłami. Teraz nikomu na tym nie zależy. Widocznie ta obecna Polonia nie odczuwa potrzeby, żeby mieć Dom Polski i to jej problem.

Czy Strzecha jeszcze jakoś funkcjonuje?

Sytuacja jest tego typu, wrócę do lat 90, że jak powstało Forum Polonii, którego byłem jednym ze współtwórców, bo wchodziłem w skład pierwszego zarządu, ś.p. Mieczysław Ledóchowski był jednym z tych głównych, to przeciwko nam była przeciwstawiana Strzecha, która już wtedy żadnej polonijnej siły nie przedstawiała, a w swoim życiorysie miała niezbyt ciekawe kontakty z władzami PRL. Dochodziło do sytuacji, kiedy musiałem interweniować u ambasadora, bo ten na spotkaniach wymieniał jednym tchem Forum Polonii i Strzechę. Mówię mu, że jeżeli tak robi to trzeba też Sokoła Polskiego wymienić, Klub „Sierpień ’80” i inne lub jakoś to inaczej przedstawiać. Bo Forum skupia przeszło 95% organizacji w Austrii.

Marszałek senatu prof. Alicja Grześkowiak, ona wywodziła się z Solidarności, przyjechała do Austrii, spotkaliśmy się z nią. Przedstawiliśmy sytuację i powiedziała, że nie odwiedzi Strzechy. I to był jedyny taki przypadek. Tak to wszyscy uważali, że mają obowiązek iść do Strzechy. Dla wielu ludzi było to niezrozumiałe w kontekście tych niekorzystnych epizodów w życiorysie Strzechy. Są różne niuanse, ale jak ktoś się pokusi to przeanalizować, to się okazuje, że nasi (prawicowi) politycy, chyba wcale nie są całkiem nasi. To doprowadza właśnie do tych zawirowań wśród Polonii, mniej odporne jednostki po prostu tracą wiarę w to co robią. Od kilkunastu lat Forum organizuje dni kultury polskiej w Austrii, teraz nie, bo trwa ta cała wojna biologiczna. Często na otwarcie przyjeżdża jakiś hierarcha. To te gnojki, zaprzańce, zawsze starały się przy nich być. A to podszedł przywitał się, wziął pod pachę. Naród prosty patrzył, ja się nigdy do czegoż takiego nie pchałem. I jest wrażenie, że Radowski to głupoty gada, a z tamtym to się biskup wita. W ten sposób też się buduje pozycję, ten jest oszołom, ten jest fajny. Lepiej trzymać z tym co ma jakiś dobrych znajomych niż z oszołomem. To są wszystkie te malutkie klocuszki, które składają się na cały budynek.

Ile osób teraz działa w organizacjach polonijnych, jest jakiś młody „narybek”?

Są pewne zrywy, jak w Polsce Młodzież Wszechpolska i Ruch Narodowy zaczęły zyskiwać na znaczeniu społecznym, to do tego typu organizacji zaczęli napływać przede wszystkim młodzi, a tutaj powstał WIN, czyli Wiedeńska Inicjatywa Narodowa. Ona skupia prawie samych młodych. Jest też harcerstwo, ale ono prawie zawsze kulało, jak było na jego czele małżeństwo państwa Czyżaków, to oni wszystko trzymali, poświęcali swoje życie temu, to i ludzie z dziećmi przychodzili. A jak są tacy co raz zrobią zbiórkę, raz nie zrobią, to naturalnie to upada.

Naturalnymi środowiskami dla młodzieży jest harcerstwo i WIN. WIN jest sygnatariuszem PP-Ch. Młodzież z natury rzeczy jest nastawiona negatywnie niemal do wszystkiego co jest stare i przez nią już zastane, mówię uogólniając. Trzeba wiedzieć co i jak mówić, żeby do niej trafić. To jest niełatwa sztuka.

Swego czasu protestowaliśmy przeciwko nieprawdziwym informacjom nt. „polskich” obozów śmierci w różnych austriackich publikacjach, manifestację WIN zorganizował. Tak samo był wiodącym w organizowaniu manifestacji poparcia dla rządu Beaty Szydło. Teraz widzę, że młodzież trochę przystopowała, może też dlatego, że ten wróg, którym przedtem było mówiąc ogólnie PO, nie jest już tak bardzo wyrazisty i rozmywa się na wiele kolorów. Tak samo całe społeczeństwo, gdy byliśmy my i byli oni, to wszystko było wiadome i jasne. Teraz jest inaczej.

Nie myślał Pan, żeby wrócić do Polski?

Właściwie na to pytanie odpowiedziałem już na wstępie naszej rozmowy. W Polsce straciłem, w sensie materialnym, wszystko. I za słaby finansowo i za stary już jestem, żeby się przeprowadzać. Może to się wydawać paradoksalne, że ja, który pracowałem tu jako inżynier przez kilkadziesiąt lat, nie posiadam jakiś większych zasobów materialnych. Mieszkam w mieszkaniu służbowym, które prawdopodobnie nie pozostanie w rodzinie po mojej śmierci. Mam kilku kolegów z więzienia, którzy wrócili do Polski. Ale tutaj mam tę satysfakcję, że niemalże cały świat zwiedziłem. Byłem na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Australii, bo sobie ją tak niepotrzebnie na potem odkładałem. Niemalże pół Ameryki Południowej przebyłem wewnętrznymi autobusami liniowymi. Oprócz Turkmenistanu byłem we wszystkich republikach na wschodzie. Oczywiście przy tym wszystkim pomagali mi doradczo przyjaciele z tamtejszych Polonii. Teraz w Klubie staramy się upamiętniać istnienie Klubu. Z okazji okrągłych rocznic powstania „Sierpnia ’80” zawiesiliśmy tablice pamiątkowe w kliku znamienitych miejscach w Polsce i poza jej granicami. To co po mnie zostanie, to to co zrobiłem. Jeszcze jedna uwaga. Spora grupa z moich więziennych i opozycyjnych Kolegów opuściła, tak jak ja PRL. Ale prawie nikogo z nich nie spotkałem na swojej polonijnej drodze działacza.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Artyści popierający tzw. Strajk Kobiet mają śpiewać kolędy w publicznej telewizji. Apel do prezesa TVP

Czytaj Następny

Koniec cenzury w wykonaniu gigantów cyfrowych? Jest nowy projekt ustawy

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *