„Mamy wrażenie jakby Polska nie chciała się do nas przyznać”. Wywiad z Renatą Cytacką o sytuacji Polaków na Litwie

Władze litewskie chcą nas zepchnąć na taki powiedzmy margines. Omal nie jesteśmy ludźmi drugiej kategorii. Kiedy próbujemy się upomnieć do Rzeczypospolitej Polskiej o wsparcie, to mamy wrażenie jakby Polska nie chciała się do nas przyznać. Jakby nas nie było. A my tu jesteśmy i mieszkamy u siebie. Jednak dla władz najważniejsze są „najlepsze od lat stosunki”, nie my, Polacy, ale „stosunki” – mówi w rozmowie z naszym portalem Renata Cytacka, wiceszefowa Związku Polaków na Litwie i Radna Miasta Wilna.

Narodowcy.net: Jaka jest ogólna sytuacja Polaków na na Litwie? 

Renata Cytacka: Ogólna narracja obecnej władzy w Koronie jest taka, że żyjemy w naprawdę dobrych warunkach, co nie jest prawdą, ponieważ mieszkamy zwarcie. Oczywiście, w większości zamieszkujemy Wileńszczyznę, gdzie Polacy stanowią między 50% a 60%, czy w solecznickim ok. 80%. W samym Wilnie Polacy to około 20% wszystkich mieszkańców. Są miejscowości gdzie praktycznie sami Polacy mieszkają. To jest tak naprawdę nasze największe dobro, bo mieszkamy na swojej ziemi od dziada pradziada, niestety nie wszyscy, bo części Polaków odebrano ojcowiznę. Tak sobie czasami mówimy, że nic się nie zmieniło i nie różnimy się niczym od Korony, bo my się stąd nie ruszamy, tylko Polska nam uciekła, a my zostaliśmy na dobre i na złe. Oczywiście zdajemy sobie sprawę w jakiej sytuacji się znaleźliśmy w pojałtańskim układzie granic. Mimo wszystko staramy się zostać Polakami. Kultywujemy swoją kulturę, historię i tradycje. Warunki, w których przychodzi nam żyć nie są tragiczne ale do dobrych jeszcze im daleko. Możemy, jeszcze, uczyć się w języku polskim od przedszkola, aż do studiów wyższych –  chociażby w filii Uniwersytetu Białostockiego w Wilnie, choć cały czas władze litewskie starają się ograniczać nam tę możliwość.  Co prawda to tylko trzy kierunki, ale w języku ojczystym. Mamy pięknie zorganizowaną społeczność polską, mamy bardzo dużo, bo ponad 50, prężnie działających organizacji zrzeszających Polaków. Taką podstawową, społeczną i polską organizacją  jest Związek Polaków na Litwie, który zrzesza ponad 10 000 zarejestrowanych członków i o wiele więcej miłośników. Mamy swoją partię polityczną – Akcja Wyborcza Polaków na Litwie Związek Chrześcijańskich Rodzin, mamy swoją frakcję ośmioosobową w Sejmie. W tej chwili współrządzimy państwem, co jest sukcesem i ewenementem, bo nigdzie poza Polską i Litwą Polacy nie kierują państwem. Możemy współrządzić, ale niestety pod jednym warunkiem, że nie będziemy poruszać naszych sztandarowych postulatów, jak wprowadzenie języka polskiego jako drugiego urzędowego, czy oryginalnego zapisu nazwisk. Jest to wielki dylemat, czy współrządzić i załatwiać jakieś mniej ważne dla nas postulaty, czy zrezygnować i nie załatwić nic. Mamy w związku z tym dwóch Ministrów, którzy kierują bardzo ważnymi, strategicznymi resortami –  Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i  Ministerstwem Łączności. Mamy prawie 60 radnych w różnych samorządach (w sześciu samorządach), w niektórych nawet rządzimy samodzielnie – na przykład w rejonie wileńskim i w rejonie solecznickim. W niektórych samorządach, jak chociażby w mieście Wilno, współrządzimy. Nasz lider, pan Waldemar Tomaszewski jest Posłem do Parlamentu UE.

Czegoś wam jeszcze brakuje

Przede wszystkim, brakuje nam szacunku ze strony władz i przestrzegania praw mniejszości narodowych. Skoro Litwa jest niby państwem demokratycznym, to brakuje nam rozwiązań typowo prawnych. Moim zdaniem, Litwy nie można uznać za państwo demokratyczne, a jedynie za rządzone przez większość. Rządy większości to jeszcze daleko nie demokracja, to dyktatura większości. Większość robi co chce, gwałcąc prawa mniejszości narodowych. W 2010 roku przestała działać ustawa dotycząca mniejszości narodowych, której regulacje znajdują się w innych ustawach, a które często są ze sobą sprzeczne. Powoduje to duże zamieszanie, jak chociażby w nazewnictwie ulic.  Z jednej strony to jest prerogatywa samorządów – konkretnie naszych starostw, których odpowiednikiem w Polsce są gminy, ale bez zgody państwa, jego instytucji nie można realnie nic zrobić. Kiedy ludzie sami wieszali na swoich domach nazwy ulic po polsku, to za ten czyn  był karany dyrektor administracji danego regionu (w Polsce powiat). W rejonie solecznickim, pan Bolesław Daszkiewicz dyrektor administracji samorządu dostał za to mandat w wysokości 50  000 zł, oczywiście w przeliczeniu. Odpowiedział za to, czego nie uczynił. Bo to mieszkańcy powiesili nazwy ulic po polsku na własnych domach, za swoje pieniądze. Jako ciekawostkę powiem, że z mężem zwróciliśmy się do Państwowej Inspekcji Językowej, która stoi na straży języka litewskiego, z pytaniem co mamy zrobić z tym, że obok tabliczki z nazwą ulicy po litewsku, mamy też taką w języku polskim na własnym domu. Inspekcja odpowiedziała nam w oficjalnym, urzędowym piśmie, że robimy źle, ale za nasze naruszenie i tak będzie odpowiadał dyrektor administracji. Dla mnie, jako dla prawnika, brzmi to niepoważnie, bo za przestępstwo, które ktoś popełnia, odpowiada sąsiad, albo jeszcze ktoś inny. Absurd. Chcieliśmy w tej sprawie przejść drogę sądową aż do Strasburga, mając nadzieję, że instytucje unijne zareagują, ale nie mogliśmy, bo nas nikt nie ukarał.

Jak to się skończyło?

Po zamieszaniu z nazewnictwem ulic odstąpiono od kar i niektórzy obserwatorzy polityczni, również w Polsce, ucieszyli się i ogłosili sukces, a ja mówię ”no nie za bardzo”.  Pan Daszkiewicz zapłacił karę i więcej już go nie ścigano mimo, że  tablice jak  wisiały, tak wiszą dalej. Natomiast prawo nie zostało zmienione. Wygląda to tak, że władze litewskie zagoniły się w kąt i nie miały za bardzo jakiegoś logicznego wyjścia. Kara w wysokości 50 tys. zł. wywołała w Polsce bardzo duże oburzenie. Litwini zrozumieli, że wyższa kara, a następna kara musiałaby być wyższa, spowoduje pewne przełamanie ze strony Korony, to pokombinowali tak z interpretacją prawa, że teraz chwilowo już tabliczki nie przeszkadzają. W moim odczuciu kiedy przyjdzie inna opcja polityczna do władzy, na przykład konserwatyści, to będą dalej nas ścigali i dalej będziemy musieli płacić kary, ale już jakby od nowa, od mniejszych sum, tak aby nie narazić się władzy w Polsce.

W niektórych rejonach Litwy Polacy stanowią większość mieszkańców. Jak wygląda polska oświata? Polskie dzieci mogą uczyć się po polsku?

Dbamy o polską oświatę, ale tego polskiego jest coraz mniej. Teraz słyszymy o ociepleniu stosunków i w mediach mówi się o tym, że stosunki między Polską a Litwą są bardzo dobre. Jeżeli  patrzeć na te stosunki w kontekście geopolitycznym, to zgoda. Ale kiedy popatrzymy na warunki Polaków litewskich, to już tak różowo nie jest. Jak możemy mówić, że jest dobrze, skoro podręczników nie tłumaczy się na język polski i mimo, że nasze dzieci uczą się w szkole w  języku polskim, to korzystają z pomocy dydaktycznych w języku państwowym.  Jak piszą jakieś testy, czy egzaminy, to piszą je w języku państwowym. De facto rozliczamy naszą młodzież z efektów nauki po litewsku. Mimo, że mamy „polskie” szkoły ogólnokształcące, to nadal nie mamy polskiej matury. Obecnie nie ma już na Litwie szkół z polskim językiem nauczania, które były 10-15 lat temu, teraz są szkoły z polskim i litewskim językiem nauczania. Władze „demokratycznej” Litwy odebrały nam ten przyznany przez reżim sowiecki przywilej. Natomiast w Polsce istnieją szkoły z językami wykładowymi mniejszości narodowych i to nie zagraża państwowości w żadnym stopniu.

Ostatnio ministrowie edukacji Polski i Litwy podpisali deklarację o przywróceniu polskiej matury na Litwie. Jak wygląda wprowadzanie w życie tego dokumentu?

Faktycznie było mocne polskie stanowisko, że polski język ma wrócić na maturę. To było podpisane w ubiegłym roku w listopadzie, a my słyszymy, że matura z języka polskiego zostanie przywrócona dopiero za dwa lata. To dla mnie absurdalne. Przecież mieliśmy już język polski na maturze, co zmieniło się po 2001 roku. Gdyby była taka wola, to można by ten proces przyspieszyć.  Tym bardziej, że zbliżają się wybory parlamentarne na jesieni i nie wiemy jaki będzie rozkład sił w parlamencie. Jeżeli wygrają konserwatyści, to znowu będą robili wszystko, żeby nam utrudnić życie. Mamy dobrze zorganizowaną społeczność i dlatego wszystkie te pozytywne elementy nie zostały nam jeszcze przez państwo litewskie odebrane. Musimy o każdy centymetr, o każdą wolność, o każdą szkołę i o każde przedszkole walczyć. To nie jest tak, że mamy dobrego wujka, który przychodzi i wszystko nam daje. Sami nie jesteśmy w stanie zahamować tej niszczącej nas polityki władz litewskich, a Polska politycznie nie chce nam pomagać, woli mieć „najlepsze od lat stosunki”.

Macie jakieś wsparcie w tej walce? 

Jak już wspomniałam, niestety jesteśmy w tej walce osamotnieni. Władze Korony, oprócz przyjechania i klepnięcia nas po ramieniu, nie dają nam za dużego wsparcia. Owszem, jest dużo organizacji społecznych, które przyjeżdżają i pomagają. Paczki dla kombatantów, czy dla młodzieży, to jest ważne, ale trudniejsza jest sytuacja materialna naszych rodaków na Ukrainie, czy w Kazachstanie. My też tu nie pływamy w luksusach, ale jesteśmy pełnoprawnymi obywatelami Republiki Litewskiej i możemy zarobić sobie na powszechny byt. Nam bardziej potrzebne jest wsparcie polityczne, żebyśmy mogli pozostać Polakami i żeby przede wszystkim nasze młode pokolenie nie zostało zasymilowane, do czego obecnie dąży establishment litewski. Oni chcą jednolitego państwa, można to zrozumieć, natomiast my tu mieszkamy z dziada pradziada i nie spadliśmy z nieba. W tej chwili jesteśmy traktowani tak troszeczkę po macoszemu. Władze litewskie chcą nas zepchnąć na taki powiedzmy margines. Omal nie jesteśmy ludźmi drugiej kategorii. Kiedy próbujemy się upomnieć do Rzeczypospolitej Polskiej o wsparcie, to mamy wrażenie jakby Polska nie chciała się do nas przyznać. Jakby nas nie było. A my tu jesteśmy i mieszkamy u siebie. Jednak dla władz najważniejsze są „najlepsze od lat stosunki”, nie my, Polacy, ale „stosunki”.

W 2018 roku na konferencji prasowej prezydentów Andrzeja Dudy i Dalii Grybauskaitė Prezydent Duda powiedział, że niektóre oczekiwania Polaków są zbyt wygórowane. Co możemy przez to rozumieć? Jakie oczekiwania mógł mieć na myśli?

Panie redaktorze, nie jestem adwokatem Pana Prezydenta i trudno mi pojąć co autor miał na myśli.  Byliśmy zszokowani taką wypowiedzią Pana Prezydenta. To była długa wizyta, trzydniowa i po tej konferencji Prezydent Andrzej Duda składał wieńce na cmentarzu na Rossie i dziennikarka Wilnoteki, pani Edyta  Maksymowicz, próbowała o to dopytać. Niestety nie otrzymaliśmy odpowiedzi.  Oczywiście najlepiej byłoby zapytać, do czego zachęcała bym pana redaktora, Pana Prezydenta o to, które nasze prawa są wygórowane? Czy prawa do zapisu w oryginale imienia i nazwiska? Bo na przykład imię “Anna” nie jest pisane przez dwa “n”, a Józef zapisywane jest przez “u” otwarte. I jak my mamy uczyć nasze dzieci gramatyki, jeżeli w ich nazwiskach mamy błędy? Co mamy powiedzieć Grzegorzowi, który ma w paszporcie napisane „Gżegoż”?  Może chodziło Prezydentowi o prawo do mówienia w języku ojczystym?  Bo też jesteśmy ścigani tam gdzie mieszkają tylko Polacy za zamieszczanie nazw ulic po polsku. A może o to, że upominamy się o zwrot ziemi, którą nam sowieci zabrali, a której przez 30 lat niepodległe, demokratyczne państwo nam nie chce zwrócić? Czy może to, że ja chcę, żeby moje dzieci uczyły się w języku polskim w polskiej szkole? Oczekujemy innej jakości w obronie naszych praw, to co nam w myśl prawa jest zagwarantowane, bądź przyznane przykładowo w wyroku Sądu Najwyższego.

Jakie wyroki ma Pani na myśli?

Walczyliśmy o szkołę imienia Lelewela, tak zwaną “Piątkę”, kiedy w bardzo brutalny sposób, w reformie oświatowej, została przerzucona do innej dzielnicy. Społeczeństwo bardzo ostro występowało w obronie tej szkoły, żeby zostawić ją w dzielnicy Antokol, ponieważ, po jej przeniesieniu, jedna trzecia terytorium Wilna została bez polskiej szkoły. I mimo, że rodzice z uczniami przeszli wszystkie instancje, aż do Sądu Najwyższego, i jest prawomocny wyrok, że nie można było przenosić szkoły, to niestety ta szkoła została przeniesiona i to w brutalny sposób. Ówczesny wicemer, wiceprezydent miasta powiedział, że jeżeli chcemy mieć szkołę z możliwością składania matury, to musimy oddać budynek dla litewskiej szkoły. Dzieci z rodzin litewskich albo uczące się w języku państwowym, mają lepsze warunki. A to chyba koliduje  z podstawową zasadą w Unii Europejskiej – zasadą równości. Wydaje mi się, że Pan Prezydent powinien bronić Polaków niezależnie od tego gdzie oni mieszkają – czy na terytorium obecnym Rzeczpospolitej Polski czy tak jak my, tuż za miedzą, czy to w Londynie, czy w Chicago. 

Czujecie się traktowani gorzej przez polskie władze niż Polacy z Londynu, czy z Chicago?

Czasami mamy wrażenie, że nie dba się o nas tak jak o Polonię, którą nie jesteśmy, bo my nigdzie nie emigrowaliśmy, to Polska od nas wyemigrowała. Natomiast my, tu na Litwie, zostaliśmy pozbawieni jakichkolwiek możliwości przywrócenia obywatelstwa. Jeżeli się nie mylę, to jest porozumienie pomiędzy Rzeczpospolitą Polską, ówczesnym PRL-em, a Związkiem Sowieckim z ‘53 roku, kiedy nam zabrano prawo ubiegania się o przywrócenie obywatelstwa polskiego. Gdyby tak nie było, to w myśl ustawy mogłabym zwrócić się do Ministra Spraw Wewnętrznych RP o przywrócenie mi obywatelstwa i minister musiałby mi to obywatelstwo przywrócić, ponieważ moi dziadkowie z obu stron, moi rodzice z obu stron, posiadali obywatelstwo Rzeczpospolitej Polskiej. Nigdy się go nie zrzekali, a było im po prostu zabrane, skradzione.  W przyszłym roku będzie spis mieszkańców i prawdopodobnie ilość Polaków będzie zaniżona. Już słyszymy, że nie będzie wymogu wskazywanie swojego pochodzenia, swojej narodowości. Rzekomo będzie to brane z urzędu, ale jeżeli mieszkaniec nie pofatyguje się teraz, w tej chwili, do urzędu i nie upewni się, że jest taki zapis, który wskazuje na jego narodowość przy imieniu i nazwisku, to może nas raptem z 200 000 obecnie, zrobić się np. 20 000. W poprzednim spisie wystarczyło zadeklarować swoją narodowość osobie spisującej i wszystko, obecnie będzie trzeba, jeżeli ktoś nie ma w urzędzie takiego wpisu, sporo zachodu, aby w urzędzie dokonać takiego wpisu. Jest to celowe działanie, bo wiadomo, nie wszystkim będzie się chciało tracić czas, niektórzy twierdzą, że i bez wpisu są Polakami. Tak, są, ale nie dla władzy litewskiej.

Chciałem jeszcze zapytać o kwestie zwrotu zawłaszczonego mienia. Polityka Związku Sowieckiego była taka, że odbierano ludziom ziemię i ją nacjonalizowano. Dzisiaj w Polsce toczy się bardzo duży spór o zwrot bezspadkowego mienia pożydowskiego. U nas sprawa jest jasna – nie ma spadkobierców, nie ma komu zwracać. A ziemia, którą zabrano Polakom na Litwie ma swoich prawowitych właścicieli. Jak wygląda sytuacja zwrotu takiego mienia przez władze litewskie?

Po wojnie, kiedy władze sowieckie się tu zadomowiły, to oczywiście było tak, że natychmiast było wszystko wywłaszczone, było wszystko zabrane, nic nie mieliśmy na własność. To była inna sytuacja niż w Polsce. My nie mieliśmy nic własnego – wszystko było państwowe. Nie był to żaden cywilizowany sposób, nie było żadnych wyroków. Przyjeżdżała ciężarówka i zabierała ludzi, oni na przykład mieli dwie godziny na zebranie jakiś podstawowych rzeczy i wywożono ich na Sybir. Czasami nasi Rodacy niestety nie wrócili. W tej chwili po ‘90 roku, po uzyskaniu niepodległości, kiedy mieliśmy wielkie oczekiwania, że po rozpadzie Związku Radzieckiego, wrócimy do pewnej normalności i nasza własność zostanie nam zwrócona. Myliliśmy się. Początek lat ’90, kiedy podejmowano pierwsze próby reprywatyzacji, to trzeba było powołać się na jakiekolwiek dokumenty. Więc nasi Rodacy przedstawili dokumenty Rzeczpospolitej Polskiej, no bo jakie inne mogliby mieć w ‘39 roku, skoro Wileńszczyzna była wtedy integralnym terytorium Rzeczpospolitej?  Początkowo, w niektórych wypadkach, wiemy, że takie wnioski były odrzucane, bo urzędnicy państwowi mówili, że to są dokumenty obcego państwa. To nie było nigdzie nagłaśniane. Wiemy to od osób, które to spotkało. Jeszcze w 1992 roku, kiedy było zarządzanie komisaryczne, mieliśmy władzę bezpośrednią komisarzy w rejonie solecznickim i wileńskim. Niektórzy nie patyczkowali się za bardzo. Wtedy rozpoczęło się nadużywanie prawa, kiedy odrzucano nasze wnioski, a na nasze terytorium przyjeżdżali urzędnicy litewscy i parcelowali ziemię dla swoich urzędników. Już wtedy były pierwsze próby tak zwanego “przenoszenia ziemi”. Było to takie rozwiązanie prawne, dzięki któremu własności można było przenieść z innego terytorium.  Załóżmy, że jak pan redaktor miałby hektar ziemi pod Suwałkami, to mógłby Pan przenieść prawo własności do Warszawy, ale otrzymać tam nie 1, a 10 hektarów, bo wymyślono dodatkowo przelicznik żyzności gleby.  Oczywiście dotyczyło to tylko Litwinów, a Polakom wtenczas ziemi jeszcze nie oddawano. W roku 1996 następuje poszerzenie miasta Wilna poprzez wcielenie pobliskich wiosek. W tej chwili Wilno jest cztery razy większe terytorialnie niż Paryż. A stało się to w tym celu, żeby nie zwracać własności Polakom. Jeżeli miało się kiedyś ziemię na wsi, a ona została zajęta, to można było wskazać inny teren i jeżeli był on wolny, to była możliwość otrzymania tej wskazanej w miejsce utraconej. Natomiast w mieście można zwrócić tylko tę własność, która została zabrana, w tym samym miejscu. Nie było możliwości przesunięcia. 1997 rok to jest moment zatwierdzenia tak naprawdę mafijnego procederu. Rząd konserwatystów zatwierdza prawnie “przenosimy ziemi”. Od tego momentu działania  urzędów regulacji rolnej są ukierunkowane na utrudnianie, wszelkimi możliwymi sposobami, procesu zwrotu ziemi dla społeczności  z Wileńszczyzny. Ludzie zamieniali ziemię na Żmudzi na lepszą, pod Wilnem. Na początku XXI wieku można było po prostu kupić prawo do własności. W ten sposób czasami majątek powiększał się stokrotnie. Natomiast nasi Rodacy nadal byli bez prawa do ziemi. Teraz mamy rok 2020, a dalej nie mamy możliwości dokończenie zwrotu ziemi. W Wilnie udało się odzyskać tylko ok. 50% majątków, które przed wojną należały do Polaków. Trzeba jeszcze zauważyć, że nie mówimy o tych osobach, które zostały wywiezione na  Sybir i niestety nie wróciły, czy osobach które wyemigrowały na zachód i też nie mają możliwości ubiegania się o zwrot majątku. Z wnioskiem reprywatyzacyjnym mogą zwrócić się te osoby, które mają obywatelstwo Republiki Litewskiej. Oczywiście teraz, będąc w składzie koalicji rządzącej w mieście Wilnie, podejmujemy różne starania. Większość działek jest już sformułowanych w mieście, po czym przekazuje się je do zatwierdzenie regulacji rolnej. Staramy się wszelkie wolne tereny formować pod zwrot ziemi. Nie jest to łatwe, bo jesteśmy tylko partnerem w koalicji, a większość mają liberałowie, którzy na te sprawy patrzą troszeczkę inaczej. Obecnie wszelkie nasze działania w radzie Wilna są skierowane na zwrot ziemi. To jest to przede wszystkim nasza ojcowizna, nasze ziemie i priorytet numer jeden. Tak samo jest z oświatą, bo jak nie będziemy mieli pieniędzy, to trudno będzie nam kształcić dzieci, a jak nie będziemy mieli wykształconych w języku ojczystym dzieci,  to nie będziemy istnieć jako Polacy. Na szczęście mamy jeszcze księży, którzy mówią po polsku i dzięki temu mamy kontakt z wiarą ojców.

Ostatnio odnieśliście państwo pewien sukces na polu administracyjnym w Wilnie. Polacy będą mogli pisać i otrzymywać odpowiedzi na pisma urzędowe w języku polskim. Jak to ma dokładnie wyglądać?

To jest tylko względny sukces. Tak powinno być od samego początku, ponieważ to my jesteśmy prawowitymi włodarzami miasta. Niemniej cieszy sam fakt, że w końcu będzie to możliwe, za co jesteśmy wdzięczni. Od dawna moja frakcja – AWPL ZChR  w radzie miasta, gdzie ja osobiście jestem drugą kadencję, staraliśmy się o umożliwienie korespondencji urzędowej w języku polskim. Przez długi czas byliśmy zwodzeni mimo wielokrotnych, publicznych deklaracji obecnego mera Wilna, który mówił, że to warte rozważenia. Natomiast to jeszcze nie koniec naszych starań. Owszem, jest już zapewnione, że samorząd będzie rozpatrywał pisma w języku polskim, co jest bardzo ważne, bo dotychczas jeśli interesant wysyłał pismo w języku polskim, to po prostu go nie rozpatrywano i odrzucano je z urzędu. Natomiast w tej chwili będą one rozpatrywane i odpowiedź także będzie sporządzona w języku polskim. Niemniej podstawowym językiem pism urzędowych będzie litewski, a tłumaczenie będzie sporządzone za pomocą oprogramowania komputerowego. Nie wiadomo na razie jakiego, być może Google Translator, albo coś takiego. Budzi to duże obawy, bo wiemy, że takie oprogramowanie źle tłumaczy z języka litewskiego, który ma przecież inną składnię niż polski. Nie tędy droga. Uważamy, że jeżeli wyszliśmy z taką inicjatywą, to trzeba to zrobić dobrze. Mamy mało pracowników w administracji samorządów, z pochodzenie Polaków, którzy ukończyli polską szkołę i znają język polski. Być może dobrym rozwiązaniem będzie zatrudnienie więcej osób, które język polski znają dobrze i takie pisma przetłumaczą należycie. Jeżeli już coś robimy, to róbmy to solidnie i dobrze. Nie spoczywamy na laurach i będziemy sprawdzać jak ten mechanizm będzie działał w praktyce. Natomiast cieszy sam fakt, że przynajmniej te nasze pisma w języku polskim nie będą odrzucane z automatu jak dotychczas.

Na sam koniec zapytam o “dobrą zmianę”. Pod tym hasłem w 2015 roku ekipa Jarosława Kaczyńskiego szła do wyborów. Czy jest ono adekwatne w stosunku do relacji władz Polski do Polaków na Litwie? 

Trudno mi powiedzieć jak to jest w Polsce, a jak wygląda „dobra zmiana” dla Polaków litewskich? Nie bardzo można mówić o “dobrej zmianie” skoro w tej chwili, upraszczając bardzo, Warszawa walczy z podstawową organizacją na Litwie. Trwa w tej chwili dochodzenie i próbuje się postawić w stan oskarżenia prezesa Związku Polaków na Litwie – Pana Michała Mackiewicza. Sprawa ma oczywiście podłoże finansowe, bo Związek Polaków na Litwie otrzymał finansowanie  na “Naszą Gazetę”, którą wydaje ZPL. Gazeta kolportowana jest za darmo. Ze względu na to, że finansowanie  wpływa w okolicach czerwca, lipca, a gazeta ma się ukazywać całorocznie i płacić za jej wydawanie musimy od stycznia, musieliśmy zawsze zrobić pewne przesunięcie środków. Musimy przede wszystkim władzom litewskim przedstawiać bardzo szczegółowe sprawozdanie finansowe, bo jak już na pewno pan zauważył, żyjemy w państwie wrogo do nas nastawionym.  Rzeczywiście, pod względem dokumentacji ze strony polskiej być może nie wszystko wydawać się czyste, bo zawsze uważaliśmy Koronę za przyjaciela i zawsze wszystkie niejasności były wyjaśniane ustnie. Litewskie organy weryfikowały sprawę i nie dopatrzyły się naruszenia litewskiego prawa. Te pieniądze nie były skierowane na inny cel, tylko na cele statutowe. Oczywiście jest naruszenie w sztuce powiedzmy księgowości,  ale możemy to wyjaśnić, jak zawsze. Natomiast to w Polsce są postawione zarzuty. Nikt do końca nie wie kiedy to się skończy. Ja natomiast, rozmawiając z wysokimi urzędnikami w Polsce, bardzo wysokimi, pytam dlaczego nikt nie próbuje zakończyć tej sprawy? Druga osoba, której są stawiane zarzuty, była zatrzymana przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Sekretarz naszego związku został zakuty w kajdanki i dowieziony do Warszawy, a po przesłuchaniu wypuszczony i odwieziony do granicy. 

Chcielibyśmy, żeby ta zmiana była dobra tak samo dla nas. Jak na razie to mamy tylko deklaracje, które traktujemy jak poklepywanie nas po ramieniu, ale nic poza tym. Na przykład za poprzedniej ekipy, co byłoby śmieszne, gdyby nie było poważne, pan Sikorski powiedział, że nie będzie przyjeżdżał i nie będzie próbował rozmawiać z władzami Litwy dopóki sytuacja w stosunku do Polaków się nie zmieni. Nigdy nie myślałam, że to powiem,  ale przynajmniej było to takie bardziej uczciwe. Początkowo dla mnie było to niepojęte. Bez dyskusji, bez negocjacji, nic się nie da załatwić, ale to przynajmniej była jakaś deklaracja. Na dodatek tuż przed nadejściem „dobrej zmiany” zaczęło przynosić to skutek. Rozpoczęła się w mediach dyskusja, że tak dalej nie może być, nie można nie rozmawiać z sąsiadem. Pojawiały się już głosy, że trzeba ustąpić trochę Polakom litewskim i odbudować stosunki z Polską. Przyszła „dobra zmiana” i wszystko runęło.  Teraz znów są pozory, mamy w mediach doniesienia, że są stosunki bardzo dobre, ale w tych dobrych stosunkach zamykana jest ostatnia szkoła z językiem polskim w rejonie szyrwinckim. Już jest decyzja o połączeniu polskiego przedszkola z litewskim i szkoły polskiej z litewską. My z praktyki wiemy, że to jest pierwszy krok do unicestwienia oświaty w kolejnym  rejonie, święciańskim. “Dobra zmiana” to musiałaby bardziej zadbać o te aspekty. Bardzo wierzyliśmy w dobrą zmianę, jak nigdy, bo jeżeli nie PiS to kto? Oczekiwalibyśmy większego poparcia politycznego płynącego z Korony. Zdajemy sobie sprawę, że sami musimy o siebie zadbać.  Jak byliśmy za żelazną kurtyną, to przetrwaliśmy, mimo że naszym ojcom i dziadkom groziło dużo więcej. W tamtych okresach, kiedy groziła likwidacja szkole im. Syrokomli, znalazło się kilka osób z pełną determinacją, które pojechały do Moskwy i udało im się obronić tę szkołę. Przecież mogli już z Moskwy nie wrócić i pojechać w całkiem innym kierunku. Teraz nie mamy nawet wsparcia, żeby móc wykonać prawomocny wyrok sądowy. No więc gdzie jest ta dobra zmiana? Może na koniec zacytuję słowa, może nie dokładnie ale najważniejszy jest ich sens, pokazujący gołą prawdę o „dobrej zmianie”, prezydenta Litwy G. Nausedę, który powiedział, że jest bardzo zadowolony ze współpracy z obecną władzą w Polsce, a szczególnie wdzięczny, że nie naciska ona nawet w najmniejszy sposób na władze litewskie w sprawie działań władz Litwy w stosunku do Polaków litewskich.

Bardzo Pani dziękuję z rozmowę!

Dziękuję.

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Radny Paweł Chruszcz popełnił samobójstwo? Do akcji wkraczają dziennikarze śledczy

Czytaj Następny

Organizacje akademickie wydały oświadczenie przeciwko indoktrynacji LGBT na uczelniach

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *