Młodzież Wszechpolska broni rolników i górników. Wystawiono symboliczne szubienice

Rolnictwo i rybołówstwo, przemysł cukrowy, górnictwo – nazwy tych branż zawisły na symbolicznych szubienicach, ustawionych na katowickim rynku przez Młodzież Wszechpolską. Happening miał zwrócić uwagę na unijną politykę, prowadzącą – według organizatorów – do likwidacji kolejnych sektorów gospodarki. Młodzież Wszechpolska także w ubiegłych latach brała udział w akcjach biorących w obronę polskich przedsiębiorców.

Młodym mężczyznom trzymającym prowizoryczne szubienice z nazwami poszczególnych branż oraz pytaniem „co następne?” towarzyszyła osoba przebrana za śmierć – w barwach Unii Europejskiej. Policjanci legitymowali i spisywali personalia uczestników happeningu.

Jak tłumaczył Mateusz Toman z Młodzieży Wszechpolskiej, bodźcem do zorganizowania środowej manifestacji w tej formie była niedawna decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który nakazał wstrzymanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów do czasu rozstrzygnięcia polsko-czeskiego sporu, dotyczącego wpływu tej kopalni na środowisko.

„Postanowiliśmy, że z szanowną Unią (w postaci osoby przebranej za śmierć w barwach UE – red.) przejdziemy się i będziemy pytać mieszkańców Katowic, jaki następny przemysł zlikwidować (…). Chcemy pomóc Unii wybrać następną gałąź gospodarki do likwidacji” – mówił organizator wydarzenia.

Toman przekonywał, że unijna polityka unicestwia kolejne sektory gospodarki, zaś użyte podczas happeningu symboliczne szubienice miały symbolizować działania UE wobec poszczególnych branż, na które np. nałożono limity lub poddano je restrykcyjnym regulacjom.

„Ale dają pieniądze!”

Polska gospodarka ma status peryferyjny mniej więcej od XVII wieku. Od tego czasu jesteśmy zależni kapitałowo głównie od Niemiec. Rozwijamy się w oparciu o podwykonawstwo, produkcję pod zagranicznymi markami wykorzystującymi tanią siłę roboczą i o małej wartości dodanej. Pewną niezależność udało się nam zbudować za czasów PRL-u. Jednak neoliberalna rewolucja lat 90., zwana także „transformacją”, błyskawicznie wszelkie osiągnięcia tego okresu zrujnowała. Majątek narodowy został wyprzedany ze bezcen. Niewiele branż, którym udało się przetrwać, po otwarciu gospodarczym związanym z dołączeniem UE, zwyczajnie nie wytrzymała konkurencji ze strony zachodnich korporacji dysponującymi przewagą technologiczną i kapitałową, a także… wsparciem unijnych instytucji.

CZYTAJ TAKŻE: Protekcjonizm ekonomiczny w praktyce. Dzieło i myśl Friedricha Lista

W 1989 roku w Polsce było 78 cukrowni. Ostały się w czasie bezhołowia lat 90., w 1997 roku, kiedy rozpoczęto proces prywatyzacyjny, funkcjonowało ich wciąż 76. Do 2003 roku w rękach zagranicznych znalazło się 49 z nich (65 proc.), z których bardzo szybko większość została zamknięta (nie zlikwidowana!). W okresie 2006-2007 z 12 cukrowni Pfeifer & Langen pracowały tylko 4, Südzucker z 22 jednie 10, Nordzucker z 6 zostały 2, a BSO z 10... 2.

W 2006 roku Unia Europejska wprowadziła system restrukturyzacji, który, cytat:

W przypadku całkowitego demontażu urządzeń produkcyjnych za każdą wycofaną tonę kwoty wypłacono rekompensatę z funduszu restrukturyzacyjnego w wysokości 730 EUR/t. Stawka pomocy restrukturyzacyjnej była identyczna w roku 2007/2008, ale w późniejszym okresie ulegnie obniżeniu do 625 EUR/t w roku 2008/2009 oraz do 520 EUR/t w czwartym i ostatnim roku programu – 2009/2010.

Błyskawicznie zaczął się demontaż urządzeń z zamkniętych cukrowni. Setki milionów euro z „funduszu restrukturyzacyjnego” szerokim strumieniem popłynęło do Niemiec. Szczególnie szokują relacje medialne z demontażu maszyn w Cukrowni Góra Śląska. Niemcy zdecydowali się na zamknięcie świetnie funkcjonującego zakładu, aby wyciągnąć od UE 50 mln euro… Nie zamknięto natomiast mającej znacznie mniejsze możliwości przerobowe Cukrowni Miejska Górka, gdyż zysk z takiego działania mógłby wynieść jedynie 44 mln euro. Obecnie w Polsce funkcjonuje jedynie 18 cukrowni. Był to jeden z wielu ciosów w polskie rolnictwo. Na tej samej zasadzie, gdy polska branża transportowa stała się zagrożeniem dla interesów ekonomicznych Niemiec uchwalono „pakiet mobilności”, ograniczający nasze możliwości konkurowania na europejskim rynku.

Dalej – do upadku polskich stoczni walnie przyczyniła się aktywność Komisji Europejskiej. Chodziło o „zakaz pomocy publicznej”. Na bruku wylądowały tysiące osób, a kolejne tysiące straciło zatrudnienie w firmach współpracujących. Tymczasem Niemcy mogą dofinansowywać publiczne projekty w tej części swojego kraju, która znalazła się po II WŚ pod rządami komunistów. Szkoda, że nikt się nie zorientował, że za Odrą też znajdował się „raj proletariatu”. Tutaj mogą upadać firmy. Potrzebni są tylko tani pracownicy.

Tylko w latach 2004-2007 liczba polskich migrantów wzrosła w całej Unii z 750 tys. do 2 mln. Według danych GUS-u w 2017 roku za granicą czasowo (powyżej trzech miesięcy) mieszkało ponad 2,5 mln Polaków, w tym prawie dziewięciu na dziesięciu w Europie. Jak podaje Europejski Komitet Regionów nt. mobilności mieszkańców Unii, Polska jest liderem pod względem liczby absolwentów uczelni wyższych (wyedukowanych za pieniądze podatników) mieszkających w innym kraju wspólnoty. W 2017 r. było to prawie 580 tys. osób, z których co piąta mieszkała w Wielkiej Brytanii, a jeszcze więcej – bo co trzecia – w Niemczech. Polacy u naszego zachodniego sąsiada stanowią najliczniejszą grupę absolwentów wyższych uczelni urodzonych za granicą – łącznie ok. 2,3 proc. wszystkich osób z wyższym wykształceniem w tym kraju. W 2013 roku GUS podawał, że Polskę opuściło 413.686 osób z wyższym wykształceniem, co wtedy stanowiło aż 7% populacji absolwentów.

CZYTAJ TAKŻE: Unia Europejska zwyczajnie się nam nie opłaca

Po 2004 roku z Polski wyjechało ok. 15 tys. młodych lekarzy. Ten brak wyjątkowo odczuwalny jest w czasie pandemii… Trudno oszacować także ile eurosierot musiało wychowywać się bez ojca, bo ten pracował za granicą. I był traktowany tam zazwyczaj jako podczłowiek. W 2019 roku polityk holenderskiej Partii Socjalistycznej Gerrie Elfrink zatrudnił się w agencji pracy dla Polaków. Pracował w fabryce, spał we współdzielonym domu robotniczym. Ostatecznie w dzienniku „De Gelderlander” ogłosił, że Polacy są w skandaliczny sposób wyzyskiwani: zbyt wysokie opłaty za zbyt złe warunki mieszkaniowe, wielogodzinna praca 6 i 7 dni w tygodniu, system kar za rzekome drobne przewinienia, niskie płace, brak płatnych nadgodzin, a nawet groźby i zastraszenia. A przyznał, że i tak był lepiej traktowany z racji bycia Holendrem… Takich historii można zebrać setki. Chyba nie ma w Polsce osoby, która by nie znała kogoś kto jeździ/jeździł sobie dorobić do Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec. Wg raportu NBP pt. Polacy pracujący za granicą w 2018 r. niemal połowa naszych rodaków wyjeżdżała ze względu na zbyt niskie płace w kraju - o nich już za chwilę, ale na marginesie warto odnotować, że liberalna polityka imigracyjna, dzięki której pod koniec 2019 roku w Polsce zamieszkiwało 2 106 101 cudzoziemców, w większości Ukraińców o niskich wymaganiach płacowych, wzrost płac zwyczajnie zamroziła. Sami Ukraińcy transferują z Polski już więcej pieniędzy (ok. 16 mld zł), niż nasi emigranci do niej przysyłają...

Na tę chwilę do unijnego budżetu Polska wpłaciła ok. 61 miliardów euro, a otrzymała ok. 189 miliardów euro. Czyli w sumie „dostaliśmy” od UE ok. 123 miliardów euro. Niby fajnie, ale nie do końca.

Z wyliczeń Thomasa Pikettiego przedstawionych w książce „Kapitał i ideologia” wynika, że w latach 2010 – 2016 otrzymaliśmy z UE średnio rocznie środki finansowe stanowiące 2,7 proc. PKB. Ale w tym samym okresie wypływało z naszego kraju netto 4,7 proc. PKB. Tak samo sytuacja przedstawia się dla pozostałych państw tzw. „nowej” Unii. Polska, Węgry czy Czechy są eksploatowane przez głównie niemieckich i francuskich inwestorów, którzy wykorzystując dużą podaż taniej siły roboczej, transferują do swoich krajów zrealizowane zyski. Po upadku komunizmu zachodni inwestorzy przejęli dużą część kapitału w Europie Środkowo-Wschodniej, ok. jedną czwartą całości, jeżeli patrzeć na wszystkie aktywa łącznie z nieruchomościami, ale ponad połowę, gdy brać pod uwagę tylko firmy, a nawet jeszcze więcej, jeżeli patrzeć tylko na duże przedsiębiorstwa.

CZYTAJ TAKŻE: Wysoka cena pieniędzy z UE

W zasadzie tylko w okresie komunizmu Europa Wschodnia nie należała do zachodnich inwestorów – konstatuje Piketty. Powołując się na pracę Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta „Between communism and capitalism: long-term inequality in Poland, 1892 – 2015” zauważa, że po transformacji ustrojowej nierówności w Polsce nie wzrosły tak bardzo jak w Rosji, w dużej mierze dlatego, że spora część zysków firm działających na naszym terenie jest wyprowadzana za granicę. Gdyby udało nam się zmniejszyć wypływ pieniędzy z Polski o 30 proc. to oznaczałoby to dodatkowe prawie 1,5 proc. PKB.

Oczywiście, wypływ pieniędzy wynika także z poczynionych inwestycji, które przyczyniły się do ogólnego wzrostu zamożności i produktywności Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak płace w krajach regionu nie wzrosły tak bardzo jakby mogły ze względu na silną pozycję przetargową inwestorów, od których kraje są uzależnione, a którym zależy na zysku, nie na podnoszeniu płacy. W 2019 roku w naszym kraju do pracowników w postaci pensji trafiało 49,9 proc. PKB. Średnia dla UE to ok. 55 proc. W Korei Południowej jest to niemal 64 proc. - kraj ten zalewa cały świat samochodami, statkami, telewizorami, telefonami, czyli produktami z branż wymagających dużych inwestycji, przeznaczając na płace pracowników o 28 proc. wyższy odsetek PKB niż Polska.

Symbolem dotowanych przez UE niepotrzebnych inwestycji stały się budowane swego czasu na potęgę przez samorządy aquaparki. Wyglądało to mniej więcej tak: aquapark kosztuje 100 tysięcy złotych. Samorząd ma jedynie 30 tysięcy złotych. Unia da na budowę aquaparku 40 tysięcy. Brakuje 30 tysięcy. Jeżeli samorząd nie zbuduje aquaparku to dotacje przepadną. Co się robi w takiej sytuacji? Pożycza 30 tysięcy. W niemieckim banku. W ten sposób samorządy w Polsce zaczęły zadłużać się na masową skalę. Pod koniec 2019 roku łączna suma zadłużenia wynosiła 86,6 mld zł. W 2004 roku było to ok. 20 mld zł. Relacja długu samorządu gminnego do PKB wynosiła do 2007 roku nie więcej niż 2 proc. W 2011 roku wzrosła już do ok. 3-3,5 proc. - na tym poziomie utrzymuje się cały czas.

Inny przykład zupełnie fikcyjnego wsparcia. Dotacje na maszyny rolnicze. W momencie, gdy zaczęto je wypłacać, ceny maszyn natychmiast wzrosły o kwoty zbliżone do wypłacanych dotacji. W ten sposób trafiły one do niemieckich producentów maszyn. W oficjalnych statystykach wykazywane są jednak duże zyski polskich rolników. Z każdego euro przekazanego nam przez UE do Niemiec trafia… 89 eurocentów.

Ogromne pieniądze wyłudziły zorganizowane grupy przestępcze specjalizujące się w zdobywaniu dotacji unijnych. Wiele nieudanych i bezsensownych projektów, takich jak setki przeróżnych serwisów internetowych, zostało sfinansowanych z budżetu UE. Wiele z nich powinno zostać odrzuconych już na etapie decydowania o przyznaniu dotacji. Takie działanie jednak nie skierowałoby tych pieniędzy tam gdzie faktycznie mogą się przydać, a zmusiłoby Polskę do zwrócenia ich Unii. Nie wspominając nawet o kosztach rozbudowy potężnego aparatu administracyjnego niezbędnego do przyznawania środków... Jak podała „Rzeczpospolita” w 2014 roku, z podziału i obsługi dotacji utrzymuje się w Polsce 200 tys. osób, a tylko tym tematem zajmuje się ok. 12 tys. urzędników.

Za pomocą tego narzędzia zniszczono np. polskie rybołówstwo. Unijny “Program Operacyjny Zrównoważony Rozwój Sektora Rybołówstwa i Nadbrzeżnych Obszarów Rybackich 2007-2013” finansował trwałe i tymczasowe zaprzestanie działalności połowowej. UE de facto przekupywała polskich rybaków, aby porzucili pracę w swojej branży, a bogactwa Bałtyku przypadły innym państwom członkowskim.

Warto także wspomnieć, że przyjęty przez nasz kraj unijny pakiet energetyczno-klimatyczny skutkuje podwyższonymi cenami za emisją CO2, co przekłada się na wyższe ceny prądu. Niemcy, będące potęgą w dziedzinie „zielonej energii” i dysponujące do niedawna 17 elektrowniami atomowymi (większość jest już wygaszona, do 2022 planuje się zamknąć wszystkie), wyemitowały w 2018 roku 22,5% CO2 w całej UE, w poprzednim była to liczba o 5,4% większa. Polska, której energetyka opiera się na węglu – 10,3%.

Ponadto Polska wchodząc do UE zobowiązała się do przyjęcia euro. Podpisały się pod tym i Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość. Co prawda nie został określony czas kiedy ma się to stać, ale nie oznacza to, że nie zostaniemy do takiego kroku zmuszeni przez presję ze strony innych państw unijnych. Wejście do strefy euro spowoduje, że politykę pieniężną, czyli m.in. ustalanie stóp procentowych, będzie kształtował Europejski Bank Centralny, bardziej interesujący się bieżącą sytuacją gospodarczą Niemiec i Francji, niż Polski. Aby zachować suwerenność niezbędna jest własna waluta. 

Na zakończenie - w UE można być stawiając konkretne warunki, tak aby interes narodowy został zachowany? Tak zrobiła Dania. W UE także można nie być wcale, ale dalej pozostawać w Europejskim Obszarze Gospodarczym. Tak zrobiła Norwegia. Układ z Schengen tworzący Strefę Schengen został podpisany w 1985 r., jest porozumieniem zupełnie niezależnym od UE. To, że po Europie można podróżować bez granic nie jest zasługą UE. Można pozostawać poza UE i być w strefie Schengen, tak robi np. Szwajcaria. Tylko u nas „interes narodowy” rozumiany jest jako jak najintensywniejsze lizusostwo wobec Zachodu… Najwyższy czas szczerze porozmawiać o tym czy członkostwo w UE faktycznie nam się opłaca.

Kresy.pl / swiatrolnika.info

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Czy kraje zachodu czekają wojskowe przewroty?

Czytaj Następny

TSUE posunął się za daleko? Decyzja ws. kopalni Turów zagraża bezpieczeństwu Polski

Zostaw Odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *