Paweł Lizoń: "Kalifat" - słów kilka o nowej produkcji Netflixa | Narodowcy.net

Paweł Lizoń: “Kalifat” – słów kilka o nowej produkcji Netflixa

Na wstępie uspokoję, że poniższa recenzja nie zawiera żadnych spoilerów. Nie wchodząc w szczegóły postarałem się przybliżyć zarys nowego serialu, który z tygodnia na tydzień zyskuje w Polsce i na świecie na popularności.

Czy z kooperacji Netflixa i Szwedzkiego Instytutu Filmowego może wyjść coś wartościowego? Każda osoba myśląca w niepoprawnie politycznie sposób zadawała sobie to pytanie przed obejrzeniem powyższego tytułu. Zazwyczaj odpowiedź, której sami sobie udzielaliśmy brzmiała ‘NIE’.

Uprzedzenie? Raczej nie trzeba mieć „skrajnie prawicowych” poglądów, aby wiedzieć, że Netflix lubi robić liberalne produkcje, przesączone tanią, bardzo często toporną propagandą, która, swoją drogą, zepsuła wiele naprawdę dobrze się zapowiadających seriali. A Szwecja? Każdy chyba zna słynnego mema głoszącego, że „Szwecja upada”, abstrahując czy to prawda, to nie sposób ukryć, że Szwedzi od dłuższego czasu prowadzą w nieoficjalnej tabeli najbardziej otwartego i liberalnego społeczeństwa w Europie, ba może i nawet na świecie. Dlatego kiedy usłyszałem, że Netflix i Szwedzi ruszają z produkcją serialu o Kalifacie od razu zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, może nie czerwona, ale żółta z pewnością. Po połączeniu słów Netflix, Szwecja i Kalifat oczyma wyobraźni ujrzałem politycznie poprawną papkę o biednych i zagubionych Mudżahedinach prześladowanych przez opresyjne państwo. Jak jednak rzeczywiście wygląda „Kalifat” od Netflixa?

Po obejrzeniu pierwszego odcinków musiałem sprawdzić, czy rzeczywiście jest to oryginalny serial tego producenta, przecierałem oczy ze zdumienia widząc raz za razem sceny, którym naprawdę daleko było do poprawności politycznej, tak często widzianej w produkcjach Netflixa. W serialu zostało doskonale ukazane jak muzułmańscy ekstremiści sprawnie poruszają się po sztokholmskich ulicach i urzędach, z jaką łatwością przenikają do instytucji państwa oraz jak bardzo podatni są „nowi Szwedzi” na muzułmańską propagandę. Dodatkowo serial „Kalifat” dobrze oddaje sytuację z roku 2015, kiedy to samozwańcze Państwo Islamskie rosło w siłę i z całej Europy zasilali jego szeregi muzułmanie wierzący w słuszność nowego Jihadu. Świetnie jest również oddany klimat Syrii i Ar-Rakki z tamtych lat, kiedy to terroryści z ISIS posiadający znaczne połacie terenu, otoczeni przez licznych wrogów, zamknięci dla świata zewnętrznego, stanowili rzeczywiste państwo w państwie.

Co ciekawe serial nikogo nie wybiela, wśród ekstremistów, obok Arabów i Turków, mogliśmy również spotkać Szwedów czy Norwegów, którzy nie odstawali od swych nowych „braci” w brutalności czy bezwzględności. Dobrze został również ukazany sam klimat jaki panuje obecnie w Szwecji, imigranci, którzy popierają zamachy terrorystyczne i nie myślą o jakiejkolwiek asymilacji oraz bezradność państwa szwedzkiego na narastający problem wynikający z ich liberalnej polityki imigracyjnej.

I właśnie tu tkwi klucz do zagadki w jakim celu powstała tak „kontrowersyjna” produkcja jak „Kalifat”. Zadawałem sobie to pytanie przez większość serialu, nadal nie mogąc uwierzyć, że produkcja ta naprawdę została wyprodukowany w kooperatywie Amerykańskiego potentata oraz Szwedzkich filmowców.

Narastający problem ekstremizmu wśród społeczności muzułmańskiej w Szwecji, stał się niezaprzeczalnym faktem. Film ma być swego rodzaju przestrogą. Szwedzi przestali ukrywać, że nie radzą sobie z rosnącą falą ekstremizmu w ich kraju i właśnie „Kalifat” ma odwieść „nowe szwedzkie społeczeństwo” od podążania drogą obraną przez serialowych bohaterów. Ta pewnego rodzaju „odtrutka” stała się według Szwedów dzisiaj szczególnie potrzebna. Oczywiście wątpię, aby Szwedzi zmienili sposób postrzegania multikulturalizmu, co więcej sposób walki z ekstremizmem poprzez seriale wydaje się dosyć karkołomny, jednak „Kalifat” pozostawił we mnie wrażenie wołania Szwedów o pomoc.

Jeśli chodzi o sam realizm produkcji, to naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić, co potwierdzają sami eksperci zajmujący się tematem Bliskiego Wschodu. Jak jednak wygląda serial od strony czysto technicznej? Równie mocno. Dobrze dobrani, charakterystyczni bohaterowie, bystre dialogi oraz naprawdę wciągająca fabuła. To w połączeniu z pięknymi ujęciami Syryjskich pustyń oraz ulic Ar-Rakki daje nam przepis na naprawdę udany serial. Jeśli chciałbym być złośliwy i do czegoś się przyczepić, to z pewnością byłaby to muzyka, która była po prostu średnia. Brakowało klimatycznej arabskiej muzyki, która potrafi być naprawdę urzekająca i przerażająca zarazem.

Serial z całą pewnością warty obejrzenia i polecenie, pozostaje mieć nadzieję, że nie był to jednorazowy „wypadek przy pracy”, a Netflix w przyszłości będzie nas raczył produkcjami na przynajmniej podobnym poziomie.

Komentarze